wtorek, 5 marca 2013

Nick Cave & the Bad Seeds "Push The Sky Away" i Tomahawk "Oddfellows" - czyli płyty do orania


Ze sporą częścią płyt dzieje się tak, że po fenomenalnym pierwszym odsłuchu  każdy kolejny dostarcza coraz więcej znaków zapytania aż do momentu, kiedy wolimy je odłożyć w bezpieczne miejsce i już do nich nie wracać, zamiast brutalnie odrzucić, przyznając jednocześnie, że daliśmy się zwieść, że zostaliśmy zrobieni w konia, a płyta jest tandetnie oczywista, efekciarska, po prostu nieznośna, ergo - straciliśmy kolejne cenne godziny naszego krótkiego życia.
Z nieliczną grupą artystów działa to jednak dokładnie odwrotnie. Wpierw słuchamy z niepokojem. Mamy wrażenie, że chyba coś się nie udało. Nie wierzymy jednak - nazwisko przecież pewne, więc, na szczęście, dajemy kolejne szanse. Słuchamy i słuchamy pokornie, entuzjazm stopniowo narasta, aż w pewnym momencie jesteśmy bliscy okrzyknięcia płyty genialną, gdyby tylko zdrowy rozsądek i osłuchanie nie zawetowały tej nieuprawnionej oceny.
Warto też zwrócić uwagę na inne zjawisko, które można by nazwać "syndromem Woody'ego Allena". Gość kręci 1-2 filmy rocznie, a od kiedy zaczął się parać tematyką europejską, musi się borykać z zarzutem wtórności, bylejakości. Truje się, że jego filmy nic nie wnoszą, że są infantylne, że och "Manhattan", ach "Mężowie i żony", nawet "Jej wysokość Afrodyta" była jeszcze w dobrej formie, ale to, co jest teraz, to jakieś takie do dupy w porównaniu... Zawsze czytając tego typu recenzje, zastanawiam się, o co chodzi. Moje podstawowe pytanie brzmi: czy Allena naprawdę może być za dużo? Czy te dwa filmy rocznie to ponad miarę nadprodukcja, która nas może zmęczyć? I przede wszystkim- po co te ciągłe porównania? Czy naprawdę lepiej piąty raz zaserwować sobie "Annie Hall" niż pójść do kina na "Zakochanych w Rzymie"? Śmiem twierdzić, że o ile w ogóle lubi się jego manierę, to najgorszy Allenowski nowy film dostarcza zazwyczaj więcej intelektualnej przyjemności od dziesiątek produkcji rekomendowanych przez te same krytyczne redakcje wszelakich, mniej lub bardziej, nobliwych czasopism.
Nie czytałem żadnych recenzji poniższych płyt, ale podejrzewam, że będą musiały się biedne obie borykać z tego typu recenzenckim podejściem. Cave pewnie mniej, bo większy, trudniej mu przywalić. Patton oberwie, ale od czego ma się wiernych fanów?




TOMAHAWK "Oddfellows"

Mike Patton - voc
Trevor Dunn - b
Duane Denison - g
John Stanier - dr

Wytwórnia: Ipecac
Rok wydania: 2013




Najpierw się ucieszyłem, że wrócił bas. (Żebyśmy się dobrze zrozumieli, uważam "Anonymous" za bardzo dobrą płytę, uruchomienie indiańskich stylistyk udało się na niej wyjątkowo dobrze i w sumie brak basu jej wielce nie zaszkodził. Nie wyobrażałem sobie jednak kontynuacji pracy Tomahawka, poza tym jednorazowym koncept-albumem bez tego znaczącego dla rocka instrumentu.) Chwilę później jednak wydał mi się"Oddfellows", jako całość, albumem nachalnie próbującym powrócić do przerwanej formuły z pierwszych dwóch płyt. Przez chwilę pomyślałem nawet, że może jest to leniwe wskrzeszenie jakichś odrzutów z poprzednich sesji.
Stopniowo zacząłem jednak ulegać. Od początku uwiódł mnie utwór "I. O. U.". Cudowna balladowa melodyka, prostacki bas, klawisze ala melotron w tle i przerysowane patetyczno-romantyczne pierdolnięcie w finale - to lubię. Później zaraził mnie utwór "Rise Up Dirty Waters", który, gdyby się znalazł na "Californii" Mr Bungle, nikogo by nie zaskoczył - Patton ewidentnie zatęsknił za postmodernistyczną mieszanką, którą serwował z powodzeniem namiętnie lata temu. Odniesień do Mr Bungle’a jest na tym albumie więcej. "Choke Neck" ma natomiast w sobie coś z filmowego Fantomasa, a tytułowe "Oddfellows" urzeka fantastycznie zestawionym riffem względem linii wokalu. Można by wymieniać utwór po utworze i z kilkoma słabszymi wyjątkami cieszyć się nimi na różne sposoby.
Zanim pojawił się ten album podobną konsternację zafundowała mi jedna z najlepszych płyt Mike'a - jego duet z Kaadą pt. "Romances". Długo go wałkowałem, zanim dochrapał się w moim rankingu tak wysokiej pozycji - zdobył ją jednak na trwałe. Nie sądzę, by którakolwiek z płyt Tomahawka mogła stanąć w szranki z tymi najważniejszymi pod względem artystycznym, każda z nich jednak, a "Oddfellows" na równi z "Mit Gas" i "Tomahawk" będzie mogła walczyć o berło uznania w kategorii bezpretensjonalnej rockowej przyjemności. Oczywista przewaga nowości polega na jej dziewiczości, dwie staruszki są już niestety totalnie zdeflorowane.




 


NICK CAVE AND THE BAD SEEDS "Push The Sky Away"


Nick Cave – voc, keyb, g; Warren Ellis – viol, mandolin, g, voc; Ed Kuepper – g; Conway Savage – keyb, voc; Martyn P. Casey – b; Barry Adamson – dr, perc, keyb; Jim Sclavunos – dr, perc

Wytwórnia: Bad Seeds Ltd.
Rok wydania: 2013


To nie ja snułem się po korytarzach liceum z walkmanem na uszach i dołującym wokalem Cave'owskich ballad morderców, potęgującym werterowską nastoletnią niedolę. Oczywiście ja też się snułem, ale zamiast wyć do Cave'a wybierałem raczej takie "Memories" Soft Machine, "Since I've Been Loving You" Led Zeppelin czy "Walking on Air" King Crimson.
W Bad Seeds, a także Birthday Party wszedłem nie tak dawno  - może trzy, góra cztery lata temu. Wsiąkłem jednak we wczesny okres Cave'a bez reszty. Howardowska sprzęgająca gitara, wymieniona później na zdecydowanie bardziej wysublimowaną w swojej kąśliwości gitarę Bargelda,  połączone z wiecznie wkurwionym wokalem lidera. Oj, wierzę w to jego wkurwienie... Zaraża mnie ono. Uwalnia.
Trochę gorzej było z późnymi płytami Bad Seeds. Po odejściu Bargelda piosenki stały się bardziej oczywiste, wygładzone i paradoksalnie, wbrew uspokojeniu wokalu - bardziej egzaltowane. Zwrot stylistyczny i ożywienie, na nierównym "Abbatoir Blues", lepszym "Dig, Lazarus, Dig!!!" oraz hardrockowym Grindermanie, dał miły powiew, ale raczej ciągle czegoś brakowało, by wszystkie te płyty na dłużej zadomowiły się w moim odtwarzaczu.
Inaczej ma się sprawa z najnowszą produkcją "Push The Sky Away". Szczerze mówiąc, nie do końca wiem, gdzie jest pies pogrzebany, ale już dawno nie byłem pod tak silnym wpływem jakiejkolwiek płyty. Słucham jej prawie codziennie od blisko trzech tygodni i każdy kontakt z tymi cudownymi piosenkami potwornie mnie wciąga. Cave nie jest wkurwiony, brak mu egzaltacji, nie jest to też próba pokazania, jaki to z niego ciągle żwawy dziadek. Są to piosenki starszego, doświadczonego i znającego już swoje miejsce na świecie gościa, co niejedno przeżył, niejedno widział, po latach szarpaniny zaznał spokoju i niejedno ma do powiedzenia.
Tak jak w przypadku płyty Tomahawka, tu także zaczęło się od faworyty. Utwór "Jubilee Street”, którego prostotę i chwytliwość melodii stopniowo przegryza narastający - niczym w "Heroin" Velvet Underground - niepokój, jest genialny. Chwyt z crescendo na końcu jest co prawda stary jak świat, a zestawienie szorstkich riffów z gęstniejącymi smyczkami też się już słyszało, działa to jednak wyjątkowo mocno. Równie wybornie mają się sprawy z "Water's Edge", "We real cool" czy "Higgs Boson Blues".
Cave świetnie wprowadza w nastrój  tekstami i mam tu  na myśli nawet bardziej ich brzmienie niż sens. Blues, który zawsze go inspirował, lecz którego do końca nie rozumiał, ponieważ złość i bunt stanowiły bardziej barierę niż wsparcie, teraz eksplodował w nim, przez co jego śpiew w swej białej wersji tchnie tą samą pokorą, którą czuje się w nagraniach najstarszych z najczarniejszych.





Obie te płyty nie są wybitne, ale są na pewno wybitnie potrzebne. Są to płyty do orania, które gdybyśmy mieli na analogach (co w obu przypadkach jest możliwe) i tłukli je z nieprzyzwoitego patefonu, wystrugalibyśmy do ostatniego dźwięku. Porządne muzyczne rzemiosło, które przywraca wiarę, że pewne rzeczy nie muszą być nowe, oryginalne, inne, a  mogą fantastycznie służyć naszej przyjemności, łechcąc stosowne ośrodki swoją artystyczną dojrzałością, rzetelnym wykonaniem i produkcją. Profesjonalne podejście do muzyki w tych kulturalnie "made in China" czasach jest nader wartościowe.

Marcin Kiciński

niedziela, 17 lutego 2013

sobota, 9 lutego 2013

Wiem, że nic nie wiem.


Pamiętam taką sytuację z jednej imprezy. Było to z 9 lat temu. Pojawił się w mieszkaniu gość, którego nie znałem, a J.D. opisał mi go jako klienta zainteresowanego mocno jazzem. Oczywistym było, że szybko musieliśmy się zderzyć, ponieważ towarzystwo, kulturalnie używkowe i używkowo kulturalne, do jazzu podchodziło raczej tak, jak do mocniejszych dragów - czyli z pełną świadomością istnienia głównych przedstawicieli i ich wpływu na rzeczywistość, sporadycznie jednak korzystało i tematu raczej zbyt dogłębnie nie badało. Tym samym nie stanowiło stosownego grona dyskusyjnego dla takiego wytrawnego słuchacza jak ja. Gdy więc pojawił się właściwy "Egzemplarz", musiał natychmiast wysłuchać jednego z moich butnych elaboratów na temat tego czy innego współczesnego zespołu (np. Vandermark 5 czy AALY Trio) oraz wyższości Tima Daisy nad Timem Mulvenną. Ku memu zaskoczeniu facet zupełnie beznamiętnie spuentował moją egzaltację opinią, że nie zna obu wymienionych, a dla niego najlepszym jazzowym perkusistą był i będzie po wsze czasy Philly Joe Jones.
 - Kto? - spytałem (naprawdę!)
 - Grał w latach 50-60 - wyjaśnił - m.in. u Davisa.- Facet obrócił się na pięcie, napełnił swój osuszony kieliszek winem, zmoczył usta i ruszył w kierunku jakiejś interesująco  roznegliżowanej dzierlatki bujającej się w rytm "Raining on The Moon".
Złapałem za wszarz J.D. i z trudnym do ukrycia poruszeniem stwierdziłem, że koleś tkwi w przeszłości, w nudnych jak psie gówno "trzydziestkach", w tym męczącym walkingu kontrabasu, czyli kompletnie nie wie, o co chodzi.

Z jaką niebywałą łatwością przekreślało się wtedy całe gatunki muzyczne. Jedne z mniejszym, inne z większym szacunkiem, czasem zaznaczając, że owszem to może mnie kiedyś zainteresować, ale na razie trzymam się z dala, innym razem zbywając tysiące potencjalnych odsłuchów autorytatywnym prychnięciem. Szło się od płyty do płyty w jakiś taki prosty sposób, przeglądając jeden po drugim katalogi XLS ze spisanymi zbiorami płyt kolejnych internetowych muzycznych forumowiczów, tak namiętnie przecież uprawiających zbiorowy gwałt na prawach autorskich, bez cienia wątpliwości i wyrzutów sumienia tonami przetapiających swoje CDR-y na ich kolejne i kolejne odbicia i rozsyłających je na zasadzie "jeden za jeden", odstając przy tym dziesiątki, setki minut w kolejkach na poczcie. Jak to jednak ułatwiało komunikację. Jak scalało Towarzystwo. Przecież w pewnym momencie wszyscy mieliśmy nie tylko ten sam pień - wspólny zestaw kilkuset czasem tytułów, na temat których można było swobodnie polemizować, lecz przede wszystkim dzieliliśmy tę samą niedolę - błędnych rycerzy z foliopisami podpisujących swoje eRki wedle określonego klucza i czym prędzej aktualizujących swoje katalogi cyfrowe. Trudno było wyjść z tej koleiny, bo i przede wszystkim po co? Miało się tony muzyki, której i tak nie dało się ogarnąć i grupę ludzi, z którymi można było to wszystko omówić. I co z tego, że wszyscy szliśmy tym samym torem od nowo zdobytej Okka Disk  do kolejnego FMP, jakimś ReR czy Ambiances Magnetiques urozmaicając swoją mozolną podróż. Wszyscy szliśmy, ramię w ramię, dlatego chyba nikt się nie przejmował, że o niczym de facto nie mamy pojęcia.

Minęło wiele lat, mam za sobą kolejne tysiące przesłuchanych płyt. Towarzystwa już dawno nie ma, a to, co wypełniło powstałą po nim pustkę, to rosnąca niczym rak uciążliwa świadomość, że gówno wiem. Nie wiedzieć po co nagle się muzycznie otworzyłem, a bezpieczny, wąski tor moich zainteresowań, który przy odpowiednim stopniu konsekwencji pewnie byłby bliski ogarnięcia, nagle zamieniłem na nie do poznania basen muzycznego morza, w którym ja ze swoim doświadczeniem wyglądam jak rozbitek na tratwie smutno smażący się  na nieustępliwym słońcu realnej niewiedzy i muzykologicznych braków.
Co gorsza, świadom swoich nikłych możliwości czasowych, zamiast spojrzeć prawdzie w oczy, z durną nadzieją zerkam na kupowane w stanie jakichś chwilowych manii kolejne pozycje książkowe i gdzieś tam sobie w duchu niepotrzebnie powtarzam, że tak, jest szansa by to wszystko nadrobić, by się dowiedzieć, uporządkować, że to się stanie, choćby na emeryturze...
Stanie się? Może. Na razie słucham, zarażony kiedyś przez Radiową Dwójkę Benjaminem Brittenem, jego koncertu skrzypcowego i czuję się nagi i bezbronny.

Marcin Kiciński

niedziela, 20 stycznia 2013

Podsumowanie roku 2012 - część 2

ANDERS JORMIN "Ad Lucem"

Mariam Wallentin: voice
Erika Angell: voice
Fredrik Ljungkvist: clarinet, saxophone
Anders Jormin: double-bass
Jon Fält: drums

Wytwórnia: ECM




Ta płyta mogłaby być wizytówką ECM. Piękne, przestrzenne pieśni (poezje Pia Tafdrup), raz folkowe, raz sakralne, czasem patetyczne, czasem zwiewne; wszędobylska we wszystkich rejestrach perkusja i świetni, profesjonalni soliści. Jormin to instrumentalna klasa sama w sobie, choć fakt ten nie oznacza, że jestem wiernym fanem jego twórczości. Właściwie jest to chyba pierwsza z płyt sygnowanych jego nazwiskiem, która naprawdę przypadła mi do gustu (o ile świetne "Opus  Apus" zaliczymy Matsowi Gustafssonowi). Bardzo miłe jest to, że zaangażował młodsze pokolenie, dotartych już przecież nie tylko na niszowym gruncie, muzyków. Ljungkvista nie sposób nie lubić, gdy zna się np. LSB "Fungus" czy wczesne płyty Atomica, a i Fält wybornie odnalazł się w tym projekcie. W obu przypadkach nie był to ECM-owski debiut.
Jormin tak zbudowane trio postawił przed zadaniem ujazzowienia i rozimprowizowania skomponowanych motywów wokalnych. Wychodzą z tego bardzo zróżnicowane utwory, zarówno bliskie dominującej stylistyce ECM, jak i bardziej pikantne improwizacje (np. doskonały utwór "Vigor"), które raczej kojarzyć się mogą z początkami działania wytwórni.


AARON NOVIK "Secret of Secrets"

Fred Frith - g; Ben Goldberg - cla; Carla Kihlstedt - viol.; Cornelius Boots - Robot bcla; Matthias Bossi - dr; Jamie Dubberly - tb; Henry Hung - tp; Jessica Ivry - Cello; Aaron Kierbel - Dumbek; Dina Maccabee - Viola; Lisa Mezzacappa - b; Doug Morton - Tuba; Aaron Novik - el. cla, perc, Programming; Alisa Rose - Viol.; Irene Sazer - Viol.; Adam Theis - tb; Willie Winant: Tympani, vib, Glockenspiel, Gong, Tubular Bells

Wytwórnia: Tzadik

Absolutna perła Radical Jewish Culture. Myślę, że Zorn miał nie lada problem z umiejscowieniem tej płyty w konkretnej kategorii, ponieważ kompozycje Novika, moim zdaniem, spokojnie obroniłyby się także w serii kompozytorskiej. Nie ma wiele płyt w RJC, które wprawiają w podobne zakłopotanie i zazwyczaj są to te najlepsze.
Novik na "Secret of Secrets" potraktował muzykę żydowską jako luźną inspirację, która niczym mała kula śnieżna uruchomiła prawdziwą lawinę skojarzeń i pomysłów. Udało mu się je jednak z najwyższą precyzją i pewnie trudem podopinać, a efekt jego pracy jest doprawdy monumentalny. Tu jest naprawdę mnóstwo nut, brzmień i stylistyk, choć przeważa ciężkie avantmetalowe granie poprzeplatane żydowskimi tematami wtrącanymi z pomocą sekcji smyczkowej i puzonów raz dobitniej, innym razem bardzo subtelnie jako swoiste echa, surrealistyczne majaki.
Takie są trzy pierwsze utwory, z których najlepszy jest, moim zdaniem, utwór drugi. Z rzadką łatwością przechodzi tu Novik od elektrycznego ciężkiego grania, do akustycznego etnicznego pizzicato smyczków, by po chwili ponownie zrobić zwrot i narzucić stylistykę analogiczną do Carbonu Elliotta Sharpa.
Wyzwaniem za to na pewno są dwa ostatnie utwory. W pierwszym z nich Novik zaproponował abstrakcyjną pozbawioną rytmu i melodii miejscami dość hałaśliwą muzyczną przestrzeń, a w drugim coś skrajnie przeciwnego - minimalistyczną, ostrą, "mechaniczną" konstrukcję, która niczym metalowy walec odbija od siebie starające się wedrzeć "obce" frazy. Kolejne transpozycje monotonnego motywu to niczym zmiana biegów, która jeszcze bardziej podkręca atmosferę tego 11-minutowego, ostrego tłuczenia. Polecam podgłośnić volume i słuchać na słuchawkach, ponieważ wszystko to, co dzieje się wokół irytującego tematu przewodniego, absolutnie urzeka. To, co wydarzy się później jest równie interesujące.
Obok płyty Małych Instrumentów jest to kolejna moja tegoroczna faworyta!



MAGMA "Félicité Thösz"

Stella Vander - voc, tambourine; Isabelle Feuillebois - voc, bells; Hervé Aknin - voc; Benoît Alziary - vib; James Mac Gaw - g; Bruno Ruder - p; Philippe Bussonnet - b; Christian Vander : dr, voc, p, keyb, glockenspiel; Hervé Aknin, Sandrine Destefanis, Sylvie Fisichella, Marcus Linon - voc

Wytwórnia: Seventh Records

Z tego, co się orientuję, Magma jeszcze nie pojawiła się na Impropozycji. To dziwne, tym bardziej, że stanowi ten zespół nie tylko istotną pozycję w płytotece autora, co przede wszystkim zajmuje ważne miejsce w historii muzyki awangardowej w ogóle. Jeśli nie znacie, polecić należy przede wszystkim płyty z początku działalności zespołu, czyli z lat '70, gdzie najpierw blisko było im do kategorii jazzrockowej, a później stworzyli zupełnie nową myśl muzyczną, która zaowocowała powstaniem całego gatunku określanego, od nazwy wymyślonego przez Christiana Vandera własnego języka, mianem "zeuhl". Dużo tu międzyplanetarnej fantastyki, jakiejś ideologii i mistycyzmu, ale, co najważniejsze, jest to zespół jedyny w swoim rodzaju. Nie ma drugiego takiego.
Tyle gwoli wstępu, jeśli Was zainteresowałem, to zapraszam do google'a, Deezera i innych źródeł informacji. Teraz coś dla fanów. Nowa płyta Magma może być kontrowersyjna. Zespół zrezygnował bowiem z jednej z najważniejszych swoich cech, czyli z agresji i awanturniczości. Vander postawił na chór i to jego polifonie stanowią główny walor "Félicité Thösz". Pozostali instrumentaliści i co dziwne sam Vander również, właściwie tylko przygrywają wokalistom. Mamy zdecydowanie mniej charakterystycznego, wiekopomnego już Vanderowskiego synkopowania i drapieżnego akcentowania, za to pojawia się współgrający z ciepłymi wokalami, równie miękki wibrafon. Apogeum tej "wywrotowej" stylistyki jest utwór czwarty, w czasie którego radosna pieśń momentami przypomina disco z lat '70. Na płycie panuje atmosfera błogości i spokoju, która lepiej pasowałaby jako tło zdarzeń w tolkienowskim "Shire" niż vanderowskiej "Kobaia". Wszystko to brzmi dla każdego fana "Mekanïk Destruktïw Kommandöh" przerażająco, ale takiej podstarzałej ciotce jak ja, wchodzi z coraz większą łatwością.

CDN.
Marcin Kiciński


piątek, 18 stycznia 2013

Podsumowanie roku 2012 - część 1

To zdecydowanie nie był dobry rok dla tego bloga. Realia przygniotły z każdej strony. Jednak, mimo mojej mizernej aktywności, Wasza obecność dopisała i tym samym, nie tak dawno, stuknęło na liczniku sto tysięcy odwiedzin. Dziękuję.

To, że prawie nie piszę, nie znaczy bynajmniej, że nie słucham. Naturalnie, nie odbywa się to w takim wymiarze, jak niegdyś, dlatego staranniej dobieram tytuły. Nie ma mowy o dotychczasowej masówce i mieleniu większości z nowo ukazujących się wydawnictw. Przy takich niedoborach czasu misja cedzenia premier płytowych, której trzymałem się kurczowo jeszcze kilka miesięcy temu, stała się udręką, a narastająca frustracja coraz wyraźniej przebijała się w tonie moich, coraz to bardziej zajadłych tekstów. W pewnym momencie dałem sobie spokój, zerknąłem na swój muzyczny zbiór i postanowiłem na nowo poszukać dla siebie przyjemności ze słuchania.

Skutkuje to tym, że w nadchodzącym roku Impropozycja rzadziej będzie oferować Wam coś bieżącego. Odbywam ponownie cudowną podróż po własnym (tzn. wyselekcjonowanym) muzycznym zbiorze, jednocześnie konsekwentnie siedzę w latach '50 i '60. Wracam do sprawdzonej metody szukania nowych tytułów, idąc tropem określonych faworyzowanych nazwisk. Koniec z ideologicznym "dawaniem szansy" Rempisowi i jego kolejnym płytom a.d. 2013, skoro odłogiem leży cała masa tytułów Dressera, Leandre, Hemingwaya i wielu innych, o klasykach nie wspominając. Ciągle nie czuję się na siłach, by pisać o tych ostatnich - pewnie stanie się to przedmiotem mojej emerytalnej pisarskiej aktywności, tym niemniej coraz solidniej zbieram się w sobie, by kompleksowo zbadać konkretne współczesne muzyczne sylwetki, które w mojej osobistej hierarchii znajdują się na piedestale.

Przechodząc jednak do właściwego podsumowania roku 2012: spodobało mi się trochę więcej płyt, niż tych pięć:

http://impropozycja.blogspot.com/2012/03/szilard-mezei-vocal-ensemble-fujj-szel.html
http://impropozycja.blogspot.com/2012/06/thing-neneh-cherry-cherry-thing.html
http://impropozycja.blogspot.com/2012/08/luciano-berio-mike-patton-ictus.html
http://impropozycja.blogspot.com/2012/09/mae-instrumenty-chemia-i-fizyka-obuh.html
http://impropozycja.blogspot.com/2012/10/frank-gratkowski-wolter-wierbos-dieter.html

W kilku zdaniach więc (kolejność bez znaczenia):



4TET "Different Song; Step in to the Future"

Michel Wintsch - p; Baenz Oester - b; Norbert Pfammatter - dr, perc; Yang Jing - Pipa, Guqin

Wytwórnia: Leo Records






Michel Wintsch konsekwentnie realizuje swój pomysł na muzykę w oparciu o ideę "Less is More". Orientalne dźwięki instrumentów Yang Jing idealnie wpasowują się w to oszczędne komponowanie nastawione na ekspozycję pojedynczych dźwięków i ich pełne wybrzmiewanie. Chodzi o przemyślane zagospodarowywanie przestrzeni, staranne kontrapunktowanie i uważne polifoniczne improwizowanie.
Piękna odpowiedź na częste, jakże gęste pustosłowie wielu współczesnych grajków.


BESTER QUARTET "Metamorphoses"

Jaroslaw Bester: Bayan
Oleg Dyyak: Bayan, Clarinet, Percussion, Duduk
Jarosław Tyrała: Violin
Mikolaj Pospieszalski: Double Bass
Tomasz Zietek: Trumpet

Wytwórnia: Tzadik Rec.



Gdy ma  się słabość do brzmienia akordeonu, trudno być obojętnym wobec twórczości Bestera. Nie stanowi to jednak żadnego problemu, nawet dla tak zmęczonego klezmerskimi tematami gościa jak ja. Bester, w odróżnieniu od swojego wydawcy Johna Zorna, rozumie, że względnie tradycyjne granie wymaga zaangażowania wielkiej wyobraźni, bo tylko jej owoce są w stanie zbilansować oczywistość żydowskiej maniery. A ponieważ ma Bester nie lada potencjał, to – jak dla mnie - jako kompozytor i aranżer, z płyty na płytę prezentuje się coraz lepiej i z coraz większą frajdą poruszam się w świecie jego pięknych melodii, trafionych aranży i przede wszystkich wciągających scenariuszy.


EIVIND OPSVIK  "Overseas IV"

Kenny Wollesen - drums, cymbals, timpani, vibraphone, marching machine
Jacob Sacks - harpsichord, farfisa organ, piano
Tony Malaby - saxophone
Brandon Seabrook - electric guitar, mandolin
Eivind Opsvik - bass

Wytwórnia: Loyal



W międzyczasie płyta została udostępniona: http://eivindopsvik.bandcamp.com/album/overseas-iv
więc nie muszę się specjalnie produkować. Urzekające wykorzystanie klawesynu. Bardzo oryginalna maniera połączenia muzyki dawnej z jazzem. Malaby w idealnym dla siebie środowisku.



URUMCHI "Nar(r)"

Saadet Turkoz - voice
Hans Hassler - accordion
Alfred Zimmerlin - cello
Fredy Studer - drums, gongs

Wytwórnia: Leo





Pulsujące, rozimprowizowane, przeozdobne pieśni kazachsko - tureckie. Świetna, dobrze zorganizowana praca całego zespołu. Ciekawe zestawienia rytmiczno - harmoniczne. Cudowne kontrapunktowanie. Zespół stylistycznie zbliża się do faworyzowanych przeze mnie zespołów Roof / 4 Walls, ma jednak absolutnie swoją atmosferę, którą uatrakcyjnia charakterystyczny beat Fredy'ego Studera.



TYSON NAYLOR "Kosmonauten"

Tyson Naylor - piano, melodica
Russell Sholberg - bass
Skye Brooks - drums
+ François Houle - clarinet

Wytwórnia: Songlines



Nie jestem koneserem trio fortepianowych. Często mam wrażenie, że pianistom - liderom brakuje inwencji kompozycyjnej, określona formuła dość szybko się wyczerpuje, zaczynam się nudzić. Płyta Naylora zasługuje na wyróżnienie właśnie ze względu na bogactwo pomysłów oraz wielość stylistyk. Gdzieniegdzie słychać fascynację Monkiem, ale raptem zasugerowaną i wbudowaną w zupełnie nowe konteksty. Trio zderza ze sobą dość mainstreamowe, przyjemne melodie utworów bardziej oczywistych, lecz wykonanych z polotem, z niepozbawionymi pazura kompozycjami progresywnymi. Bardzo miły wkład klarnetu Houle'a.



FLORATONE "II"
Bill Frisell - g, Matt Chamberlain - dr, perc, Lee Townsend - production, Tucker Martine - production
+ Mike Elizondo - b, Jon Brion - keyb, Ron Miles - trumpet, Eyvind Kang - viola

Wytwórnia: Savoy Jazz





Zawsze mnie zastanawiała funkcja producenta, którego przedstawia się jako równoprawnego członka zespołu. Tu mamy aż dwóch, ale ich obecność trochę mniej dziwi, gdy całość firmuje pedant Frisell, a za bębnami siedzi pół-maszyna  - perfekcyjny do granic możliwości Chamberlain. Dostajemy wykoncypowany, wycyzelowany, bezbłędny, elegancki, ale także oryginalny i nowoczesny produkt, który ma się sprzedać w świecie drogich garniturów, eleganckich wizytówek, zawsze lśniących limuzyn i hi-endowego sprzętu grającego. Niczego z powyższych nie posiadam, ale z tą muzą od czasu do czasu mi wyjątkowo wygodnie.(Pytanie, czy do twarzy też)?


CDN.
Marcin Kiciński

środa, 16 stycznia 2013

Pasztety Polityki

Nie będę gratulował Tres.B wygrania Paszportu Polityki w kategorii muzyka popularna. Nie dlatego, że uważam ich płytę za słabą, wtórną i przede wszystkim cholernie nudną. Nie dlatego też, że wygrali z Maseckim, bo - jak wiecie - mimo aplauzu masy autorytetów, ludzi niewątpliwie o wyższych kompetencjach muzykologicznych niż moje, jego bachowy projekt uznaję raczej za łachowy. Nie chodzi nawet o to, że wyprzedzili Małe Instrumenty, które szanuję i którym konsekwentnie kibicuję. Problem, z którym nie mogę się jednak pogodzić, to, co mnie irytuje, a może nawet obrzydza, to sposób ich wyróżnienia.
Nie wiem, czy wiecie, ale na wskazanych przez fachowe gremia poszczególnych artystów z tych kilku dziedzin sztuki głosowaliśmy lub mogliśmy głosować my - odbiorcy. Abstrahując od tego, że oczywistą i dominującą staje się implikacja: najpopularniejsze oznacza najlepsze, co - jak wszyscy wiemy - raczej rzadko pokrywa się z prawdą, najgorsze w tym wszystkim było to, że aby oddać jakikolwiek głos, należało wypowiedzieć się w każdej dziedzinie. I tak, chętny do głosowania Kiciński, na dzień dobry zderzył się koniecznością dokonania wyboru między Michałem Borczuchem, Mirkiem Kaczmarkiem i Iwanem Wyrypajewem w teatrze, a zaraz potem bodaj między Radkiem Szlagą, Katarzyną Krakowiak i Julitą Wójcik w sztukach wizualnych. Mi jakoś nie wstyd się przyznać, ale twórczości żadnego z powyższych nazwisk nie znam na tyle, by się na ich temat wypowiadać.
Naturalnie moja indolencja w pozamuzycznym świecie sztuki nie może być podstawą negacji tej czy innej formy głosowania, ba, może ją nawet konstytuować, docieramy więc do zasadniczego pytania: czy intencją autorów tej formy wyłaniania bohaterów tegorocznych Paszportów Polityki było odcedzenie spośród czytelników Polityki i wielu innych potencjalnych wyborców tylko tych, którzy charakteryzują się niebywałą wrażliwością we wszystkich dziedzinach współczesnej kultury oraz jednocześnie tych, którzy konsekwentnie śledzą wszystkie bieżące jej wydarzenia? Niepotrzebnie produkuję znaki. Pomysł jest ze wszech miar idiotyczny. Dużo gorszy jest jednak rezultat. Jakoś nie mam za wiele zaufania do naszych elit, a już najmniej mam do tych, którzy uważają, że do nich należą, przez co zakładam, że, przeważająca część głosujących, to ludzie, którzy, w odróżnieniu od dyletanta Kicińskiego, po prostu nie zawahali się, klikając przy określonych nazwiskach, mimo braku pojęcia o ich zasługach w danej dziedzinie. Kompulsja utożsamiania się z potencjalnym wygranym w danej dziedzinie na bank wywróciła do góry nogami wyniki głosowania w pozostałych kategoriach.
Gratuluję wszystkim!

Marcin Kiciński

poniedziałek, 14 stycznia 2013

OLEŚ BROTHERS & THEO JÖRGENSMANN TRANSGRESSION TOUR



OLEŚ BROTHERS & THEO JÖRGENSMANN  TRANSGRESSION TOUR
Theo Jörgensmann – low G clarinet |D|
Marcin Oleś – kontrabas |PL|
Bartłomiej Brat Oleś – perkusja |PL|

17.01.2013 Jazz Club Pod Filarami | Gorzów Wlkp.
18.01.2013 Jazz Club Bagatella | Darłowo
19.01.2013 MDK | Wągrowiec
20.01.2013 CK Agora | Wrocław (cena 20 zł)
21.01.2013 Pardon To Tu | Warsaw
22.01.2013 Meskalina | Poznań
24.01.2013 Cafe Ratuszowa | Legnica
25.01.2013 MCK | Tychy 

Theo Jörgensmann - niemiecki klarnecista, uznawany za najwybitniejszego instrumentalistę europejskiego free jazzu, jeden z twórców współczesnego brzmienia jazzowego klarnetu, zaliczanego obok Erica Dolphy i Jimmy’ego Giuffre do najbardziej znaczących klarnecistów w historii jazzu w Europie.

Bracia - Marcin Oleś (kontrabas) i Bartłomiej "Brat" Oleś (perkusja) - to rytmiczna wizytówka polskiej muzyki improwizowanej. Od ponad dziesięciu lat tworzą autorską muzykę, której głównym punktem odniesienia jest jazz. Są twórcami autorskich projektów oraz towarzyszą wielu sławnym jazzmanom z całego świata tworząc „rytmiczny dream team”, jak pisał o nich niemiecki magazyn JazzZeitung. Na liście ich współpracowników pojawiają się nazwiska Williama Parkera, Kenny'ego Wernera, Hamida Drake’a, Davida Murraya, Roba Browna, Kena Vandermarka, Chrisa Speeda, Erika Friedlandera, Mathew Shippa, Rudiego Mahalla, Andrzeja Przybielskiego i wielu innych. Bracia Oleś Odnajdują wciąż nowe sposoby na przełamanie stereotypów, udowadniając, że kontrabas i perkusja wystarcza, by stworzyć muzykę kompletną, pełną energii i niespotykanych brzmień.
Bracia Oleś nazywani są największym skarbem polskiego jazzu XXI wieku... 
Dziennik, 18.01.2008.

Muzycy spotkali się w trio m.in. przy rejestracji materiału na płytę „Miniatures”, która ukazała się w 2003 roku. Od tego czasu dyskografia tria powiększyła się o kolejne trzy albumy Directions [Fenommedia 2005], Live in Poznań [Fenommedia 2007], Alchemia [HatHut 2008]. Najnowsze nagranie zatytułowane "Transgression" ma się ukazać nakładem HatHut Records jeszcze w styczniu 2013 roku. Podczas koncertu muzycy będą prezentować materiał z tej własnie płyty.
 Informacje: Adrian Podgórny
adrian.podgorny@ckagora.pl,tel. 71 325 14 83 wew.123

sobota, 27 października 2012

OUTNOW RECORDINGS - PREMIERY



czwartek, 25 października 2012

Frank Gratkowski, Wolter Wierbos, Dieter Manderscheid, Gerry Hemingway "Le Vent Et La Gorge", Leo Records, 2012 - czyli to znów nie jest recenzja


Frank Gratkowski - as, cla, bcla, contrabass cla
Wolter Wierbos - tb
Dieter Manderscheid - b
Gerry Hemingway - dr

Wytwórnia: Leo Records
Rok wydania: 2012





Czym jest dialog? Jak to się dzieje, że wymieniane komunikaty układają się w logiczną
i sensowną całość nie tylko dla rozmówców, lecz także dla obserwatora? Nie jest to przecież szereg wolnych skojarzeń. Nie chwytamy się znaczeń pojedynczych słów. Liczy się kontekst. To praca w kontekście pozwala nam wspólnie zbudować treść i ciągle nad nią pracować. Zgodzicie się więc, że aby dialog był zrozumiały, musi być temat. W muzyce jest podobnie, a jednak idea wolnej improwizacji poniekąd temu zaprzecza. Staje dwóch ludzi, którzy widzą się po raz pierwszy w życiu, wyciągają instrumenty i zaczynają grać. Nie rozmawiali ze sobą, nic nie ustalali, po prostu popatrzyli na siebie i już.

czwartek, 11 października 2012

Francois Carrier, Michel Lambert & Alexey Lapin "In Motion", Leo Records, 2012


Francois Carrier - as
Michel Lambert - dr
Alexey Lapin - p

Wytwórnia: Leo Records
Rok wydania: 2012






„This Grand?”, pierwszy utwór, rozpoczyna się dość intensywnie, z czasem struktura zagęszcza się jak w triach Gayle’a  lub Riversa. Po wstępnym  rozpędzie i freejazowym rozpasaniu trio przechodzi w duet (fortepian plus perkusja), muzyka uspokaja się na chwilę, po czym panowie przechodzą w mocny, zdecydowany trans o złożonej, bogatej rytmice oraz chropawej fakturze. Świetny Lapin na klawiszach, bardzo przekonujący, zdecydowany alt Carrier’a. Dalej mamy „Is He…” – dużo łagodniej, więcej poszukiwań, zdecydowanie więcej przestrzeni między dźwiękami, coś w rodzaju wytchnienia, chciałoby się rzec - figlarnie skrzący się, delikatnie opadający śnieżek (notabene rzecz dzieje się w Petersburgu). Po niezbyt intensywnych opadach pojawia się „All Of A Sudden”  - troszeczkę więcej sonorystyki, ale wciąż bez pośpiechu. Bogactwo i złożoność rytmiczna perkusji zachęca do zamknięcia oczu, do wsłuchania się w z wolna narastające relacje między muzykami, którzy rozumieją się coraz lepiej, mówiąc kolokwialnie, zaczyna się kleić. „About To Go” - czwarty utwór, utrzymany w duchu dwu poprzednich, w zasadzie nie wnosi nic nowego – wciąż trwają te same zabawy na śniegu.  Siłą tego numeru – jak i całego koncertu – jest wyraźnie wyczuwalne skupienie muzyków oraz niekonwencjonalna struktura rytmiczna, jakby wciąż poszukująca właściwego dla siebie toru i, jednocześnie, wciąż się przed nim uchylająca. „Love In Space”, improwizacja finałowa, nabiera odrobinę rumieńców (a może są to owe słynne rosyjskie odmrożenia?), wciąż tematem nadrzędnym jest połamana rytmika i... oczywiście wciąż prószy lekki śnieżek.
Taka muzyczna pocztówka z St. Petersburga.

Andrzej Podgórski

środa, 10 października 2012

FRIV Festiwal Muzyki Improwizowanej 25-28 października, Pawilon Nowa Gazownia, Poznań



Festiwal FRIV ma na celu prezentację i popularyzację zjawisk współczesnej muzyki improwizowanej. Ideą wydarzenia jest konfrontacja środowisk muzyki artystycznej Poznania i Paryża, która ma na celu zarówno integrację tych środowisk jak i ponowne określenie ich tożsamości.

Muzycy z Paryża: Florestan Boutin, Pascal Battus, Thomas Charmetant, Mazen Kerbaj, Lucie Laricq, Sharif Sehnaoui, Stanisław Suchora, Olivier Toulemonde.
Muzycy z Poznania: Adam Gołębiewski, Patryk Lichota, Łukasz Szalankiewicz, Witold Oleszak, Piotr Tkacz, Hubert Wińczyk, Rafał Zapała, Anna Zielińska.

Na festiwal FRIV składać się będzie 12 koncertów w trakcie trzech dni, podczas których muzycy spotkają się w duetach, triach oraz kwartetach ustalanych drogą losowania w pierwszym dniu festiwalu (o godzinie 20:00). Publiczność będzie mogła zobaczyć koncerty doświadczonych muzyków, którzy grają ze sobą po raz pierwszy.
Festiwal uzupełni część edukacyjna, na którą składać się będą projekcje filmów wprowadzających w zagadnienie współczesnej muzyki improwizowanej, m.in. film "Touch the Sound: A Sound Journey with Evelyn Glennie" - o głuchoniemej perkusistce, "Step Across the Border" o scenie muzyki improwizowanej z Nowego Jorku, czy "Amplified Gesture" o awangardzie muzyki improwizowanej XX i XXI wieku.
Ostatniego dnia odbędzie się panel dyskusyjny temat muzyki improwizowanej, ukazujący ją w świetle teorii komunikacji, estetyki muzycznej, teorii społecznych oraz badań psychologicznych.
Festiwal da również możliwość uczestniczenia w warsztatach muzycznych, podczas których zaproszeni muzycy pokażą uczestnikom możliwości nowoczesnej improwizacji, zarówno od strony technicznej – obsługa instrumentów elektronicznych oraz oprogramowania muzycznego, prezentacja technik gry na instrumentach, a także strategie kompozycji czasu rzeczywistego. Zwieńczeniem warsztatów będzie sformowanie zespołu złożonego z uczestników i występ ostatniego dnia festiwalu.

wstęp wolny.
http://frivpoznan.pl/
https://www.facebook.com/events/152091441599087

niedziela, 30 września 2012

Małe Instrumenty "Chemia i Fizyka", Obuh, 2012


MAŁE INSTRUMENTY
Paweł Romańczuk, Marcin Ożóg, Tomasz Orszulak, Jędrek Kuziela, Maciek Bączyk
+ Andrzej Załęski

Wytwórnia: Obuh
Rok wydania: 2012





Na dwóch wcześniejszych płytach Małe Instrumenty korzystały z dorobku Juliana Antonisza i Fryderyka Chopina. „Chemia i Fizyka” to pierwszy zarejestrowany i opublikowany, w pełni autorski, materiał Pawła Romańczuka. Tym samym zespół dotarł do punktu krytycznego, swego rodzaju sprawdzianu. Czy udało się udźwignąć poziom oczekiwań wywindowany wcześniejszymi aranżacjami? Nie będę owijał w bawełnę. Dla mnie ta płyta to najlepszy album tego roku.

piątek, 28 września 2012

MAQ oraz Power Of The Horns w CK Agora 9.09.2012, czyli bardzo spóźniona relacja.


Pierwszego wzięła grypa, drugi wymigał się ładną pogodą i działkowym high lifem. Trzeci, choć stwierdził, że nie przyjedzie, pozwolił sobie zasugerować, że jeśli nie pójdę, nawet sam, tom frajer.
- Widziałem ich na Jazzarcie – mówi – pachniało mocno Parkerem, ludzie byli zachwyceni.
- Ale Wy wyszliście przecież – przypomniałem. – Ktoś tam ponoć nawet zasnął.
- Zmęczony był, a wyjść wcześniej musieliśmy, nie to że chcieliśmy. Idź i sam się przekonaj! Taki duży skład, nasz polski, do tego za darmo!
- Ech, Ty i ten Twój kulturalny patriotyzm. Dobra, pójdę. Traktuj to jednak jako test naszej znajomości. Srogo odpokutujesz, jeśli się wynudzę.
- Nie obawiam się. Zwróć uwagę na Damasiewicza i Wanię! – dodał na koniec.

Wbrew jego pewności siebie, zająłem bezpieczne, bliskie wyjścia miejsce. - Chyba osiągam apogeum zblazowania – pomyślałem, rozsiadając się wygodniej. 
Sala prawie się zapełniła, a na scenie pojawił się człowiek z ForTune Records – kolejnego wydawnictwa i agencji koncertowej, która będzie się parać jazzem i muzyką improwizowaną w naszym kraju. Koncertem tym postanowili się wypromować, a przy okazji (choć może w odwrotnej kolejności) nagrać materiał na płyty. Facet, po krótkiej, zapoznawczej gadce - szmatce zapowiedział występ zespołu MAQ. Przekląłem pod nosem, bo przyszedłem na Damasiewicza, a obiecałem, że o dziewiątej będę w domu. Nie miałem czasu na supporty. Tym bardziej, gdy niewiele o nich wiedziałem.

Potrzeba było raptem dwóch minut, bym zrzucił z siebie boleśnie uczepiony, niczym kleszcz, sceptycyzm i z rosnącym zainteresowaniem wsłuchał się w ofertę młodzieży polskiego jazzu. A oferta nie opierała się na, tak modnej ostatnio, wolnej improwizacji, tylko na nutach. MAQ zaproponowało kompozycje mieszczące się w szufladce, którą można nazwać progresywnym mainstreamem. Ci dwudziestolatkowie postanowili zbudować dość złożone utwory, oparte na trudnych figurach rytmicznych, podpartych częstą zmiennością. Zapis nutowy wyłaniał nie tylko określonych solistów, lecz także duety i innego rodzaju ustawienia, w ramach których dochodziło do stylistycznego i dynamicznego, wewnątrzzespołowego kontrastowania. Taki pomysł wiąże się z dość niepopularną wśród „kreatywnych młodych jazzmanów” koniecznością żmudnego doszlifowywania na próbach swojego materiału do momentu, aż muzycy poczują się w jego ramach na tyle swobodnie, by móc z lekkością wzbogacać go improwizacją w skali mikro - improwizacją na temat, która przejawia się w ozdobnikach, detalach, akcentach. Oczywiście były też klasycznie rozumiane solówki, które zdradzały całkiem sporą sprawność instrumentalną, stanowiły one jednak bardzo przyjemny dodatek do kompozycji, a nie odwrotnie - jak to ostatnio najczęściej bywa.
Postawa MAQ to kolejny dowód, że realna praca artystyczna, czyli komponowanie, następnie przygotowywanie – wyćwiczenie materiału, owocujące wyzwoleniem się od niego i w konsekwencji umożliwiające improwizowane zdobienie go, to dużo lepsza droga dla estetycznego wzbogacania muzycznego świata, niż opieranie swojej twórczości na, zazwyczaj błędnym, przekonaniu co do możliwości własnej intuicji, która w procesie wolnej improwizacji (będącej przecież niczym innym, jak indywidualnym przetwarzaniem posiadanych danych w konkretnej interakcji) obnaża muzyczną nieświadomość oraz instrumentalne nawyki, jakie składają się na określony wachlarz powtarzanych i najczęściej wtórnych zagrywek.
Żeby nie doszło jednak do przesady, należy zwrócić także uwagę na parę mankamentów w grze MAQ, które w mojej ocenie wynikają przede wszystkim z braku doświadczenia. Przejawiały się one głównie w miejscowej nieumiejętności okiełznania młodzieńczej brawury oraz w okazjonalnym, zbytnim krygowaniu się w punktach wymagających uderzenia, czytaj: niektórym solówkom brakowało mocy, za to momentami dochodziło do drobnej przesady w zdobieniu partii zespołowych. Całościowo jednak koncert bardzo mnie ucieszył, pobudził i ustawił wysoką poprzeczkę Damasiewiczowi.

Po krótkiej przerwie na scenie ponownie pojawił się znajomy gość z ForTune i zapowiedział dwugodzinny koncert, jego zdaniem, najlepszego działającego bandu w Polsce, a może i na świecie. Zmroziło mnie, więc chyba w międzyczasie kleszcz powrócił na swoje miejsce.
Koncert Power Of The Horns rozpoczął sam lider długimi dźwiękami trąbki. Solo było krótkie i niespecjalnie intensywne, ale wprowadziło nas w nastrój i przygotowało do stopniowego startu machiny 11-osobowego bandu (mam wrażenie, że brakowało zapowiedzianego w mediach Thomasa Sanchezja). Damasiewicz swój utwór zbudował w oparciu o: inspirowany patentem Williama Parkera na powtarzalny motyw kontrabasów, dwie perkusje - zupełnie różne stylistycznie i komplementarne, gęsto tkające rytmikę, zgrabnie pasującą do zaproponowanego tematu oraz fajnie zaaranżowaną, a także melodyjną frazę licznych dęciaków. Tyle, jeśli chodzi o część aranżowaną. Resztę stanowiła swobodna realizacja pewnego planu, którego celem było wymieszanie wszelkich koncepcji i stylistyk reprezentowanych przez improwizujące big bandy, zarówno z jednej, jak i drugiej strony Atlantyku. Było więc sporo miejsca dla solistów, duetów, trio, kwartetów. Zespół dzielił się symetrycznie i asymetrycznie, muzycy mieli przy tym dużo zabawy, co zresztą beztrosko demonstrowali na scenie. Widać było, że jednym z nadrzędnych założeń była bezkompromisowa i wyzbyta wszelkich kompleksów gra na maksa. Chłopaki, zgodnie z wolą lidera, mieli napierdalać i niczym się nie stresować.
Było wiele fajnych momentów, kilka osób zaprezentowało się ze świetnej strony (Paweł Niewiadomski, Maciej Obara i Dominik Wania), ogólnie pierwszego utworu słuchało się nieźle. Zdarzyło się jednak też kilka epizodów, które mnie poirytowały. Jedną z pierwszych agresywniejszych wymian w mniejszej konfiguracji, która wyłoniła się zaraz na początku koncertu, był pojedynek tenorów Gerarda Lebika i Marka Pospieszalskiego. Mocno zastanawia mnie intencja takiego zestawienia, ponieważ po raz kolejny, tym razem już w pełni empirycznie, bo na zasadzie bezpośredniego porównania, dane mi było potwierdzić, iż Gerard Lebik nie ma dostatecznej siły do grania free. Jego zderzenie z płucnie, a może po prostu technicznie uprawnionym do solidnego uderzenia Pospieszalskim uczyniło go niesłyszalnym. Patrzyłem jak gnie się na podobieństwo swego instrumentu, jak puchnie na twarzy, jak szybko poruszają się jego palce, ale niestety efekt był jak w niemym kinie. Zamiast adekwatnych dźwięków, dobiegało mnie bezceremonialne porykiwanie Pospieszalskiego, który skupił się wzorem europejskich improwizatorów na wykrzywianiu dźwięków przedęciami i innymi sonorystycznymi sztuczkami. Nie sądzę, by robił Lebikowi na złość, a może?
Druga sprawa, która zakłócała mój spokój, to Gabriel Ferrandini, który bez skrępowania, w świetle reflektorów i przy aplauzie pozostałej części muzyków oraz publiczności, powielał przez cały koncert styl gry Paala Nilssena-Love. Pewnie bym o tym nie wspomniał, ale ponieważ to już kolejny mój kontakt z tym muzykiem, utwierdziłem się w przekonaniu, że mam do czynienia z plagiatem. W tym, nie aż tak wielkim, środowisku występuje określona grupa osób improwizujących (i chwała im za to), którym udało się stworzyć swój bardzo indywidualny, oryginalny język muzycznej wypowiedzi. Oczywiście, trudno zabronić, by poszczególne patenty, składające się na ich rozpoznawalny styl, nie padały łupem młodych, szukających inspiracji muzyków, ale stanowczo sprzeciwiam się zagarnięciu kompleksowej maniery artystycznej.
Trzecia, chyba najważniejsza rzecz, to jak zwykle problem z intencją. Oglądając i słuchając Power Of The Horns, miałem wrażenie, że cały pomysł Damasiewicza skupia się na efekciarstwie. Że ani na moment nie włożył on wysiłku w próbę stworzenia czegoś realnie „od siebie”, zamiast tego skoncentrował się na wyłowieniu różnych atrakcyjnych patentów z dostępnego, bigbandowego materiału i wdrożeniu ich w swój projekt.
Wyszedłem kwadrans od rozpoczęcia się drugiego utworu, w trakcie bardzo kiepskiego solo lidera. Może nie była to do końca jego wina, ponieważ właściwie wszystko zaczęło się już w międzyczasie rozjeżdżać. Pomysł na kontrastowanie postbopowego free z free europejskim w oparciu o dwie adekwatne i następujące po sobie sekcje rytmiczne, oraz swego rodzaju bopowy motyw urywany i ginący gdzieś w narastającym chaosie improwizacji był może i fajny, ale niestety zespół temu nie podołał. Chłopcy zaczęli się gubić, pojawił się problem z dynamiką. Chaos wyrwał się spod kontroli. Lokal opuszczałem bez żalu.

- Halo?
- MAQ uratowało naszą znajomość, kolego!

Marcin Kiciński

wtorek, 28 sierpnia 2012

Bachsecki - czyli Marcin Masecki w radiowej Dwójce


Mam prośbę, bo na muzyce klasycznej znam się słabo. Posłuchajcie tego „Dwójkowego” wywiadu z Marcinem Maseckim i spróbujcie mi wytłumaczyć o co chodzi. 

Z tego, co zrozumiałem, Marcin nagrał „Die Kunst Der Fuge” Bacha z trzech powodów. Po pierwsze muzyka klasyczna to jego życie "od zera" i jest dla niego bardzo ważną "rzeczą", tzn. "światem". Po drugie czuje się on znudzony wielką liczbą wykonań tego klasycznego dzieła, wykonań doskonale zrealizowanych, rywalizujących ze sobą w poszukiwaniu perfekcji, sterylnych, brzmiących niczym „festiwal muzyki klasycznej” i nie chce przykładać ręki do "śmierci muzyki klasycznej, która i tak odchodzi, w desperacki sposób - jak Cesarstwo Rzymskie - udając, że jest bogata i ma gest", więc nagrywa swoją wersję na starym dyktafonie, co ma zmienić walory odsłuchu i jednocześnie „odpupić” to dzieło. Tym samym przechodzimy do trzeciego powodu: zmiana kontekstu, co ja rozumiem, że Bach przestaje być Bachem i staje się Bachseckim, ma na tę muzykę uwrażliwić nowe – zupełnie „nieświadome istnienia filharmonii” – grupy słuchaczy.
Instytut Audiowizualny wchodzi w to w ciemno…
Ponieważ dla mnie jest to Piwowski (oglądaliście "Krok"? Mniej znany od "Rejsu", ale tu chyba jeszcze lepiej by pasował), mam dla Marcina fajny pomysł. Następnym razem, gdy będziesz grał klasyków, proponuję byś wstawił fortepian do kawiarnianego kibla, ustawił mikrofony i puścił widowni swoją interpretację, dajmy na to Beethovena. Najlepiej by przewody mikrofonów delikatnie zwierały, dzięki czemu wynikający z tego brum na pewno będzie świetnie korespondował z metalicznym kaflowym pogłosem. Co by dodać odrobinę smaczków, sugeruję, by koncert odbywał się stosunkowo późno, tak, by kawiarniana publiczność, po spożyciu kilku browarów, mogła (korzystając z oczywiście czynnego kibelka) wzbogacić dzieło zupełnie nowymi brzmieniami. W ten oto sposób wymieszasz sacrum z profanum, wprowadzisz odrobinę Cage'owskiego przypadku, a całość zalejesz ciepłym folkowym sosem. Iluż nowych słuchaczy z tak różnych światów pozyskasz tą metodą?! Ileż zyska w ten sposób biedny, martwy Beethoven?!

Marcin Kiciński

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Polish Klezmer Smęt.

Gdy ostatnio nadziałem się na informację o kolejnym projekcie Wacława Zimpla poświęconym muzyce żydowskiej, tyle że tym razem z Indii, następnym Cukunfcie, Alte Zachen, Samech i wielu innych, naszły mnie pewne wątpliwości, w związku z którymi postanowiłem zadać chyba dość odważne pytanie: dlaczego w Polsce tak wielu artystów z kręgu tzw. muzyki kreatywnej tak chętnie angażuje się w projekty okołoklezmerskie? Chodzi o pochodzenie? Pytam szczerze, bo nie wiem.

W pewnym momencie w Polsce zadziałał swoisty syndrom. Pamiętam zornofilię z drugiej połowy lat 90tych, która zapanowała wraz z pojawieniem się Tzadika. Zorn jako prawdziwy awangardzista nie schodził z języków, wszyscy zachłystywali się kolejnymi jego produkcjami, dyskutowano o Masadzie i innych Bar Kokhbach. Gros muzyków nowojorskich zaangażowało się w nową inicjatywę i chętnie udzielało się na parażydowskim obszarze wyznaczonym przez Zorna. Do Polski z sukcesem przybywali na koncerty David Krakauer czy Uri Caine. Siłą rzeczy więc, chcąc być na bieżąco, przesłuchiwało się serię Radical Jewish Culture. Poza tym zdarzył się sukces. My Polacy sukcesów jesteśmy głodni, dlatego gdy Cracow Klezmer Band zaistniał za oceanem, oczywistym się stało, że muzyki żydowskiej należy słuchać, jeśli chce się być kulturalnie świadomym. Nie ujmując nic Besterowi i jego kolegom, którzy (tak się fajnie dla nas złożyło) raczej stanowią górną półę propozycji klezmerskiej serii Tzadika, u nas zadziałał jednak efekt Małysza. Nie zapominajmy także, że jako naród ciągle borykamy się z naszymi "jedwabnymi" sprawkami. Kto jak kto, ale to intelektualne elity czują się powołane do borykania się z poczuciem winy i mentalnym zadośćuczynieniem, dlatego gdy zewsząd posypały się gromy co do naszej, już nie tylko obojętności, lecz także współudziału w masowym mordzie Narodu Żydowskiego, jedyne, co mogliśmy jako kulturalni ludzie zrobić, to docenić. I jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, zdrowy rozsądek poległ. Bo jak już zaczęliśmy chwalić, to wszędzie. Jeśli chodzi o zjawiska etniczne, w każdym medium, zarówno państwowym, jak i prywatnym, przez kilka lat bez mała mieliśmy do czynienia z ultrapromocją kultury żydowskiej.

Minęło trochę czasu i sprawy zaczęły się stopniowo samoregulować. Klezmerski sound mocno się przejadł i - przynajmniej wśród osób realnie zainteresowanych muzyką kreatywną - słusznie spadł w rejony niszy, w której jego miejsce. Niszy obfitującej w różne - zupełnie równouprawnione - zjawiska etniczne.

Równolegle zaczęła się stopniowo rodzić w Polsce realna scena muzyki alternatywnej. Głównie w Poznaniu, Warszawie i Trójmieście, wokół takich wytwórni jak Multikulti, LadoABC czy 1Kilogram. I naprawdę nieźle się to wszystko toczyło, gdy nagle, nie wiedzieć czemu, trend powrócił. Mikołaj Trzaska, Wacław Zimpel, Raphael Rogiński, a ostatnio także Maciej Trifonidis znaleźli w sobie żydowskie powołanie i na nowo poczęli eksplorować kulturę klezmerską. Myślałem, że to zjawisko tymczasowe, taka próba sił z wymagającą materią. Temat zdaje się jednak nie mieć końca. I to zaczyna już budzić mój sprzeciw. Bo czemu właśnie to ona ma być taka interesująca dla polskiego słuchacza? Czy brak jest innych inspiracji? Dlaczego eksplorując Indie czy Jemen, szuka się tam wyłącznie pierwiastka żydowskiego?
Boję się, że nie ma to nic wspólnego z subiektywną oceną wartości kulturowej, lecz że niestety głównie chodzi o kwestie zupełnie merkantylne. Bo temat żydowski nie jest u nas załatwiony, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę podatną na wszelkie manipulacje klasę średnią, będącą jednocześnie głównym targetem większości przedsięwzięć kulturalnych. To ona była adresatem zjawisk importowanych zza oceanu, to ona najmocniej się napompowywała kulturalnymi sukcesami Cracow Klezmer Band i to ona ciągle najbardziej boi się zarzutu antysemityzmu, który - jak chyba nigdzie na świecie - u nas przestał znaczyć tylko dyskryminację Żydów, a stał się symbolem braku ochoty na uginanie się przed ciężarem poczucia winy względem nich.
A przecież klasa średnia to przede wszystkim konsument, ktoś kto operuje w sferze 'must be', 'must have', 'must buy'. Więc gdy buduje się nową scenę muzyki ambitnej, o co najlepiej ją oprzeć? Jazz już raczej nie wystarczy, bo to z lekka już przebrzmiałe. Improwizacja? Ok, ale już przecież wiemy, z czym to się je. Jeśli się jednak zatopi te wartości w koszernym sosie, nagle okazuje się, że trudno się temu zjawisku oprzeć. Bo "żydowskie" musi znaczyć: "na pewno dobre".

"Otóż okazuje się, że prawie żadna firma w Polsce nie chce, aby jej logo, nazwa występowała w kontekście festiwalu kultury żydowskiej. Wystarczy spojrzeć na festiwale o podobnym profilu, jak te organizowane w Krakowie czy Warszawie, i zwrócić uwagę na to, kto figuruje tam jako sponsor czy mecenas. Albo są to fundacje zagraniczne, albo instytucje kultury – samorządowe czy rządowe. To nie przypadek. Nie zarzucam nikomu antysemityzmu, od tego jestem jak najdalszy, stwierdzam tylko, że następuje jakaś autocenzura potencjalnych sponsorów, a jeśli każdy z nich ma do wydania określoną kwotę i do wyboru kilka/kilkanaście festiwali, wybierze raczej bezpieczny, nie budzący kontrowersji, raczej rozrywkowy, taki jak Dolina Charlotty na przykład.".
Gdy czytam tę wypowiedź organizatora Tzadik Festival - Tomasza Konwenta, jakoś nie przekonuje mnie jego odżegnywanie się od zarzutu antysemityzmu. Dziwnie w tym akapicie pobrzmiewa mi wewnętrzna sprzeczność i przede wszystkim pretensja. A ja nie widzę powodu, aby akurat ta niszowa przecież dziedzina miała być traktowana ze szczególnymi względami. Posunę się wręcz do stwierdzenia, że już na to po prostu nie zasługuje. Poza tym uważam, że jeśli chodzi o potencjalnych mecenasów, należałoby ich szukać tam, gdzie kwestia promocji własnej kultury powinna być najważniejsza - czyli w Ambasadzie Izraela lub w Stowarzyszeniach Gmin Żydowskich.

Szczerze mówiąc, nie do końca wiem do kogo się w tym momencie zwracam. Czy mówiąc do Mikołaja Trzaski, Wacława Zimpla lub Raphaela Rogińskiego, mówię do Polaków, Żydów, czy polskich Żydów i co tak naprawdę to ostatnie wyrażenie oznacza? Dlatego zwrócę się do Was, artystów operujących w granicach RP. Naprawdę jest mnóstwo ciekawych zjawisk folklorystycznych poza muzyką klezmerską. Proszę Was zatem, spróbujcie wziąć na swoje barki misję wzbogacania naszego muzycznego uniwersum.

Marcin Kiciński

niedziela, 5 sierpnia 2012

The Beatles "White Album", 1968


John Lennon – śpiew, gitara prowadząca i rytmiczna, gitara basowa cztero- i sześciostrunowa, fortepian, fortepian elektryczny, organy Hammonda, fisharmonia, melotron, instrumenty perkusyjne (bębenek baskijski, marakasy, uderzanie w tylną ściankę gitary akustycznej, klaskanie, perkusja wokalna), harmonijka ustna, saksofon, gwizdanie, sample, efekty dźwiękowe
Paul McCartney – śpiew, gitara prowadząca i rytmiczna, gitara basowa cztero- i sześciostrunowa, fortepian, fortepian elektryczny, organy Hammonda, perkusja w "Back in the U.S.S.R." i "Dear Prudence", kotły i inne instrumenty perkusyjne (bębenek baskijski, klaskanie, perkusja wokalna), flet prosty, skrzydłówka, efekty dźwiękowe
George Harrison – śpiew, gitara prowadząca i rytmiczna, gitara basowa cztero- i sześciostrunowa, organy Hammonda, różne instrumenty perkusyjne (bębenek baskijski, dzwonek, klaskanie, perkusja wokalna), efekty dźwiękowe
Ringo Starr – perkusja i inne instrumenty perkusyjne (tamburyn, bongosy, talerze, marakasy, perkusja wokalna), śpiew w "Don't Pass Me By", fortepian elektryczny w "Don't Pass Me By", dzwonek w "Don't Pass Me By", podkład wokalny w "The Continuing Story of Bungalow Bill"

Rok wydania: 1968

Za wikipedią:
* W 1997 roku album The Beatles został uznany za dziesiątą najlepszą płytę w dziejach muzyki w konkursie "Music of Millennium"
* W 1998 roku Q Magazine umieścił go na 17 miejscu, a TV Network w 2003 umieściła go na 11 miejscu w analogicznych konkursach do poprzedniego.
* W 2003 został sklasyfikowany jako 10 z 500 najlepszych albumów muzycznych w konkursie organizowanym przez pismo Rolling Stone[1]
* Album zdobył 19 platynowych płyt w USA.

Zwariowałem? Chyba nie! Po prostu mam wrażenie, że w środowisku osób zainteresowanych muzyką artystyczną Beatlesi to bardziej królowie popu, zjawisko ultrakomercyjne i kojarzą się częściej z "Gib mir Deine Hand" i "She loves you, yeah yeah yeah" niż z tymi kilkoma płytami z końca drugiej połowy lat sześćdziesiątych, które w mojej ocenie stanowią o ich niebywałej wielkości artystycznej i, uwaga, uwaga, awangardowej.

piątek, 3 sierpnia 2012

Luciano Berio / Mike Patton / Ictus Ensemble "Laborintus II", Ipecac, 2012




Mike Patton - recytacja, śpiew
Ictus Ensemble - wykonanie
Luciano Berio - kompozycja


Wytwórnia: Ipecac Records
Rok wydania: 2012




Gdybym był 14-letnią siksą, siedziałbym pewnie teraz wpatrzony w plakat Mike'a i z rumieńcem na twarzy wspominał jego diabelskie wygłupy z poznańskiego koncertu Faith No More oraz swoje rozwrzeszczane reakcje na niego. Gdybym był ciut młodszy i bezdzietny, pewnie sam bym na tym koncercie wylądował, mimo że dość niedawno (rok? dwa lata temu?) widziałem ten reaktywowany, bądźmy szczerzy, średni muzycznie zespół w Pradze. Dlaczego zatem? Odpowiedź jest prosta - jestem fanem Mike'a Pattona. A ponieważ nie mam już siły na uczestniczenie w forach mu poświęconych, w koszulkach Fantomasa jakoś niekoniecznie mi do twarzy, a i na bycie grouppie zarówno ze względu na płeć, jak i wiek raczej nie mam szans - pozostaje jeden sposób na oddanie hołdu mojemu idolowi - bezgraniczny aplauz dla większości jego produkcji.

czwartek, 2 sierpnia 2012