Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2011. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2011. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 28 lutego 2012
Xavier Charles / Terrie Ex “Addis”, Terp Records, 2011
Xavier Charles - clarinet
Terrie Ex - guitar
Wytwórnia: Terp Records
Rok wydania: 2011
Zespół The Ex przy okazji muzycznych wypraw do Etiopii zabiera ze sobą różnych znajomych muzyków. W 2009 zaprosili Silent Block - projekt, w którym Xavier Charles gra m.in. przy użyciu przedmiotów układanych na membranach głośników. Ten zestaw może być znany polskiej publiczności, bowiem Charles wykorzystywał go podczas koncertów z Robertem Piotrowiczem. Jednak Francuz gra także na klarnecie, m.in. w Corkestra Cora Fuhlera oraz trio z Johnem Butcherem i Axelem Dörnerem. Na “Addis” słyszymy go w duecie z gitarzystą Terriem Exem, ostatnim z założycieli, który do teraz udziela się w The Ex, który ma też na koncie albumy z Hanem Benninkiem i Abem Baarsem.
Równorzędnym partnerem dla klarnetu i gitary na “Addis” jest przestrzeń, w której duet improwizował i którą słychać bardzo dobrze (zwłaszcza na słuchawkach). Pomysł oczywiście nienowy, znany choćby z “Schwarzwaldfahrt” Brötzmanna i Benninka właśnie, czy “Danziger Straßenmusik” Trzaski z Olesiami, ale nadal przyjemny i intrygujący. Tym bardziej, że dźwięki otoczenia są nie tylko otoczką, ale też inspiracją dla muzyków. To pewnie po części zasługa tytułów, ale dzięki ich wskazaniom zastanawiam się na ile Charles wzorował się na klaksonie (“The Horn”) i ptasim świergocie (“The Bird”). Albo jak bardzo inspirowało dwójkę improwizatorów skrzypienie drzwi (“The Door”). Ten utwór to w ogóle jeden z najlepszych fragmentów płyty, bo w idealnych proporcjach łączy powtarzane struktury z ekspresyjnymi frazami. Zwłaszcza Ex celuje w lekko zmienianych repetycjach, choć jego gitara też potrafi zerwać się ze smyczy, żeby dogonić drapieżny klarnet Charlesa. Jednak równie ciekawe są silnie zredukowane momenty, gdy muzycy wycofują się tak bardzo, że wtapiają się w krajobraz, a ich instrumenty ujawniają swoje kameleońskie zdolności upodabniania się do otoczenia.
Piotr Tkacz
piątek, 24 lutego 2012
Dorota (Somló Dávid / Makkai Dániel / Porteleki Áron) "Dorota", S10 Records, 2011
Somló Dávid - guitar
Makkai Dániel - bass
Porteleki Áron - drums
Wytwórnia: S10 Records
Rok wydania: 2011
Znowu podłożę się wszystkim tym, którzy uważają, że Impropozycja nie istniałaby bez bloga Stefa, ale co mi tam. (http://freejazz-stef.blogspot.com/2012/01/dorota-dorota-2011-s10-records.html)
Po pierwsze zakładam, że propozycja ta mogła umknąć Waszej uwadze, a szkoda by było, żeby przeszła niezauważona, tym bardziej gdy można ją pobrać bezpośrednio ze strony zespołu i to w wersji WAV (http://dorota.hu/album) . Po drugie jakoś trudno mi się podpisać pod porównaniami użytymi przez autora tekstu - Anantha Krishnana. A po trzecie, szukając jakichkolwiek informacji, natknąłem się na nazwisko, które powyższemu recenzentowi spokojnie mogło nic nie mówić, a dla nas- Polaków- powinno mieć znaczenie, szczególnie gdy zespół otwarcie powołuje się na inspiracje wolnością kreacji i poetyckością lektury „Wojny polsko-ruskiej” Doroty Masłowskiej.
Rezultat tych inspiracji to zadziwiająca mieszanka stylistyczna czerpiąca bardzo swobodnie, a jednocześnie wyjątkowo spójnie z różnych avantrockowych przedsięwzięć ostatnich trzech dekad. Miejscami słychać folkowe zacięcie znane z Kletka Red czy Ne Zhdali Leonida Soybelmana, miejscami czuć atmosferę Shellaca, gdzie indziej sekcja wprowadza rytmikę znaną z Tortoise. Ale to nie wszystko. Są chwile, gdy gitarzysta próbuje odtworzyć brzmieniowo niesamowity klimat „Big Gundown” Zorna, by w innym utworze złożyć delikatny hołd Massacre. By postawić kropkę nad „i”, należy jeszcze wyłowić unowocześnioną wersję przyćpanych improwizacji Grateful Dead oraz utwór inspirowany „indiańskim” Tomahawkiem „Anonymous”.
Absolutną perełką jest utwór siódmy, w którym panowie wychodzą od swobodnego improwizowania, by z olbrzymim wyczuciem przejść do wywołującej dreszcz kompozycji, jednocześnie prostej i niesamowicie przejmującej.
Muzyków charakteryzuje rzadka umiejętność grania rocka alternatywnego z niebywałym feelingiem, przez co zamiast bezładnego zlepku przeróżnych nawiązań dostajemy dojrzałą i bardzo konsekwentną formułę. Zupełnie rezygnują z indywidualnych eskapad, czy niepotrzebnego hałasowania na rzecz szukania miejsca na wtrącenie subtelnego zdobnictwa.
Słychać, że Węgrzy starają się przełożyć założenia najlepszego zespołowego freeimprovu na grunt muzyki avantrockowej i udaje im się to bez najmniejszych wątpliwości.
Marcin Kiciński
wtorek, 31 stycznia 2012
Tonbruket (Dan Berglund, Johan Lindström , Martin Hederos, Andreas Werliin) "Dig It To The End", ACT 2011
Dan Berglund - b
Johan Lindström - g, lap- and pedalsteel
Martin Hederos - p, pumporgan, keyb, violin
Andreas Werliin - dr, perc
Wytwórnia: ACT
Rok wydania: 2011
Jest to jedna z tych płyt, po której przesłuchaniu od razu wiedziałem, że będę chciał ją polecić. I chociaż regularnie do niej wracałem, za każdym razem, gdy miałem już usiąść do komputera, pojawiało się wahanie. Bo wiem, co mi się w niej podoba, co smyra mój ośrodek przyjemności i obawiam się, że niewielu z Was - drogich czytelników i czytelniczek Impropozycji może moją radość podzielić. Chodzi bowiem o sentyment do muzyki, której słuchałem jako nastolatek i która dostarczała mi pierwszych prawdziwych uniesień, a która znajduje się w świecie raczej dość odległym estetycznie względem pojawiających na Impropozycji przykładów: jest to mianowicie sentyment do starego rocka.
Słuchanie tej płyty przypomina zabawę w kalambury. Większość kompozycji uruchamia skojarzenia. Raz słyszę gitarę i frazę niczym żywcem wyjętą z płyt Led Zeppelin, innym razem motyw i nastrój Pink Floyd, czasem zaś zabrzmi Hammond, którego nie powstydziłby się żaden z trzepiących długimi piórami wirtuozów tego instrumentu z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. I nie znaczy to wcale, że jest to płyta rockowa, choć trudno byłoby ją umieścić i w jazzowej działce. Sporo miejsca zajmują fragmenty w lekko frisellowskim klimacie - gitara nabiera tych samych country’owych smaczków. Najważniejszą zaletą jest lekkość „Dig It To The End”. Kompozycje są mocno zróżnicowane, zarówno pod względem stylistycznym jak i dynamicznym, udało się jednak utrzymać ten sam klimat. Obojętnie, czy Tonbruket zabiera nas w easylisteningową przestrzeń podobną do tego, co znamy z twórczości Combustible Edison, czy też buduje aranżację, która mogłaby spokojnie stanowić akompaniament dla wokalu Waitsa i - co najlepsze - bez względu na to, czy przejścia między stylami są płynne, czy też drastyczne, nie ma efektu nachalności czy chaotyczności – wręcz przeciwnie: wyraźnie słychać dobitne i pewne siebie realizowanie dobrze przemyślanej i z detalami rozpisanej kompozycji.
Na płytę natrafiłem przeglądając dyskografię nowego bębniarza współpracującego z Fire! Matsa Gustafssona – Andreasa Werliina. Nie tylko on jest jednak ozdobą tej płyty (właściwie to jest on nawet mniej wyróżniającym się, aczkolwiek bardzo rzetelnie wypełniającym swoją funkcję, ogniwem). Za jej wyjątkową elastyczność stylistyczną odpowiadają głównie gitarzysta Johan Lindström i klawiszowiec Martin Hederos, z łatwością zmieniający zarówno brzmienia instrumentów, jak i charakter swoich solówek. Lider zespołu, Dan Berglund, swoje walory instrumentalne objawia głównie w bardziej wyciszonych fragmentach, gdzie pozwala sobie na więcej indywidualizmu. Większą część czasu zajmuje mu jednak, jak na „rockmana” przystało, budowanie z Werliinem stabilnej, silnej, rytmicznej podstawy.
Marcin Kiciński
wtorek, 17 stycznia 2012
Aram Shelton Arrive (Jason Roebke, Jason Adasiewicz, Tim Daisy) "There Was..." Clean Feed, 2011
Aram Shelton - as
Jason Roebke - b
Jason Adasiewicz - vib
Tim Daisy - dr
Wytwórnia: Clean Feed
Rok wydania: 2011
Długo zbierałem się do napisania o tej płycie, mimo że jest ona jednym z nielicznych tegorocznych wydawnictw, do którego wracam regularnie i z niesłabnącym zachwytem. Shelton zwrócił moją uwagę swoim unikalnym, bardzo lirycznym językiem już w trio Dragons 1976. O ile jednak tamten zespół miał lekko „garażowy” charakter, tak kwartet Arrive tchnie dojrzałością i dopracowanym brzmieniem. Wyraźnie słychać także, że muzyk ten rozwinął się kompozycyjnie. Prostota i melodyjność tematów, uzupełniona nienachalnymi zwrotami dynamiki, pozostawia dużo miejsca dla swobodnej wypowiedzi zarówno samego lidera, jak i pozostałych członków zespołu. Nie ma tu żadnych napięć, raczej skupiona współpraca, która udaje się zazwyczaj, gdy zebraną grupkę osób cechuje podobna, w tym wypadku dość złożona osobowość. Przeważa liryczna zaduma, która chwilami przeradza się w lekko freejazzowe partie. Moją uwagę zwraca wibrafonista Jason Adasiewicz, który ze swojego - do niedawna uważanego przeze mnie za bezduszny (do czasu zanurzenia się w cudowny świat Bobby Hutchersona czy Walta Dickersona) - instrumentu potrafi z odpowiednią delikatnością wydobyć partie, decydujące w głównej mierze o onirycznym charakterze większości kompozycji, spośród których wyróżnia sie utwór „Frosted” - zachwycająca ballada, łącząca cudowne wybrzmiewanie instrumentów z lekką, melancholijną melodią.
Na „There Was…” doskonale pracuje sekcja. Pamiętam swój zachwyt nad Timem Daisy, gdy wraz ze swoim pojawieniem się w szeregach Vandermark 5 wniósł sporo brzmieniowej lekkości i inwencji. Od tego czasu pojawiło się wiele płyt z jego udziałem, płyt lepszych i gorszych, i po czasie zacząłem odnosić wrażenie, że powoli bębniarz ten popada w słyszalną, niestety, rutynę. Wyjątkiem była jego współpraca Sheltonem i tym razem również nie zawodzi. Już dawno nie słyszałem go w takiej formie, mimo że porusza się tu w bardzo stonowanych rejestrach. Jason Roebke może niczym nie zaskakuje, ale jest to też muzyk, którego najmniej znam. Na pewno jednak dobrze się wkomponowuje w obraną stylistykę i uzupełnia zespół dość oszczędnym, lecz bardzo trafionym basem.
„There Was…” jest płytą szczególną - mimo że w kilku miejscach wyraźnie nawiązuje do klasycznych rozwiązań, to robi to w sposób intelektualnie i emocjonalnie koherentny z teraźniejszością. Wyraźnie słyszalny sentyment nie wyraża tęsknoty za czymś konkretnym, przez co bardziej stanowi deklarację własnego umiejscowienia we współczesności, opartego na zrozumianym i zaakceptowanym niedopasowaniu.
Marcin Kiciński
P.S. Warto zwrócić uwagę na pozostałe tegoroczne płyty Sheltona i z jego udziałem– duet z Kjellem Nordesonem „Incline” (Singlespeed Music), a także album „gwiazdorskiego” kwartetu Darrena Johnstona „Cylinder”, nagrany dla Clean Feedu.
poniedziałek, 2 stycznia 2012
Hera „Where My Complete Beloved Is”, Multikulti, 2011
Wacław Zimpel: cla, bcla, harmonium, tarogato
Paweł Postaremczak: ss, ts, piano
Ksawery Wójciński: double bass
Paweł Szpura: dr, perc
+ Maniucha Bikont: voice, Sara: tampura
Wytwórnia: Multikulti
Rok wydania: 2011
Jak wiecie, rzadko piszę negatywne recenzje, a już najrzadziej znajduję czas dla płyt trzygwiazdkowych. Niestety, gdy jestem świadkiem zbiorowej euforii dotyczącej określonego albumu, którego nie cenię za wysoko, zazwyczaj pojawia się we mnie obsesyjna potrzeba wyrażenia własnej opinii, wprowadzającej stosowną korektę. Jakby coś mi kazało krzyknąć „ej, opamiętajcie się ludzie!”. Jest to oczywiście idiotyczne do kwadratu i mogłoby spokojnie być potraktowane jako kompulsja pt. „musi gnojek wsadzić kij w mrowisko”, pytanie tylko, czy ja mam jakiś kij i gdzie do cholery jest to mrowisko?
niedziela, 1 stycznia 2012
Ehran Elisha & Roy Campbell "Watching Cartoons With Eddie", Outnow Recordings, 2011
Ehran Elisha - dr
Roy Campbell - tp
Wytwórnia: Outnow Recordings
Rok wydania: 2011
Duet perkusisty z trębaczem to w szeroko rozumianej muzyce jazzowej zjawisko znane od wielu dekad. Przeważnie są to projekty o charakterze nowatorskim, eksperymenty mniej lub bardziej udane, improwizacje niejednokrotnie doprowadzone do granic komunikatywności, próby wprowadzenia innowacji brzmieniowych, zabawa z formą i tym podobne. Rzadko zdarza się, aby w tak skromnym składzie, w sposób tak bezpośredni, muzycy nawiązywali do tradycji. W „Watching Cartoons With Eddzie” zabieg ten dokonany został bez wątpienia celowo – mamy tu do czynienia z czymś w rodzaju „ku pamięci”, przede wszystkim ku pamięci Edwarda Blackwella i Donalda Cherrego (jednoznaczne skojarzenie z „Mu” tychże autorów samo się narzuca). Początek tytułowej kompozycji spokojnie mógłby znaleźć się na którejś z płyt The Ornette Coleman Quartet z lat sześćdziesiątych. Ehran fantastycznie wchodzi w rytmikę i styl blackwelowski, a Roy - z właściwą sobie pomysłowością -dowcipem oraz inwencją buduje kunsztowną melodykę wykrojoną iście z Cherrego. Nie oznacza to jednak, aby muzycy zatracali własną osobowość twórczą, wręcz przeciwnie: Campbell pozostaje Campbellem, a Elisha brzmi jak Elisha, wszak umiejętność świadomego korzystania z dorobku dawnych mistrzów niejednokrotnie znamionuje możliwość pojawienia się nowych jakości. Kolejnym „in memory” na tej płycie jest najdłuższa, trwająca przeszło siedemnaście minut kompozycja Campbella, która tak w stylistyce, jak i bezpośrednio w tytule ( brzmi on: For BD ) nawiązuje do postaci wybitnego, nieodżałowanego trębacza Billa Dixona. Subtelna i pełna liryzmu kompozycja, w której perkusista świetnie buduje delikatne tła dźwiękowe, wyraźnie odchodząc od stylistyki Blackwella w kierunku wyważonego stylu Maxa Roach'a. Campbell jest wspaniały: liryczny i chropawy, delikatny i precyzyjny, czuć w tym numerze wielkie skupienie i wdzięczność. W ogóle cała płyta przesycona jest atmosferą refleksyjności i zadumy, szczególnie dwa ostatnie numery: przedostatni, gdzie Roy sięga po flet i komentarz staje się zbędny... oraz October - pełna nostalgii modlitwa. Nie oznacza to jednak, iż przygniecie nas nadmiar patosu – tutaj w ogóle nie ma patosu, nadęcia czy pretensjonalności, jest za to wiele dowcipu, lekkości i poezji. Są jeszcze na tej płycie co najmniej dwa „ku pamięci”: podwójna kompozycja Elisha, poświęcona niejakiej Maxine Greene oraz wspólna kompozycja dedykowana Dizzy Gillespiemu i Maxowi Roach, utrzymana oczywiście w stylistyce be-bopu. Kapitalna płyta. Słuchać, słuchać i jeszcze raz słuchać!
Andrzej Podgórski
czwartek, 22 grudnia 2011
Levity (Jacek Kita, Piotr Domagalski, Jerzy Rogiewicz) "Afternoon Delights", Lado ABC, 2011
Jacek Kita - klawisze
Piotr Domagalski - basy
Jerzy Rogiewicz - perkusje
Wytwórnia: Lado ABC
Rok wydania: 2011
Postrock podobno nie żyje. Przyjemnie jest mi donieść, że niezwykła reanimacja tego gatunku, w jakże ujazzowionej formie, ma miejsce właśnie u nas, w Polsce. Sprawcą tego ożywienia jest zespół Levity, który serwując nam płytę „Afternoon Delights”, uwolnił mnie od dalszego głowienia się nad typem na polską płytę roku 2011.
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Yoni Kretzmer, Nitai Levi, Shai Ran, Haim Peskoff "Overlook", Outnow Recordings, 2011
Yoni Kretzmer – Tenor Sax
Nitai Levi – Bass Clarinet
Shai Ran – Double Bass
Haim Peskoff – Drums
Wytwórnia: OutNow Recordings
Rok wydania: 2011
Gdyby nie to, że nie słyszymy na tej płycie właściwie niczego nowego, to byłaby to płyta idealna. Jedyne, czego na pewno nie znamy, to nazwiska izraelskich muzyków grających w tym kwartecie. Cóż jednak z tego, że skojarzenia z utworami AALY Trio czy innych Skandynawów lub Adama Lane’a są tu dość oczywiste, jeśli zaangażowanie i intensywność gry Yoni Kretzmera i jego kolegów momentami przerasta to, co zaoferowali ich mentorzy?
sobota, 17 grudnia 2011
Volume (Mikołaj Trzaska / Johannes Bauer / Peter Friis Nielsen / Peter Ole Jorgensen) "Tungt Vand", Ninth Wolrd, 2011
Mikołaj Trzaska - as, bcla
Johannes Bauer - tb
Peter Friis Nielsen - b
Peter Ole Jorgensen - dr
Wytwórnia: Ninth World
Rok wydania: 2011
Na tym blogu nie znajdziecie za wiele ciepłych słów odnoszących się do Mikołaja Trzaski. Nadeszła pora na zadośćuczynienie!
niedziela, 27 listopada 2011
Great Waitress "Lucid", Split Records, 2011
Magda Mayas - p
Monika Brooks - accordion
Laura Altman - cla
Wytwórnia: Split Records
Rok wydania: 2011
Dla kogoś, kto z tego rodzaju eksperymentami muzycznymi niewiele lub też zgoła wcale nie miał do czynienia, materiał dźwiękowy zawarty na tej płycie niechybnie kojarzyć się będzie z czterdziestoośmiominutową rejestracją tego, co „wydarzyło się w warsztacie lutniczym”. W warsztacie lutniczym trzy panie „naprawiają” trzy instrumenty: fortepian, akordeon oraz klarnet. Pierwsza z nich, Magda Mayas ( rocznik 1979 ), to najprawdopodobniej najbardziej znana w tej części Europy postać z tego składu – odpowiada za „ reperację” fortepianu. Studiowała jazz i improwizację na Universitat der Kunste w Berlinie, gdzie też wciąż mieszka. W swojej niedługiej karierze może pochwalić się współpracą z takimi tuzami muzyki współczesnej, jak Johannes Bauer, John Butcher, Peter Evans, Axel Dörner, Christoph Kurtzmann, Frank Gratkowski etc., etc. Dwie kolejne panie to Monika Brooks (odpowiada za „reperację” akordeonu) i Laura Altman (skrzętnie skręca i rozkręca swój klarnecik) – obydwie pochodzą z Sydney.
Współpraca tego niezbyt często spotykanego zestawu instrumentów brzmi zaskakująco spójnie. Mamy tutaj do czynienia z niekonwencjonalnym sposobem wydobywania dźwięku z instrumentów, pracują nie tylko klawisze, młoteczki, struny itp., ale i obudowy, które traktowane są jako integralna część instrumentu. Ponadto panie wzbogacają brzmienie o różnego rodzaju dodatki (na przykład drewniane lub tekturowe skrzynki we wnętrzu fortepianu), co pozwala nie tylko na rozszerzenie pola dźwiękowego, ale i na możliwość snucia opowieści muzycznych na wielu płaszczyznach jednocześnie. Struktury muzyczne nakładają się na siebie, tworząc już to efekt stapiania się dźwięku, już to – jeśli można tak powiedzieć – niemalże tektonicznego ścierania się krawędzi dźwięku, co nadaje całości specyficzną, chropawą atmosferę, zbudowaną z sonorystycznego kolażu. Zapewne nie jest to propozycja dla wszystkich, aczkolwiek serdecznie polecam.
Andrzej Podgórski
sobota, 12 listopada 2011
Tom Waits "Bad As Me", Anti, 2011
Tom Waits – voc, g, p, perc, banjo, tablas, pump organ
+ m.in.
Marc Ribot - g
Gino Robair - perc, vib
Les Claypool - b (jeden utwór)
Wytwórnia: Anti
Rok wydania: 2011
W Tygodniku Kulturalnym (jeśli nie oglądacie, polecam) chwalili jak cholera. Że płyta ta jest niczym "the best of", tylko z nowymi utworami, że różności na niej bez liku, że doskonałe teksty... I słucham jej sobie, tej płyty prawie doskonałej i sobie myślę, że owszem, jest dobrze, ba, jest doskonale, rozpływam się nad doszlifowanymi do granic możliwości detalami aranżacyjnymi, słucham perfekcyjnej gitary Ribota, rozbudowanych brzmień perkusyjnych i tego pianinka i przede wszystkim tej kochanej maniery wokalnej, aż tu nagle refleksja: kurcze, ale przecież ja nic nie czuję! I się zdziwiłem i zaniepokoiłem nawet, bo w końcu Waitsa zawsze jakoś przeżywałem... Więc zastanawiam się nad tą moją - w związku z tą płytą - beznamiętnością i dochodzę do wniosku, że utwory te skrojone są jak na Waitsa przystało i Waitsowi na pewno z nimi bardzo do twarzy (może nawet bardziej niż z rolą diabła w "Parnassusie"), tyle że jednocześnie nie mogę pozbyć się wrażenia, iż Waits u Waitsa je zamówił niczym nowy garnitur, po czym Waits Waitsowi zapłacił, w nowym stroju pospacerował, do szafy odłożył i natychmiast o nim zapomniał. Mylę się?
Marcin Kiciński
Tom Waits - Bad As Me by antirecords
środa, 5 października 2011
Lisa Mezzacappa & Nightshade "Cosmic Rift"; Fouth Page "Blind Horizons", Leo Records, 2011 - czyli dwie nowości, które wbrew mojej niechęci do tego co współczesne, chętnie polecę.
Moja niechęć do tego, co współczesne, nie bierze się wyłącznie z tego, że coraz rzadziej jestem w stanie dosłuchać się emocji w jazzie. Równie rzadko dane mi jest zetknąć się z intencją. Z jednej strony odbieram ją jako nieczytelną w uproszczonych do granic możliwości kompozycjach, które są tylko pretekstem dla jałowych popisów solowych muzyków, z drugiej- stykam się z absolutną rezygnacją z niej w ogóle, mającą miejsce w muzyce stricte improwizowanej, która - jako zjawisko intuicyjne - stoi przecież z natury rzeczy w opozycji do intencji. Obie te formuły w mojej ocenie są zaprzeczeniem tego, co chcielibyśmy nazwać kreatywną muzyką, o ile jednak w pierwszym przypadku trudno znaleźć jakiekolwiek plusy, tak w drugim należy bronić freeimprovu jako wydarzenia o charakterze performatywnym i przede wszystkim bazującego na interakcji nie tylko wewnątrzzespołowej, lecz także na linii muzyk-słuchacz. Powodów do nagrywania i wydawania tej muzyki jednak nie znajduję. (pisałem o tym problemie w jednym z pierszych postów na tym blogu)
Jednym z bastionów kreatywnej muzyki jest Leo Records. Naturalnie, wytwórnia przede wszystkim słynie z wydawania legend świata improwizacji i niewiele jest chyba nazwisk tuzów tej sceny pominiętych przez Leo Feigina. Dla mnie jednak największą zaletą tego labelu jest dawanie szansy postaciom mniej znanym lub zupełnie nieznanym, które operując niekiedy w zupełnie zaskakujących, muzycznych rewirach: od zupełnie improwizowanych, po mocno komponowane, w nietuzinkowy sposób starają się właśnie je połączyć.
Oto dwa tytuły z ostatnich dwóch wypustów, którym należy się w mojej ocenie szczególna uwaga.
Jednym z bastionów kreatywnej muzyki jest Leo Records. Naturalnie, wytwórnia przede wszystkim słynie z wydawania legend świata improwizacji i niewiele jest chyba nazwisk tuzów tej sceny pominiętych przez Leo Feigina. Dla mnie jednak największą zaletą tego labelu jest dawanie szansy postaciom mniej znanym lub zupełnie nieznanym, które operując niekiedy w zupełnie zaskakujących, muzycznych rewirach: od zupełnie improwizowanych, po mocno komponowane, w nietuzinkowy sposób starają się właśnie je połączyć.
Oto dwa tytuły z ostatnich dwóch wypustów, którym należy się w mojej ocenie szczególna uwaga.
wtorek, 4 października 2011
Andrzej Przybielski / Yuriy Ovsyannikov / Nadolny Grzegorz / Daroń Grzegorz "Sesja Open", MOKB, 2011
Andrzej Przybielski - tp, flg
Yuriy Ovsyannikov - as, ss
Grzegorz Nadolny - b
Grzegorz Daroń - dr
Wytwórnia: Miejski Ośrodek Kultury w Bydgoszczy
Rok wydania: 2011
Zrobiłem taki mały eksperyment i puściłem w formie zagadki tę płytę mojemu doskonale osłuchanemu koledze. Słuchał uważnie, rzucał szlachetnymi propozycjami, niestety nawet przez chwilę nie zbliżył się do polskiego podwórka. Faktycznie, to niebywałe, że formacja grająca w tak nietypowy - jak na polskie warunki - sposób przez prawie 20 lat swojej działalności doczekała się tylko jednego nagrania i to dopiero po śmierci lidera (nagranie powstało w 2005 r.). Innym zaskoczeniem jest skład osobowy, w którym zarówno Grzegorz Daroń (m.in. kompozytor muzyki do filmów i seriali), jak i Grzegorz Nadolny, gros swojej twórczej energii pożytkują obecnie na dużo bardziej komercyjnym gruncie. W formacji Przybielskiego obaj brzmią, jakby dopiero tu ukazywali swoje najprawdziwsze, najbardziej otwarte oblicze, a stopień słyszalnego zaangażowania emocjonalnego w grę świadczy o głodzie uprawiania takiej właśnie stylistyki.
"Sesja Open" prezentuje muzykę, którą śmiało umieściłbym gdzieś w katalogu Black Saintu czy Soul Note'u, między takimi tuzami jak New And Old Dreams czy, bardziej jazzowa niż plemienna, ekipa AACMowska. Z całym swoim bogactwem detalu, rezonującego wybrzmiewania kontrabasu a'la Haden i fantastycznymi dialogami saksofon - trąbka, opartymi na melodyjnych kompozycjach, połączonych z pulsującą, lekko transową sekcją rytmiczną momentami przypominają też lekko ugrzecznioną wersję AALY Trio.
Oczywistym zarzutem w obliczu powyższych porównań mogłaby być wtórność w szerszym, niż tylko polski, kontekście. Ponieważ jednak płyta w swej dynamice, komunikatywności i harmonijności jest bardzo zaraźliwa i słucha się jej na prawdę wybornie, kwestia nawiązań czy skojarzeń staje się tematem niepotrzebnym.
Marcin Kiciński
wtorek, 30 sierpnia 2011
Fred Lonberg-Holm / Piotr Mełech “Coarse Day”, Multikulti, 2011
Fred Lonberg-Holm – cello, electronics
Piotr Mełech – clarinets
Wytwórnia: Multikulti
Rok wydania: 2011
„Coarse Day” to historia opowiadana przez dwa intrygujące głosy, które tworzą niezwykły duet. Tym bardziej znanym jest z pewnością wiolonczela Freda Longberg-Holma, obecna również w największych współczesnych bandach jazzowych (Vandermark 5, Chicago Tentet). Chicagowski muzyk, który szlifował warsztat pod okiem m.in. Mortona Feldmana i Pauline Oliveros, swą popularność zawdzięcza szerokiemu wachlarzowi brzmień, które wydobywa z instrumentu, dodatkowo modyfikując je elektronicznie. Tworzy w ten sposób oryginalne dźwięki, często bliskie laptopowym preparacjom, znacznie poszerzające spektrum możliwości zespołów, w których występuje. Na „Coarse Day” tak produkowane efekty specjalne schowane są raczej w tle, robiąc miejsce dla melodii, które prowadzi głównie grający na klarnecie Piotr Mełech, były członek Yazzbot Mazut.
sobota, 20 sierpnia 2011
Avram Fefer / Eric Revis / Chad Taylor "Eliyahu", Not Two, 2011
Avram Fefer - Alto, Tenor Saxes
Eric Revis - Bass
Chad Taylor - Drums
Wytwórnia: Not Two
Rok wydania: 2011
Czasem piękno potrafi być niepozorne. Skryte za fasadą „zwyczajności”, tylko delikatnie prześwituje niczym słońce zza burzowych chmur. I ten nikły blask w zupełności wystarczy, aby dać się olśnić. Na mnie tak właśnie zadziałała nowa płyta tria amerykańskiego saksofonisty Avrama Fefera, zatytułowana „Eliyahu”. To drugie wydawnictwo grupy, której składu dopełniają basista Eric Revis i perkusista Chad Taylor.
sobota, 6 sierpnia 2011
Supersilent (Arve Henriksen / Helge Sten / Ståle Storløkken), Wrocław, Arsenał, 25.07.2011
Arve Henriksen - trumpet, drums, electronics
Helge Sten - electronics
Ståle Storløkken - synthesizer
Nie jestem fanem Supersilent. Nie znam ich wszystkich albumów, a jedyną ze znanych mi płyt, którą naprawdę lubię i po którą częściej sięgam, to druga część trzypłytowego debiutu. Obecność na koncercie wydała mi się jednak obowiązkowa z dwóch powodów. Jest to muzyka po pierwsze stricte improwizowana - czyli z natury rzeczy najprawdziwsza w odbiorze bezpośrednim, a po drugie elektroakustyczna, czyli mająca w zanadrzu cały szereg wizualnych niespodzianek - można zobaczyć kto (co) za które dźwięki w zespole odpowiada. Jak się okazało decyzja była raczej słuszna.
niedziela, 17 lipca 2011
Reinhold Friedl "Inside Piano", Zeitkratzer, 2011
Reinhold Friedl - piano
Wytwórnia: Zeitkratzer
Rok wydania: 2011
To zaskakujące, ale „Inside Piano” jest pierwszym solowym albumem w nie tak krótkiej karierze Reinholda Friedla. Być może wynika to z faktu, że na co dzień bardziej zajęty jest prowadzeniem Zeitkratzera, zespołu wykonującego muzykę współczesną. Jeśli chodzi o działalność poza nim, to Friedl ma na koncie nagrania m.in. z Michaelem Vorfeldem, Elliottem Sharpem i Bernhardem Günterem.
piątek, 15 lipca 2011
Colin Stetson "New History Warfare vol.2: Judges", Constellation Records, 2011
Colin Stetson – alto, tenor & bass saxophones, french horn
Laurie Anderson – vocals
Shara Worden – vocals
Wytwórnia: Constellation Records
Rok wydania: 2011
Nie zdajecie sobie sprawy, jak często słyszeliście już Colina Stetsona. Urodzony w Michigan saksofonista współpracował bez mała z tuzinem artystów – nagrywał partie dla Toma Waitsa, Davida Byrne’a, TV On The Radio, Arcade Fire czy Laurie Anderson. W 2008 roku zadebiutował solowym krążkiem „New History Warfare vol. 1”, który wysyłał sygnały ostrzegawcze o sporym talencie i mimo kilku braków, w perspektywie albumowego następcy okazał się pierwszym stadium eksperymentów, rozruchowym ćwiczeniem stylistycznym.
środa, 13 lipca 2011
The Book of Knots (Carla Kihlstedt / Matthias Bossi / Tony Maimone / Joel Hamilton) "Garden Of Fainting Stars", Ipecac, 2011
Matthias Bossi - voc, dr, glass, glockenspiel, optigan, p, synth, synth. bass, wurlitzer
Joel Hamilton - analogue synthesizer, voc, g, marxophone, p
Carla Kihlstedt - bass harmonica, kalimba, marxophone, theremin, viola, violin, voc
Tony Maimone - b, synth. bass, voc
+ goście (m.in. Blixa Bargeld, Mike Patton)
Wytwórnia: Ipecac
Rok wydania: 2011
Carla Kihlstedt należy do grupy artystów, których poczynania śledzę z najwyższą uwagą. Po pierwsze dlatego, że jako posiadaczka pięknej barwy głosu, chętnie sięga po formy piosenkowe, które w jej wykonaniu wybitnie pieszczą moje zmysły (projekt 2 Foot Yard dla Tzadik Rec,). Po drugie, ponieważ jej wieloletnia współpraca z Matthiasem Bossim przynosi arcyciekawe projekty instrumentalne, będące moim zdaniem kontynuacją - zaniedbywanych przez innych, niestety - muzycznych tradycji Rock In Opposition (płyty: "Ravish" dla Twelve Cups Rec., "Causing a Tiger" dla Victo, z Cosa Brava na "Ragged Atlas" Freda Fritha dla Intakt Rec.). Jest jeszcze trzeci powód - potrafi mnie bardzo przyjemnie zaskoczyć. Ostatnio w ręce wpadła mi jej najnowsza (trzecia) płyta, nagrana z zespołem Book Of Knots dla wytwórni Ipecac Records, prezentująca kolejne, zaskakujące właśnie oblicze tej twórczej artystki.
Joel Hamilton - analogue synthesizer, voc, g, marxophone, p
Carla Kihlstedt - bass harmonica, kalimba, marxophone, theremin, viola, violin, voc
Tony Maimone - b, synth. bass, voc
+ goście (m.in. Blixa Bargeld, Mike Patton)
Wytwórnia: Ipecac
Rok wydania: 2011
Carla Kihlstedt należy do grupy artystów, których poczynania śledzę z najwyższą uwagą. Po pierwsze dlatego, że jako posiadaczka pięknej barwy głosu, chętnie sięga po formy piosenkowe, które w jej wykonaniu wybitnie pieszczą moje zmysły (projekt 2 Foot Yard dla Tzadik Rec,). Po drugie, ponieważ jej wieloletnia współpraca z Matthiasem Bossim przynosi arcyciekawe projekty instrumentalne, będące moim zdaniem kontynuacją - zaniedbywanych przez innych, niestety - muzycznych tradycji Rock In Opposition (płyty: "Ravish" dla Twelve Cups Rec., "Causing a Tiger" dla Victo, z Cosa Brava na "Ragged Atlas" Freda Fritha dla Intakt Rec.). Jest jeszcze trzeci powód - potrafi mnie bardzo przyjemnie zaskoczyć. Ostatnio w ręce wpadła mi jej najnowsza (trzecia) płyta, nagrana z zespołem Book Of Knots dla wytwórni Ipecac Records, prezentująca kolejne, zaskakujące właśnie oblicze tej twórczej artystki.
niedziela, 10 lipca 2011
Jakko Jakszyk / Robert Fripp / Mel Collins (The King Crimson Projekct) "A Scarcity Of Miracles", DGM, 2011

Jakko M. Jakszyk - g, Gu Zheng, keyb, voc
Robert Fripp - g, soundscapes
Mel Collins - as, ss, fl
Tony Levin - b, chapman stick
Gavin Harrison - drums, perc
Wytwórnia: Discipline Global Mobile
Rok wydania: 2011
Obiecałem sobie, że nie będę tego robić, bo przecież szkoda czasu, kiedy o tylu płytach można pisać dobrze, do tylu można zachęcić. W tym przypadku nie zdołam jednak pozostać niemy, a winne temu są dwa zjawiska. Po pierwsze - polemiczna potrzeba, wywołana bardzo pozytywną recenzją tego albumu, pióra redaktora Romana Walczaka, na łamach portalu ArtRock. Po drugie - pozornie nieistotny podpis "King Crimson Projekct". Piszę pozornie, ponieważ dla mnie te dwa słowa to coś więcej niż ich znaczenie i kryjący się za tym zespół. To moja historia! Brzmi pompatycznie? A czemu by nie miało tak brzmieć? Każdy ma przecież ustawione na solidnych fundamentach pomniki: płyty, nazwiska, czasem pojedyncze utwory - utrwalone na zawsze i nietykalne symbole, składające się na podstawę własnego gustu muzycznego. Jakże trudno więc znieść, gdy zamachu na te statuy dokonują osoby, którym są one poświęcone.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















