Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Haker Flaten Ingebrigt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Haker Flaten Ingebrigt. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 czerwca 2012

The Thing & Neneh Cherry "The Cherry Thing", Smalltown Supersound, 2012


Mats Gustafsson - saksofony
Ingebrigt Haker-Flaten - bas
Paal Nilssen Love - dr
Neneh Cherry - wokal

Wytwórnia: Smalltown Supersound
Rok wydania: 2012




Wyobrażacie sobie pewnie, jak muszę być pobudzony tą płytą, skoro udało jej się wyrwać mnie z letargu. Owszem, jestem. Na wielu poziomach uważam ją za absolutne wydarzenie, cudowny precedens... I chociaż pewnie nic wielkiego z niego nie wyniknie, należy zwrócić uwagę, jak potężny potencjał w niej tkwi.

czwartek, 21 kwietnia 2011

Dave Rempis Percussion Quartet „Montreal Parade”, 482 Music, 2011


Dave Rempis (alto / tenor / baritone saxes)
Tim Daisy (drums)
Ingebrigt Haker Flaten (bass)
Frank Rosaly (drums)

Wytwórnia: 482 Music
Rok wydania: 2011





W ciągu ostatnich kilku tygodni z Davem Rempisem „spotkałem się” aż trzykrotnie. Pierwsze zetknięcie miało miejsce podczas niedawnego koncertu w OPT we Wrocławiu (w duecie z Frankiem Rosaly na perkusji – krótką, acz mocno krytyczną recenzję z tego koncertu możecie Państwo przeczytać poniżej) i dość mocno mnie rozczarowało – mówiąc krótko: za mało muzyki przy dość osobliwym nadmiarze kuglarstwa…
Drugie to „Cyrillic”, płyta tegoż duetu zrealizowana w 2009 roku przez wytwórnię 482 Music - poznałem ją dopiero teraz i, cóż, bez porywu (definicja pojęcia porywu brzmi: Coltrane/Ali, Hemingway/Butcher, Butcher/Nilssen-Love, McPhee/Nilssen-Love etc., etc.)…
„Do trzech razy sztuka” – powiada porzekadełko i porzekadełko nie kłamie. Trzecie spotkanie uważam za najciekawsze, a jest nim prezentowana tutaj płyta „Montreal Parade”. Na krążek składają się dwa utwory solidnie rozbudowane: dwadzieścia i czterdzieści dwie minuty. Obydwa tworzą jednorodną pod względem koncepcji całość muzyczną i w zasadzie mogłoby między nimi nie być przerwy. Dwie perkusje, bez silenia się na indywidualne popisy , tworzą gęstą, zróżnicowaną strukturę rytmiczną, co w połączeniu z masywnością kontrabasu Flatena daje świetny, pulsujący, momentami rozpędzony, momentami wyciszony, uspokojony trans. Rempis - jak zwykle sprawny technicznie i mocno osadzony w tradycji jazzowej lat ’50 i ’60 – momentami gra z werwą, agresywnie i wtedy muzyka mknie wartkim nurtem, ale są i takie momenty, w których muzyk wyraźnie ochładza napięcie, wtedy mamy do czynienia z próbą zbudowania subtelniejszej atmosfery oraz ze wzbogaceniem palety dźwiękowych barw.
W pewnym sensie można powiedzieć, że mamy tu do czynienia z duetem: solista ( Rempis ) kontra sekcja ( Haker Flaten/Daisy/Rosaly ) - mnie się bardziej podoba jedność w trzech osobach…

Andrzej Podgórski

środa, 12 stycznia 2011

Free Fall (Ken Vandermark / Ingebright Haker-Flaten / Havard Wiik) "Grey Scale", Smalltown Superjazz 2010


Ken Vandermark - cla
Ingebrigt Haker-Flaten - b
Havard Wiik - p

Wytwórnia: Smalltown Superjazz
Rok wydania: 2010






Jeśli spojrzeć na jakąś ciecz pod mikroskopem, okaże się, że cząsteczki wody przemieszczają się w niej z ogromną prędkością we wszystkich kierunkach. Gwałtowność tych ruchów wyznacza temperatura danej cieczy, im ona wyższa tym szybszy ruch cząstek. Tę aktywność nazywa się „ruchami Browna” i mam wrażenie, że Ken Vandermark, amerykański saksofonista free jazzowy, jest właśnie takim czynnikiem podnoszącym poziom entropii w jazzowym światku. Po zetknięciu z niemal każdą jego płytą, wyobraźnia słuchaczy nabiera dodatkowej energii niczym cząstki elementarne w podgenewskim zderzaczu hadronów, i wraz z nim odkrywa nowe muzyczne światy i tajemnice.
Tak przynajmniej było w moim przypadku, bo chociaż Vandermark kojarzy się głównie z muskularnym, asertywnym i nieokiełznanym improwizowaniem na saksofonie (najczęściej tenorowym), to tym razem zabiera on nas w podróż w zupełnie innym kierunku. Cofamy się do roku 1962 i płyty „Free Fall” innego trio w składzie Jimmy Giuffre (klarnet), Paul Bley (fortepian) i Steve Swallow (kontrabas). Co jest w tym albumie na tyle wyjątkowego, że tak wybitni muzycy jak Ken Vandermark (klarnet, klarnet basowy), Havard Vikk (fortepian) i Ingebrit Haken Flaken (kontrabas) postanowili nadać stworzonemu przez siebie w roku 2001 zespołowi nazwę zaczerpniętą z jego tytułu?
Żeby w pełni docenić „Free Fall” Giuffrego warto sięgnąć do wcześniejszej o rok, wydanej dla ECM płyty „1961”. Większa jest przepaść między tymi wydanymi rok po roku albumami niż między „Free Fall” nagranym w 1962 a „Gray Scale” w 2010. Jeśli chcecie na własne uszy usłyszeć, jak elegancki i dyskretny cool jazz zrzucał skórę, by stać się free jazzem, nie ma lepszego sposobu niż wysłuchać tych płyt, jedna po drugiej. Na „1961” Giuffre, Bley, Swallow raczą nas muzyką elegancką i wytworną jak kieliszek schłodzonego Martini serwowany pośrodku rozbuchanej gorącem Sahary. A na „Free Fall” muzycy rozwiązują sobie ręce, odpinają liny zabezpieczające i kontynuują marsz na jazzowy Everest tylko z przypiętymi do ramion skrzydłami. Ich improwizacje są lekkie jak płatki śniegu, tak samo chłodne i tak samo niepowtarzalne. Jedyny mankament tej płyty był taki, że jej doskonałość nie zostawiała wiele miejsca dla naśladowców, zatem wyznaczony przez nią kierunek niewielu miał kontynuatorów.
Tym większa wdzięczność dla Vandermarka oraz jego kolegów, którzy kolejnymi płytami trio Free Fall („Furnace” nagrana w 2002, „Amsterdam Funk” w 2004 i „The Point in a Line” w 2006) kierują naszą uwagę ku tej cennej, a nieco pominiętej tradycji rozkwitającego free jazzu. Zresztą podróż w głąb nie kończy się bynajmniej na samym Giuffrem. Jeśli chcemy ją kontynuować po to, by odkryć europejskie korzenie awangardy, to możemy, a może i powinniśmy po wyżej wspomnianych płytach sięgnąć po utwory na klarnet autorstwa Schoenberga i Weberna. 
Zacząłem od ruchów Browna, rosnącej temperatury i chaosu. Jednak po przesłuchaniu wyżej wymienionych płyt ogarnia mnie poczucie wielkiej harmonii, towarzyszącej zwykle obcowaniu z dziełami najwyższej jakości. Tekst zbliża się do swojej puenty i nie muszę się już wysilać, by rozumieć i oceniać,  poddaję się grawitacji, uspokajam oddech, patrzę w dal. Muzyka wywołuje skojarzenia związane ze swobodnym lotem, szybowaniem, nieważkością i wyobrażam sobie, że jestem astronautą zagubionym w ciszy na odległej okołoziemskiej orbicie (mam nadzieję, że pamiętacie wspaniały utwór E.S.T. zatytułowany ”From Gagarin Points of View”).  Z tamtej perspektywy wszystkie doczesne hałasy i zmartwienia układają się we wzór tyleż  nieuporządkowany, co piękny jak ta muzyka…


Maciej Nowotny
kochamjazz.blox.pl
kochamjazz.blogspot.com

poniedziałek, 25 października 2010

Joe McPhee / Ingebrigt Haker Flaten "Blue Chicago Blues" - czyli słów brakuje...



Joe McPhee - sax
Ingebrigt Haker Flaten - bass

Wytwórnia: Not Two
Rok wydania: 2010






To niebywałe, jak ci dwaj muzycy, których dzielą: kontynenty, wiek, doświadczenie i kolor skóry, potrafią wznieść się ponad to wszystko, pominąć wszelkie muzyczne podziały i razem wejść w swego rodzaju archetypowy, improwizacyjny trans.
Oczywiście grali ze sobą już wielokrotnie, ale za każdym razem było to mocno naznaczone The Thing i silną osobowością Matsa Gustafssona, dlatego bałem się, że tego typu duet na neutralnym gruncie może być konfrontacją na siłę, gdzie Ingebrigt przegra w swych staraniach i zabraknie mu wspólnego feelingu z weteranem, jakim jest Joe McPhee. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy zabrzmiały instrumenty i usłyszałem rzadko spotykane zrozumienie. Duet sprzyja słuchaniu się nawzajem, niestety jednocześnie boleśnie wyciąga na wierzch wszelkie dysonanse i przeciąganie liny. Nic takiego nie ma tu miejsca. Joe i Ingebrigt od pierwszej do ostatniej nuty wspólnie kroczą po krainie bardzo zróżnicowanych dźwięków i stylistyk, poruszają się swobodnie, z zainteresowaniem i szacunkiem patrząc na siebie nawzajem. Czy jest to bluesowe człapanie, czy free jazzowe pogowanie, nawet na chwilę nie czuć utraty kontaktu między muzykami. Płynnie wymieniają się inicjatywami, zgrabnie reagują na sugestie.
Największe wrażenie zrobiły na mnie ballady, dzięki którym poczułem to, czego w muzyce szukam i tak rzadko doświadczam - swoistego wyniesienia poza realny wymiar. "Requiem for an empty heart" zaczyna się długim i pięknym solo Ingebrigta, w które włącza się McPhee, bardziej krzyczący przez swój saksofon niż dmuchający w niego. Brzmi to jak bluesowa pieśń Mudżahedina. Przejmująca, bardzo intymna konwersacja obu instrumentalistów momentami przyprawiała mnie o, tak pożądane, ciarki na plecach.
Kończąca płytę "Legend of the three blind moose" jest za to czarną kołysanką, delikatnie wygrywaną na saksofonie, z doskonałym, narastającym akompaniamentem basu. Ingebrigt kontrapunktuje delikatną melodię, grając gęsto i zdecydowanie, cudownie ją uzupełniając.

Tak można by streszczać utwór po utworze, każde zdanie jest jednak zbyt wątłe, by udźwignąć wagę tego wspaniałego spotkania. Jedyne, co warto dodać, to że tę płytę należy koniecznie wysłuchać. Jest to jeden z najlepszych duetów jakie wpadły mi w ręce!

Marcin Kiciński

niedziela, 10 października 2010

Avant Art Festival 2010 - Regenorchester, Radian, Phall Fatale, The Thing + Otomo Yoshihide, krótkie podsumowanie

Podsumowanie to brzmi trochę na wyrost w kontekście tego, że udało mi się zaliczyć raptem 5 koncertów. Chętnie podzielę się jednak wrażeniami.

Regenorchester (Impart 1.10.2010) – czyli: chyba czasami bez lidera lepiej
Franz Hautzinger - tp
Martin Siewert - g, el
Tony Buck - dr
Luc Ex - b

Siewert z Hautzingerem grywają ze sobą często, będąc częścią elektroakustycznej Sceny Wiedeńskiej. Tony Buck to członek australijskiego techniczno - transowego The Necks oraz stały uczestnik berlińskich improwizowanych meetingów. Luc Ex jest legendą postpunka z pomnikowego już The Ex. Połączenie tych muzycznych światów kazało mi traktować koncert Regenorchester jako najważniejsze wydarzenie Avant Art Festivalu.
Pierwsze uderzenie było niesamowite. Sekcja rytmiczna stworzyła wspaniałe, gęste i nietypowo akcentowane tło dla Hautzingerowskiej, leniwej, acz bogatej we wszelkie sonorystyczne ozdobniki trąbki, a Siewert uszlachetniał całość swoimi- na poły gitarowymi, na poły elektronicznymi-partiami. Brzmiało to tym lepiej, że panowie się rozkręcali, zmierzając ku kulminacji. Szczególną uwagę zwracał Luc Ex, który nie tylko muzycznie, ale także wizualnie wybijał się pod względem zaangażowania. Całość była niezwykle koherentna, a każdy członek zespołu zdawał się być na swoim miejscu. Niestety dość szybko koncepcja zaczęła pękać, a środek ciężkości przesuwać się na stronę trio Siewert/Buck/Ex, które fantastycznie wdrażało różne stylistyki, trzymając się mocno rockowej dynamiki. Im bardziej jednak porywał mnie ich prowokujący feeling, tym mniej leżał mi Hautzinger ze swoimi melodiami. Mimo iż ciągle mocno modyfikował on swoją trąbkę, nie potrafiłem uwolnić się od wrażenia, że schodzi coraz bardziej na drugi plan, a po pewnym czasie staje się wręcz uciążliwy. Było to o tyle zadziwiające, że przecież to właśnie Hautzinger przewodzi temu projektowi, którego to oglądaliśmy (jeśli właściwie odczytałem numer przy nazwie) już jedenastą edycję. Momentami nasuwało mi się porównanie z Billem Dixonem, który również zestawiał swoją trąbkę z bardzo gęstym tłem, budowanym najczęściej przez dwóch kontrabasistów i perkusję. O ile jednak Dixon potrafił -niczym dyrygent- decydować o kierunku, w którym podąża zespół, idealnie trafiając w sedno budowanego kontekstu, o tyle mam wrażenie, że Hautzinger po prostu się pomylił. Wyraźnie słychać było, że to, co się dzieje na scenie, jest przemyślane i konsekwentnie realizowane, niestety melancholijne melodie trąbki na tle szturmującego słuchaczy, dynamicznego trio avantrockowego, były dla mnie nietrafioną koncepcją.

Radian (Impart 1.10.2010) - czyli nordycka postrockowa perfekcja
Martin Brandlmayr - drums, sampler & sequencer
Stefan Németh - guitars, synthesizers
John Norman - bass

Ciekawym doświadczeniem było obejrzenie jak powstaje muzyka Radian. Słuchając płyt, trudno wyobrazić sobie, kto za który dźwięk odpowiada, podczas gdy koncert, ogołacając w pewien sposób zespół z tajemnicy, pozwolił mi się zetknąć z muzyczną perfekcją, żeby nie powiedzieć mechaniką. I nie ma w tym cienia pejoratywności, bo kiedy na co dzień obcuje się z muzyką w większym lub mniejszym stopniu improwizowaną, zderzenie się z trzema gośćmi, którzy- niczym robomuzycy- wdrażają na tradycyjnych instrumentach brzmienia, o które można by spokojnie podejrzewać komputer, jest to cudowna odskocznia.

Organoleptic Trio (Impart 1.10.2010) czyli Projekct niepotrzebny

Wojtek Szymański - dr
Krystian Zemanowicz - b
Sebastian Bednarczyk - g

Najgorsze jest to, że ci panowie naprawdę chcą grać i prawdopodobnie umieją grać. Najgorsze, bo w ich mniemaniu wystarczy to do grania publicznego, mimo iż zupełnie nie wiedzą, co grać i dlaczego grać. Odwoływanie się do późnofrippowsko/sharpowskich rozwiązań pozostawiło we mnie potworny niesmak, nie tylko dlatego, że w wydaniu Organoleptic Trio brzmiało to dość mizernie (mimo wyczuwalnych, wielu odbytych prób), ale przede wszystkim, ponieważ czuć było wewnętrzny brak spójności koncepcji wśród muzyków i niezdecydowanie w obranej, w założeniu, surowej i technicznej formie. Statyczne, pretensjonalne i potwornie nudne.

Phall Fatale (Impart, 3.10.2010) - czyli kolejny przykład na to, jak dobrze muzyce przystępnej robi obecność muzycznych freaków.
Fredy Studer: instrumenty perkusyjne
Joana Aderi: elektronika, głos
Joy Frempong: głos, sampler, małe instrumenty
John Edwards: kontrabas
Daniel Sailer: kontrabas, elektronika

Szedłem na koncert Phall Fatale ze względu na dwa nazwiska. Fredy Studer to perkusista ze świetnego eksperymentalno-improwizowanego trio Koch/Schutz/Studer, wydającego płyty w szacownej Intakt Rec. John Edwards to kontrabasista z Londyńskiego środowiska freeimprov, skoncentrowanego wokół wytwórni Emanem, który wywarł na mnie kilka lat temu potworne wrażenie jako instrumentalista i do dziś darzę go szczególnym uznaniem.
Szedłem ochoczo, ponieważ wiedziałem, że projekt będzie specyficzny, flirtujący z dość przystępnymi -w tym piosenkowymi- formami muzycznymi, a z doświadczenia wiem, że taki repertuar, jako wyzwanie dla muzyków ze sceny free, najczęściej przynosi pozytywne rezultaty.
I faktycznie dostaliśmy piosenki, momentami przypominające trochę Laurie Anderson, momentami odjeżdżające w klimaty lekko etniczne. W wyśpiewywanie, bądź wokalizowanie tych piosenek zaangażowane były dwie czarnoskóre, młode śpiewaczki, które z wielką pasją podchodziły do materiału, na który w głównej mierze składały się teksty poetyckie. Muzyka była z jednej strony kompozycyjnie podopinana, z drugiej- na tyle wolna, żeby muzycy mogli wyeksponować swoje najlepsze cechy, tak więc Edwards, na którego liczyłem, nie mógł rozczarować. Z pomocą swojego perkusyjnego podejścia do kontrabasu, smyczka, drobnych dodatków elektronicznych oraz drugiego kontrabasisty - młodego Daniela Sailera wypełnił doszczętnie przestrzeń niezagospodarowaną przez perkusję, wokale i odrobinę elektroniki, wytwarzanej przez obie panie. Zespół dryfował między przeróżnymi muzycznymi stylistykami, a Edwards, ze znaną mi dostojną perfekcją, wyczarowywał z instrumentu bezbłędne tło, obojętnie, czy miało mieć charakter czarnej muzyki, czy heavy metalu. Za każdym razem, kiedy obcuję z tym muzykiem, mam nieodparte wrażenie, że stopień jego zestrojenia z instrumentem jest maksymalny. Spokój i pewność, z jakimi uderza w struny bądź sięga po zupełnie niekonwencjonalne metody gry na kontrabasie, jest absolutnie niebywała.
Jedyny minus tego koncertu to solo Studera - moim zdaniem zupełnie zbędne i nieszczególnie udane, mimo iż perkusista ten w czasie koncertu wielokrotnie popisał się bardzo ciekawymi rytmami.
Z niecierpliwością czekam na pierwszą CD tego projektu.

The Thing i Otomo Yoshihide (4.10.2010) - czyli Otomo Yoshihide i T h e T h i n g
Mats Gustafsson - s, electr.
Ingebrigt Haker - Flaten - b
Paal Nilssen-Love - dr
Otomo Yoshihide - g

Płyta mocno mnie rozczarowała, więc szedłem na koncert ze średnim entuzjazmem, za to podskórną nadzieją, że przy takim nastawieniu w wersji live The Thing może mnie wyłącznie pozytywnie zaskoczyć. Pomyliłem się.
Dla mnie to, co scala The Thing -jako długotrwały projekt- to pewne mocowanie się z materią muzyczną, fizyczna wręcz walka z możliwościami własnymi, instrumentu, możliwościami całego trio. Dla mnie ten ostatni aspekt ma szczególne znaczenie, ponieważ w każdym wydaniu The Thing zmieniało się w trójorganicznego muzycznego mutanta, który w trójnasób pożerał słuchacza i w trójnasób epatował niesamowitą energią. Tego elementu akurat na koncercie z Otomo zabrakło. Dalej mieliśmy, co prawda, trzech fascynujących i dających z siebie wiele muzyków, dalej czuć było balansowanie na granicy własnych możliwości, tyle że w tym wydaniu trio nie było razem. Rozproszeni, indywidualnie walczyli z innym potworem - elektryczną gitarą Otomo, bestialsko wręcz głośną. Może na tym tak naprawdę polegało nowe wyzwanie, przed którym postanowili stanąć?
Już samo ustawienie się muzyków (jak twierdzi organizator - intencjonalne), gdzie Matsa słychać było wyłącznie bezpośrednio z saksofonu oraz minimalnie z odsłuchu, świadczyło, że wyraźnie dał fory swojemu konkurentowi. Oba te źródła dźwięku, w głośniejszych partiach (a takich było przez ok. 75% czasu), przy wzmocnionej gitarze Otomo właściwie nie istniały, nie zmienia to jednak faktu, że Mats walczył dzielnie, dbając przy tym przynajmniej o wizualną stronę widowiska. Przez chwilę tylko czuć było przewagę Matsa - kiedy to zostawiając saksofon, uruchomił swojego asa - elektroniczny stolik. Dobre 10 min Mats i Otomo toczyli heroiczną walkę o miano największego noisowca wieczoru, o wynik batalii mnie jednak nie pytajcie - jedyne bowiem, co miałem wtedy w głowie, to wizualizacja eksplodujących bębenków usznych.
Rozjuszyła mnie ta rozgrywka, w czasie której nie tylko ja poległem, ale i Paal, który bezskutecznie chciał być słyszalny, grając zbyt gęsto, zbyt mocno i zbyt siarczyście, z ewidentną stratą niestety dla jakości muzycznej. Chłopcy poszli w tango z decybelami, nie dbając już właściwie o żadne z założeń, o które ich podejrzewałem i tak oto pytanie, które nasunęło mi się jeszcze podczas słuchania płyty z Otomo ponownie stanęło mi przed oczami: czy to dalej jest The Thing, czy może nowy kwartet, który powinien mieć swoją nową nazwę.
Oczywiście były momenty wyciszenia a nawet momenty, które można by nazwać jazzującymi, ale i tu pojawił się nie lada problem. Otomo Yoshihide jest dla mnie wyjątkową postacią, wielkim konceptualistą, wspaniałym ekperymentatorem. Uwielbiam Ground Zero, padam przed ONJQ, wyję przy Optical 8. Kiedy jednak słyszę płyty takie, jak Episome (Yoshihide/Yoshida/Laswell) czy Green Zone (Hideki/Yoshihide/Uemura), gdzie Otomo jest gitarzystą, nazwijmy to konwencjonalnym, nudzę się. I tak nudziłem się, słuchając długich jego solówek w czasie tego koncertu.
Jeśli miałbym statystycznie oszacować, jaka część koncertu przypadła mi do gustu, rzuciłbym jakieś 30%. Nie chcę bowiem wytworzyć wrażenia, że była to kompletna klapa. Zdarzały się momenty, kiedy wszyscy się słyszeli i podążali za wewnętrznym muzycznym głosem, porzucając sadomasochizm. 30% dla The Thing to jednak niczym ocena z egzaminu gimnazjalnego - w tej konfiguracji, raczej wyżej nie zajdą.

Marcin Kiciński