Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Multikulti. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Multikulti. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 2 stycznia 2012
Hera „Where My Complete Beloved Is”, Multikulti, 2011
Wacław Zimpel: cla, bcla, harmonium, tarogato
Paweł Postaremczak: ss, ts, piano
Ksawery Wójciński: double bass
Paweł Szpura: dr, perc
+ Maniucha Bikont: voice, Sara: tampura
Wytwórnia: Multikulti
Rok wydania: 2011
Jak wiecie, rzadko piszę negatywne recenzje, a już najrzadziej znajduję czas dla płyt trzygwiazdkowych. Niestety, gdy jestem świadkiem zbiorowej euforii dotyczącej określonego albumu, którego nie cenię za wysoko, zazwyczaj pojawia się we mnie obsesyjna potrzeba wyrażenia własnej opinii, wprowadzającej stosowną korektę. Jakby coś mi kazało krzyknąć „ej, opamiętajcie się ludzie!”. Jest to oczywiście idiotyczne do kwadratu i mogłoby spokojnie być potraktowane jako kompulsja pt. „musi gnojek wsadzić kij w mrowisko”, pytanie tylko, czy ja mam jakiś kij i gdzie do cholery jest to mrowisko?
wtorek, 30 sierpnia 2011
Fred Lonberg-Holm / Piotr Mełech “Coarse Day”, Multikulti, 2011
Fred Lonberg-Holm – cello, electronics
Piotr Mełech – clarinets
Wytwórnia: Multikulti
Rok wydania: 2011
„Coarse Day” to historia opowiadana przez dwa intrygujące głosy, które tworzą niezwykły duet. Tym bardziej znanym jest z pewnością wiolonczela Freda Longberg-Holma, obecna również w największych współczesnych bandach jazzowych (Vandermark 5, Chicago Tentet). Chicagowski muzyk, który szlifował warsztat pod okiem m.in. Mortona Feldmana i Pauline Oliveros, swą popularność zawdzięcza szerokiemu wachlarzowi brzmień, które wydobywa z instrumentu, dodatkowo modyfikując je elektronicznie. Tworzy w ten sposób oryginalne dźwięki, często bliskie laptopowym preparacjom, znacznie poszerzające spektrum możliwości zespołów, w których występuje. Na „Coarse Day” tak produkowane efekty specjalne schowane są raczej w tle, robiąc miejsce dla melodii, które prowadzi głównie grający na klarnecie Piotr Mełech, były członek Yazzbot Mazut.
wtorek, 12 lipca 2011
MULTIKULTI - PREMIERA
TIM DAISY / KEN VANDERMARK
THE CONVERSATION
Ken Vandermark - Bb and bass clarinet, ts
Tim Daisy - drums
wtorek, 14 czerwca 2011
MULTIKULTI - PREMIERY
FRED LONBERG-HOLM / PIOTR MEŁECH COARSE DAY Piotr Mełech: Clarinets Fred Lonberg-Holm: cello, electronics | |
TFARUK LOVE COMMUNICATION Tomasz Ballaun: perkusjonalia, elektronika Michał Fetler: saksofon Piotr Mełech: klarnet basowy Krzysztof Kaliski: gitara basowa Daniel Karpiński: perkusja + Kuba Jankowiak: trąbka Franiu Frank: Rhodes, perkusjonalia Wojtek Mazolewski: gitara basowa Tymon Tymański: gitara basowa |
wtorek, 15 lutego 2011
Peter Evans / Mats Gustafsson / Agustí Fernández "Kopros Lithos", Multikulti 2010
Peter Evans - trumpet
Mats Gustafsson - baritone sax and alto fluteophone
Agustí Fernández - piano
Wydawnictwo: Multikulti
Rok wydania: 2010
Rozpatrując „Kopros Lithos” w kategoriach jazzu można sobie zrobić krzywdę, choć takie podejście poniekąd usprawiedliwia muzyczna proweniencja artystów. Wszelkie wątpliwości rozwiewane są już na starcie przez psychopatyczny wrzask Gustafssona i następujący po nim atak nerwowo wydobywanych dźwięków, więc nikt nie może stwierdzić, że nie został ostrzeżony. Trio oddaje hołd skrajnie intuicyjnemu podejściu do generowania muzycznych struktur, traktując improwizację jako rytuał wymiany energii, duchowego zjednoczenia, muzyczny ekwiwalent seksu. Aby to było możliwe, konieczne jest całkowite otwarcie na strumień doświadczeń i odrzucenie jakiejkolwiek cenzury emocji. Dlatego też zawartość albumu jest daleka od inteligenckiego pitu pitu akademickiej muzyki współczesnej, choć muzycy kierują się tu podobnymi pobudkami – poszukiwaniem możliwości ucieczki z terenów przynależących do klasycznych stylistyk. Destruktywne uczucia występują tu na takich samych prawach co filozoficzne refleksje – nic, co ludzkie nie jest im obce.
Najbardziej fascynujące są momenty największego stężenia agresji. Momentami trudno uwierzyć, że to, co brzmi jak występ Merzbowa w MTV Unplugged jest efektem gry na akustycznym zestawie: fortepian + trąbka + saksofon. Przeraźliwe ryki i kąśliwe świsty obu dęciaków osiągają maksimum siły rażenia pozbawione towarzystwa charakterystycznych dla hałaśliwego free-jazzu pochodów perkusji. Jej brak znakomicie kompensuje gra Agustiego Fernandeza produkującego industrialną rytmikę i wypełniającego niższe rejestry podszczypywaniem strun i obijaniem obudowy fortepianu. Zarówno kwaśne drony jak i bardziej wyrozumiałe dla uszu fragmenty utworów pełne są smaczków, których obecność ciężko jest umieścić w schemacie przyczyn i skutków – niemożliwe jest określenie, czy mamy do czynienia ze świadomymi bądź nieświadomymi nawiązaniami ze strony muzyków, czy tylko z fanaberiami wyobraźni podejmującej desperackie próby porządkowania nadmiaru informacji płynących z przypadkowych zestawień abstrakcyjnych dźwięków. Ujawniające się w sonicznej mgle formy potrafią przywoływać tak różne skojarzenia jak blues, ścieżka dźwiękowa czarno-białego thrillera, zmutowany breakbeat, odgłosy zarzynanych zwierząt czy zabawa zdezelowaną wiolonczelą. Świadomość daje się porwać dzięki balansowaniu pomiędzy skrajnościami niedopowiedzeń i ekstatycznego noise’u.
Na koniec wątek patriotyczny. Warto podkreślić, że płyta została wydana w Polsce i nie jest to efekt przypadku, lecz wytrwałej pracy wielu ludzi, którym leży na sercu dobro muzyki improwizowanej. „Kopros Lithos” to zapis koncertu, który odbył się w Poznaniu, ale każde większe polskie miasto może się pochwalić klubem, do którego regularnie zapraszane są gwiazdy zza granicy. Te przyjeżdżają chętnie, wiedząc, że zawsze mogą liczyć na gorące przyjęcie ze strony zazwyczaj licznej publiki. Nie bez znaczenia jest także reklama, jaką robią rodzimi instrumentaliści oraz liczące się sporym uznaniem wytwórnie, jak choćby Not Two czy odpowiedzialne za omawiane wydawnictwo Multikulti. To dzięki nim wszystkim dorobiliśmy się nad Wisłą sceny, która rodzi tak znakomite nagrania.
Mateusz Krakwczyk
(screenagers.pl)
wtorek, 18 stycznia 2011
Ken Vandermark / Predella Group "Strade de'Acqua / Roads of Water", Multikulti, 2010
Jeb Bishop: trombone
Jaimie Branch: trumpet
Tim Daisy: drums, percussion
Fred Lonberg-Holm: cello
Nate McBride: bass
Jeff Parker: guitar
Ken Vandermark: reeds
Wytwórnia: Multikulti
Rok wydania: 2011
Pierwszy soundtrack Kena Vandermarka to dla mnie niebywałe wydarzenie. Bynajmniej nie z powodu filmu, którego nie widziałem i pewnie nie dane mi będzie zobaczyć, tylko ze względu na konceptualizm całego albumu, przekładający się na klimat niespotykany wcześniej na jego płytach. Nie będzie to chyba przesadą, jeśli stwierdzę, że "Roads of Water" to pierwszy album, na którym Ken Vandermark jest kompozytorem. Bo nie chodzi mi tu o kompozytora jazzowego - tę rolę przyjmował niejednokrotnie, tylko o kompozytora szeroko pojętej muzyki współczesnej. I znów nie chciałbym być źle zrozumiany. "Roads of Water" to muzyka oscylująca między jazzem, którego jest dużo, a współczesną kameralistyką. To co jest jednak nowe, to wyczuwalny autorytaryzm lidera, który jeszcze mocniej niż kiedykolwiek dookreślił ramy, w których muszą poruszać się muzycy Predella Group. Zakładam, że będzie to powód do pewnych kontrowersji, ale zawężenie wolności i "wyciągnięcie batuty" wyszło tej płycie bardzo na korzyść.
Jeśli chodzi o muzykę, mamy do czynienia z bardzo zróżnicowanym zjawiskiem. Z jednej strony ma się wrażenie, że dominują tu ballady, będące niejako kontynuacją melodyki znanej z jednej z najbardziej udanych płyt Kena - Tripleplay "Gambit". Kołysankowy nastrój jest jednak przeplatany przez bardzo klimatyczne ambientoidalne pejzaże, budowane przez smyki i różnego rodzaju sonorystykę dęciaków, uzupełnione transowo wybijanymi rytmami Daisy'iego. Jest też żwawszy utwór "Blue Over Green" z funkowym groovem sekcji i zgrabnymi solówkami Jeffa Parkera w dwóch wersjach: bardziej jazzową i rockową. Absolutną perełką jest utwór "Signal", który mógłby stanowić swego rodzaju tribute to Deep Listening Band. Nie wiem, jak muzycy uzyskali taki efekt - czy współczesne studio daje takie możliwości, bo zespół brzmi, jakby nagrywał wzorem Pauline Oliveros i reszty, w pustej cysternie.
Nie ma sensu streszczać utworu po utworze, ponieważ najważniejsze jest, iż płyta ta tworzy niezwykle złożoną, ale spójną całość. Podobnie jak na płytach V5, kompozycje są mocno eklektyczne i często drastycznie zmieniają bieg wydarzeń, tyle że o ile w V5 bardzo często działanie to jest lekko nachalne i niepotrzebne, a momentami wręcz pretensjonalne, tak na tej płycie odniosłem wrażenie absolutnej harmonii. Muzyka sączy się niczym opowieść z określoną liczbą bohaterów i planów. Wszystko ma swój logiczny powód i konsekwencje, a co ważniejsze wyczuwa się intrygę, która wciąga.
Na koniec warto dodać, że sztywność kompozycji stawia muzyków w troszeczkę nowym kontekście i zmusza ich do odejścia od pewnych rutynowych zagrań, które - chcąc nie chcąc - powtarzają się wielokrotnie w czasie ich improwizacji w sytuacjach zupełnie wolnych. Tu czuć pracę nad materiałem przy jednoczesnej rezygnacji z własnej osobowości scenicznej. Osobowość na tej płycie jest jedna - Ken Vandermark i to ona jest pryzmatem, przez który pozostali muzycy patrzą na niedookreślone partie partytury.
Marcin Kiciński
Jaimie Branch: trumpet
Tim Daisy: drums, percussion
Fred Lonberg-Holm: cello
Nate McBride: bass
Jeff Parker: guitar
Ken Vandermark: reeds
Wytwórnia: Multikulti
Rok wydania: 2011
Pierwszy soundtrack Kena Vandermarka to dla mnie niebywałe wydarzenie. Bynajmniej nie z powodu filmu, którego nie widziałem i pewnie nie dane mi będzie zobaczyć, tylko ze względu na konceptualizm całego albumu, przekładający się na klimat niespotykany wcześniej na jego płytach. Nie będzie to chyba przesadą, jeśli stwierdzę, że "Roads of Water" to pierwszy album, na którym Ken Vandermark jest kompozytorem. Bo nie chodzi mi tu o kompozytora jazzowego - tę rolę przyjmował niejednokrotnie, tylko o kompozytora szeroko pojętej muzyki współczesnej. I znów nie chciałbym być źle zrozumiany. "Roads of Water" to muzyka oscylująca między jazzem, którego jest dużo, a współczesną kameralistyką. To co jest jednak nowe, to wyczuwalny autorytaryzm lidera, który jeszcze mocniej niż kiedykolwiek dookreślił ramy, w których muszą poruszać się muzycy Predella Group. Zakładam, że będzie to powód do pewnych kontrowersji, ale zawężenie wolności i "wyciągnięcie batuty" wyszło tej płycie bardzo na korzyść.
Jeśli chodzi o muzykę, mamy do czynienia z bardzo zróżnicowanym zjawiskiem. Z jednej strony ma się wrażenie, że dominują tu ballady, będące niejako kontynuacją melodyki znanej z jednej z najbardziej udanych płyt Kena - Tripleplay "Gambit". Kołysankowy nastrój jest jednak przeplatany przez bardzo klimatyczne ambientoidalne pejzaże, budowane przez smyki i różnego rodzaju sonorystykę dęciaków, uzupełnione transowo wybijanymi rytmami Daisy'iego. Jest też żwawszy utwór "Blue Over Green" z funkowym groovem sekcji i zgrabnymi solówkami Jeffa Parkera w dwóch wersjach: bardziej jazzową i rockową. Absolutną perełką jest utwór "Signal", który mógłby stanowić swego rodzaju tribute to Deep Listening Band. Nie wiem, jak muzycy uzyskali taki efekt - czy współczesne studio daje takie możliwości, bo zespół brzmi, jakby nagrywał wzorem Pauline Oliveros i reszty, w pustej cysternie.
Nie ma sensu streszczać utworu po utworze, ponieważ najważniejsze jest, iż płyta ta tworzy niezwykle złożoną, ale spójną całość. Podobnie jak na płytach V5, kompozycje są mocno eklektyczne i często drastycznie zmieniają bieg wydarzeń, tyle że o ile w V5 bardzo często działanie to jest lekko nachalne i niepotrzebne, a momentami wręcz pretensjonalne, tak na tej płycie odniosłem wrażenie absolutnej harmonii. Muzyka sączy się niczym opowieść z określoną liczbą bohaterów i planów. Wszystko ma swój logiczny powód i konsekwencje, a co ważniejsze wyczuwa się intrygę, która wciąga.
Na koniec warto dodać, że sztywność kompozycji stawia muzyków w troszeczkę nowym kontekście i zmusza ich do odejścia od pewnych rutynowych zagrań, które - chcąc nie chcąc - powtarzają się wielokrotnie w czasie ich improwizacji w sytuacjach zupełnie wolnych. Tu czuć pracę nad materiałem przy jednoczesnej rezygnacji z własnej osobowości scenicznej. Osobowość na tej płycie jest jedna - Ken Vandermark i to ona jest pryzmatem, przez który pozostali muzycy patrzą na niedookreślone partie partytury.
Marcin Kiciński
środa, 5 stycznia 2011
MULTIKULTI - PREMIERY
EFG TRIO KOPROS LITHOS Peter Evans: trumpet Agustí Fernández: piano Mats Gustafsson: baritone sax and alto fluteophone | |
KEN VANDERMARK / PREDELLA GROUP STRADE DE'ACQUA / ROADS OF WATER / LES ROUTES D'EAU Jeb Bishop: trombone Jaimie Branch: trumpet Tim Daisy: drums, percussion Fred Lonberg-Holm: cello Nate McBride: bass Jeff Parker: guitar Ken Vandermark: reeds |
niedziela, 26 grudnia 2010
Cukunft "Itstikeyt / Fargangenheit", LadoABC, 2010; Postaremczak / Zimpel / Wójciński / Szpura "Hera", Multikulti, 2010
Raphael Rogiński / guitar, Paweł Szamburski / clarinets, Michał Górczyński / clarinet, Paweł Szpura / drums, Kuba Kossak / bassoon, Adam Różański / percussion, Piotr Kaliński / percussion, Tomasz Duda / sax, flute, bass clarinet
Wytwórnia: Lado ABC
Rok wydania: 2010
Po pierwszych wysłuchanych nutach wydawało mi się, że Cukunft drepcze po bardzo grząskim gruncie. Natychmiastowe skojarzenia ze sceną tzadikową, konotacje brzmieniowe Rogiński – Ribot: „klapa” - pomyślałem. Coś mnie jednak zatrzymało przy tej płycie i kazało słuchać dalej ,i od nowa, i jeszcze raz, i kolejny. Taka reakcja na to koszerne zjawisko jest dla mnie tym bardziej zaskakująca, że - delikatnie rzecz ujmując - czkawką odbija mi się „jewish music series” i eksploatowana przez długi czas klezmerska stylistyka. O co zatem chodzi?
Pierwsza płyta tego podwójnego wydawnictwa pt. "Itstikeyt” (Raphael Rogiński / guitar, Paweł Szamburski / clarinets, Michał Górczyński / clarinet, Paweł Szpura / drums) składa się z koncertowych, bardzo przaśnych, dynamicznych, tradycyjnych melodii, gdzie siła zespołu jest prezentowana w absolutnie bezpretensjonalny, bezpośredni i radosny sposób. Panowie pędzą niczym rydwan z napisem „jewish party” ciągnięty przez cztery rwące freejazzowe rumaki, które z jednej strony potrafią wybornie zgrać się, by skumulować wspólną energię, a z drugiej strony chętnie wyrywają się pojedynczo, zmuszając resztę zespołu do wzmożonego wysiłku. Nie brak temu wyścigowi swoistych potyczek, tyle że zadziorność, którą słychać, ma sobie wiele poczucia humoru i koleżeńskiej - żeby nie powiedzieć chłopięcej - rywalizacji, a szorstkość brzmienia nasuwa skojarzenia z garażową zabawą z pewną nutką postpunkowej estetyki spod znaku Leonida Soybelmana. Cechy te czynią ich wspólną grę porywającą i niezmiernie zaraźliwą.
Płyta „Fargangenheit” (Raphael Rogiński / guitars, Kuba Kossak / bassoon, Adam Różański / percussion, Piotr Kaliński / percussion, Tomasz Duda / sax, flute, bass clarinet, Paweł Szamburski / clarinet) prezentuje zupełnie odmienne podejście do materiału klezmerskiego. Wyciszone ballady, w których pierwsze skrzypce gra gitara Rogińskiego, tak potwornie podobna do stylistyki uprawianej przez Marca Ribota, w pierwszym odruchu wywołują sprzeciw. Po chwili jednak zaczyna dominować czar bardzo pięknych aranżacji i angażując nas mocniej w słuchanie, nakazuje oddać Rogińskiemu honor. Gitarzysta jest świadom obranego brzmienia i poniekąd drwi z ryzyka. Puszcza oko i wyzywa słuchaczy na pojedynek. To do nas należy bowiem znalezienie wartości dodanej, której na płycie nie brakuje. To my powinniśmy docenić w muzyce Cukunftu to, czego od lat niestety brakuje na licznych produkcjach Tadzik Records – świeżości tkwiącej w niuansach. Bo o ile Ribot, którego uwielbiam, często u Zorna brzmi jak bezduszna maszyna do generowania gitarowych subtelności, tak subtelności Rogińskiego na nowo wzruszają.
Wacław Zimpel: clarinet, bass clarinet
Paweł Posteremczak: soprano and tenor saxophones
Ksawery Wójciński: double bass
Paweł Szpura: drums
Wytwórnia: Multikulti
Rok wydania: 2010
Hera zdobyła już spore uznanie. Najwyższa ocena u guru freejazzowego bloga – Stefa (http://freejazz-stef.blogspot.com/), raczej nieskorego do nagradzania albumów pięcioma gwiazdkami, to nie lada nobilitacja w skali globalnej.
Moja przygoda z ich muzyką nie była jednak tak oczywista, a ocena wahała się od euforycznej rekomendacji po gwałtowną negację. Ambiwalencja ta wzięła się z pierwszego przesłuchania, kiedy mój potęgujący się aplauz został brutalnie przerwany przez ostatni utwór, w którym brzmienie zespołu zbyt drastycznie nasunęło mi skojarzenia z osobą Petera Brotzmanna (jak się później okazało nie do końca słusznie). Rozeźliło mnie to i odrzuciło na trochę od płyty. Powroty na szczęście pomogły ustabilizować się emocjonalnie i ukonstytuować prawo, jakie dałem w niniejszej recenzji Rogińskiemu, a którego pierwotnie odmówiłem Zimpelowi. Peter Brotzmann ze swoim brzmieniem nie jest już tylko jednym z muzyków sceny improwizowanej, jest symbolem, jest krokiem milowym, jest źródłem, z którego można czy nawet należy czerpać, a Wacław Zimpel czerpie z tego źródła, przyznać finalnie muszę , bez przesady. Gdy wielokrotnie odwołujemy się w przypadku licznych saksofonistów do coltrane’owskich czy colemanowskich inspiracji, robimy to w sposób zupełnie oczywisty, nie mając pretensji o nawet dosadne zapożyczenia. Brotzmann zasłużył, by się na nim oprzeć, a sposób na wykorzystanie tego potencjału przez Zimpela wymaga aprobaty. Bo Hera to projekt wolnych poszukiwaczy, którzy przytłoczeni wielością znanych im muzycznych zjawisk, miotają się w dookreśleniu i chęci zaznaczenia własnego pomysłu na muzykę. Brzmi to jak zarzut, a jest komplementem, bo robiąc to, robią to szczerze, odważnie i z pełnym oddaniem.
To, co mnie ewidentnie uwodzi w tej płycie i o czym nie mogę nie wspomnieć, nawet po powyższej puencie, to jej pierwsze dźwięki. „Monreale” to genialna, mroczna, narastająca kompozycja, nasuwająca skojarzenia zarówno z mityczną postacią dość niesympatycznej bogini, jak i skutkami uzależnienia od wiadomego specyfiku. Brzmi jak nic, co do tej pory miałem okazję posłuchać w adekwatnej stylistyce. Pulsujące dźwięki wrzynają się w umysł i przejmują kontrolę, by przejść stopniowo w sugerowane przez Zimpela wyważone free, a z czasem w gwałtowne zespołowe uderzenie poprowadzone przez Postaremczaka. Cała płyta jest niezwykle energetyczna i emocjonalna. Czuć zaangażowanie całego zespołu i otwartość na różne ścieżki rozwoju improwizacji, jeśli miałbym jednak coś poradzić muzykom, to właśnie szukanie swojej niszy gdzieś na starciu improwizacji i kompozycji, którą zaprezentowali w „Monreale”. Takiej fantazji mogą bowiem im pozazdrościć nawet najwięksi tej sceny.
Jak łatwo zauważyć, obie prezentowane płyty nie mają ze sobą muzycznie wiele wspólnego (z wyjątkiem uczestnictwa na obu płytach Pawła Szpury, nota bene grającego w każdym przypadku zupełnie inaczej). Dlaczego zatem je zestawiam? Otóż zarówno Hera jak i Cukunft są projektami młodych polskich muzyków, którzy - mimo że czerpią garściami z dokonań tuzów preferowanych przez siebie gatunków - robią to bez kompleksów, a nawet z pewną dozą bezczelności. Czują się na tyle mocni, by stanąć oko w oko z podejrzeniem o plagiat, ponieważ wiedzą, że pod płaszczykiem oczywistych skojarzeń jest coś więcej, coś, co ustawia ich między najważniejszymi muzykami europejskiej sceny improwizowanej – ich silna, gotowa do wyzwań osobowość muzyczna poparta doskonałym warsztatem instrumentalnym i osłuchaniem.
Poza tym, czy przypadkiem nie tak zaczynali również najwięksi?
Poza tym, czy przypadkiem nie tak zaczynali również najwięksi?
niedziela, 21 listopada 2010
Tomek Sowiński and the Collective Improvisation Group "Synergy" oraz Arek Skolik "Detour Ahead"

Darek Herbasz: ts, Jerzy Małek: tp, Piotr Mania: p, Pio Pawlak: g, Adam Żuchowski: b, Łukasz Ruszkowski: perc, Tomek Sowiński: dr
Wytwórnia: Multikulti
Rok Wydania: 2010
Nie tak dawno, z jednym z moich przyjaciół, mieliśmy okazję prowadzić długą rozmowę na temat jazzu, na trasie Warszawa – Jastrzębia Góra i z powrotem. Zadałem wtedy pytanie, gdzie są polscy perkusiści podobnego kalibru jak niegdyś Art Blackey, potem Jack DeJohnette, a obecnie Jim Black czy Jeff „Tain” Watts. Nie było nam łatwo znaleźć podobne typy na scenie polskiej lat minionych i obecnych. W końcu jeden z nas powiedział: „A Jacek Olter?” No tak, przed Jackiem wszystkie drogi były otwarte, ale samobójcza śmierć sprawiła, że nie ma już go między nami. Kto zatem jeszcze? – pytaliśmy rozglądając się bezradnie wokół.
A tu zaraz po powrocie, w moim ulubionym Empiku w Domach Towarowych Centrum w Wawie, gdzie istnieje jedyna chyba w Polsce póła z wyłącznie polskim jazzem (czy w innych miastach istnieją takie enklawy?) znajduję dwa te oto wydawnictwa, na których to właśnie perkusiści wiodą rej i to w wielkim stylu!
Zacznę od płyty „Synergy” perkusisty Tomka Sowińskiego, któremu towarzyszy prawdziwa śmietanka polskiego młodego jazzu w osobach Darka Herbasza grającego na saksofonie tenorowym, Jerzego Małka – na trąbce i instrumentach pokrewnych, Piotra Manii – na fortepianie, Piotra Pawlaka – na gitarze, Adama Żuchowskiego – na basie i Łukasza Ruszkowskiego szalejącego na różnych instrumentach perkusyjnych o etnicznej proweniencji. Doprawdy groove w tej muzie silny jest jak kiedyś moc w rodzinie Skywalkerów! Grupa ta nazwała się bardzo pięknie The Collective Improvisation Group i można o nich powiedzieć tylko i aż to, że to prawdziwych siedmiu wspaniałych, siedmiu samurajów, których granie jest dynamiczne i ostre jak miecz Musashiego, uciszający ostatecznie wszystkich maruderów, którzy zdają się wątpić, że modern jazz może być jednocześnie awangardowy i posiadać sex appeal! Zresztą staje się to powoli polską specjalnością, o czym świadczą wspaniałe płyty Audiofeeling Band Pawła Kaczmarczyka i Contemporary Noise Quintet/Sextet.
A ponieważ internetowa notka nie powinna być zbyt długa, na koniec chcę podkreślić rolę jaką odegrał w nagraniu Piotr Mania. Jego styl przypomina mi nieco sposób w jaki grał Kenny Drew, jak tamten Mania potrafi pozostając na drugim planie, zachować swoją wyrazistą indywidualność i subtelnie acz czujnie podąża za najlżejszymi zmianami rytmu w jakie obfituje ta wspaniała muzyka. Płyta warta nie tylko złamanego szeląga!
Arek Skolik: Drums
Kuba Płużek: Piano
Max Mucha: Bass
Wytwórnia: Multikulti
Rok Wydania: 2010
Drugie wydawnictwo, na które chciałbym zwrócić Waszą uwagę to album „Detour Ahead”, na której gra trio muzyków pod wodzą kolejnego perkusisty Arka Skolika. O ile na pierwszej płycie słuchamy obecnej śmietanki polskiego młodego jazzu, to na tej kto wie czy nie słuchamy przyszłej śmietanki. O ile bowiem Arek Skolik to muzyk znany nam od lat, którego klasa nie podlega dyskusji, to towarzyszący mu na fortepianie Kuba Płużek i na kontrabasie Max Mucha to absolutni debiutanci (przynajmniej tak mi się zdaje!), których do tej pory mogliśmy słyszeć tylko na płycie „Lilla Chezquiz” kwartetu Jarka Bothura, płycie znakomitej zresztą.
Repertuar tego CD złożony jest z samych standardów jak choćby Nobody Else But Me (J. Kern), Detour Ahead (H. Ellis, J. Frigo, L. Carter), Five Brothers(G. Mulligan), 9:20 (C. Basie) czy September Second (M. Petrucciani), ale swinguje to jak biodra pięknych dziewczyn w niezapomnianym Along Come Betty Arta Blackeya. Talent Kuby Płużka jest niezmierzony, bas Maxa Muchy obiecujący, a rola Arka Skolika nie do przecenienia, bo jak kiedyś Miles Davis czy później nasz Tomasz Stańko wziął pod swoje skrzydła muzyków, z których jazz może mieć wiele pożytku w przyszłości.
Podsumowując, wypada się przyznać do błędu: okazuje się bowiem, że rok obecny udowadnia nam, że w polskim jazzie mamy perkusistów wybitnych, o wyrazistym liderskim potencjale. Dzięki nim możemy cieszyć dwoma wyśmienitymi nagraniami, pierwszym z domieszką awangardy, drugim o bardziej klasycznym brzmieniu, które jednak powinny się znaleźć wśród najlepszych płyt tego doskonałego jazzowego rocznika Anno Domini 2010.
Maciej Nowotny
http://kochamjazz.blogspot.com
niedziela, 29 sierpnia 2010
Enterout Trio "Pink Ivory" - czyli "przepraszam, czy Panowie na pewno są z Polski?"

Piotr Mełech: clarinet & bass clarinet
Adam Wróblewski: cello
Sebastian Grzesiak: drums
wytwórnia: Multikulti Project
rok wydania: 2009
Nie wiem jak Wy, ale ja naprawdę tęsknię za Volapukiem. Zespół Guigou Cheneneviera jest dla mnie wzorem wykalkulowanego, precyzyjnego, a przy tym surowego i energetycznego grania, a także wyjątkowych, dyscyplinujących kompozycji dla nietuzinkowego trio (klarnet/wiolonczela/perkusja). Może dlatego tak entuzjastycznie zareagowałem na Enterout Trio. Już pierwsze dźwięki przypominają Volapuka, ale mimo ewidentnych nawiązań, szczególnie w warstwie kompozycyjnej, czuć zdecydowanie bardziej jazzowy feeling. Zupełnie inaczej chodzi perkusja, dużo dalej niż Michel Mandel odjeżdża w swoich solówkach Mełech. Więcej tu improwizacji i wolności, choć szkielet - oparty na agresywnych pociągnięciach smyczkiem, swoistym wiolonczelowym riffie oraz nietypowej melodyce klarnetu - pozostał. I bardzo dobrze, bo naprawdę ten kierunek muzyczny swobodnie może być rozwijany, tym lepiej jeśli jest to robione na naszym rodzimym podwórku. Zwłaszcza że muzycy nie mają najmniejszych kompleksów. Momentami grają totalnie, nie unikając gwałtownych zwrotów i emocjonalno-dynamicznego fortissimo.
Volapukowe hity przeplatane są mrocznymi eksperymentami (początek utworu "Księżycowy"), a także cudowną balladą "Sorrow", której nie powstydziłby się John Zorn na swojej kolejnej tzadikowej "składance". Wyraźnie słychać w niej techniczną swobodę Grzesiaka, nawiązującą do stylu gry Joeya Barona, a pizzicato Wróblewskiego świadczy o dużym osłuchaniu w muzyce nowojorskiego downtownu.
Wszystkie te moje peany paradoksalnie mogą zniechęcić. Dużo bowiem wymieniłem nawiązań i zapożyczeń, które mogą eliminować świeżość. Dobrze pamiętam jednak swoje emocje i reakcje i wydaje mi się, że dzięki swoistej elastyczności wpływów Enterout Trio swobodnie radzi sobie z pozwem o wtórność. A nawet jeśli Enterout nowatorskie nie jest, a mój nadmierny aplauz świadczy tylko o patriotycznym obniżaniu poprzeczki, to co? Najważniejsze, że goście grają naprawdę ogniście!
Subskrybuj:
Posty (Atom)












