Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowak Andrzej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowak Andrzej. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 maja 2011

AMM, czyli subiektywny przewodnik po tegorocznych zakupach free and improv, część 2

Jeśli ktokolwiek chciałby podjąć się karkołomnego i nikomu w sumie niepotrzebnego procesu wyboru najbardziej ponadgatunkowej formacji muzyki współczesnej (współcześnie pojmowanej), to popełniłby błąd najmniejszy wskazując na kolektyw AMM.
Nie czas tu, nie miejsce na rys historyczny, wszakże konieczne jest wymienienie przynajmniej trzech nazwisk jego głównych kreatorów – Keitha Rowe, Eddie’go Prevosta i Johna Tilbury (oczywiście nie zapominamy o ojcu chrzestnym formacji – Corneliusie Cardew, ale ponieważ w tym roku mija 30 rocznica jego śmierci, a muzykę AMM tworzył jedynie w jej okresie prenatalnym, możemy przejść nad jego postacią do porządku dziennego).
Ponadgatunkowy walor muzyki AMM wynika w głównej mierze z osobowości jej twórców i ich muzycznych fascynacji.  Keith Rowe to stały i wytrwały eksplorator możliwości sonorystycznych gitary elektrycznej (w bardzo „elektronicznym” kierunku), John Tilbury najbliższy jest spuściźnie Cardew i śmiało możemy go umieścić w katalogu pianistów muzyki współczesnej (w duchu dość precyzyjnie pojmowanego minimalizmu), zaś Eddie Prevost (z historycznego punktu widzenia, postać najważniejsza) najbliższy jest estetyce jazzowej, czy parajazzowej, choć w jego grze na perkusji czuję mocno … rockowy, z lekka transowy sznyt. Wszyscy zaś Panowie mają jeden generalny pomysł na tworzenie muzyki – improwizację, czyli element dla nas w tym miejscu decydujący i uszlachetniający wszelkie wysiłki muzyczne spod znaku AMM.

Wszakże wracając do punktu wyjścia, czyli omawiania moich tegorocznych zakupów….AMM „The Inexhaustible Document” (Matchless 1994), materiał nagrany w roku 1987, nagrany w żelaznym trio, wspomaganym przez wiolonczelistę Rohana De Saram. Muzyka, jak większość w dorobku AMM powstała na żywo, w Londynie i uroczo snuje nam się od ucha do ucha, powodując, iż rzeczywistość za oknem zdaje się elementem całkowicie zbytecznym. Jak już kiedyś napisałem – ta muzyka trwa i tylko to jest pewne w kontekście zdarzeń dźwiękowych, jakie do nas docierają.

Waszą szczególną uwagę chciałem zwrócić na inne wydawnictwo związane z AMM, a mianowicie na “That mysterious forest below London Bridge” (Matchless 2007). To relacja z koncertu, jaki odbył się w listopadzie 2006r. w Londynie. Płyta zawiera trzy długie, ponad 20 minutowe preparacje dźwiękowe trzech formacji – na początek kwartet w składzie Tom Chant (ss, ts), Ross Lambert (g), Sebastian Lexer (p, lp) i Matt Milton (v), potem trio - Jamie Coleman (tp) , Mark Wastell (indian harmonium) i Seymour Wright (as), a na sam koniec AMM w swej najbardziej współczesnej edycji, czyli duo Eddie Prevost (dr), John Tilbury (p). Trzy przepiękne improwizacje, które choć często balansują na pograniczu ciszy, stanowią idealne połączenie ciekawych improwizowanych preparacji dźwiękowych (na myśl musi nam przyjść np. katalog wytwórni Another Timbre) i klasycznego freely improvised music. Podczas, gdy w tym pierwszym nurcie czasami brakuje mi odrobiny emocji (wciąż szukamy tego jedynego dźwięku, i to uzasadnia każdy rodzaj podróży), a w drugim pojawiają się próby zbyt jazzowego frazowania, by nie rzec – ciągoty od banalnego swingowania, muzyka z Tajemniczego Lasu Nieopodal Mostu Londyńskiego jawi się wydawnictwem szczególnym. Dodatkowo zapewne – trudno dostępnym, bo choć wydawnictwo jest absolutnie katalogowe, to jednak już sama ubogość okładki powoduje, że całość postrzegamy nieco offowo. Tu odsyłam po szczegóły:
http://www.matchlessrecordings.com/mysterious-forest-london-bridge
Co ciekawe, w powyższym trójpaku improwizacje głównych bohaterów tego odcinka mojego pamiętnika, zdały mi się najmniej frapujące. Może lepiej odesłać słuchaczy do polskiego koncertu Prevosta i Tilbury’ego, który niedawno ujrzał światło dzienne: AMM “Uncovered Correspondence: a Postcard from Jaslo” (Matchless 2010).

Czas na dwa wydawnictwa sygnowane nazwiskiem Eddiego Prevosta. Najpierw duet z czołowym pianistą angielskiego free improv – Veryanem Westonem „Concert, v. 1998” (Matchless 1998). I… wypisz, wymaluj, co napisałem akapit wyżej. Muzyka jest nieznośnie jazzowa, a duet w składzie perkusja i nieodkrywczo frazujący pianista w dawce ponad 70-minutowej zwyczajnie przynudza.
Znacznie ciekawiej dzieje się, gdy do współpracy Prevost zaprasza Jima O’Rourke, gitarzystę, znanego preparatora dźwięków tyleż ulotnych, co niebanalnych – „Third Straight Day Made Public” (Complacency 1993). Gęsta, iście pajęcza sieć mikrodźwięków w czterech odsłonach. Polecam zdecydowanie – myślę, że śmiało to spotkanie mogłoby się odbyć pod szyldem AMM (ciekawe, co na to Keith Rowe?).

A na sam koniec, klamra spinająca moje dzisiejsze opowieści o muzyce AMM - pierwsze publiczne wykonanie kompozycji Corneliusa Cardew „The Great Learning” (Bołt 2010). Od razu zastrzegam, że czuję się zbyt mały, by streścić Wam ideę tej muzyki i tegoż przedsięwzięcia. Może tylko dodam, że bardzo enigmatyczną i tajemniczą partyturę Cardew wykonują głównie muzycy amatorzy (polscy, litewscy i brytyjscy), a rezultatem ich działań jest gigantyczne czteropłytowe wydawnictwo minimalistycznej epopei z głębi rytuałów naszego człowieczeństwa u zarania wszelkiego istnienia. Trudna podróż, ale wyruszę w nią ponownie.

Andrzej Nowak

czwartek, 28 kwietnia 2011

Subiektywny przewodnik po tegorocznych zakupach free and improv, część 1

W oczekiwaniu na gigantyczną paczkę zakupów wprost z Londynu (pewien szalony posłaniec dotarł tam w celu kolejnej eksploracji zacnego festiwalu Freedom Of The City i zakupi trochę brakujących pozycji z katalogu EMANEM, PSI i Matchless Recordings), drobne resume mijających czterech miesięcy roku z dwoma jedynkami w tytule.

Nie zamieniam kolekcji CD na twardy dysk, nie kupuję winyli, rzec można - jestem odrobinę passe… Zatem same kompaktdyski z fajnymi, często kolorowymi okładkami, bardziej niż czarna płyta odporne na zniszczenie przez małe półtoraroczne rączki. Zatem do dzieła!!!

Rok z dwoma jedynkami w tytule zaczął się w iście hitchcockowskim stylu, od przedpremierowego zakupu wydawnictwa, będącego rejestracją koncertu, który w roku 2009 zdał się być moim ulubionym. Teraz, już na krążku (a także na winylu, z materiałem uzupełniającym w stosunku do CD), stał się moją płytą roku .. 2010!!! Rzecz nazywa się „Kopros Lithos”(Multikulti Project), a tytułem wykonawczym EFG Trio, czyli Agusti Fernandez, Mats Gustafsson i Peter Evans. Genialna, muzyczna perforacja czasoprzestrzeni. Mały Klub Dragon w Poznaniu i wielka muzyka. Marcowy, tegoroczny koncert tego tria (znów Dragon) dopełnił czary mojego entuzjazmu. Trzech mistrzów wypalania tkanki usznej ze szczególnym uwzględnieniem tego najmłodszego – Petera Evansa.

A potem, tak zupełnie przy okazji…. John Lindberg „Two By Five” (Between The Lines, 2002)… – kontrabas z kwartetem smyczkowym, także dla wielbicieli barokowej estetyki, w tej bardziej rubasznej, plebejskiej edycji. Muzyka zadziera nosa, a uszy w postępującej ekstazie.

Pokaźna dyskografia Evana Parkera zawiera w sobie wiele frapujących duetów, zarówno z pianistami, jak i instrumentalistami posługującymi się instrumentami dętymi drewnianymi. Tu szczególny hołd dla duetu z Nedem Rothenbergiem „Monkey Puzzle” (Leo Records, 1997). Mamy wiele tego typu wspaniałych muzycznych kolaboracji Parkera, ale ta zdaje się być wyjątkowa. Sam nie do końca wiem dlaczego. Posłuchajcie koniecznie!
Dla uzupełnienia kolekcji w tak zwanym międzyczasie na mojej półce wylądowały bezcenne edycje solowych eksploracji Evana Parkera – „Monoceros” (edycja dla Chronoscope, 1994), „Saxophone Solos” (jak wyżej, 1994) i „Conic Section” (ah um, 1990). O ile dwie pierwsze pozycje, to jeszcze solowy Parker na etapie szukania tego jedynego brzmienia (dużo chropowatości, czasami przywołującej w pamięci „For Alto” Braxtona), o tyle „Conic Section” to już bezdyskusyjny absolut w kategorii soprano solo. Czyste, krystaliczne brzmienie bezoddechowej ucieczki w zaświaty naszej muzycznej percepcji (zwłaszcza główny, 25-minutowy fragment). Muzyczna transcendencja!
Na koniec passusa o moim kategorycznym ulubieńcu – duet z pianistą Charlesem Farrellem „Glossolalia” (World Tribe Music, 2005). Warto posiadać, choć nie koniecznie słuchać – to ten typ pianisty, co to w szlafmycy mocno na oczy nasuniętej goni stale oddalający się orgazm, nie bacząc specjalnie na niebanalnie wysiłki interlokutora (choć Evan stara się bardzo, by być w tym procesie dostrzeżonym). Abstrahując od tych ambiwalencji, gorąco nie polecam innego wydawnictwa tegoż pianisty (o zgrozo także z udziałem EP) – „Hope Springs Eternal” (World Tribe Music, 2006). Zawartość sprawia wrażenie ścieżki dialogowej do filmu, do której doklejono przypadkowe muzykowanie kilku panów.

Koncert okrojonego o Dominica Duvalla, kwartetu Magic, stał się dla mnie okazją do zakupu pięciopaku koncertowego Trio X „On Tour 2008” (Joe McPhee, Dominic Duvall, Jay Rosen). Zacny audiofilski CIMP od pewnego czasu wydaje także nagrania koncertowe w sublabelu CIMPoL. Tu nagrania z jednej trasy koncertowej (USA, głównie ośrodki  uniwersyteckie) z października roku wskazanego w tytule wydawnictwa. Porządnie wydane, cicho nagrane (jak to CIMP) i niestety dość nudne. Słuchanie Tria X zawsze wiązało się dla mnie z pewną ambiwalencją…., albowiem chłopaki zwyczajnie potrafią przynudzać (innymi słowy, by nie być gołosłownym - opowiadają ciekawe historie wydając zbyt wiele dźwięków, nie popartych odpowiednim ładunkiem emocji). Słuchając tej muzyki na żywo swobodnie daję radę, niestety w fotelu domowego zacisza jestem już mniej odporny, zwłaszcza, że to 7-godzinna dawka muzyki. Ale na półce wygląda ładnie i dostojnie.

Na koniec pierwszej części pamiętnika namiętnego nabywcy kompaktów, drobne zaskoczenie… no i wreszcie słowo o nowości - terenNowy.live „Ambientność…” (Mega Total 2010). Pod tą dość tajemniczą nazwą kryje się rozbudowany kolektyw rodzimych improwizatorów, których nazwiska… nic mi nie mówią, a i Wam pewnie nic nie powiedzą. Wszakże, same nazwiska nie grają, tylko ich instrumenty. Piękna, transowa opowieść, dla której trawestowany w tytule ambient jest jedynie punktem wyjścia. Dużo tu zaskakujących dźwięków, ciekawe głosy kobiece, elektronika, niebanalnie przetworzona gitara, odrobina posmaku etno dzięki użyciu wielu akustycznych instrumentów z pleneru, niekoniecznie nadwiślańskiego. Dla mnie odkrycie ostatnich tygodni, słuchane namiętnie i bez wytchnienia, ile czas pozwala w natłoku spraw i … kupowanych bez refleksji w kontekście budżetu rodzinnego płyt, które jakkolwiek trzeba przesłuchać. Polecam bezgranicznie każdą swą kończyną!

To tyle na pierwszy odcinek opowieści. Specjalnie nie koncentrowałem się na nowościach, bo o tych Impropozycja donosi rzetelnie i na bieżąco piórami innych głosicieli Wolnej Muzyki.

Andrzej Nowak

wtorek, 4 stycznia 2011

Andrzeja Nowaka podsumowanie 2010

TOP TEN
Peter Evans/ Agusti Fernandez/ Mats Gustafsson - Kopros Lithos (Multikulti)
Evan Parker/ Barry Guy/ Paul Lytton + Peter Evans - Scenes in The House Of Music (Clean Feed)
AMM (with John Butcher) - Sounding Music  (Matchless)
Evan Parker - House Full Of Floors (Tzadik)
KANATA (Frank Gratkowski /Sebastian Gramss/Tatsuya Nakatani) - OirTrio (Not Two)
Trzaska/Szwelnik - Don't Leave Us Home Alone (Kilogram)
Evan Parker/ Barry Guy/ Paul Lytton - Nightwork (Marge)
Roscoe Mitchell and The Note Factory - Far Side (ECM)
Schlippenbach trio - Bauhaus Dessau (Intakt)
Joe McPhee/ Ingebrigt Haker Flaten - Blue Chicago Blues (Not Two)

REEDYCJA ROKU
Bill Dixon - THE COMPLETE REMASTERED RECORDINGS ON BLACK SAINT & SOUL NOTE

KONCERT ROKU
Barry Guy New Orchestra - Kraków 16-20.11
(http://impropozycja.blogspot.com/2010/11/barry-guy-new-orchestra-w-krakowskiej.html)
(http://impropozycja.blogspot.com/2010/11/barry-guy-new-orchestra-krakow-2010.html)
(http://impropozycja.blogspot.com/2010/11/bary-guy-new-orchestra-czyli-wiele.html)

środa, 24 listopada 2010

Mathias Forge / Olivier Toulemonde “Pie ‘n’ mash”, Another Timbre, 2010



Mathias Forge
- puzon
Olivier Toulemonde - obiekty akustyczne


Wytwórnia: Another Timbre
Rok wydania: 2010





Czy to już muzyka konkretna, czy jeszcze free improv? Ten akademicki dylemat postanawiamy pozostawić jednak bardziej dociekliwym. W zamian proponuję po prostu poświęcić 38 minut na doznania czysto artystyczne. Oto bowiem czeka nas zmasowana konfrontacja instrumentu dętego, blaszanego z instrumentarium typowo… kuchennym.

Z jednej strony trzepaczki do ubijania piany, stoły rezonujące, miski, szklane kulki, anteny, patery, piły, generalnie długo by wymieniać – całość zwie się po chłopsku „obiekty akustyczne”. Naprzeciw puzon traktowany sonorystycznie, w trakcie wielkiej gonitwy w poszukiwaniu utraconego dźwięku. Prawdziwa batalia o prawo do zawładnięcia przestrzenią dźwiękowa słuchacza. Wszakże jak przystało na estetykę Another Timbre dzieję się jednak nie za wiele i z pewnością na polu bitwy nie polegniemy z powodu nadmiaru dźwięków o zbyt rozbudowanej amplitudzie. Tu jednak dominują akustyczne igraszki na pograniczu ciszy.

Młody Francuz - Mathias Forge kontra stosunkowy młody Belg - Olivier Toulemonde. Nagranie koncertowe. Podoba mi się przestrzeń dźwiękowa kreowana przez Belga, dzieje się wiele, sporo interesujących kontekstów, czy skojarzeń nie do końca muzycznych, ale wszak to akustyczny konkret. Więcej oczekiwałbym od tak wspaniałego instrumentu jak puzon, ale to zapewne tylko marudzenie fana free jazzu, a tu zabawa nie na tym polega. Ciekawe, intrygujące, choć w większej dawce mógłbym jednak nie podołać. Dane personalne Belga zapamiętane.

Andrzej Nowak

wtorek, 23 listopada 2010

Martin Küchen / Keith Rowe / Seymour Wright, Another Timbre, 2010


Keith Rowe - gitara elektryczna
Martin Küchen - saksofon altowy
Seymour Wright - saksofon altowy

Wytwórnia: Another Timbre
Rok wydania: 2010





W muzyce swobodnie improwizowanej, w wolnej improwizacji, w minimalistycznej wolnej improwizacji, czyli w muzyce, jaką światu ujawnia angielska wytwórnia Another Timbre, o sukcesie, czytaj: o tym, że ta muzyka nam się podoba, często decyduje drobiazg, jakiś pojedynczy dźwięk, interesujący zgrzyt, czy niebanalna sekwencja dźwięków podana w krótkim czasie. Czasami, jak w drużynie piłkarskiej, na scenie improwizujących muzyków jest ktoś, kto „robi różnicę”.
Dla mnie kimś takim jest Keith Rowe. Gitarzysta weteran, eksperymentator, wieloletni współtwórca wielu wspaniałych płyt formacji AMM. Bywa, że traktuje instrument bardzo tradycyjnie (oczywiście jak na kanony gatunku), w taki sposób, że po prostu słyszymy, że człowiek gra na gitarze (wszak w gatunku tym doświadczamy czegoś, co nazwałbym całkowitym oderwaniem dźwięku od jego źródła). Czasem traktuje gitarę, jako generator drgań, który przefiltrowany przez elektronikę dociera do nas w formie całkowicie oderwanej od pierwowzoru. No i te wspaniałe momenty, gdy nagle, w tłoku miażdżącej nasze uszy wojny improwizacyjnej potrafi niebanalnie zaskoczyć zupełnie wyabstrahowanym z rzeczywistości samplem (np. śpiewem operowym, czy fragmentem programu informacyjnego bliżej nieokreślonego radia; nota bene mały konkurs: na jakiej płycie Keitha Rowe słyszymy głos radiowca w języku polskim i nazwisko jakiej ważnej osoby pada w tym przekazie?).
Zatem, jeśli chcecie sięgnąć po płytę Keitha Rowe, przynajmniej tę z katalogu Another Timbre, czy np. Erstwhile, róbcie to śmiało, bo się nie zawiedziecie.

To przydługie intro miało Was przekonać, iż bez względu na to, co przeczytacie poniżej płytę tria Kutchen/ Rowe/ Wright posłuchać trzeba koniecznie!

A krążek tegoż tria, to 35 minutowa improwizacja bez tytułu, nagrana w roku 2009 w Kościele St. James The Lesser w Midhopestones (piszą, że to nie daleko Shefield)…. Zderzenie dwóch saksofonów altowych (Kuchen, Wright) i gitary elektrycznej (tak brzmi opis płyty, na stronie wytwórni określonej mianem „electronics”). Zwał jak zwał - Rowe gra swoje, czyli równie często słyszymy, że gra na gitarze (także w dłuższych fragmentach używa smyczka, czego efektem są liczne perkusjonalne dygresje), jak i generuje w pełni elektroniczne dźwięki (pełnych humoru sampli nie brakuje!). Efekt jego pracy zgrabnie oplatają dwa alty, które chwilami brzmią jak… alty. Zatem także niezaprawieni w „niemuzyce” (definicja pojęcia: szukaj w recenzji płyty „Somethingtobesaid” Johna Butchera) słuchacze dadzą radę.
Wszakże centralną postacią tej improwizacji pozostaje Rowe i choć jak zwykle nie każdy dźwięk jesteśmy w stanie spersonalizować, to mam wrażenie, że 75% muzyki spływa z rąk Pana Rowe. Całość trwa niewiele ponad dwa kwadranse, zatem słuchamy bez przystanku (jeden trak na dysku), a ja uwagę ewentualnych słuchaczy chciałbym zwrócić szczególnie na minuty końcowe. Oto bowiem pośród tumultu improwizacyjnego nagle dociera do nas na falach jakiegoś pirackiego eteru rubaszny fragment „Diamond Life” uroczej Sade, by zaraz zostać spuentowanym przez jednego z alcistów, który z gardła saksofonu bardzo nieśmiało próbuje dobywać dźwięki, które przy odrobinie dobrej woli nazwać moglibyśmy próbą zasugerowania melodii. Potem na całość opada ściana radiowej ciszy, skwierczącej tak intensywnie, że Wasze uszy dość szybko poczują niebywały dyskomfort. Płyta się kończy, ale nie wiemy, czy na pewno, bo rozdygotana cisza wciąż dudni w naszych receptorach słuchu. Ale tak, to naprawdę koniec. No to warto… zacząć od początku.

Andrzej Nowak

poniedziałek, 22 listopada 2010

John Butcher Group "Somethingtobesaid", Weight of Wax, 2009

John Edwards - b; Adam Linson - b, electr.; Gino Robair - perc.; Chris Burn - p; John Butcher - s.; Thomas Lehn - syntezator analogowy; Dieb13 - gramofony; Clare Cooper: harp &: guzheng

Wytwórnia: Weight on Wax
Rok wydania: 2009




Festiwal Muzyki Współczesnej w Huddersfield gościł w roku 2008 grupę świetnie znanych nam muzyków, umieszczonych w line-up’ie pod szyldem John Butcher Group (znanych nam, czyli wielbicielom „niemuzyki”, tak bowiem zwykli nazywać nasze dźwiękowe fascynacje Ci, którzy edukację muzyczną zakończyli w metrum 4/4).

Grupa została stworzona ad hoc, na potrzeby koncertu (nota bene, przy wsparciu podatników Jej Królewskiej Mości) i choć muzycy Ci grywali ze sobą wielokrotnie, to w tym zestawieniu wystąpili po raz pierwszy. Lider, przynajmniej z nazwy, całego przedsięwzięcia, John Butcher oprócz, jak zwykle skutecznego manipulowania saksofonami, wniósł do projektu trochę pre-produkcji (czyli dźwięków nagranych wcześniej), a do Oktetu dobrał: dwa kontrabasy (John Edwards!, Adam Linson), fortepian (Chris Burn!), dwa generatory dźwięków „niczyich” (analogowy syntezator – Thomas Lehn! i gramofony – Dieb13), harfę z dodatkami (Claire Cooper) i perkusjonalia (Gino Robair!). Dodatkowo część muzyków wspierała się różnej maści elektroniką.

Powstały z tegoż spotkania swobodny strumień dźwiękowy udostępniony został nam dzięki nowej inicjatywie wydawniczej Weight Of Wax (póki co wydaje tylko muzykę Johna Butchera). Ponad godzinny koncert pozbawiony był przerw, wszakże dla wygody słuchaczy podzielony został na dziewięć części.

W wyżej zarysowanej czasoprzestrzeni Oktet pracuje bardzo sprawnie, generując piękny i doprawdy frapujący kolaż dźwiękowy, który w odpowiednich dramaturgicznie momentach zgrabnie kontrapunktuje solowymi eksploracjami saksofon Johna Butchera (brzmi nad wyraz czysto i klarownie, przemycając jak zwykle tych kilka dźwięków, których nie uświadczymy obcując z pozostałą na świecie wielomilionową rzeszą posiadaczy instrumentów dętych, drewnianych). Całość, z pozoru improwizowana, bywa chyba delikatnie przez lidera w kilku momentach ukierunkowywana, co w każdym razie nie stanowi jakiegokolwiek zarzutu.

Koncert z Huddersfield to przy okazji rzadka ostatnio sposobność wysłuchania Johna Butchera w większym składzie. A to wartość sama w sobie. Polecam bezdyskusyjnie!

Andrzej Nowak

Evan Parker "The Topography of the Lungs", PSI, 2006



Derek Bailey - gitara
Han Bennink - perkusja
Evan Parker - saksofon sopranowy i tenorowy

Wytwórnia: PSI
Rok wydania: 2006





Absolutny kanon freely improvised music (pełna nazwa autorstwa Dereka Baileya). Perła z roku 1970. Spotkanie gigantów, protoplastów muzyki, którą niektórzy z nas ukochali nad wyraz i po wszeczasy.
Wspomniany już Derek Bailey na gitarze (z racji wieku tu pełni rolę ojca lub przynajmniej starszego wujka), Evan Parker na sopranie i tenorze oraz Han Bennink na perkusjonaliach. Choć nie jest to pierwsze spotkanie Baileya i Parkera (odsyłam do Music Improvisation Company z lat 1968-71), także nie ostatnie (kilka osobliwych i znamienitych spotkań w duecie, np. koncert londyński czy „Arch Duo”, o kilku edycjach Company nie wspominając), uznaję je za wyjątkowe i być może najbardziej znaczące. Choćby z racji, że towarzyszy im znakomity perkusjonalista, Han Bennink.
Oryginalne nagranie winylowe ukazało się w roku powstania nagrania, a wydane zostało przez legendarny Incus. Teraz w Waszych rękach wylądowała reedycja tego albumu, wydana w roku 2006 przez PSI, zawierająca dodatkowe dwa fragmenty trwające blisko 10 minut. Pierwotna edycja firmowana była trzema nazwiskami muzyków, reedycja już tylko przez Evana Parkera (który w liner-notes tłumaczy się z tego zabiegu, ale chyba nic go nie usprawiedliwia, być może jedynie fakt, że Bailey zmarł rok przed tą reedycją, uchroni go od wiecznego potępienia).
A zatem sześć improwizowanych fragmentów gęstej do bólu muzyki. Dźwięki rozszarpywane na gryfie gitary Baileya, kontrapunktowane dosadnymi szturchnięciami perkusjonalii Benninka, wreszcie puentowane podmuchami saksofonowych wybuchów Parkera. Pełna swoboda, absolutna kooperacja, kosmiczna synergia. Erupcja trudnych do ogarnięcia zmysłami zwykłego śmiertelnika zasobów samoodnawialnej energii.
Piękno tej muzyki jest niezaprzeczalne i wytrzymało już wszystkie możliwe próby czasu. Kto nie zna Topografii Płuc, ten nie wie, o co chodzi w zabawie w swobodną improwizację.

Andrzej Nowak

Carl Ludwig Hübsch / Christoph Schiller “Giles U.”, Another Timbre, 2010



Carl Ludwig Hubsh
- tuba
Christoph Schiller - szpinet

Wytwórnia: Another Timbre
Rok wydania: 2010






Wszystkie tegoroczne nowości Another Timbre to duety. Nie inaczej jest w przypadku „Giles U”. To przy okazji najdłuższa z premier, trwająca 53 minuty opowieść, podzielona na siedem części, opatrzonym zgrabnymi tytułami.
Spotkanie słonia z myszką. Największy instrument dęty blaszany kontra kompaktowa wersja klawesynu (spinet, szpinet?).
Hubsch - filozofujący gaduła z Kolonii (ten krążek zawiera zapewne najdłuższą liner-notes w historii wytwórni; dodajmy, że większość płyt AT w ogóle nie zawiera notek) i Schiller - milczek ze Szwajcarii (choć tak literackie ma nazwisko).
Jako się rzekło, tuba uzupełnia spektrum dźwiękowe, buczy i grzmi, dopowiada i sapie. Królem polowania wszakże jest dla mnie myszka, czyli rzeczony spinet, który choć jest instrumentem klawiszowym, tu pełni rolę strunowca, który przy akompaniamencie pudła rezonansowego (zapewne niewielkich rozmiarów) tka nam sieć pięknych, bardzo perkusyjnych wrażeń.
W tej improwizacyjnej zabawie dla mnie sam spinet wystarczy, by radości z odsłuchu było co nie miara. A tuba? Zgrabnie uzupełnia i daje wartość dodaną. Słuchać koniecznie, byle uważnie!

Andrzej Nowak

Angharad Davies / Axel Dörner "A.D.", Another Timbre, 2010



Angharad Davies
- skrzypce
Axel Dorner - trąbka

Wytwórnia: Another Timbre
Rok Wydania: 2010






Spotkanie Angielki Angharad Davies (skrzypce) i Niemca Axela Dörnera (trąbka), to trzy muzyczne plamy dźwiękowe, każda zawieszona w naszych uszach na kilkanaście minut. Dobry to interwał dla wyciszonych improwizacji, bo spokojnie zdążymy się wsłuchać i razem odpłynąć, ale znużenie nam absolutnie nie grozi. Muzyka chwilami brzmi nieco maszynistyczne, jednak częściej muzycy szukają tu inspiracji ciszą niż dźwiękami gotowymi zabić usypianego właśnie niemowlaka.
Opis wydawnictwa brytyjskiego labela Another Timbre nie przynosi zbyt wiele informacji, stąd jedynie przypuszczenie (jako efekt dość uważnego słuchania), że Pan Dörner generuje swą część opowieści jedynie za pośrednictwem w pełni akustycznie traktowanego instrumentu, zaś Pani Davies korzysta nieco z amplifikacji swoich skrzypiec. Efekt wszakże pozostaje raczej w kategorii kontemplacji dźwięku niż szukania zapętlonych pojedynków improwizatorskich. Całość nazwijmy współczesną muzyką improwizowaną. Poziom interakcji między muzykami (niezwykle istotne kryterium oceny) oceniam jako dalece umiarkowany.

To moje pierwsze spotkania z muzyką Angharad. Dossier, mimo młodego wieku, ma już dość obfite, także z wytrawnymi free improwizatorami (John Edwards, Tom Chant, Rhodri Davies - by przy rodakach pozostać). Póki co, do tanga mnie jeszcze nie porwała, ale przyglądać się będę bacznie (na razie zdjęciom, bo miła i urocza to facjata).
Axel to już inny kaliber muzyka improwizującego. Jego nieustanne poszukiwania dźwięku jedynego w swoim rodzaju śledzę od dawna i także tu nie mogę nie potwierdzić wykonania świetnej roboty. I to – dla mnie ulubione – zajęcie: odgadywanie, w jaki sposób on wydobywa z trąbki takie dźwięki? Polecam oddać się tej zabawie. Całość trwa godzinę lekcyjną i warto na pewno na ten czas oderwać się nieco od dźwięków codzienności.

Andrzej Nowak

Roberto Fabbriciani / Robin Hayward "Nella Basilica", Another Timbre 2010



Roberto Fabbriciani
- flet basowy, kontrabasowy i hiperbasowy
Robin Hayward - tuba mikrotonowa

Wytwórnia: Another Timbre
Rok Wydania: 2010





Daleka od głównego nurtu, wartka i silnie poszukująca muzyka współczesna (inspiracje Luigi Nono) puszczona na głęboki ocean muzyki improwizowanej.
Witajcie w Krainie Najniższych Częstotliwości. Wytężcie swe uszy, przygotujcie wysokogatunkowe słuchawki. Zamknijcie się w najgłębszej piwnicy, jaką macie w okolicy. I posłuchajcie.

Jesteśmy w Bazylice św. Dominika w Arezzo. Mikroflora i fauna akustyczna tego pomieszczania idealnie wpisuje się w klimat przedsięwzięcia polegającego na poszukiwaniu dźwięku najniższego. W pozycji kontemplującej (choć za pewne nie na kolanach) odnajdujemy dwóch muzycznych eksperymentatorów z ich dalece niestandardowymi instrumentami.

Włoch Fabbriciani, flecista, jak rzeczą lepiej poinformowani, pierwszy raz staje w szranki improwizacyjnej realizacji. Do dyspozycji ma kilka odmian fletów, w tym własnej produkcji flet hiperbasowy, który, jak donosi opis płyty, ma … 12 metrów długości. Trzeba mieć solidne płuca, by z czegoś takiego w ogóle wydobyć dźwięk. Roberto ma.
W tym ciekawym sonorystycznie eksperymencie uczestniczy także bliżej nam znany Anglik z Berlina, Robin Hayward, który dla przeciwwagi zamiast swój instrument wydłużać, postanowił go tonalnie poszatkować i zbudował tubę mikrotonalną (zainteresowanych szczegółami odsyłam na stronę muzyka – nas tu bowiem bardziej interesuje efekt finalny operowania tym instrumentem).
A ten jest naprawdę wyjątkowy. Otrzymujemy barwy brzmienia dźwięków, które rzadko spotykamy nawet w okowach naszej pogmatwanej „niemuzyki” (pamiętajcie o dobrych słuchawkach). Doprawdy sonorystyczna ekstaza w naszych zmęczonych uszach.
Trzy kwadranse improwizacji w pięciu odcinkach. Choć dzieje się tu nie za wiele, a wyjątkowej dramaturgii nie uświadczymy, to nie wolno tej płyty omijać z powodów, jak wyżej.

Andrzej Nowak