Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuchen Martin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuchen Martin. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Angles "Epileptical West: Live in Coimbra", Clean Feed, 2010


Mattias Ståhl – vibraphone
Magnuss Broo – trumpet
Mats Äleklint – trombone
Martin Küchen – alto saxophone
Kjell Nordeson – drums
Johan Berthling – double bass

Wytwórnia: Clean Feed
Rok wydania: 2010



Angles. Łatwo pomylić się w pisowni tej nazwy. Tym bardziej, że słuchając tak wyśmienitej muzyki pokusa przemianowania ich na anioły jest trudna do odparcia. Zawarte na „Epileptical West” dźwięki są jednak nie tyle niebiańskie, co mocno zakorzenione w często bolesnej rzeczywistości. We wkładce do albumu, Martin Küchen przywołuje świadectwa z terenów ogarniętych wojną, przypominające o ogromie ludzkiego cierpienia na świecie. Sama muzyka również posiada siłę i intensywność płynące tylko z autentycznego zaangażowania w bieżące wydarzenia. Saksofon lidera na przemian ciska gniewnie gromy lub refleksyjnie pogrąża się w zadumie; słuchając jego gry w duchu myślę sobie: on naprawdę się przejmuje…

Küchen należy przy tym do najbardziej aktywnych muzyków obecnych czasów, co roku wydając po kilka płyt, zarówno w tradycji jazzowej (Exploding Customer, Trespass Trio), jak i w ramach nurtu free-improv (solo oraz w rozmaitych kolaboracjach). Nie wszystkie soniczne eksploracje w jego wykonaniu jestem w stanie przyswoić, ale dokonania jazzowe bez wyjątku uwielbiam. W szczególności właśnie Angles, które – z trzema dęciakami na przedzie oraz sekcją rytmiczną wzbogaconą o wibrafon – osiąga niesamowity poziom energii i mocy. Drugi album formacji, nagrany podczas trzech koncertów w ramach festiwalu Jazz ao Centro w Portugalii, doskonale to ilustruje. Całości brak może trochę zwartości i skupienia znanych z pierwszego krążka, ale spontaniczny charakter występów pozwala zaprezentować się grupie w bardziej zróżnicowanym repertuarze niż na studyjnym debiucie. Zaczynają od długiego i niezwykle transowego kawałka zatytułowanego „Present Absentees/Pygmi”, by następnie przejść do przejmującego „Today is better than tomorrow”. To jeden z najmocniejszych numerów na płycie. Muzycy przechwytują od siebie grane frazy i przedłużają je, potęgując napięcie i emocjonalną intensywność utworu niemal do granic wytrzymałości! Po tym smutnym, ale nader pięknym momencie muzyka nabiera większej lekkości, momentami stając się wręcz zabawowa: w „Epileptical West” niespodziewanie przeskakuje pomiędzy gwałtownym atakiem dźwięków a wyluzowanym groove, natomiast w „En Svensk Brownie” prosty temat staje się punktem wyjścia do budowanych wokół niego wariancji. Dynamiczny utwór tytułowy z poprzedniej płyty, w rozbudowanej wersji koncertowej robi potężne wrażenie, całość kończy zaś epicki „Let’s tear the threads of trust”, stanowiący godne zwieńczenie tego wyśmienitego albumu.

W ubiegłym roku wyszło sporo bardzo dobrych płyt, ale „Epileptical West” jest dla mnie poza wszelką konkurencją. Nad całością unosi się rebeliancki duch lat 60., kolejne utwory  zarażają swą energią, pasją, politycznym gniewem, ale również melodyką, liryzmem, wrażliwością. Küchen posiada zdolność pisania świetnych i wpadających w ucho tematów, natomiast doborowy skład muzyków jest gwarancją wysokiego poziomu interakcji i improwizacji. Muzyka zaangażowana i angażująca – to właśnie w jazzie cenię najbardziej.

Artur Szarecki

czwartek, 16 grudnia 2010

Angles "Every Woman is a Tree", Clean Feed, 2008


Johan Berthling (b),
Kjell Nordeson (d),
Magnus Broo (t),
Martin Küchen  (as),
Mats Äleklint (tb),
Mattias Ståhl (vib),

Wytwórnia: Clean Feed
Rok wydania: 2008



Absolutnie rewelacyjna płyta utwierdzająca mnie jedynie w przekonaniu, że wszelkie plebiscyty na płytę roku są bez sensu. Gdybym ją znał w roku 2008, to ani chybi byłaby ona jednym z moich absolutnie pewnych typów do płyty roku. Nie znałem. Znam dzisiaj. Jest rok 2010, w dodatku kończący się. Czy coś to dla tej płyty zmienia? Nic. Jedynie można, mając tę dwuletnią perspektywę, stwierdzić, że ani na jotę, muzyka tu zawarta nie zestarzała się.

Sprawcami całego "zamieszania" jest szóstka skandynawów, spośród których polskiej publiczności, najbardziej znanym może być Magnus Broo, albowiem w naszym kraju bywał. Czy pozostali - tego już nie pomnę. Szóstka owa ukryła się pod Aniołami z iście anielską - jak na moje uszy - muzyką. Być może to nie jest istotne, bo etykietek nie lubimy (ponoć, ponoć w dobrym tonie tak twierdzić ;)), niemniej jednak w pewien sposób ułatwiają one życie, a w zasadzie komunikację, być może zatem nie jest to istotne, ale zaprezentowaną tu muzykę, prawdopodobnie wielu ze słuchaczy odbierać będzie jako free jazz.

Niech i tak będzie. Grunt, że w muzyce tej, pomimo wielu elementów ją strukturyzujących jest otwartość i swoboda. Free? Jeśli tak, to to, które za swego ojca chrzestnego ma Ornette Colemana, a nie Evana Parkera. Są tu zatem i melodie (choć trudno by mi było pewnie je zanucić), skądinąd bardzo piękne, co tym bardziej do tradycji twórcy Lenely Woman muzykę tę zbliża. Są też wspaniałe sola, głównie dęciaków: Magnusa Broo, Martina Küchena oraz Matsa Äleklinta. Trrąbka, saksofon i puzon. Zestaw zupełnie wystarczający jak na moje uszy i bodaj jeden z najlepszych we współbrzmieniu. Jednakże, choć owych dęciaków mnóstwo, charakter brzmieniu tego zespołu nadaje wibrafonista - Mattias Ståhl. To dzięki niemu muzyka stała się ulotna, niemal zwiewna, pomimo absolutnej mocy kreowanej przez pozostały kwintet (dla porządku, skład uzupełnia sekcja Johan Berthling - kontabas i Kjell Nordeson - perkusja; sekcja mocna, o kolorycie nieco zbliżonym np. do tego jaki reprezentowany jest w zespołach Vandermarka).

Dużo by można mówić, uwierzcie mi jedynie, że dla tych skrzących się wielu barwami dźwięków warto jest pokłonić się nad nazwiskami niekoniecznie (przynajmniej u nas) z pierwszych stron gazet.

Paweł Baranowski
http://pavbaranov.blogspot.com/

wtorek, 23 listopada 2010

Martin Küchen / Keith Rowe / Seymour Wright, Another Timbre, 2010


Keith Rowe - gitara elektryczna
Martin Küchen - saksofon altowy
Seymour Wright - saksofon altowy

Wytwórnia: Another Timbre
Rok wydania: 2010





W muzyce swobodnie improwizowanej, w wolnej improwizacji, w minimalistycznej wolnej improwizacji, czyli w muzyce, jaką światu ujawnia angielska wytwórnia Another Timbre, o sukcesie, czytaj: o tym, że ta muzyka nam się podoba, często decyduje drobiazg, jakiś pojedynczy dźwięk, interesujący zgrzyt, czy niebanalna sekwencja dźwięków podana w krótkim czasie. Czasami, jak w drużynie piłkarskiej, na scenie improwizujących muzyków jest ktoś, kto „robi różnicę”.
Dla mnie kimś takim jest Keith Rowe. Gitarzysta weteran, eksperymentator, wieloletni współtwórca wielu wspaniałych płyt formacji AMM. Bywa, że traktuje instrument bardzo tradycyjnie (oczywiście jak na kanony gatunku), w taki sposób, że po prostu słyszymy, że człowiek gra na gitarze (wszak w gatunku tym doświadczamy czegoś, co nazwałbym całkowitym oderwaniem dźwięku od jego źródła). Czasem traktuje gitarę, jako generator drgań, który przefiltrowany przez elektronikę dociera do nas w formie całkowicie oderwanej od pierwowzoru. No i te wspaniałe momenty, gdy nagle, w tłoku miażdżącej nasze uszy wojny improwizacyjnej potrafi niebanalnie zaskoczyć zupełnie wyabstrahowanym z rzeczywistości samplem (np. śpiewem operowym, czy fragmentem programu informacyjnego bliżej nieokreślonego radia; nota bene mały konkurs: na jakiej płycie Keitha Rowe słyszymy głos radiowca w języku polskim i nazwisko jakiej ważnej osoby pada w tym przekazie?).
Zatem, jeśli chcecie sięgnąć po płytę Keitha Rowe, przynajmniej tę z katalogu Another Timbre, czy np. Erstwhile, róbcie to śmiało, bo się nie zawiedziecie.

To przydługie intro miało Was przekonać, iż bez względu na to, co przeczytacie poniżej płytę tria Kutchen/ Rowe/ Wright posłuchać trzeba koniecznie!

A krążek tegoż tria, to 35 minutowa improwizacja bez tytułu, nagrana w roku 2009 w Kościele St. James The Lesser w Midhopestones (piszą, że to nie daleko Shefield)…. Zderzenie dwóch saksofonów altowych (Kuchen, Wright) i gitary elektrycznej (tak brzmi opis płyty, na stronie wytwórni określonej mianem „electronics”). Zwał jak zwał - Rowe gra swoje, czyli równie często słyszymy, że gra na gitarze (także w dłuższych fragmentach używa smyczka, czego efektem są liczne perkusjonalne dygresje), jak i generuje w pełni elektroniczne dźwięki (pełnych humoru sampli nie brakuje!). Efekt jego pracy zgrabnie oplatają dwa alty, które chwilami brzmią jak… alty. Zatem także niezaprawieni w „niemuzyce” (definicja pojęcia: szukaj w recenzji płyty „Somethingtobesaid” Johna Butchera) słuchacze dadzą radę.
Wszakże centralną postacią tej improwizacji pozostaje Rowe i choć jak zwykle nie każdy dźwięk jesteśmy w stanie spersonalizować, to mam wrażenie, że 75% muzyki spływa z rąk Pana Rowe. Całość trwa niewiele ponad dwa kwadranse, zatem słuchamy bez przystanku (jeden trak na dysku), a ja uwagę ewentualnych słuchaczy chciałbym zwrócić szczególnie na minuty końcowe. Oto bowiem pośród tumultu improwizacyjnego nagle dociera do nas na falach jakiegoś pirackiego eteru rubaszny fragment „Diamond Life” uroczej Sade, by zaraz zostać spuentowanym przez jednego z alcistów, który z gardła saksofonu bardzo nieśmiało próbuje dobywać dźwięki, które przy odrobinie dobrej woli nazwać moglibyśmy próbą zasugerowania melodii. Potem na całość opada ściana radiowej ciszy, skwierczącej tak intensywnie, że Wasze uszy dość szybko poczują niebywały dyskomfort. Płyta się kończy, ale nie wiemy, czy na pewno, bo rozdygotana cisza wciąż dudni w naszych receptorach słuchu. Ale tak, to naprawdę koniec. No to warto… zacząć od początku.

Andrzej Nowak