Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2013. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2013. Pokaż wszystkie posty
piątek, 1 listopada 2013
Kuba Stankiewicz "Kilar", Vertigo Jazz, 2013
Kuba Stankiewicz - p
Wytwórnia: Vertigo Jazz
Rok wydania: 2013
Nie znałem Kuby Stankiewicza. Mało tego, pewnie nigdy nie kupiłbym jego płyty - po prostu, tak z przyzwyczajenia. Dostałem ją jednak jako promo od wydawcy i nagle się okazało, że jest to jedna z najczęściej słuchanych przeze mnie płyt w tym roku. Sam byłem zaskoczony, gdy jednak się nad tym zastanowiłem, okazało się, że powód jest niezwykle prosty - Stankiewicz gra po prostu pięknie.
Wybór Kilara niektórzy potraktują jako pójście na łatwiznę, bo sięga się do gotowej bazy melodycznych pewniaków. Gdy się jednak nad tym mocniej zastanowić, okazuje się, że trzeba mieć nie lada jaja, by z tymi gotowcami się zmierzyć. Kilar jest jednym z najlepszych kompozytorów muzyki filmowej, ponieważ posiada niezwykły talent ubierania emocji w dźwięki. Czasem mają one wyprzedzić to co wydarzy się na ekranie, czasem je spotęgować. Czasem dźwięki te, nie mają nieść ze sobą konkretnej treści, tylko zbudować stosowny klimat do tego by emocje z ekranu miały gdzie w nas wykiełkować. Zawsze jednak mamy do czynienia z muzyką tak mocno intencjonalną, tak zaplanowaną i wpisaną w określony kontekst, że jakiekolwiek grzebanie przy niej, jakakolwiek ingerencja niesie za sobą ogromne ryzyko wywołania dysonansu poznawczego, tym bardziej, że przecież te melodie (a przynajmniej znaczną ich część) znamy. Tylko osoby pewne siebie z tytułu własnej kompetencji mogą mierzyć się z takim zadaniem i wygląda na to, że Stankiewicz do nich należy.
Słuchając tego ujazzowienia Kilara urzeka mnie przede wszystkim absolutne doprecyzowanie najdrobniejszego dźwięku. Stankiewicz podchodzi do materii z wielkim pietyzmem. Nie ma tu miejsca na wielką spontaniczność - utwory Kilara by tego nie wytrzymały. Zamiast tego mamy doprecyzowany pomysł na każdy utwór, który Stankiewicz nie tylko szlifuje do uzyskania absolutnej perfekcji, lecz także uzupełnia o improwizowane wstawki, dbając przy tym przede wszystkim o homogeniczność całości. Na płycie na pewno są utwory, których brak nikomu by nie zaszkodził (szczególnie pod koniec płyty), nie da się jednak znaleźć nigdzie ani jednego fałszywego ruchu. Ta harmoniczna perfekcja, połączona z najwyższej jakości smakiem w zakresie dynamiki i dramaturgii naprawdę imponuje.
W pierwszej kolejności zwracają na siebie uwagę utwory "Trędowata, część 2" i "Cwał". Ich wyjątkowość polega nie tylko na przełamaniu dominującej - balladowej konwencji, Stankiewicz, dzięki synkopowaniu lewej ręki, uchwycił przede wszystkim to, co także w muzyce Kilara jest bardzo ważne - swoisty nerw. Nienachalność tej kilarowskiej cechy można wyczytać w jej przełożeniu na wyczucie z jakim pianista korzysta z nietuzinkowego, rwanego akcentowania akordami, wykonuje on ruchy niezwykle lekko.
Po wielu odsłuchach na największy aplauz z mojej strony zasłużyły jednak utwory, może i mniej efektowne, ale tak genialne w swoim założeniu i realizacji, że nie sposób tego nie zauważyć. "Zazdrość i Medycyna" oraz "Ziemia obiecana" najlepiej bowiem oddają filmowy charakter muzyki Kilara. Nie chodzi jednak o bezpośrednie przełożenie pierwotnych założeń kompozytora - raczej o ich umiejętne zastąpienie. W tych dwóch utworach zdołał Stankiewicz jak nigdzie napisać swój własny scenariusz, okrasić je dramaturgią - zbudować niejako własną dźwiękową historię, serwując zmienność nastroju oraz grę konwencjami.
Niewiele znam albumów na solo piano, po których wysłuchaniu nie miałem odczucia, że z korzyścią dla nich byłoby włączenie sekcji rytmicznej. "Kilar" Stankiewicza do nich należy. Powiem więcej - nie widzę możliwości, że muzykę tę można by było zagrać inaczej, w tym lepiej. Poczucie harmonii w tym najbardziej dla nas pierwotnym rozumieniu tego słowa towarzyszy odsłuchowi tej płyty od pierwszego do ostatniego dźwięku. Jest to piękno dostępne dla każdego słuchacza, co czyni tę płytę na poletku jazzowym absolutnie wyjątkową.
Marcin Kiciński
poniedziałek, 28 października 2013
poniedziałek, 21 października 2013
Tatvamasi "Parts of the Entirety", Cuneiform Records, 2013
Grzegorz Lesiak - g
Tomasz Piątek - ts
Łukasz Downar - b
Krzysztof Redas - dr
Wydawnictwo: Cuneiform Records
Rok wydania: 2013
Po Cuneiform Records spodziewam się maksimum "poli". Polifonii, polirytmii, polimetrii... Oczywiście ma być rockowo, gitary niech rzężą, perkusja ma tłuc, metrum ustalmy nieparzyste. Tatvamasi wzięło sobie te założenia do serca i nagrało płytę, która spokojnie kosi sporą część konkurencji pod tym zacnym i zasłużonym szyldem.
Pierwszy utwór "Unsettled Cyclists Peleton", zaczyna się przyjemną polimetrią między saksofonem i gitarą. Od razu słychać, że chłopcom postdisciplinowskie King Crimson obce nie jest. Gitara Lesiaka dość szybko ujawnia jednak skłonność do brzmienia soybelmanowskiego. Słychać analogie do Kletki Red, czy Ne Zhdali. Blisko 8-minutowa kompozycja przechodzi od wątku do wątku, zdradzając kolejne inspiracje i łatwość do ich klamrowania. Powtarzające się momenty wyciszenia oparte na prostej repetycji basu stanowią doskonałe tło dla popisów Piątka.
W "Collapse of Time" zwraca uwagę brzmieniowa wrażliwość Redasa. Z dużą dbałością o detal cyzeluje on każdy ruch pałeczkami, modyfikując sposób i miejsce uderzenia w werbel. Względnie prosty rytm nabiera w ten sposób pełni. Z pomocą Downara partie sekcji rytmicznej stopniowo się zagęszczają i nabierają pędu. Na takim tle ma miejsce dwójkowa improwizacja obu solistów. Od spokojnego przygrywania długimi dźwiękami, wchodzi Lesiak w coraz intensywniejszy dialog z Piątkiem, aż do finałowej kulminacji. Słucha się tego naprawdę przyjemnie.
"Shape Suggestion" atakuje tematem, w którym ponownie pojawia się duch Soybelmana. Zarówno melodycznie, jak i brzmieniowo lider Kletki Red wywiera silny wpływ na to, co gra Tatvamasi. Choć inspiracja jest nader czytelna, nie spotka się zespół z mojej strony z żadnym afrontem. Uwielbiam takie granie.
Utwory 5 i 6 to dwie długie suity, które w mojej ocenie dość niefortunnie znalazły się obok siebie. Wspólnie tworzą 25-minutowy konglomerat przeróżnych koncepcji, które choć dość zgrabnie przeplatane, w pewnym momencie zaczynają już ciążyć. Osobiście postawiłbym na "An Eccentric Introvert in a Study Filled with Broken Mirrors" z fajnym crimsonowskim (a może bardziej projekctowym?) wątkiem i sympatycznym duetem perkusyjno-saksofonowym w środku, a "Astroepos" bym wywalił.
Trzecie "Rhubanabarb" i wieńczące płytę "Buy 2, Take 3" wzbogacają płytę o odpowiednio funkowe i jazzowe (m-base'owe) klimaty.
Za wszystkie kompozycje odpowiada Grzegorz Lesiak, więc to chyba przede wszystkim jemu należą się gratulacje. Założenia Cuneiformu, o których pisałem we wstępie są bowiem tyleż intrygujące, co niebezpieczne. Idąc ich tropem, bardzo łatwo jest doprowadzić do absolutnego odhumanizowania muzyki. Spora część współczesnego katalogu (pamiętamy o archiwalnej misji Cuneiformu) wypełniona jest kompletnie sterylnymi, niczym wytwory komputerów i brzmiącymi niejednokrotnie jak midi, dźwiękami, które choć ułożone w skomplikowane struktury, przez swą bezduszność jedynie nudzą.
Tatvamasi ma w sobie lekkość i dba o utrzymanie feelingu. Lesiak na szczęście nie postawił na szukanie za wszelką cenę oryginalności, tylko na umiejętne wykorzystanie bogatego osłuchania. Przemyślana kompilacja inspiracji, dobrze dobrane towarzystwo i zdrowe relacje zostawiające miejsce dla inwencji wszystkich członków zespołu dają dobry rezultat.
Jedyny minusik to brzmienie basu. Muszę zaznaczyć, że jestem na tym tle przewrażliwiony, więc może i niewiarygodny, obecnie jest ono jednak dla mnie zdecydowanie zbyt syntetyczne. Wydaje mi się, że przy tym jak brzmi gitara lidera oraz w towarzystwie akustycznych instrumentów, powinno się je troszkę przybrudzić i ożywić. Najlepszy byłby bas a'la Luc Ex...
Marcin Kiciński
niedziela, 25 sierpnia 2013
wtorek, 6 sierpnia 2013
sobota, 1 czerwca 2013
LEO RECORDS - NOWOŚCI
ANTO PETT / CHRISTOPH BAUMANN
NORTHWIND BOOGY
Anto Pett - p
Christoph Baumann - p
ARRIGO CAPPELLETTI QUINTET
HOT MUSIC
Giulio Martino (tenor&soprano sax),
Sergio Orlandi (trumpet),
Adrian Myhr (double Bass)
Tore Sandbakken (drums)
SCOOLPTURES
PLEASE DRIVE-BY CAREFULLY
Nicola Negrini (doublebass, ubass,
metallophone and live electronics),
Achille Succi (alto sax, bass clarinet
and shakuhachi),
Philippe "Pipon" Garcia
(drums, prepared guitar and live electronics)
Antonio Della Martina (sinewaves and
live electronics)
2CD
SWEDISH MOBILIA + LUCA AQUINO
DID YOU HEAR SOMETHING?
Andrea Bolzoni - guitar + live
electronics
Dario Miranda - bass + live electronics
Daniele Frati - drums + percussion
Luca Aquino - tp
czwartek, 9 maja 2013
Trupa Trupa "++", Wydawnictwo niezależne, 2013 - czyli dlaczego nienawidzę gadać z muzykami
Grzegorz Kwiatkowski – gitara, wokal
Wojciech Juchniewicz – bas, gitara, wokal
Rafał Wojczal – organy, gitara, wokal
Tomek Pawluczuk – perkusja
+
Adam Witkowski – mikrofony, przestrzeń, miks
+
Mikołaj Trzaska – saksofon, klarnet (Dei, Influence)
Tomasz Ziętek – trąbka (I hate, Over)
Rok wydania: 2013
Oto, dlaczego nienawidzę gadać z muzykami.
Dostałem maila od Grzegorza Kwiatkowskiego, z prośbą o zamieszczenie informacji o premierze nowej płyty jego zespołu Trupa Trupa. W mailu znalazł się link do empetrójek - ściągnąłem. Zanim jednak włączyłem, zainteresowałem się kto zacz, bo zespołu nie znałem. Długo nie trzeba było szukać, by natrafić na ich poprzednie dokonania udostępnione na bandcampie. Posłuchałem pierwszego longplaya i zwariowałem. Dawno nie słyszałem tak dobrego i nowoczesnego britpopu. Czasem postpunkowe ("Good days are gone", "Marmalade sky"), czasem albarnowskie ("Did you", "Nearness of you", "Don't go away") melodie, niby garażowe, szorstkie, zbuntowane, ale też niezwykle lekkie, pomysłowe, chwytliwe, wciągające i na długo zapadające w pamięć. Kilka z nich jest na prawdę bardzo oryginalnych - moją faworytą jest "Porn Actress". Ogólnie pierwszy album to 28 minut samych petard. Żadnych uwag. To rzadkie w polskiej muzyce - pewnie się Cieślak nieźle wkurwił - se pomyślałem.
Wchodzę w drugą płytę i słyszę psychodelię. Cieszę się, bo lubię - cieszę się tym bardziej, bo płytę otwierają doskonałe cztery kompozycje, które choć sążnie umaczane w końcówce lat sześćdziesiątych, kontynuują zacną tradycję z pierwszego albumu - unikania schematów, szukania wielobarwności. Im bliżej końca płyty, tym bardziej odczuwam jednak lekkie znużenie. Piszę więc do Kwiatkowskiego:
"Strasznie mi się podoba Wasze pierwsze LP. Z drugim jest chyba trochę (podkreślam "trochę") gorzej, ale dopiero raz przesłuchałem. Wydaje mi się, że za bardzo poszliście w postwczesnofloydowską psychodelię. Jest kilka świetnych utworów, ale pojawiły się chwile wrażenia przesytu i archaiczności... Chyba zabrakło cudownej lekkości, która urzekła mnie na "Jedynce"." Czyż nie jest to kwintesencja delikatnej krytyki? W odpowiedzi dostaję między innymi następujące słowa: "ja nie lubię Floydów, lubię Beatelsów i wszędzie ich tam słyszę - tylko że z różnych okresów, ale Floydów i psychodelii w ogóle nie lubię".
Jak to nie lubi Floydów, skoro ja słyszę wszędzie Floydów? Gdzie tam Beatlesi? Słucham więc płyty kolejny raz i kolejny i kolejny... Dobrze mi z tym kolejnym słuchaniem, "I hate" znam już na pamięć, "Over" nucę na okrągło, lecz ciągle "Felicy", "Miracle", "Here and then", "Dei" brzmią mi jak niemal żywcem wyciągnięte z pierwszych dwóch LPków Floydów, a "Influence" niczym z solowego Barretta.
Średnio mi to przeszkadza - przecież już napisałem, że tej stylizacji, której - jak autor twierdzi - wcale nie ma, tylko mi się wydaje, jest tylko trochę za dużo, że album jest świetny.
Jest jednak jakaś prawda, której powinniśmy się trzymać? Czy nie ma?
Marcin Kiciński
Wojciech Juchniewicz – bas, gitara, wokal
Rafał Wojczal – organy, gitara, wokal
Tomek Pawluczuk – perkusja
+
Adam Witkowski – mikrofony, przestrzeń, miks
+
Mikołaj Trzaska – saksofon, klarnet (Dei, Influence)
Tomasz Ziętek – trąbka (I hate, Over)
Rok wydania: 2013
Oto, dlaczego nienawidzę gadać z muzykami.
Dostałem maila od Grzegorza Kwiatkowskiego, z prośbą o zamieszczenie informacji o premierze nowej płyty jego zespołu Trupa Trupa. W mailu znalazł się link do empetrójek - ściągnąłem. Zanim jednak włączyłem, zainteresowałem się kto zacz, bo zespołu nie znałem. Długo nie trzeba było szukać, by natrafić na ich poprzednie dokonania udostępnione na bandcampie. Posłuchałem pierwszego longplaya i zwariowałem. Dawno nie słyszałem tak dobrego i nowoczesnego britpopu. Czasem postpunkowe ("Good days are gone", "Marmalade sky"), czasem albarnowskie ("Did you", "Nearness of you", "Don't go away") melodie, niby garażowe, szorstkie, zbuntowane, ale też niezwykle lekkie, pomysłowe, chwytliwe, wciągające i na długo zapadające w pamięć. Kilka z nich jest na prawdę bardzo oryginalnych - moją faworytą jest "Porn Actress". Ogólnie pierwszy album to 28 minut samych petard. Żadnych uwag. To rzadkie w polskiej muzyce - pewnie się Cieślak nieźle wkurwił - se pomyślałem.
Wchodzę w drugą płytę i słyszę psychodelię. Cieszę się, bo lubię - cieszę się tym bardziej, bo płytę otwierają doskonałe cztery kompozycje, które choć sążnie umaczane w końcówce lat sześćdziesiątych, kontynuują zacną tradycję z pierwszego albumu - unikania schematów, szukania wielobarwności. Im bliżej końca płyty, tym bardziej odczuwam jednak lekkie znużenie. Piszę więc do Kwiatkowskiego:
"Strasznie mi się podoba Wasze pierwsze LP. Z drugim jest chyba trochę (podkreślam "trochę") gorzej, ale dopiero raz przesłuchałem. Wydaje mi się, że za bardzo poszliście w postwczesnofloydowską psychodelię. Jest kilka świetnych utworów, ale pojawiły się chwile wrażenia przesytu i archaiczności... Chyba zabrakło cudownej lekkości, która urzekła mnie na "Jedynce"." Czyż nie jest to kwintesencja delikatnej krytyki? W odpowiedzi dostaję między innymi następujące słowa: "ja nie lubię Floydów, lubię Beatelsów i wszędzie ich tam słyszę - tylko że z różnych okresów, ale Floydów i psychodelii w ogóle nie lubię".
Jak to nie lubi Floydów, skoro ja słyszę wszędzie Floydów? Gdzie tam Beatlesi? Słucham więc płyty kolejny raz i kolejny i kolejny... Dobrze mi z tym kolejnym słuchaniem, "I hate" znam już na pamięć, "Over" nucę na okrągło, lecz ciągle "Felicy", "Miracle", "Here and then", "Dei" brzmią mi jak niemal żywcem wyciągnięte z pierwszych dwóch LPków Floydów, a "Influence" niczym z solowego Barretta.
Średnio mi to przeszkadza - przecież już napisałem, że tej stylizacji, której - jak autor twierdzi - wcale nie ma, tylko mi się wydaje, jest tylko trochę za dużo, że album jest świetny.
Jest jednak jakaś prawda, której powinniśmy się trzymać? Czy nie ma?
Marcin Kiciński
niedziela, 5 maja 2013
Wacław Zimpel Quartet "Stone Fog", 2013, ForTune Records vs koncert we wrocławskim Colloseum 23.04.2013
Wacław Zimpel – klarnet
Krzysztof Dys – fortepian
Sydney Christian Ramond – kontrabas
Klaus Kugel – perkusja
Wytwórnia: ForTune Records
Rok wydania: 2013
Drugi raz podchodzę do recenzji tej płyty. Wcześniej napisałem o tym, jak to Zimpel najwyraźniej dojrzał i jak pięknie podsumowuje swoje dotychczasowe doświadczenia. Wspomniałem, że świetnie dobrał skład pod kątem realizowania założeń europejskiej muzyki, niekoniecznie improwizowanej, i o tym, jak w tym doskonale dobranym towarzystwie z łatwością pokazuje nam oblicze osoby, która jednak pokaźną część swojego życia spędziła na akademii, a w jej krwi płyną ciągle tysiące nut etiud i zaliczonych koncertów klarnetowych. Cieszyło mnie to pisanie, bo czułem swą tezę. Po koncercie we wrocławskim Colloseum całą spłodzoną treść skasowałem i musiałem zacząć na nowo.
Koncert zadziwił jeszcze pod nieobecność muzyków, gdy na scenie wśród rozstawionych instrumentów dało się zobaczyć piano Fender Rhodes zamiast klasycznego fortepianu czy pianina. W żaden sposób nie wyobrażałem sobie, jak kwartet zamierza oddać ducha znanej mi już wtedy płyty z użyciem tego instrumentu i zacząłem się lekko niepokoić. Mój niepokój wzrósł tym mocniej, gdy na scenie pojawili się już muzycy i zamiast klejenia onirycznych wstępów, uderzyli z animuszem iście freejazzowym. Wzrósł jednak tylko na chwilę i tylko po to, by zamienić się w równie intensywny, absolutny zachwyt.
Mój główny zarzut do Zimpla dotyczył braku umiejętności oszacowania własnych możliwości w kontekście określonej stylistyki. Chodziło głównie o spiritual, który choć zaraźliwy i kuszący, moim zdaniem nie jest pisany współczesnym. W moim odczuciu jest to etap zamknięty w określonych ramach czasowych z jasnym i niepowtarzalnym duchem epoki jako w pełni determinującym kontekstem. Zimpel improwizować jednak umie świetnie i udowodnił to niejednokrotnie, nigdy jednak dotąd nie czułem się do tej improwizacji w pełni przekonany. Zawsze miała ona bowiem znamiona osobistego eksperymentu, jakichś poszukiwań, przełamywania granic. Owszem, pewnie dla wielu zarówno muzyków, jak i słuchaczy o to właśnie chodzi - mnie to jednak zazwyczaj nudzi. Uwodzić mnie potrafi za to ten muzyk, który nie szuka już poza sobą, nie eksploruje terenów dla siebie grząskich i niepewnych, lecz twardo stąpając po ubitej glebie własnego doświadczenia, potrafi tworzyć genialne i niepowtarzalne wariacje, będące interakcją z pozostałymi - sobie podobnymi kolegami po fachu. Takim muzykiem staje się na naszych oczach Wacław Zimpel.
A płyta jest swego rodzaju podsumowaniem jego dotychczasowej pracy. Na szczęście nie ma na niej już pseudocoltrane'owskiego transu czy nakręcania - tak zgubnych w tym kontekście - nieokiełznanych ekspresji, których sztampowy przebieg stanowi zazwyczaj dla muzyka pokroju Zimpla raczej ograniczenie niż uwolnienie, jest za to wszystko to, za co Zimpla lubię, czyli zderzanie dwóch tkwiących w nim wrażliwości: akademickiej i folkowej. Na płycie słychać też echa żydowskich melodii, ale tym razem stanowią one już tylko piękne niuanse i ozdobniki - nie dominują, nie determinują - zaznaczają jednak w sposób adekwatny kulturową tożsamość autora, która przestaje być znakiem zapytania, a staje się deklaracją. Płyta jest wyciszona, w wielu miejscach wręcz oniryczna, kilkukrotnie się jednak dość zgrabnie rozkręca i zaskakuje bardzo wyważonym uderzeniem. Jest przykładem pracy przemyślanej i zaplanowanej.
Zupełnie odwrotnie przebiegał koncert, w czasie którego doświadczaliśmy spontanicznej, radosnej, bardzo dynamicznej ekspresji - w znacznej mierze dyktowanej dość wybuchowym tego dnia charakterem gry Klausa Kugela. Miałem wrażenie, że występ był na tyle wolny od jakichkolwiek założeń, że już sama zmiana brzmienia instrumentu klawiszowego wpłynęła znacząco na wewnątrzzespołową interakcję. Wynikiem tego była muzyka, która ewidentnie odpłynęła gdzieś na drugą stronę Atlantyku, a momentami cechowała się nawet lekko psychodelicznym smaczkiem.
Wspaniale było patrzeć na Zimpla na żywo. Był to bodaj jego trzeci występ, który miałem okazję oglądać na przełomie ostatnich sześciu już chyba lat. Nigdy do tej pory nie widziałem go tak pewnego siebie, spokojnego i skoncentrowanego. Pewnie dlatego też ten występ, podobnie jak płytę, cechowała niesamowita wielobarwność.
W obu przypadkach sprzyjała temu na pewno idealnie dobrana kompania. Krzysztof Dys wydaje się być w tym projekcie kimś więcej niż tylko sidemanem. Równie dobrze wykształcony i sprawny, podobnie stojący gdzieś okrakiem między akademią a wolną muzyką. Świetna kooperacja między oboma panami wyraźnie się zaznacza na płycie. W utworach: pierwszym i siódmym (moim zdaniem najlepszych na albumie) to właśnie Dys wytwarza genialną atmosferę, w którą wpisują się pozostali. Co do Kugela i Ramonda - należy podkreślić ich instrumentalny uniwersalizm, który cechuje muzyków najwyższej klasy. Kugel jest z tego znany od lat, uzupełniając składy projektów o kompletnie różnej, muzycznej charakterystyce. Ramonda dotąd nie znałem. Ale łatwość poruszania się między stylistykami: tą narzuconą na płycie i tą współtworzoną na koncercie wskazuje, że jest gościem z tej samej, co Kugel, ligi.
Dlaczego musiałem wywalić napisaną wcześniej recenzję? Pierwotnie wydawało mi się, że wraz z pierwszymi odsłuchami "Stone Fog" dostrzegłem ten wyjątkowy moment, kiedy Wacław Zimpel stał się muzykiem dojrzałym, który nareszcie może pokazać nam pełnię swoich walorów. Po koncercie okazało się, że on już nim jest raczej od jakiegoś czasu, a ja ten moment po prostu przegapiłem.
Marcin Kiciński
sobota, 4 maja 2013
niedziela, 21 kwietnia 2013
niedziela, 7 kwietnia 2013
Tomasz Stańko "Wisława", ECM, 2013 - czyli polemika z Maciejem Nowotnym
Tomasz Stańko - tp
David Virelles - p
Thomas Morgan - b
Gerald Cleaver - dr
Wytwórnia: ECM
Rok wydania: 2013
Drogi Macieju,
Muszę się odezwać, ponieważ zupełnie nie rozumiem zarzutów dotyczących niniejszej płyty, które umieszczasz w kolejnych portalach, z którymi współpracujesz (mam na myśli tekst dla Jazzarium, oraz fragment podsumowania pierwszego, płytowego kwartału tego roku dla Jazzpressu pt. "Wiosna w polskim jazzie"). Naturalnie daleki jestem od wdawania się w dysputę na temat Twoich odczuć związanych z płytą "Wisława". Nie mogę jednak milczeć, gdy stawiasz tezy zupełnie niezgodne z kwestiami obiektywnymi.
Na wstępie muszę przypomnieć, że obcujemy z płytą wydaną przez oficynę ECM, która jako jedna z nielicznych od długiego już czasu narzuca artystom swego rodzaju ograniczenia - określa ramy, zadaje zadanie. Jest to pewne status quo, którego podważanie jest zupełnie irracjonalne, a dysputa nad sensownością postępowania Eichera skazana na niepowodzenie, tym bardziej, jeśli weźmiemy pod uwagę powstające dookoła, jak grzyby po deszczu, wytwórnie - koguciki, wydające - nie wiedzieć po co - setki (łącznie) rejestracji nieudanych prób improwizacji, spaprane koncerty, całą masę nudnej, mimo że hałaśliwej i wtórnej, choć niesamowicie gęstej, freeimprovovej bądź freejazzowej młócki. ECM jest jak monolit, a jego koncepcja wtłaczania całych pokoleń muzyków o przeróżnej narodowości , wrażliwości i stylistycznej proweniencji w określone estetyczne ramy, jest nader potrzebna, gdy wokół wszystko się od tej bezgranicznej wolności degeneruje. ECM oferuje jakość, ponieważ tylko muzyk utalentowany i świadomy, a do tego dysponujący odpowiednim warsztatem, sprosta zadaniu i przejdzie eicherowską próbę. Dostajemy dzieło twórcy zweryfikowanego i naprawdę nieważne, czy znajdzie się ono w pierwszej trójce najlepszych albumów w jego dyskografii. Może dlatego pewnie każdy szanujący się muzyk z pocałowaniem ręki podjąłby eicherowską rękawicę i pewnie dlatego biedny Eicher, lub raczej jego świta, konsekwentnie odsyła rocznie dziesiątki, jak nie setki nadsyłanych płyt, z kurtuazyjnym "odezwiemy się".
Wracając jednak do "Wisławy" i Twoich zarzutów. Piszesz: "Po prostu cudowny, czarodziejski sound jego trąbki średnio się klei z grą sekcji rytmicznej skądinąd zjawiskowej. Nie chodzi tu oczywiście o brak umiejętności, a raczej o zupełnie inny język jakim posługują się młodzi muzycy, których zaprosił Stańko do współpracy. Ten język jest zakorzeniony w bopie i nieprzerwaną tradycją przekazany przez pokolenia tym właśnie młodym mistrzom nowojorskiej sceny. Ich linia rytmiczna tańczy, unosi nas w przestworza, uwalnia od ciężaru ciała i zmienia w zmierzające ku słońcu i księżycowi ciało niebieskie. Lecz trąbka Stańki jakże często jest obok tego zjawiskowego rytmu. Zwalnia go, jest kamieniem u nogi, ciężarem." Jak napisałem we wstępie, to czy trąbka Stańki się komuś klei z całością czy nie, to sprawa indywidualna i subiektywna, lecz doszukiwanie się bopowej proweniencji, czy raczej bopowych aspiracji w grze Morgana, Virellesa czy nawet Cleavera (na tej płycie) to już solidne nadużycie. Tym bardziej, jeśli chwilę później piszesz: "Jakże zupełnie inaczej brzmiała ta trąbka na tle snutym przez polską sekcję rytmiczną nieodżałowanego kwartetu z Miśkiewiczem, Kurkiewiczem i Wasilewskim. Inaczej niż Amerykanie, którzy jak dobry mustang na prerii gonią do przodu i pożerają czas z szybkością rasowej Corvetty, polska sekcja szukała raczej głębi i znajdowała ją we wzajemnym zrozumieniu, w bezprecedensowej empatii, we współbrzmieniu.". Macieju, otóż ja uważam, że jest dokładnie odwrotnie. W skali mikro, w tej przestrzeni ograniczonej wizją Stańki, to właśnie każdy z polskich muzyków jest bardziej przywiązany do jazzowej tradycji niż muzycy obecnego kwartetu. Ciągoty Wasilewskiego ku dur/molowym harmoniom są równie silne, jak ciągoty Virellesa ku wyrwaniu się z ich ram. Podobnie sprawa ma się z pozostałą dwójką. Dużo częściej wyrywa się do trzydziestek Miśkiewicz, znacznie chętniej wraz z Kurkiewiczem kołyszą lub nadają swingujący rytm, nasuwający (bardzo luźne) skojarzenia bopowe. To Stańko zmuszą ich do gry w przestrzeni lub z przestrzenią, zabawy dźwiękiem i ciszą, delikatnego brudzenia czy ucieczki od tradycyjnych harmonii - czyli wszystkiego, co - mam wrażenie - nowojorczycy mają we krwi i do czego faktycznie się rwą, gdyby nie tonujące ich zapędy melodie, tkwiące na papierach wręczonych przez lidera.
Na koniec jeszcze dwie uwagi. Po pierwsze: naprawdę niewielu jest jeszcze realnych mistrzów fachu, jakim jest uprawianie jazzu. Stańko bezwarunkowo należy do tej grupy, dlatego zniechęcanie do słuchania jego kolejnych płyt będzie dla mnie zawsze czynem spod znaku, opisanego w moim wcześniejszym tekście, "syndromu Woody'ego Allena". Obojętnie, czy uważamy płytę Stańki za lepszą czy gorszą od poprzednich, tak naprawdę jedyną realną miarą, którą możemy się posłużyć, jest jego własna dyskografia. Stańko to już osobne jazzowe mikrouniwersum, z którym obcowanie dostarczy nam zawsze znacznie więcej muzycznych wartości, niż dziesiątki odsłuchów wydanych w danym roku płyt. Po drugie: ostatnia płyta Stańki jest usypiająca chyba tylko dla tych, którzy są mocno senni lub padają przy niej ze zmęczenia. Już dawno nie słyszałem płyty tak wymagającej skupienia, trudnej i bogatej.
Marcin Kiciński
PS. wisisz mi Macieju konia z rzędem
LEO RECORDS - NOWOŚCI
V. GUYVORONSKY / N. AHSAN / D. KUCHEROV
Around Silence
V. Guyvoronsky - tp, fl
N. Ahsan - voc, swarmandal
D. Kucherov - tabla, perc
RUSSIAN FOLKSOGS IN THE KEY OF NEW JAZZ
Anastasia Masloboeva - voice, cymbalo;
Evgeny Masloboev - drums, percussion, metal objects,
Alexey Kruglov - all sorts of saxophones;
Sergey Starostin - Russian folk wind instruments;
Arkady Shilkloper - French horn, Alpine horn,
Renat Gataulin - piano, synth;
Anton Kolosov - bass guitar;
Vitaly Labutin - el. guitar
EVGENY MASLOBOEV / ANASTASIA MASLOBOEVA
Your Beautiful Face Makes Me Cry
Evgeny Masloboev - multi instruments
Anastasia Masloboeva - voc
JOHN WOLF BRENNAN / MARCO JENCARELLI / TONY MAJDALANI
Pilgrims
John Wolf Brennan - piano (and 10 other instruments)
Marco Jencarelli - acoustic and electric guitars
Tony Majdalani - voice, percussion (and 10 other instruments)
YANG JING / CHRISTY DORAN
N. 9
Yang Jing - pipa
Christy Doran - g
GOAT'S NOTES
Fuzzy Wonder
Grigory Sandomirsky - piano, melodica,
Vladimir Kudryavtsev - bass,
Maria Logofet - violin,
Piotr Talalay - drums,
Andrey Bessonov - clarinet,
Ilya Vilkov - trombone.
IVO PERELMAN / MATTHEW SHIPP
The Art of the Duet Vol. 1
Ivo Perelman - sax
Matthew Shipp - piano
IVO PERELMAN / MATTHEW SHIPP / WILLIAM PARKER / GERALD CLEAVER
Serendipity
Ivo Perelman - ts
Matthew Shipp - p
William Parker - b
Gerald Cleaver - dr
IVO PERELMAN / MATTHEW SHIPP / MICHAEL BISIO / WHIT DICKEY
The Edge
Ivo Perelman - ts
Matthew Shipp - p
Michael Bisio - b
Whit Dickey - dr
wtorek, 5 marca 2013
Nick Cave & the Bad Seeds "Push The Sky Away" i Tomahawk "Oddfellows" - czyli płyty do orania
Ze sporą częścią płyt dzieje się tak, że po fenomenalnym pierwszym odsłuchu każdy kolejny dostarcza coraz więcej znaków zapytania aż do momentu, kiedy wolimy je odłożyć w bezpieczne miejsce i już do nich nie wracać, zamiast brutalnie odrzucić, przyznając jednocześnie, że daliśmy się zwieść, że zostaliśmy zrobieni w konia, a płyta jest tandetnie oczywista, efekciarska, po prostu nieznośna, ergo - straciliśmy kolejne cenne godziny naszego krótkiego życia.
Z nieliczną grupą artystów działa to jednak dokładnie odwrotnie. Wpierw słuchamy z niepokojem. Mamy wrażenie, że chyba coś się nie udało. Nie wierzymy jednak - nazwisko przecież pewne, więc, na szczęście, dajemy kolejne szanse. Słuchamy i słuchamy pokornie, entuzjazm stopniowo narasta, aż w pewnym momencie jesteśmy bliscy okrzyknięcia płyty genialną, gdyby tylko zdrowy rozsądek i osłuchanie nie zawetowały tej nieuprawnionej oceny.
Warto też zwrócić uwagę na inne zjawisko, które można by nazwać "syndromem Woody'ego Allena". Gość kręci 1-2 filmy rocznie, a od kiedy zaczął się parać tematyką europejską, musi się borykać z zarzutem wtórności, bylejakości. Truje się, że jego filmy nic nie wnoszą, że są infantylne, że och "Manhattan", ach "Mężowie i żony", nawet "Jej wysokość Afrodyta" była jeszcze w dobrej formie, ale to, co jest teraz, to jakieś takie do dupy w porównaniu... Zawsze czytając tego typu recenzje, zastanawiam się, o co chodzi. Moje podstawowe pytanie brzmi: czy Allena naprawdę może być za dużo? Czy te dwa filmy rocznie to ponad miarę nadprodukcja, która nas może zmęczyć? I przede wszystkim- po co te ciągłe porównania? Czy naprawdę lepiej piąty raz zaserwować sobie "Annie Hall" niż pójść do kina na "Zakochanych w Rzymie"? Śmiem twierdzić, że o ile w ogóle lubi się jego manierę, to najgorszy Allenowski nowy film dostarcza zazwyczaj więcej intelektualnej przyjemności od dziesiątek produkcji rekomendowanych przez te same krytyczne redakcje wszelakich, mniej lub bardziej, nobliwych czasopism.
Nie czytałem żadnych recenzji poniższych płyt, ale podejrzewam, że będą musiały się biedne obie borykać z tego typu recenzenckim podejściem. Cave pewnie mniej, bo większy, trudniej mu przywalić. Patton oberwie, ale od czego ma się wiernych fanów?
TOMAHAWK "Oddfellows"
Mike Patton - voc
Trevor Dunn - b
Duane Denison - g
John Stanier - dr
Wytwórnia: Ipecac
Rok wydania: 2013
Najpierw się ucieszyłem, że wrócił bas. (Żebyśmy się dobrze zrozumieli, uważam "Anonymous" za bardzo dobrą płytę, uruchomienie indiańskich stylistyk udało się na niej wyjątkowo dobrze i w sumie brak basu jej wielce nie zaszkodził. Nie wyobrażałem sobie jednak kontynuacji pracy Tomahawka, poza tym jednorazowym koncept-albumem bez tego znaczącego dla rocka instrumentu.) Chwilę później jednak wydał mi się"Oddfellows", jako całość, albumem nachalnie próbującym powrócić do przerwanej formuły z pierwszych dwóch płyt. Przez chwilę pomyślałem nawet, że może jest to leniwe wskrzeszenie jakichś odrzutów z poprzednich sesji.
Stopniowo zacząłem jednak ulegać. Od początku uwiódł mnie utwór "I. O. U.". Cudowna balladowa melodyka, prostacki bas, klawisze ala melotron w tle i przerysowane patetyczno-romantyczne pierdolnięcie w finale - to lubię. Później zaraził mnie utwór "Rise Up Dirty Waters", który, gdyby się znalazł na "Californii" Mr Bungle, nikogo by nie zaskoczył - Patton ewidentnie zatęsknił za postmodernistyczną mieszanką, którą serwował z powodzeniem namiętnie lata temu. Odniesień do Mr Bungle’a jest na tym albumie więcej. "Choke Neck" ma natomiast w sobie coś z filmowego Fantomasa, a tytułowe "Oddfellows" urzeka fantastycznie zestawionym riffem względem linii wokalu. Można by wymieniać utwór po utworze i z kilkoma słabszymi wyjątkami cieszyć się nimi na różne sposoby.
Zanim pojawił się ten album podobną konsternację zafundowała mi jedna z najlepszych płyt Mike'a - jego duet z Kaadą pt. "Romances". Długo go wałkowałem, zanim dochrapał się w moim rankingu tak wysokiej pozycji - zdobył ją jednak na trwałe. Nie sądzę, by którakolwiek z płyt Tomahawka mogła stanąć w szranki z tymi najważniejszymi pod względem artystycznym, każda z nich jednak, a "Oddfellows" na równi z "Mit Gas" i "Tomahawk" będzie mogła walczyć o berło uznania w kategorii bezpretensjonalnej rockowej przyjemności. Oczywista przewaga nowości polega na jej dziewiczości, dwie staruszki są już niestety totalnie zdeflorowane.
NICK CAVE AND THE BAD SEEDS "Push The Sky Away"
Nick Cave – voc, keyb, g; Warren Ellis – viol, mandolin, g, voc; Ed Kuepper – g; Conway Savage – keyb, voc; Martyn P. Casey – b; Barry Adamson – dr, perc, keyb; Jim Sclavunos – dr, perc
Wytwórnia: Bad Seeds Ltd.
Rok wydania: 2013
To nie ja snułem się po korytarzach liceum z walkmanem na uszach i dołującym wokalem Cave'owskich ballad morderców, potęgującym werterowską nastoletnią niedolę. Oczywiście ja też się snułem, ale zamiast wyć do Cave'a wybierałem raczej takie "Memories" Soft Machine, "Since I've Been Loving You" Led Zeppelin czy "Walking on Air" King Crimson.
W Bad Seeds, a także Birthday Party wszedłem nie tak dawno - może trzy, góra cztery lata temu. Wsiąkłem jednak we wczesny okres Cave'a bez reszty. Howardowska sprzęgająca gitara, wymieniona później na zdecydowanie bardziej wysublimowaną w swojej kąśliwości gitarę Bargelda, połączone z wiecznie wkurwionym wokalem lidera. Oj, wierzę w to jego wkurwienie... Zaraża mnie ono. Uwalnia.
Trochę gorzej było z późnymi płytami Bad Seeds. Po odejściu Bargelda piosenki stały się bardziej oczywiste, wygładzone i paradoksalnie, wbrew uspokojeniu wokalu - bardziej egzaltowane. Zwrot stylistyczny i ożywienie, na nierównym "Abbatoir Blues", lepszym "Dig, Lazarus, Dig!!!" oraz hardrockowym Grindermanie, dał miły powiew, ale raczej ciągle czegoś brakowało, by wszystkie te płyty na dłużej zadomowiły się w moim odtwarzaczu.
Inaczej ma się sprawa z najnowszą produkcją "Push The Sky Away". Szczerze mówiąc, nie do końca wiem, gdzie jest pies pogrzebany, ale już dawno nie byłem pod tak silnym wpływem jakiejkolwiek płyty. Słucham jej prawie codziennie od blisko trzech tygodni i każdy kontakt z tymi cudownymi piosenkami potwornie mnie wciąga. Cave nie jest wkurwiony, brak mu egzaltacji, nie jest to też próba pokazania, jaki to z niego ciągle żwawy dziadek. Są to piosenki starszego, doświadczonego i znającego już swoje miejsce na świecie gościa, co niejedno przeżył, niejedno widział, po latach szarpaniny zaznał spokoju i niejedno ma do powiedzenia.
Tak jak w przypadku płyty Tomahawka, tu także zaczęło się od faworyty. Utwór "Jubilee Street”, którego prostotę i chwytliwość melodii stopniowo przegryza narastający - niczym w "Heroin" Velvet Underground - niepokój, jest genialny. Chwyt z crescendo na końcu jest co prawda stary jak świat, a zestawienie szorstkich riffów z gęstniejącymi smyczkami też się już słyszało, działa to jednak wyjątkowo mocno. Równie wybornie mają się sprawy z "Water's Edge", "We real cool" czy "Higgs Boson Blues".
Cave świetnie wprowadza w nastrój tekstami i mam tu na myśli nawet bardziej ich brzmienie niż sens. Blues, który zawsze go inspirował, lecz którego do końca nie rozumiał, ponieważ złość i bunt stanowiły bardziej barierę niż wsparcie, teraz eksplodował w nim, przez co jego śpiew w swej białej wersji tchnie tą samą pokorą, którą czuje się w nagraniach najstarszych z najczarniejszych.
Obie te płyty nie są wybitne, ale są na pewno wybitnie potrzebne. Są to płyty do orania, które gdybyśmy mieli na analogach (co w obu przypadkach jest możliwe) i tłukli je z nieprzyzwoitego patefonu, wystrugalibyśmy do ostatniego dźwięku. Porządne muzyczne rzemiosło, które przywraca wiarę, że pewne rzeczy nie muszą być nowe, oryginalne, inne, a mogą fantastycznie służyć naszej przyjemności, łechcąc stosowne ośrodki swoją artystyczną dojrzałością, rzetelnym wykonaniem i produkcją. Profesjonalne podejście do muzyki w tych kulturalnie "made in China" czasach jest nader wartościowe.
Marcin Kiciński
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















