Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vatcher Michael. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vatcher Michael. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 stycznia 2012

Maarten Altena "Cities & Streets", HatArt, 1991 - czyli bardziej pretekst niż recenzja

Michael Moore - as, cla, bcla
Michael Vatcher - perc
Michiel Scheen - p
Peter Van Bergen - ts, bcla
Wolter Wierbos - tb
Marc Charig - tp, alto horn
Christel Postma - viol
Maarten Altena - b

Wytwórnia: HatArt
Rok wydania: 1991



Wydaje mi się, że każdy dysponuje raptem kilkoma, góra kilkunastoma płytami, które realnie wywróciły jego muzyczny światopogląd. W moim przypadku jedną z nich jest właśnie „Cities & Streets” holenderskiego kontrabasisty, choć dla mnie głównie kompozytora – Maartena Alteny. Prawdopodobnie postać ta częściej jest kojarzona jako instrumentalista – improwizator ze względu na to, że był filarem powstawania sceny freeimprov, zasilając tak szlachetne i ważne projekty, jak ICP Orchestra, Willem Breuker Kollektief czy baileyowskie Company, dla mnie jednak na zawsze pozostanie osobą, która zbudowała wzór swego rodzaju współczesnego trzeciego nurtu, strukturalnej improwizacji czy modern composition i ani Braxton, ani nawet Barry Guy go z tego podium zrzucić nie może. Kluczem jest chyba balans między realną kompozycją (piszę realną, aby zbudować opozycję wobec wszelkiego rodzaju przejawów nowatorskiej kompozycji, w postaci interpretowanych układów graficznych itp.) a swobodą zaangażowanych muzyków. Pod bacznym okiem Alteny, a raczej pod wpływem rzetelnej partytury, mogą oni prezentować swoją indywidualność w bardzo, ale to bardzo ograniczonym zakresie. Nie znaczy to jednak, że ogranicza się ich inwencję, raczej wystawia się ją na próbę, wskazując pewne doprecyzowane kanały, którymi może się ona poruszać. Altena autorytarnie ogarnia wszystkie te kanały, budując w ten sposób doskonały system powiązań zarówno melodycznych, jak i brzmieniowych – nie ma bowiem wielu płyt, na których z taką świadomością angażuje się zaawansowaną sonorystykę.
Tu rządzi kompozycja i przyznam szczerze, że zawsze gdy wracam do tej płyty, zastanawiam się nad opozycją intencja – intuicja, w której - mam wrażenie - od ostatniej dekady prym wiedzie raczej ta druga. Dziwne jest to tym bardziej, że przecież wolnościową rewoltę, której pochodną jest ruch wolnej improwizacji, powinniśmy uznać za zakończoną. Żyjemy w czasach skrajnie intelektualnych, dlaczego zatem w muzyce zaangażowanej tak często intencja, przejawiająca się w „realnej kompozycji”, jest traktowana marginalnie? Dlaczego muzycy, zazwyczaj wykształceni systemowo – a zatem w oparciu o background wszelkich zdobyczy kompozycyjnych, w finale uciekają od zdobytych doświadczeń i unikają pola niejako im przypisanego?
Oczywiście nie jest to odejście kompletne. Na scenie holenderskiej istnieją postaci regularnie wracające do swojej tradycji, płyty Michiela Braama już dwukrotnie starałem się na Impropozycji zasugerować. Predella Group Vandermarka też udanie zmaga się z tą materią. Nawet na naszym rodzimym podwórku pojawiła się ostatnio próba przypomnienia colemanowskiej koncepcji z „Chappaqua Suite”: na płycie Piotra Damasiewicza „Hadrony”, o której w dość wyczerpujący sposób pisze Adam Domagała na swoim blogu. Nie zmienia to faktu, że jest to koncepcja, po którą w środowisku tak zwanego współczesnego, kreatywnego jazzu, sięga się bardzo rzadko.
A szkoda, bo prawdę mówiąc, o ile coraz częściej odczuwam przesyt bezgraniczną instrumentalną wolnością, która sprowadza się do kolejnych zestawień jednego pana z drugim panem – nierzadko po raz pierwszy, a mimo to przewidywalnych, tak w świecie modern composition o jazzowej proweniencji jest wielka dziura, którą można ciągle wypełniać.

Marcin Kiciński

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Michiel Braam / Wilbert De Joode / Michael Vatcher + Ferenc Kovacs / Miklos Lukacs "Quintet", BMC, 2010


Michiel Braam - p
Wilbert De Joode - b
Michael Vatcher - dr
Ferenc Kovacs - viol, tp
Miklos Lukacs - cimbalom

Wytwórnia: Budapest Music Center
Rok wydania: 2010





W podsumowaniu roku 2010 zamieściłem w swoim top10 płytę BraamDeJoodeVatcher "Quartet". Nie znałem wtedy jeszcze albumu "Quintet", i to chyba dobrze, bo dzięki temu nie musiałem wybierać. A wybór mógłby być trudny.

wtorek, 21 września 2010

BraamDeJoodeVatcher "Quartet" - czyli nizinna inwazja eklektyzmu

Michiel Braam - p
Wilbert De Joode - b
Michael Vatcher - dr
+ goście: Michael Moore, Mats Gustafsson, Francois Houle, Taylor Ho Bynum, Peter Van Bergen, Paul Dunmall

Wytwórnia: BBB
Rok wydania: 2010



Po macoszemu jest traktowana w Polsce scena holenderska. Podczas gdy z Amerykanami, Niemcami, Skandynawami, a nawet ze Szwajcarami żyjemy w wybornej komitywie, organizujemy im koncerty, zachwycamy się ich płytami, Holendrów konsekwentnie pomijamy. Trudno pojąć przyczynę, bo przecież, jak mało kto, mają oni swój charakterystyczny styl i należy im się szczególna uwaga.

Począwszy od wspaniałych płyt Maarten Altena Ensemble, ICP Orchestra i Willem Breuker Kollektief przez Cluson 3 i Aba Baarsa po BraamDeJoodeVatcher, większość holenderskich projektów kojarzy mi się z bardzo szczytną ideą strukturalnej improwizacji. Nizinnie-tulipanowy sznyt sprowadza się do cudownego zamiłowania do melodii, melodii często bardzo retro, kojarzących się z swingiem, ragtimem i gangsterskimi filmami. Melodie te stanowią pewien fundament, na którym Holendrzy pozwalają sobie na liczne improwizacyjne swawole i należy tu dodać, że robią to z niebywałym smakiem.
Znaczna część jazzmanów wychodzi z założenia, że kompozycja sprowadza się do stworzenia tematu, który jest klamrą dla ich improwizacji. Więź z tym tematem jest często bardzo swobodna, żeby nie powiedzieć żadna. W przypadku Holendrów kompozycję czuje się przez cały utwór, nawet gdy muzycy zapędzają się w absolutnie sonorystyczne rejony.
Inna sprawa to specyficzne poczucie humoru. Niejednokrotnie słuchając płyt Cluson Trio można wychwycić wybuchy śmiechu wśród widowni. Ja sam miałem problem z zachowaniem powagi, gdy widziałem co robi Han Bennink, grając w duecie z Terrie Ex'em. Holendrzy podchodzą do muzyki na luzie i z uśmiechem na twarzy. To cudowne.
Te dwa elementy stoją niejako w opozycji do eksponowania indywidualizmu. W holenderskiej muzyce rzadko słyszy się liderów, raczej dostaje się produkt współpracy zespołu ludzi, którzy wspaniale bawią się muzyczną materią.

Na płycie trio BraamDeJoodeVatcher dochodzi inny wspaniały element, który także wpisuje się w charakterystykę sceny holenderskiej - eklektyzm. Już sam dobór gości wiele mówi o tym albumie jako całości. Dostajemy 16 utworów, z czego 6 wbrew tytułowi albumu jest nagrana w trio, a pozostałe zostały rozdane między muzyków z zupełnie różnych środowisk. Trudno sobie wyobrazić Michaela Moore'a czy Paula Dunmalla na jednym albumie z Matsem Gustafssonem, a tu, z tym trio, każdy z tych muzyków, dokładając swoją cegiełkę, nie zaburzył całości, wręcz przeciwnie: w imię eklektycznej, holenderskej wizji - wzmocnił ją. Bo o ile z Michaelem Moorem poszli w kierunku melodii, tak z Gustafssonem, zgodnie z założeniem, uderzyli. Paul Dunmall wbrew swojej angielskości doprawił orientem, a Taylor Ho Bynum musiał się odnaleźć w bluesie ("Q01" - najlepszy utwór płyty!). Wyuczony elastyczności w szeregach zespołu Maartena Alteny, Peter Van Bergen doskonale sprawdził się za to w dwóch skrajnych zadaniach: odnalezienia się we współczesnej kameralistyce i emocjonalnej bluesowej ekspresji.

Eklektyzm nie sprowadza się tylko do podziału na utwory. W ramach samej kompozycji ma miejsce wiele zmian, które czynią zeń mikrosuity, krążące między skrajnymi muzycznymi koncepcjami.
Brzmi to trochę tak, jakby na zmianę zespół i gość wcielali się w rolę egzaminatorów i egzaminowanych. Jak bardzo elastyczni jesteśmy? Czy uda nam się zgrać w zadanej konwencji?
Udaje się. BraamDeJoodeVatcher "Quartet" to bodaj najlepsza płyta z dotychczas wydanych i przesłuchanych przeze mnie w 2010 r.

Marcin Kiciński

sobota, 10 lipca 2010

4 Walls - Which side are you on


Luc Ex, acoustic bass;
Phil Minton, voice;
Michael Vatcher, drums,
Veryan Weston, piano.

wytwórnia: Red Note
rok wydania: 2003




Niełatwo trafić na 4 Walls. Zarówno fani The Ex są gotowi pominąć ten poboczny projekt jednego ze współzałożycieli ich ulubionego zespołu, jak i może on nie trafiać do zaciekłych zwolenników wokalnych wariactw Phila Mintona, przez co zaległ w głębokiej niszy. Jest w nim pewien nietypowy sznyt, który wyciąga go właściwie z każdej szufladki jaką znam. Są to bowiem piosenki, ale zaśpiewane i zagrane w taki sposób, aby nawet przez chwilę słuchacz nie zapomniał z jaką brygadą ma do czynienia. Minton wygina dźwięki, uruchamia artylerię artykulacyjnych sztuczek, ale tylko na chwilę, tylko troszeczkę. Veryan Weston cierpi z powodu muzycznej epilepsji, palce mu uciekają, uderzenia w klawiaturę nie są zrównoważone, ale stara się, chce, aby linia brzmiała tak jak ustalili. Vatcher jest zdyscyplinowany, choć także z łatwością ulega momentom napadów zespołowej furii, kiedy to wszystkim muzykom puszczają nerwy i już nawet najbardziej trzymający to wszystko w kupie Luc Ex ucieka od, powtarzanej rytmicznymi uderzeniami w struny basu, frazy.
W tej muzyce słychać rozrywający trzewia muzyków bunt przeciwko absurdom naszej społecznej codzienności, który mnie zaraża i porusza jak rzadko kiedy. Viva la Revolutión!

Marcin Kiciński