Witam,
po spotkaniu na konwencji muzyki postanowiliśmy powołać listę mailową i mam nadzieję także poza internetowy byt pod nazwą Otwarte Forum Jazzu. 2 godziny panelu dyskusyjnego podczas konwencji to trochę mało by dobrze przygotować wnioski i propozycje zmian dotyczące sytuacji jazzu w Polsce dla Instytutu Muzyki i Tańca czy Ministerstwa Kultury.
Poniżej przesyłam pierwszy list który pojawił się na grupie, podsumowujący subiektywnie nasze spotkanie i zapraszający do dalszej dyskusji.
Zachęcam do dołączenia do grupy:
* Nazwa grupy: Otwarte Forum Jazzu
* Strona główna grupy: http://groups.google.com/group/otwarte-forum-jazzu
* Adres e-mail grupy otwarte-forum-jazzu@googlegroups.com
Można też napisać do mnie na facebooku załączając adres emailowy, wtedy sam dołączę osobę zainteresowaną.
Pozdrawiam,
Kajtek Prochyra
Cześć,
Marek Dusza przygotuje raport z dzisiejszego panelu. Ja chciałbym
wypunktować kilka obszarów tematycznych, których skonkretyzowaniem
powinno się moim zdaniem zająć Otwarte Forum Jazzu.
Przez Otwarte Forum Jazzu rozumiem zbiór osób - Muzyków, Promotorów,
Krytyków, Autorytety a także inne osoby zainteresowane i chcące
poświęcić swój czas i energię dla poprawienia sytuacji jazzu i
środowiska jazzowego w Polsce.
Celem Forum powinno być wypracowanie nie tyle postulatów, ile planu i
kierunków rozwoju środowiska jazzowego w Polsce, tak by ministerstwu
kultury przedłożyć wnioski nie w formie
życzeniowo - intencjonalno - wizyjnej, ale raczej: Chcemy tego i tego,
planujemy osiągnąć to tak i tak, potrzebujemy takiej i takiej pomocy
MKiDN tu, tu i tu.
Zanim przejdę do "obszarów tematycznych", chciałbym wspomnieć kilku
nieobecnych na konwencji, mam nadzieję, że niedługo obecnych na forum,
nie tylko na grupie mailowej, ale także na spotkaniach twarzą w twarz.
Myślę o:
- środowisku awangardy Mikołaju Trzasce, Raphaelu Rogińskim, Pawle
Szamburskim, Maciu Morettim, Wacławie Zimplu itd
- przedstawicielach wydawnictw płytowych, zarówno wielkich jak np.
Universal (Piotr Rzeczycki) jak i mniejszych, a budujących,
przynajmniej w pewnych kręgach, polską jazzową markę - Marek Winiarski
- Not Two, Wawrzyniec Mąkinia, Tomasz Konwent - Multikulti.
Poprawcie mnie jeśli się mylę, ale, drogi przynajmniej tej pierwszej
grupy nie krzyżowały się dotąd z jazzowymi stowarzyszeniami, a
powinny, jeśli ma ono być reprezentatywne dla środowiska.
Poruszone sprawy do załatwienia:
1. Potrzebne jest stowarzyszenie muzyków jazzowych (Zbigniew Namysłowski)
1a). Kto reprezentuje środowisko jazzowe w Polsce? (Wojtek Konikiewicz)
- czy należy masowo zapisywać się do Polskiego Stowarzyszenia
Jazzowego i na tym gruncie próbować zmieniać świat, czy też należy
powołać do życia nowy byt - zaczynać od zera, bez obciążeń, ale też
bez niczego?
Wymieniam ten punkt jako pierwszy, bo wykonawcą wszystkich pozostałych
powinno być de facto stowarzyszenie zrzeszające ludzi jazzu. PSJ lub
inne.
2. Potrzebne jest stworzenie internetowej (i nie tylko),
wielojęzycznej bazy wiedzy o muzykach i jazzie w Polsce.
Każdy członek stowarzyszenia miałby poświęconą sobie podstronę, z
dyskografią, listą osiągnięć, najbliższymi koncertami, a docelowo
także zdigitalizowaną twórczością (sklep muzyczny). (Andrzej
Kalinowski)
- to dość jasne, potrzeba tylko pieniędzy i przetargu na wykonanie
serwisu, przygotowania ankiety wśród środowiska, oraz osób zajmujących
się aktualizacją strony.
3. Stowarzyszenie powinno być źródłem pomocy prawnej dla muzyków i
promotorów (A. Kalinowski)
a także miejscem, w którym można uzyskać informacje i pomoc w
pozyskiwaniu grantów z wszelkiego rodzaju funduszy polskich, unijnych,
norweskich etc.
- to chyba też dość jasne. tylko skąd wziąć pieniądze na zatrudnienie
owych specjalistów.
4. Konieczne jest otwarcie polskiego środowiska jazzowego na kontekst
europejski (udział w tagach, festiwalach, warsztatach, współpraca z
odpowiednikami stowarzyszenia w innych krajach. (A. Kalinowski)
- jak to zrobić?
- czy powinien to robić Instytut Adama Mickiewicza, jeśli tak to czy
to robi i jeśli nie wystarczająco to dlaczego?
5. Wprowadzenie na arenę europejską polskiego wydawnictwa płytowego,
promującego polskich artystów i ich współpracę z innymi twórcami (A.
Kalinowski)
np. na wzór portugalskiego Clean Feed
- jak to osiągnąć?
- skąd wziąć na to pieniądze?
- czy np. poprzez dotowanie istniejących (mimo wszystko prywatnych i
komercyjnych) wydawnictw jak Not Two czy Multikulti lub inne.
6. Odnowienie marki i przywrócenie prestiżu festiwalu Jazz Jamboree
(Paweł Kwiatkowski)
- skoro nazwa nie jest już zamknięta w sejfie, to co stoi na przeszkodzie?
- skąd wziąć na to pieniądze?
(jak rozumiem np. występując o dofinansowanie do ministerstwa i urzędu
miasta w przyszłym roku, bo w tym sprawa jest już stracona)
7. Edukacja (Marek Dusza, Włodek Pawlik i wielu innych)
- czy potrzebny jest raport o stanie edukacji jazzowej w Polsce?
- czy potrzebny jest nowy wydział jazzu? jak i gdzie?
- co jest źle i jak to zmienić?
(gigantyczny temat, chyba największy ze wszystkich i nic o nim nie wiem)
8. Potrzebny jest klub jazzowy w Warszawie (Marita Alban Juarez)
- co z Tygmontem? Czy można ożywić to miejsce?
- czy możliwe jest powstanie klubu jazzowego na warunkach wolnorynkowych?
- czy możliwe jest powstanie klubu jazzowego, którego mecenasem będzie miasto?
Docelowo mogłaby powstać "sieć" takich klubów stowarzyszenia, w której
np. zasadą mogłoby być granie za bilety, zamykanie baru na czas
koncertu, koncerty familijne o 14tej (Marita)
9. Opieka nad muzykami. Welfare.
- ubezpieczenia muzyków
- co zrobić by Dzień Szakala był tylko dodatkiem dla działań
stowarzyszenia jazzowego a nie najkonkretniejszą szansą na pomoc
muzykowi w potrzebie?
- co zrobić by zasłużeni artyści dostawali wsparcie i honory nie tylko
pośmiertnie?
10. Obecność jazzu w mediach (Maciej Karłowski)
- czy Jazz Forum spełnia swoje zadania?
- czy możliwa jest jakakolwiek ekspansja jazzu na inne anteny niż PR
II czy radioJazz.fm?
- jak promować jazz?
11. Archiwizacja, digitalizacja zbiorów (Krzysztof Sadowski)
12. Współpraca środowiska jazzowego z Instytutem Muzyki i Tańca (Piotr Rodowicz)
nie tylko w kwestii raportu i wniosków dla MKiDN ale także szerzej
patrząc w przyszłość.
- jak będzie wyglądał instytut muzyki, czy będzie przyznawał granty na
projekty jak Polski Instytut Sztuki Filmowej czy realizował inne formy
finansowego wspierania muzyki?
- na jakim poziomie będą zapadały decyzje, czy będzie np. departament
jazzu ze swoim budżetem?
13. Formy finansowania
W większości powyższych punktów sprawa rozbija się o pieniądze.
Oczywiście można ustawić się w kolejce do MKiDN i będzie to trzeba tak
czy siak zrobić, ale nie może to być wyłączne źródło finansowania
działalności stowarzyszenia. Nie wiem z czego utrzymuje się PSJ, ale
należy opracować strategię finansowania chociaż części kosztów pracy
opisanej instytucji.
14. Kolejne spotkanie.
Moim zdaniem powinniśmy spotkać się jeszcze, w jak najszerszym kręgu,
w maju, przed wakacjami, by nie stracić pół roku do października.
Symbolicznym miejscem spotkania mógłby być Tygmont,
alternatywnym Dom Kultury Praga - nie dość, że mają bardzo dobry cykl
Na Pradze Jest Jazz, to jeszcze mieszczą się 300 metrów od mojego
domu.
Chciałbym by na spotkaniu, oprócz jak największej liczby
przedstawicieli środowiska jazzowego z każdej możliwej strony, pojawił
się także ktoś z Otwartego Forum Środowisk Sztuki Tańca, które
przeszło drogę, która przed nami, czy też część drogi przeszło za nas,
bo to oni właśnie uradzili i wychodzili w ministerstwie powstanie
Instytutu Muzyki i Tańca.
Mamy więc aż 14 tematów do dyskusji, a pewnie dojdą kolejne. Plus
oczywiście kwestie związane z samym Otwartym Forum Jazzu i wszystkim
co powyżej napisałem i czego nie napisałem.
Jeśli coś przekręciłem, o czymś zapomniałem, bardzo proszę o dopisanie.
Wydaje mi się, że dla przejrzystości, mam nadzieję burzliwej i owocnej
dyskusji, proponuję następującą strategię:
Jeśli ktoś chciałby zabrać głos w wybranym temacie niech w temat
wiadomości wpisze np.
1. Kto reprezentuje środowisko jazzowe w Polsce?
Wiadomość o takim temacie wysyła na adres grupy czyli
otwarte-forum-jazzu@googlegroups.com
Wiadomość ta trafi do wszystkich z naszej listy.
Kolejne głosy w tym temacie niech będą odpowiedzią na tamtą wiadomość.
W razie czego spróbuję jakoś na bieżąco udrażniać przepływ informacji.
Równolegle zamieszczam powyższy tekst na facebookowej grupie: Co się
dzieje z polskim jazzem?
https://www.facebook.com/home.php?sk=group_165135820189250
Pozdrawiam,
do przeczytania, do zobaczenia,
Kajtek Prochyra
http://klimatumiarkowanycieply.blogspot.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prochyra Kajetan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prochyra Kajetan. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 15 maja 2011
wtorek, 19 kwietnia 2011
Andrzej Przybielski with Oleś Brothers "De Profundis", Fenommedia, 2011
Andrzej Przybielski - tp
Marcin Oleś - b
Bartłomiej Oleś - dr
Wytwórnia: Fenommedia
Rok wydania: 2011
Nie znałem Majora ani Andy'ego Peperskiego, jak mówił o sobie Andrzej Przybielski. Usłyszałem o nim sięgając po wspólną jego płytę z Sing Sing Penelope pt. "Stirli People". Kim był ten znakomity trębacz i wielka osobowość dowiedziałem się tak na prawdę za sprawą tego albumu: "De Profundis" Andrzej Przybielski with Oleś Brothers.
Moja niewiedza nie jest bynajmniej chwalebna, bo szalona, pognieciona, pomazana karta w historii polskiego jazzu, zapisana ręką Przybielskiego wisi lub wisieć powinna w eksponowanym miejscu, w złotej ramie. Jego trąbki zarejestrował po raz pierwszy Czesław Niemen, na płycie "Marionetki", w 1973 roku. Później, w podobnym składzie, z Józefem Skrzekiem i Apostolisem Anthimosem zadął na dwóch płytach SBB. Po drodze nagrał muzykę Krzysztofa Knittla do słynnego spektaklu Teatru Telewizji "Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna", wreszcie Tomasz Stańko zaprosił go na Pyeotl i Witkacego. Potem po nauki do Przybielskiego przychodzili grzecznie yassowcy: Tymon Tymański, Jerzy Mazzoll, Tomasz Gwiciński a także Kazik Staszewski, Stanisław Soyka i wielu, wielu innych. Od początku lat 90tych życia od Przybielskiego uczyli się bracia Olesiowie - Marcin i Bartłomiej "Brat" - muzycy, których przedstawiać nie trzeba.
9 lutego tego roku Andrzej Przybielski zmarł. O tym, jak barwne prowadził życie przeczytać można tutaj lub tutaj, z relacji naocznych świadków. Tutaj zaś można przeczytać piękne wspomnienie o Trębaczu autorstwa Marcina Olesia.
Dokładnie trzy miesiące później, do rąk słuchaczy trafia płyta "De Profundis" - ostatnie wspólne nagranie Andrzeja Przybielskiego z Braćmi Oleś, zarejestrowane w zeszłym roku w Bydgoszczy. "De Profundis" czyli z głębokości, z otchłani. Jak mówi Brat Oleś: Andrzej chciał by nagranie nosiło właśnie taki tytuł.
Album jest rejestracją koncertu, który odbył się 26go kwietnia 2010 roku w bydgoskim Art Cafe "Węgliszek". Muzyka jaka tam rozbrzmiała była kameralna, malarska, choć melodyjnością zapadająca w pamięć. Najważniejsze jest tu jednak brzmienie, sam ton, tembr, barwa, charakterystyczna, dla każdego z tej wspaniałej trójki z osobna i to, co się między nimi przez te, zaledwie trzy kwadranse, wydarza - a tego nikt słowami nie opisze.
W pierwszym zdaniu tego tekstu przyznałem się do wstydliwej niewiedzy z dziedziny, którą się zajmuję. Ośmielić tym chciałem innych jazzfanów młodszego pokolenia, którzy w swoich muzycznych podróżach Majora Bochemusa dotąd nie napotkali. Trafić na jego muzykę nie jest z resztą sprawą prostą - garsteczka jego autorskich płyt nie doczekała się dotąd kompaktowej reedycji. "De Profundis" to, tylko przez nieszczęśliwe okoliczności, piękny hołd złożone wybitnemu Trębaczowi. Muzycznie jest to jednak wspaniała kapsuła czasu, muszla zawierająca niezwykłe, liryczne, choć jakby mówiące, gadające, podśpiewujące, szwarne, szeleszczące, powietrzne brzmienie trąbek Andrzeja Przybielskiego, w towarzystwie młodych, znakomitych muzyków, którzy go rozumieją i potrafią wnieść siebie w jego świat. De Profundis ad infinitum.
Kajetan Prochyra
http://klimatumiarkowanycieply.blogspot.com/
poniedziałek, 14 marca 2011
Marcin Wasilewski Trio "Faithful", ECM 2011
Marcin Wasilewski - piano
Slawomir Kurkiewicz - double-bass
Michal Miskiewicz - drums
Wytwórnia: ECM
Rok wydania: 2011
Wasilewski Trio to, po projektach Tomasza Stańko, chyba najbardziej rozpoznawalna na świecie polska grupa jazzowa. Cały czas nazywa się ich młodym zespołem, choć w tym roku Marcin Wasilewski, Sławomir Kurkiewicz i Michał Miśkiewicz obchodzić będą 18tkę - pełnoletniość wspólnego grania. Czy "Faithful" powtórzy sukces międzynarodowej popularności poprzedniego albumu - "January"? Muzycznie wszystko na to wskazuje.
Płyty te w ogólnym zamyśle są dość podobne, nawet od strony strukturalnej: "January" nagrano w Nowym Jorku, a zamyka ją improwizowana ballada pt. "New York 2007"; "Faithful" powstała w studio radiowym w Lugano, a ostatnia ścieżka krążka to "Lugano Lake". Na obu płytach kompozycje leadera przeplatają się z zapożyczeniami od innych muzycznych autorytetów. Już jednak w samym wyborze repertuaru Polacy poszli o krok dalej w nieznane. Nie ma już w tej muzycznej podróży bezpiecznych towarzyszy jak Bjork ("Hyperballad" z "Trio") Prince'a ("Diamonds and Pearls"), Morricone ("Cinema Paradiso"), czy ich wielki nauczyciel - Tomasz Stańko ("Balladyna").
Odwagi wymaga przełożenie na klasyczne trio muzyki Ornette'a Colemana, a w dodatku tytułowanie tak całej płyty. Ale jeśli radzi tak sam Manferd Eicher...
Album otwiera kompozycja Hannsa Eislera, autora m.in. hymnu NRD a także wieloletniego współpracownika Bertolta Brechta. Z nim właśnie napisali "An den kleinen Radioapparat", który na swą płytę zaadaptował Wasilewski. Zaraz po niej rozbrzmiewa niekwestionowany hit albumu autorska kompozycja polskiego pianisty "Night Traind To You". Choć można się śmiać, że jest to raczej historia podróży nocnym pociągiem z Koszalina do Warszawy przez Lębork, Malbork, Nasielsk, Legionowo... a raczej wygodna podróż Deutsche Bahnem z Dusseldorfu do Munchen, kompozycja jest lekka, pełna energii, pogody - prawdziwy przebój w jak najlepszym znaczeniu tego słowa. Wśród niebanalnych źródeł inspiracji pojawia się jeszcze w kompozycji "Oz Guizos" Hermeto Pascoal - brazylijski jazzman, którego podziwiać można np. w takiej odsłonie...
Najciekawsze, co chyba najważniejsze, są utwory napisane przez samego Wasilewskiego. Obok "Last train..." w pamięć wbija się "Song for Świrek". Dedykowana pamięci Marka Świerkowskiego kompozycja oparta jest jakby na gitarowym riffie, które tutaj wykonuje fortepian. Nie można pominąć "Mosaic", w którym prym wiedzie kontrabas Sławomira Kurkiewicza, czy nastrojowego "Woke up in the desert" i delikatnego, wspomnianego już finału "Lugano Lake".
Jeden z internautów (którego imię i nazwisko nie brzmiało zbyt słowiańsko) nazwał Marcina Wasilewskiego najlepszym pianistą tej planety od czasów... Fryderyka Chopina. Gdzie indziej znaleźć można, obok peanów na cześć "January" obawy czy polskie trio nie będzie miało syndromu drugiej płyty. Na "Faithful" idą za ciosem, szukając nowej muzyki, stawiając na własne pomysły i patenty, a przy tym płyta wydaje się w duchu weselsza. Tym bardziej cieszy, że ich kolejny krążek ma nosić tytuł "Eksperyment". Teoretycznie w trio musi być leader, i jest, jednak czuje się, że ten zespół to jeden organizm - wielką radość sprawia podglądanie jego ewolucji, według rzadko stosowanej nad Wisłą strategii "zrównoważonego rozwoju".
Kajetan Prochyra
http://klimatumiarkowanycieply.blogspot.com/
niedziela, 13 marca 2011
Angelica Sanchez "A Little House", Clean Feed 2011
Angelica Sanchez - piano, toy piano
Wytwórnia: Clean Feed
Rok wydania: 2011
Dla jednych określenie "awangardowy" działa jak zachęta, dla innych odstrasza przed sięgnięciem po daną płytę. Pierwsza solowa płyta nowojorskiej pianistki i kompozytorki Angelici Sanchez "A little house" może być szansą na spotkanie jednych i drugich. Może także i trzecich - amatorów krzyżówek i szarad...
Pierwszym Angelici Sanchez zapewne przedstawiać nie trzeba. Dla porządku wymienić można jej co bardziej znanych i pokręconych muzycznych partnerów: Wadada Leo Smith (Golden Quartet, Organic), Tony Malaby, Michael Formanek (Angelica Sanchez Quartet), Ralph Alessi, Paul Motian (Kevin Tkacz's Lethal Objection), Adam Lane, Tim Berne, Susie Ibarra i tak dalej... Sanchez bez wątpienia należy do gwiazd nowojorskiej sceny niezależnej. Koncerty ma zaplanowane średnio co tydzień, na ogół bez konieczności ruszania się z Nowego Jorku.
Słuchaczy szukających w muzyce ukojenia, bardziej niż mrożącej krew w żyłach przygody, przekonać może rekomendacja Carli Bley: "Jest taka muzyka, której najlepiej słucha się w samotności. [...] Każdy utwór jest jak historia opowiedziana ci w zaufaniu. [To płyta] pełna niespodzianek, elegancji, o ciekawej, pełnej odniesień strukturze, napisana nowatorskim językiem, zawierająca onieśmielająco oryginalną treść. Nawet utwory w całości improwizowane wydają się mieć swoją fabułę. Jeśli planujecie rozbić się na bezludnej wyspie, spakujcie zawczasu kopię "A Little House".
A teraz zachęta dla szaradzistów melomanów: (choć z drugiej strony dodać muszę klauzulę: UWAGA! Dalsza część artykułu może zawierać szczegóły fabuły i zakończenia. Tych, którzy chcą rozkodowywać płytę na własną rękę (ucho) - do czego zachęcam - odsyłam do ostatniego akapitu) Album otwierają dźwięki szarpanych ręką strun, przeplatane szybkimi, goniącymi po klawiaturze frazami, Nic na tym krążku nie jest jednak przypadkowe. Temat ten - "Chantico" - bierze swój tytuł od imienia azteckiej bogini złotników i jubilerów, a także domowników, którzy wierzyli, że weźmie ona pod swoją opiekę wszystkie drogocenne przedmioty, które pozostawili w domu. Po pokłonie Bogini, Sanchez rozpoczyna swą opowieść i odsłania skarby. Już po chwili muzykę wypełnia duch spokojnej, filmowej Ameryki w pieśni gwiazdy muzyki country - Hanka Thompsona "I'll Sign My Heart Away". W wersji oryginalnej jest to wyznanie mężczyzny na dzień przed ostateczną rozprawą rozwodową. W swojej wersji, Sanchez zastąpiła śpiew brzmieniem zabawkowego pianina.
"Along the Edge" nawiązuje delikatnie do utworu o podobnym tytule zespołu Concrete Blond. Portugalski tytuł "A Casinha Pequenina" czyli po portugalsku tytułowy A Little House - mały, maleńki domek, to nie językowy ukłon w stronę - Pedro Costy i wydawnictwa Clean Feed. Piękne lekko przytłumione dźwięki fortepianu interpretują tu głos Silvio Caldasa - brazylijskiego kompozytora i pieśniarza, autora tego tematu. Każdorazowe odkrycie inspiracji daje słuchaczowi oczywiście wielką satysfakcję. Im jednak bardziej zagłębiamy się w te poszukiwania, tym robi się dziwniej. Oto bowiem utwór "Streched", minimalistyczna, romantyczna ballada z elementami muzyki repetatywnej, sięga korzeniami do... twórczości izraelskiego zespołu psychodeliczno-transowego "Infected Mushroom". Fakt takiego spotkania i to, co wyniosła z niego Sanchez jest powalające... A tempo i szał nie zwalnia... "Trickle" to nawiązanie do utworu Morgan Van Dam spopularyzowanego przez reklamę telewizorów Samsung. "Crawl Space" to nie cytat z horroru z Klausem Kinskim w roli głównej, ale kompozycji Arta Farmera - a może jest to spotkanie jednego z drugim. Gdy dotarłem do końca albumu nabierając przekonania, że zagrany przez Sanchez na zabawkowym pianinie, brzmiącym jak pozytywka "Mimi" to cytat z piosenki pod tytułem "Mimi sara" włoskiego piosenkarza Francesco De Gregori, zacząłem się poważnie zastanawiać nad tym, czy aby nie zwariowałem, czy nie gram w filmie "Shutter Island" lub nie za dużo czasu spędzam na youtubie. Może (prawie) wszystkie te odwołania to bzdury i siła sugestii? A może nadużyłem zaufania Chantico...
Prawie każdy utwór na tej płycie to zagadka, cytat, odwołanie. Dekodowanie jej sprawia frajdę, podobną chyba do tej, którą mają amatorzy "Przekrojowych" krzyżówek. Nagroda w tym konkursie jest jednak niewymierna - zachwyt i podziw nad tym jak Angelica Sanchez przetwarza, a może po prostu słyszy muzykę. W tej muzyce nie ma grama kiczu, tandety, czy puszczania oka do słuchacza. Jej interpretacje brzmią jak nowocześnie zagrane jazzowe standardy, gdy w rzeczywistości są kolekcją muzyki, zbieraną przez artystkę zapewne przez całe życie. Płyta ta powinna być wydana podwójnie, wraz z oryginalnymi tematami - źródłami. Wtedy jednak słuchaczowi odebrano by szaradę a błyskotliwość Sanchez może nadto rzucałaby się w oczy. Cudowna, autorska muzyka.
Polecam, choć przestrzegam przed obłędem,
Kajetan Prochyra
http://klimatumiarkowanycieply.blogspot.com/
piątek, 4 marca 2011
Zofia Chabiera / Ksawery Wójciński, Chłodna 25, Warszawa, 4.03.2011
Zofia Chabiera - głos
Ksawery Wójciński - kontrabas
Trochę wstyd się przyznać, ale myślałem, że idę na koncert Mewy Chabiery, która na Chłodnej25 wystąpiła w bluesowym repertuarze w towarzystwie czołówki muzyków polskiej sceny improwizowanej. Po dłuższej chwili czekania i ogłoszeniu "Koncert się nie zacznie póki nie będzie zupełnej ciszy" zobaczyłem, że Mewa i Zofia Chabiera to bynajmniej nie ta sama osoba. Znakomitemu kontrabasiście Ksaweremu Wójcińskiemu (m.in. Hera) towarzyszyć będzie oto wokalistka o zupełnie innym (muzycznym) charakterze.
Koncert ten ucieszył mnie przeogromnie! Oto na scenie pojawiła się nowa śpiewająca (i grająca na skrzypcach) artystka, która muzykę, w tym repertuar jazzowego kanonu ("This Bitter Earth" Dinah Washington", "If it's magic" Stevie'go Wondera) interpretuje nie na wzór gwiazd wokalnej estrady, ale (jak sądzę) czerpiąc inspiracje od świętych-wariatek takich jak Meridith Monk czy młoda Judith Berkson. Właśnie na taką muzykę czekam. W dodatku Zofia Chabiera obdarzona jest fantastycznym, ciepłym, potężnym, charakterystycznym, uwodzicielskim głosem, którego nie boi się stawiać w niewygodnych sytuacjach. Mruczy, mlaszcze, kląska, piszczy, chrząka i śpiewa. Z Ksawerym Wójcińskim stworzyli w podziemiach Chłodnej intrygujący duet - na początku występu smyczkowy - kontrabas+skrzypce - a pod koniec czysto wokalny, świetnie bawiąc się hymnem "Hold on just a little while longer".
Do pełnego szczęścia zabrakło mi jednak elementu dość zasadniczego: koncepcji - pomysłu, który zbudowałby dramaturgie i z tego występu stworzył muzyczny spektakl - taki jak albumy i występy wspomnianych amerykańskich wokalistek-improwizatorek-performerek.
Potencjał na wielką muzykę i wielką sztukę jest.
Kajetan Prochyra
(http://klimatumiarkowanycieply.blogspot.com/)
Ksawery Wójciński - kontrabas
Trochę wstyd się przyznać, ale myślałem, że idę na koncert Mewy Chabiery, która na Chłodnej25 wystąpiła w bluesowym repertuarze w towarzystwie czołówki muzyków polskiej sceny improwizowanej. Po dłuższej chwili czekania i ogłoszeniu "Koncert się nie zacznie póki nie będzie zupełnej ciszy" zobaczyłem, że Mewa i Zofia Chabiera to bynajmniej nie ta sama osoba. Znakomitemu kontrabasiście Ksaweremu Wójcińskiemu (m.in. Hera) towarzyszyć będzie oto wokalistka o zupełnie innym (muzycznym) charakterze.
Koncert ten ucieszył mnie przeogromnie! Oto na scenie pojawiła się nowa śpiewająca (i grająca na skrzypcach) artystka, która muzykę, w tym repertuar jazzowego kanonu ("This Bitter Earth" Dinah Washington", "If it's magic" Stevie'go Wondera) interpretuje nie na wzór gwiazd wokalnej estrady, ale (jak sądzę) czerpiąc inspiracje od świętych-wariatek takich jak Meridith Monk czy młoda Judith Berkson. Właśnie na taką muzykę czekam. W dodatku Zofia Chabiera obdarzona jest fantastycznym, ciepłym, potężnym, charakterystycznym, uwodzicielskim głosem, którego nie boi się stawiać w niewygodnych sytuacjach. Mruczy, mlaszcze, kląska, piszczy, chrząka i śpiewa. Z Ksawerym Wójcińskim stworzyli w podziemiach Chłodnej intrygujący duet - na początku występu smyczkowy - kontrabas+skrzypce - a pod koniec czysto wokalny, świetnie bawiąc się hymnem "Hold on just a little while longer".
Do pełnego szczęścia zabrakło mi jednak elementu dość zasadniczego: koncepcji - pomysłu, który zbudowałby dramaturgie i z tego występu stworzył muzyczny spektakl - taki jak albumy i występy wspomnianych amerykańskich wokalistek-improwizatorek-performerek.
Potencjał na wielką muzykę i wielką sztukę jest.
Kajetan Prochyra
(http://klimatumiarkowanycieply.blogspot.com/)
niedziela, 30 stycznia 2011
Jason Moran "Ten", Blue Note 2010
Jason Moran: piano;
Tarus Mateen: bass;
Nasheet Waits : drums
Wytwórnia: Blue Note
Rok wydania: 2010
Jak pokazały praktycznie wszystkie jazzowe podsumowania, miniony rok miał jedną twarz: Jasona Morana. Nie tylko jego autorska płyta "Ten" triumfowała w zestawieniach niezliczoną ilość razy (m.in. NY Times, LA Times, JazzTimes, The Village Voice) ale w rankingu tego ostatniego płyty z udziałem młodego pianisty zajęły miejsca 1, 2, 4 i 10.
Choć rodzice Morana katowali go jazzem w samochodzie, a nawet, na dwa dni przed rozwiązaniem, zabrali go (jeszcze w fazie płodowej) na koncert Pharoah Sandersa, naturalnym językiem chłopaka z Houston przełomu lat 80/90 był rap. Stąd też cytowana już przeze mnie historia opowiedziana Maciejowi Karłowskiemu (Jazz Forum) przez Macieja Obarę:
"JF: Miałeś z nim zajęcia?
MO: Tak, z jego zespołem. I powiem szczerze, były to zajęcia, po których można dostać zawrotu głowy. Zaczęły się trochę nietypowo i zaskakująco, jak dla mnie. Moran przyniósł ze sobą kilka płyt. Zagrał fragmenty każdej, po czym wyłączył sprzęt i powiedział jasno „To jest moja kultura! W otoczeniu takiej muzyki się wychowałem. Taka muzyka jest dla mnie ważna. Jest ona częścią mnie i reprezentuje moim zdaniem to, co dzisiaj jest żywe w muzyce Afroamerykanów”. Z głośników popłynęły natomiast nagrania jego kolegów raperów, którzy przeklinali siarczyście i opowiadali w swoich tekstach bardzo groźne rzeczy. O większości nie słyszałem nigdy i pewnie nigdy więcej nie usłyszę. To było trochę szokujące.
JF: To, że przyznał się otwarcie, że hip-hop jest dla niego ważny?
MO: Nie to, choć po części też. My, znając go z płyt czy koncertów, zwykliśmy postrzegać go jako bardzo utytułowanego, bardzo ważnego i wyśmienitego pianistę jazzowego. A tu słowo jazz przez dłuższy czas wcale nie padło. Szokujące najbardziej było to, że ani przez chwilę w ustach Morana nie pojawiło się zwątpienie, że najważniejsze jest być w muzyce jak najbardziej uczciwym wobec siebie. Wychowałeś się na Bronksie, to nie udawaj, że to nie twoja muzyka i nie twoja kultura.”
Moran szybko jednak zasłuchał się także w muzyce Theloniousa Monka. Uznał, że to właśnie w jego grze wszystko jest tak, jak być powinno. Ponieważ zaś wychowywał się w domu, w którym sztuka i artyści pojawiali się na porządku dziennym, równolegle do jazzu zajmowało go XX wieczne malarstwo. Chociaż mówi o sobie: uzależniony od komputera Teksańczyk, który gra na pianinie, obie pasje pozostały w nim do dziś. Na jego kolejnych płytach znaleźć można nawiązania do dzieł Basquiata (utwór "JAMO meets SAMO" z płyty "Soundtrack for a Human Motion"), Egona Schiele czy teorii amerykańskiego artysty interdyscyplinarnego Roberta Rauchenberga (kolażowa konstrukcja albumu "Black Star").
Jego trio, z którym gra do dziś pod szyldem "The Bandwagon" (Tarus Mateen na basie i Nasheet Waits na perkusji) zadebiutowało na rynku płytą "Soundtrack to Human Motion" w 1999 roku. Zespół z miejsca stał się jednym z najgorętszych składów amerykańskiej sceny. Przez kolejne dwa lata powstały "Facing left" i "Black Star" z udziałem legendarnego multiinstrumentalisty free jazowego Sama Riversa. Liczba nagród jakie zebrały te nagrania (Stowarzyszenia jazzowych krytyków amerykańskich JJA, opiniotwórczych gazet) jest zbyt długa by ją tu cytować. Wspomnę tylko o jednym wyróżnieniu: przyznanym Moranowi MacArthur Fellowship, zwanym Genius Award - to mówi samo za siebie.
Konsekwencją tych sukcesów były zaproszenia płynące pod adresem pianisty z najróżniejszych instytucji. Kilkakrotnie gościł już np. w legendarnym MoMA (Museum of Modern Arts, NYC). Ostatnio wspólnie z Glennem Ligonem stworzył film "Śmierć Toma" w ramach wystawy poświęconej pionierom amerykańskiej kinematografii. Obraz z muzyką Morana nawiązuje do końcowych scen filmu Thomasa Eddisona "Chata wuja Toma" z 1901 roku. Ostatnio "The Bandwagon" nagrał ścieżkę dźwiękową do filmu dokumentalnego, opisujcego wizytę Roberta Kennedyego w RPA w czasie apartheidu. Film nosi tytuł "Szmer Nadziei". Innym, mniej politycznie zaangażowanym przedsięwzięciem, do którego zaproszono młodego pianistę było "In My Mind: Monk at Town Hall, 1959" - multimedialny projekt nawiązujący do słynnej płyty Theloniousa Monka. W swoim dorobku ma także Moran muzykę do przedstawienia baletowego pt. "Refractions", wielu instalacji wideo a w tym roku powinna objawić się światu jego wspólna praca z Mshell Ndgeochello poświęcona muzyce Fatsa Wallera.
W przerwie od studyjnego grania z trio Moran nagrał albumy: solowy pt. "Modernistic", studium nad bluesem pt. "Same mother" (bo jazz i blues mają wspólną matkę, ale różnych ojców), "Artist in Residence" zbierającą jego "prace zlecone", będące często ponad-gatunkowymi, multimedialnymi eksperymentami a także zarejestrował koncertowy album swego trio "The Bandwagon life at Village Vanguard". Obok pracy jako leader, przez ostatnie lata Moran zasilał swoim talentem zespoły wielu mistrzów, takich jak Charles Lloyd ("Rabo de Nube", "Mirror", wspólnie wystąpili w zeszłym roku we Wrocławiu), Rudresh Mahanthappa i Bunky Green ("Apex"), Paul Motian ("Lost in dream"), Christian McBride ("Live at Tonic"), Steve Coleman, Lee Konitz, Don Byron czy Cassandra Wilson.
Po pracy Moran wraca do pięknej żona sopranistki Alice Hall Moran (z którą czasem spotyka się również na scenie) oraz do dwóch, małych jeszcze, bliźniaków. W wolnym czasie dokupuje kolejne okazy do swojej kolekcji dizajnerskich mebli. W trasę zabiera ze sobą zawsze, stołeczek do fortepianu, wymyślony specjalnie dla niego przez duńską projektantkę Susanne Forsgreen.
"TEN"
Płyta "Ten" czyli dziesięć, nazywa się tak dla uczczenia dekady wspólnego grania Morana, Mateena i Waitsa, a za razem jest to ich powrót do studia po ośmiu latach od "Black Star".
Okładka albumu nawiązuje do prostych, oszczędnych wydań nagrań Blue Note sprzed lat. Zaprojektował ją Adam Pendelton. 10 kropek w ruchu, skierowanych w określonym kierunku. Z boku napis "Jason Moran". Bez zbędnych wariacji, nawet bez tytułu płyty.
Na krążku zaś 13 kompozycji. Jak na płytę "jubileuszową" przystało, istotną część albumu stanowią hołdy złożone wielkim nauczycielom Morana - Andrew Hillowi ("Play to live"), Theloniousowi Monkowi ("Crepuscule With Nellie") czy mniej znanemu kompozytorowi Conlonowi Nancarrowowi ("Study no. 6"), który jako jeden z pierwszych pisał utwory na pianolę, wykorzystując potencjał maszyny jako wykonawcy, w miejsce żywego pianisty. Poza tym na płycie znaleźć można temat z wspomnianego już filmu dokumentalnego "RFK in the Land of Apartheid", utwór napisany do przedstawienia baletowego ("Pas De Deux-Lines Ballet"), do tego znany z wcześniejszych albumów basquiat'owski "Gangsterism" a także garść zupełnie nowych kompozycji. Jak powiedział w jednym z wywiadów sam Moran o kluczu repertuarowym "Ten" "Czasami najlepiej jest po prostu grać".
Trudno do płyty tak obsypanej nagrodami nie podejść z wielkimi oczekiwaniami. Moran jednak nie stara się tu wcale wymyślić cudów. To rzeczywiście zbiór jego imponującego dorobku artystycznego i mapa muzycznych poszukiwań. Album jest wręcz zaskakująco przystępny i melodyjny, jednak pod tą powierzchnią znajduje się wirtuozeria i polot świetnie rozumiejących się muzyków. Do tego Moran wie, że może sobie pozwolić np. na wstęp do utworu "Old Babies" wykonany przez niego na fortepianie oraz jego śpiewająco-podgadujące, niemówiące jeszcze bliźniaki.
Wydaje się, że topowi pianiści amerykańscy tacy jak Moran czy Vijay Iyer idą w pewien sposób podobną drogą - bardzo świadomi pochodzenia i historii muzyki improwizowanej (obaj są uczniami Andrew Hilla), przetwarzają ją, wzbogacając język jazzu o swój, czy to południowy akcent i miłość do hip hopu Morana czy to hinduskie korzenie i muzyczne dorastanie przy Michaelu Jacksonie Iyera. Na swoich płytach opowiadają jednak odrębne, osobiste, autobiograficzne historię.
Kajetan Prochyra
(http://klimatumiarkowanycieply.blogspot.com/)
wtorek, 18 stycznia 2011
Chris Lightcap's Bigmouth "Deluxe", Clean Feed, 2010
Andrew D'Angelo (as),
Chris Cheek (ts),
Chris Lightcap (b),
Craig Taborn (p),
Gerald Cleaver (d),
Tony Malaby (ts),
Wytwórnia: Clean Feed
Rok wydania: 2010
Zarówno nastawione na awangardę rankingi europejskich blogerów jak i zupełnie mainstreamowe amerykańskie zestawienia Village Voice czy AllAboutJazz uznały, że miniony rok należał w dużej mierze do artystów związanych z wytwórnią Clean Feed. Albumy ze znakiem tego portugalskiego wydawnictwa, choć prawie nad Wisłą niedostępne, mają u nas coraz większe grono miłośników, by nie powiedzieć "wyznawców". Długo zastanawiałem się który tytuł z ich katalogu wybrać (na początek) na naszą płytę tygodnia. Fenomenalny koncert grupy Angles pt. "Epileptical West" czy też wielokrotnie oklaskiwany dwupłytowy album Adam Lane's Full Throttle Orchestra pt. "Ashcan Rantings". W końcu zdecydowałem się na papierek lakmusowy nowej amerykańskiej sceny jazzowej: Chris Lightcap's Bigmouth i album "Deluxe".
Dlaczego papierek lakmusowy?
Choć może nazwisko leadera - kontrabasisty Chrisa Lightcapa - nie budzi jeszcze zbyt wielu skojarzeń, to jego koledzy - Craig Taborn i Gerald Cleaver już powoli powinni. Pierwszy jest za oceanem nowym, choć już nie takim bardzo młodym, talentem jazzowego fortepianu (tradycyjnego a częściej elektrycznego). Miarą jego potencjału mogą być chociażby wspólne płyty z Roscoe Mitchellem (na ostatniej, "Far side", grał na klawiszach obok Vijay'a Iyera). W tym roku nakładem ECMu ukaże się jego pierwsza płyta solo.W międzyczasie pracuje z Tomaszem Stańko i jego nowym, arcyciekawym zespołem (jeden Fender-Rhodes Taborn, drugi Dominik Wania, Sławomir Kurkiewicz na kontrabasie, Joey Baron na perkusji i Stańko.. na trąbce). Gerald Cleaver to częsty towarzysz Taborna za zestawem perkusyjnym, ogromnie lubiany przez muzycznych cudownych szaleńców takich jak Marilyn Crispell, David Torn, Henry Threadgil czy William Parker. .
Skład Bigomuth dominują jednak saksofony: dwa tenorowe - Chris'a Cheeka i Tony'ego Malaby'ego oraz alt Andrew D'Angelo. Pierwszy z nich pojawił się na przeszło 60 albumach, m.in. Paula Motiana czy Charlie Haden Liberation Music Orchestra. Wydał także trzy autorskie albumy dla Fresh Sound. Malaby to doświadczony muzyk, jedna z gwiazd Clean Feed, w minionym roku wydał studyjny i koncertowy album swojego trio Tamarindo z Williamem Parkerem na kontrabasie i Nasheetem Waitsem na bębnach (tym samym, z którym Maciej Obara nagrał album "Four").
Sam Lightcap grywał wcześniej z muzykami od Reginy Carter po Marca Ribota i Anthony Colemana.
Panowie w tym składzie wydali wcześniej album pod tytułem "Bigmouth" w ekstraklasie juniorów, czyli serii wydawniczej Fresh Sound New Talent (tej samej, w której dwa lata temu ukazał się krążek "Children's Episode" tria Piotra Wyleżoła). Obecnie jego zespół można usłyszeć w klubie "The Stone" Johna Zorna.
Zagęszczenie nazwisk, tytułów płyt i wydawnictw na jeden akapit jest oczywiście absurdalnie duże, z drugiej jednak strony kolejne odsłony wydawnicze Clean Feed zdają się zachęcać do googlowania i szukania wzajemnych muzycznych powiązań artystów. Portugalczycy przedstawiają fascynujący świat brzmień, absolutnie poza obiegiem głównego nurtu, odsłaniający prawdziwe muzyczne życie Nowego Jorku, USA, Europy i reszty świata...
Co znajdziemy na "Deluxe"?
Przede wszystkim melodie, bogate brzmienie i energię. Fantastycznie współbrzmi ze sobą sekcja rytmiczna wraz z organami Taborna wespół z trzema, raz przeplatającymi się, raz przekrzykującymi, a raz grającymi jak orkiestra saksofonami. Właściwie każdy utwór jest świetny - od otwierającego płytę elektrycznego, nu-jazzowego "Platform", przez kapitalną balladę "Silvertone", której ostatnia część to pierwszorzędny koncert na trzy saksofony, melodyjny "Ting", nastrojowy, oszczędny "Year of the Rooster" czy w zupełnie inny sposób nostaligiczny "The Clutch" lub improwizowany, krzykliwy "Fuzz".
Trudno jasno uznać kto nadaje ton tej małej orkiestrze, tak świetnie uzupełniają się ze sobą muzycy: czy to otwierający groovowym pochodem Lightcup z Cleaverem, czy elektryzujący Taborn, czy fenomenalni saksofoniści. Płyta jest z jednej strony bardzo łagodna, miła i przyjemna, z drugiej na każdym rogu czai się porządny jazzowy pazur. Album z charakterem.
Kajetan Prochyra
http://klimatumiarkowanycieply.blogspot.com/
Chris Cheek (ts),
Chris Lightcap (b),
Craig Taborn (p),
Gerald Cleaver (d),
Tony Malaby (ts),
Wytwórnia: Clean Feed
Rok wydania: 2010
Zarówno nastawione na awangardę rankingi europejskich blogerów jak i zupełnie mainstreamowe amerykańskie zestawienia Village Voice czy AllAboutJazz uznały, że miniony rok należał w dużej mierze do artystów związanych z wytwórnią Clean Feed. Albumy ze znakiem tego portugalskiego wydawnictwa, choć prawie nad Wisłą niedostępne, mają u nas coraz większe grono miłośników, by nie powiedzieć "wyznawców". Długo zastanawiałem się który tytuł z ich katalogu wybrać (na początek) na naszą płytę tygodnia. Fenomenalny koncert grupy Angles pt. "Epileptical West" czy też wielokrotnie oklaskiwany dwupłytowy album Adam Lane's Full Throttle Orchestra pt. "Ashcan Rantings". W końcu zdecydowałem się na papierek lakmusowy nowej amerykańskiej sceny jazzowej: Chris Lightcap's Bigmouth i album "Deluxe".
Dlaczego papierek lakmusowy?
Choć może nazwisko leadera - kontrabasisty Chrisa Lightcapa - nie budzi jeszcze zbyt wielu skojarzeń, to jego koledzy - Craig Taborn i Gerald Cleaver już powoli powinni. Pierwszy jest za oceanem nowym, choć już nie takim bardzo młodym, talentem jazzowego fortepianu (tradycyjnego a częściej elektrycznego). Miarą jego potencjału mogą być chociażby wspólne płyty z Roscoe Mitchellem (na ostatniej, "Far side", grał na klawiszach obok Vijay'a Iyera). W tym roku nakładem ECMu ukaże się jego pierwsza płyta solo.W międzyczasie pracuje z Tomaszem Stańko i jego nowym, arcyciekawym zespołem (jeden Fender-Rhodes Taborn, drugi Dominik Wania, Sławomir Kurkiewicz na kontrabasie, Joey Baron na perkusji i Stańko.. na trąbce). Gerald Cleaver to częsty towarzysz Taborna za zestawem perkusyjnym, ogromnie lubiany przez muzycznych cudownych szaleńców takich jak Marilyn Crispell, David Torn, Henry Threadgil czy William Parker. .
Skład Bigomuth dominują jednak saksofony: dwa tenorowe - Chris'a Cheeka i Tony'ego Malaby'ego oraz alt Andrew D'Angelo. Pierwszy z nich pojawił się na przeszło 60 albumach, m.in. Paula Motiana czy Charlie Haden Liberation Music Orchestra. Wydał także trzy autorskie albumy dla Fresh Sound. Malaby to doświadczony muzyk, jedna z gwiazd Clean Feed, w minionym roku wydał studyjny i koncertowy album swojego trio Tamarindo z Williamem Parkerem na kontrabasie i Nasheetem Waitsem na bębnach (tym samym, z którym Maciej Obara nagrał album "Four").
Sam Lightcap grywał wcześniej z muzykami od Reginy Carter po Marca Ribota i Anthony Colemana.
Panowie w tym składzie wydali wcześniej album pod tytułem "Bigmouth" w ekstraklasie juniorów, czyli serii wydawniczej Fresh Sound New Talent (tej samej, w której dwa lata temu ukazał się krążek "Children's Episode" tria Piotra Wyleżoła). Obecnie jego zespół można usłyszeć w klubie "The Stone" Johna Zorna.
Zagęszczenie nazwisk, tytułów płyt i wydawnictw na jeden akapit jest oczywiście absurdalnie duże, z drugiej jednak strony kolejne odsłony wydawnicze Clean Feed zdają się zachęcać do googlowania i szukania wzajemnych muzycznych powiązań artystów. Portugalczycy przedstawiają fascynujący świat brzmień, absolutnie poza obiegiem głównego nurtu, odsłaniający prawdziwe muzyczne życie Nowego Jorku, USA, Europy i reszty świata...
Co znajdziemy na "Deluxe"?
Przede wszystkim melodie, bogate brzmienie i energię. Fantastycznie współbrzmi ze sobą sekcja rytmiczna wraz z organami Taborna wespół z trzema, raz przeplatającymi się, raz przekrzykującymi, a raz grającymi jak orkiestra saksofonami. Właściwie każdy utwór jest świetny - od otwierającego płytę elektrycznego, nu-jazzowego "Platform", przez kapitalną balladę "Silvertone", której ostatnia część to pierwszorzędny koncert na trzy saksofony, melodyjny "Ting", nastrojowy, oszczędny "Year of the Rooster" czy w zupełnie inny sposób nostaligiczny "The Clutch" lub improwizowany, krzykliwy "Fuzz".
Trudno jasno uznać kto nadaje ton tej małej orkiestrze, tak świetnie uzupełniają się ze sobą muzycy: czy to otwierający groovowym pochodem Lightcup z Cleaverem, czy elektryzujący Taborn, czy fenomenalni saksofoniści. Płyta jest z jednej strony bardzo łagodna, miła i przyjemna, z drugiej na każdym rogu czai się porządny jazzowy pazur. Album z charakterem.
Kajetan Prochyra
http://klimatumiarkowanycieply.blogspot.com/
poniedziałek, 3 stycznia 2011
Medeski, Martin & Wood "The Stone: Issue 4", Tzadik 2010
Billy Martin: Drums, Percussion
John Medeski: Piano, Melodica
Chris Wood: Bass
Wytwórnia: Tzadik
Rok wydania: 2010
Masz ochotę na naprawdę świetną, akustyczną, energetyczną płytę? Chcesz odkryć mniej znane oblicze panów Medeskiego, Martina i Wooda i jednocześnie rozpocząć nowy rok od dobrego uczynku? Albo przynajmniej odrobinę polansować się wśród współ-jazz-fanów? Natychmiast zamawiaj The Stone Issue 4!
John Zorn nie jest chyba pierwszym nazwiskiem, które kojarzy się z dotychczasowym dorobkiem tria Medeski Martin and Wood. John - tak, ale Scofield! To z nim nagrali swoje, chyba najsłynniejsze płyty - "A go go" i "Out Lauder". Prawdziwi fani MMW przypomną jednak ich tzadikową płytę "Zaebos" - XI księgę Aniołów, lub koncerowy album "Tonic" nagrany w słynnym, nieistniejącym już nowojorskim klubie Zorna. Zornolodzy natomiast wyliczą co najmniej kilkanaście albumów ze znaczkiem tsade, na których czy to John Medeski na instrumentach klawiszowych, Chris Wood na kontrabasie czy Billy Martin na bębnach wspierali najróżniejsze tuzy nowojorskiej awangardy, głównie pod szyldem Radical Jewish Culture. The Stone: Issue 4 to jednak nieco inna historia.
The Stone nie jest klubem. Nie ma tam piwa, nie można palić, nie sprzedajemy tam niczego - oprócz muzyki. 100% pieniędzy z biletów idzie do artystów, którzy grają danego wieczoru. 100%. Z czego więc płacimy czynsz? Raz w miesiącu gramy koncert - rent-party. Dochód z tego jednego koncertu idzie na opłaty i czynsz. To stary zwyczaj z East Village, jeszcze z lat 40tych. Dzięki takiej przejrzystości finansowej artyści mogą pozwolić sobie na pełną swobodę.Istotną cechą The Stone jest też tryb kuratorski: jeden artysta zostaje kuratorem miesiąca i to on zaprasza muzyków, decyduje kto co i kiedy zagra.Ten model będzie działał wszędzie tam, gdzie jest wspólnota - gdzie są ludzie, którzy chcą słuchać muzyki. John Zorn, Festiwal Kody, Lublin 2010. The Stone jest więc miejscem czy wręcz ideą nietuzinkową. Kuratorami miesiąca są tam zarówno międzynarodowe gwiazdy - Wayne Horvitz, Joey Baron, Lou Reed i Laurie Anderson (luty 2011) czy mniej znane a intrygujące osobowości sceny nowojorskiej i nie tylko. Oprócz rent-party, dla pozyskania środków finansowych na utrzymanie tego ośrodka twórczego, wydawane są płyty. Poprzednia "Issue 3" była dziełem tria John Zorn, Laurie Anderson i Lou Reed. Wcześniejszą nagrali razem Fred Frith i Chris Cutler. Na wydawniczy debiut The Stone sam zaprosił Zorn swoich wieloletnich muzycznych towarzyszy: Dave'a Douglasa, Mike'a Pattona, Billa Laswella, Roba Burgera i Bena Perowsky'ego. Dochód ze sprzedaży albumów w całości zasila konto The Stone.
Numer 4 to krok w stronę łagodniej usposobionych fanów jazzu. Medeski, Martin i Wood serwują nam akustyczną, improwizowaną muzykę, która nierzadko porywa do tańca. Nagrania - fenomenalnie zrealizowanego - dokonano na koncercie w Japonii. Słychać tu doskonale, że jest to spotkanie muzyków z publicznością a nie tylko utwory zakończone oklaskami. Na krążek złożyło się 5 kompozycji, wśród których nie zabrakło hitów "Amber gris" czy "We are all conected" a nawet standardu Buda Powella "Buster Rides Again".Muzycznie... Komplementować czy tym bardziej krytykować trio Medeski Martin i Wood to tak jak recenzować płyty Jarretta, Shortera czy innych wielkich muzyki. Są w kapitalnej formie a ich muzyczne pomysły, ścieżki wspólnych muzycznych poszukiwań i zabaw są nadal świetne i świeże. Wielką frajdą jest słuchanie ich na żywo i bez prądu: komputerów, sampli, przetworników - w czystej, stricte jazzowej postaci.
Ne jestem ani miłośnikiem fusion ani funky ani nawet groove zbytnio mnie nie rusza. Na tym krążku jest to wszystko i dużo więcej, a ja nie mogę przestać go słuchać.
RadioJAZZ.FM Poleca!
Kajetan Prochyra
klimatumiarkowanycieply.blogspot.com
Podsumowanie.PL
Epicki tekst Mariusza Hermy podsumowujący rok 2010 w muzyce i prognozujący lepsze jutro, skłonił mnie do tego aby choć spróbować napisać podsumowanie a nie tylko wypunktować najlepsze owoce jazzowego drzewa 2010.
AWANGARDA ZASTĄPIŁA GŁÓWNY NURT
Przyjemnie rozpocząć od połechtania naszej patriotycznej próżności. Polska muzyka improwizowana jest dziś drugą albo i pierwszą siłą jazzową w Europie (rywalizując ze Skandynawią traktowaną en bloc). Artyści spomiędzy Odry i Bugu, szczególnie ci spoza głównego nurtu, nagrywają dla cenionych wytwórni na kontynencie i za oceanem. Nawet nowości ze znakiem rodzimych wydawnictwa takich jak Not Two, Lado ABC czy Multikulti Project stają się obowiązkowymi pozycjami na półkach miłośników nowego jazzu (tfu tfu awangardy) z całego świata. Niezależna scena jazzowa jest nawet, jak pisał Bartek Chaciński w "Polityce", naszym głównym muzycznym towarem eksportowym. Pytanie jednak nasuwa się następujące: czy to nasz jazz jest taki mocny czy też Wacław Zimpel, Mikrokolektyw czy Levity są muzycznym Adamem Małyszem - rywalizującym w dziwnej konkurencji, zaspokajającym ale i usypiającym nasze ambicje, a ich sukcesy nijak mają się do kondycji gatunku.
Główny nurt wysycha
Nie kryłem się nigdy z sympatią i podziwem do norweskiego jazzu. Oczywiście warto byłoby postawić w tym miejscu gwiazdkę i zaznaczyć jak inaczej finansowana jest kultura w Skandynawii, co i my, dzięki funduszom norweskim, obserwujemy coraz wyraźniej. Chcąc najkrócej wyrazić co tak bardzo podoba mi się w muzyce północy, posłużę się fragmentem koncertu, który już raz na tym blogu publikowałem:
Festiwal jazzowy w Oslo - impreza porównywalna z obecnym Jazz Jamboree. Koncert poświęcony legendarnej w Norwegii, raczej mało znanej gdzie indziej, wspaniałej, niestety przedwcześnie zmarłej wokalistce - Radce Toneff. Na jednej scenie grają: ojcowie norweskiego jazzu: Jon Christensen, Arild Andersen czy współautor sukcesu Radki - Steve Dobrogosz - obok nich pop/jazzowa wokalistka Solveig Slettahjell i kojarzony z awangardą trębacz Arve Henriksen. A do tego jeszcze pół tuzina innych artystów pomiędzy. Efekt - jak widać na filmie... Muzycy z różnych światów, podgatunków, nurtów czerpią i tworzą jednocześnie siłę sceny, głównego nurtu - budują jakość, którą nazywa się norweskim jazzem. Przykład: Przed miesiącem ukazała się w europejskiej dystrybucji nowa płyta wspomnianej Solveig Slettanhjell pt. "Tarpan Seasons". Świetna a zarazem łatwa i przyjemna płyta, która, choć w języku Shakespeare'a, czy raczej McDonalds'a, nie jest kopią stylu Blue Note lub cytatem z innych amerykańskich śpiewników, za to wyraźnie słychać na niej skandynawską estetykę - oszczędność, nowe brzmienia, połączenie elementów czysto akustycznych z elektroniką. A do tego made in Norway są jeszcze przecież Jaga Jazzist, Atomic, Nils Peter Molvaer, flota artystów ECM'owych od Garbarka przez Torda Gustavsena po Trygve Seima, guru freejazzowej perkusji Paal Nilssen-Love, folkpopowa wokalistka Mari Boine czy kultowe wytwórnie Rune Grammofon, Smalltown Superjazzz czy Jazzland.
W Polsce w podobnym do "Til Radka" przedsięwzięciu miałem przyjemność uczestniczyć przed miesiącem: W Dniu Szakala - charytatywnym koncercie dla Tomasza Szukalskiego - wzięli udział praktycznie wszyscy polscy "mejdżersi" - od Stańki, Możdżera, Agi Zaryan przez Michała Urbaniaka, Ewę Bem, Urszulę Dudziak po Adama Makowicza i Wasilewski Trio. Nikt jednak - oprócz Łukasza Żyty, który na perkusji towarzyszył wielu składom - nie wszedł z innymi w dialog. Każdy zagrał swoje - świetnie - i do garderoby. Tam wspominali dobre czasy, wymieniali się dowcipami, ale muzyką, inspiracjami - chyba - już nie.
Odbicie tej sytuacji widać na półce z płytami. Polski jazz (mainstream? - jak kto woli) wydawany jest przez kilkanaście maluteńkich wytwórni - Ars Cameralis nie pokusiło się nawet o stworzenie strony internetowej informującej o ich wydawniczej działalności /płyty Macieja Obary/ a tak, bardzo celnie, opisuje jakość edytorską wydanej przez Fonografikę nowej płyty Piotra Wyleżoła Maciej Nowotny: "Okładka brzydka i kompletnie bez związku z muzyką na płycie, a to niestety nie wszystko: krzywo wydrukowany tekst z tytułami utworów, w tytule Dr Holmes z kropką czyli kłania się znajomość ortografii i wreszcie pomyłka na liście utworów, gdzie bonus track to właśnie rzeczony Dr Holmes, a nie Snake, jak wydrukowano na okładce."
W konsekwencji artyści ambitniejsi przy odrobinie szczęścia i zapału wydają swoją muzykę w firmach zagranicznych, jak np. Adam Pierończyk w berlińskim Jazzwerkstatt czy Leszek Możdżer niemieckim w ACT. Nie miał tyle energii Leszek Kułakowski i jego "Code Numbers", która z pewnością mogłaby zrobić karierę europejską, pozostanie raczej kolekcjonerskim rarytasem.
Nie trzeba mieć zbyt wiele palców, nie wspominając o drugiej ręce, by policzyć poważnych jazzowych producentów muzycznych. Wawrzyniec Mąkinia w Multikulti, Paweł Szamburski/Macio Moretti w LADO ABC... Efekty ich pracy widać od razu - Levity na koncertach i płytach w Japonii, z kontraktem z Universal Music itp, Zimpel z nagrodami, trasami zagranicznymi a polscy awangardziści na naukach u Kena Vandermarka. W większości pozostałych przypadków artyści sami są sobie sterem, żeglarzem, okrętem, wiatrem, inspiracją, doradcą, managerem, producentem a w konsekwencji także słuchaczem. Nie dziwi więc, że niechętnie słuchają oni tego co gra się poza 3-5 klubami jazzowymi w naszym kraju.
Co się nosi na świecie - to nas zupełnie nie obchodzi...
Wyważaniem otwartych już drzwi jest stwierdzenie, że Europa wytworzyła swoją własną odmianę jazzu, coraz mniej związaną z amerykańskimi, bawełnianymi korzeniami - europejską muzykę improwizowaną. Czerpie ona z muzyki klasycznej, współczesnej, ludowej a z drugiej strony z dorobku elektroniki. Można to z jednej strony uznać za modę, z drugiej jednak jest to przecież sposób na opowiadanie o sobie, czy też badanie i interpretację własnej kultury, własnych korzeni - tak jak, na drugim biegunie czyni to, cytowany przez Macieja Obarę w rozmowie z Maciejem Karłowskim, Jason Moran - osoba numer 1 amerykański sceny jazzowej 2010 (autor lub współautor albumów nr 1, 2, 4 i 10 w tegorocznym rankingu krytyków magazynu Village Voice): "Moran przyniósł ze sobą kilka płyt. Zagrał fragmenty każdej, po czym wyłączył sprzęt i powiedział jasno „To jest moja kultura! W otoczeniu takiej muzyki się wychowałem. Taka muzyka jest dla mnie ważna. Jest ona częścią mnie i reprezentuje moim zdaniem to, co dzisiaj jest żywe w muzyce Afroamerykanów”. Z głośników popłynęły natomiast nagrania jego kolegów raperów, którzy przeklinali siarczyście i opowiadali w swoich tekstach bardzo groźne rzeczy. O większości nie słyszałem nigdy i pewnie nigdy więcej nie usłyszę. To było trochę szokujące."
Podobną introspekcję przeprowadza na płycie "Solo" Vijay Iyer - malując swój muzyczny autoportret z pomocą utworów i artystów, którzy uczyli go czym jest granie. Bez nich i ich patentów ("Patterns") nie byłoby dziś Iyera - jednego z najważniejszych kompozytorów, pianistów i nowych narratorów światowego jazzu.
Wśród polskich artystów takie myślenie i poszukiwania obserwuję chyba tylko u Macieja Obary - zaskakująco pomijanego przez wielkonakładowe media - czy, w nieco innej odmianie, u uznanych, wspomnianych już awangardzistów - Zimpla, Rogińskiego czy Mikołaja Trzaski. Poza wyżej wymienionymi jeszcze, będący od lat pod ECMowskimi skrzydłami, Wasilewski Trio wpisuje się w nurt europejskiej muzyki improwizowanej - zarówno gatunkowo, ale i pod względem posłuchu poza granicami RP. Źródeł słabego rozwoju elektroniki w jazzie upatrywałbym natomiast w wysokich cenach komputerów z jabłuszkiem i odpowiedniego do nich oprogramowania, nieproporcjonalnych do zarobków polskich artystów za job.
Komeda...
Rok 2011 poświęcony będzie Marii Skłodowskiej, Czesławowi Miłoszowi a także... Krzysztofowi Komedzie Trzcińskiemu. 27 kwietnia obchodzilibyśmy bowiem jego 80te urodziny. Norwegia nie ma swojego Komedy. Ośmieliłbym się stwierdzić, że Europa nie miała i nie ma do dziś drugiego takiego kompozytora jazzowego jak Komeda. I co z tego?
No właśnie. Na razie pojawiły się dwie, całe szczęście zupełnie udane płyty poświęcone autorowi "Sleep safe and warm" - Adama Pierończyka "Komeda" i Jana Bokszczanina "Komeda Inspirations". Czy potrafimy jednak na naszym podwórku nadbudować coś na Komedzie? Czy czeka nas jednak rok jazzowej Komedii, tak jak zamęczaliśmy Frycka Chopinem na jazzowo AD 2010? Właśnie w roku Komedy przydałby się taki polski John Zorn, który potrafiłby nie tylko skrzyknąć kolegów i stworzyć wydawnictwo, ale także zbudować polski The Stone albo i pójść o krok dalej...
Przydałoby się Laboratorium Improwizacji, na wzór Słobodziankowego Laboratorium Dramatu, Szczygłowo-Tochmanowego Insytut Reportażu, czy Mistrzowskiej Szkoły Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy. W Laboratorium muzycy nie tylko mogliby próbować, grać koncerty, nagrywać płyty, ale także uczyć się na warsztatach czy master classach artsytów i pedagogów pokroju Marilyn Crispell, Ralpha Alessiego, Zorna (czemu nie?), Charles Lloyda, Jasona Morana. Enrico Ravy, Jona Balke czy Jona Christensena. Laboratorium powinno zorganizować konferencje dla producentów: dlaczego we Włoszech może sprawnie działać wydawnictwo EGEA nie wspominając o światowej sławie niemickich ECMu i ACTu, szwajcarskiego HatHut czy wspomnianych norweskich Rune czy Smalltown? Dlaczego ich płyty można znaleźć w sklepach w krajach ojczystych i nie tylko?
A talentów - jak zawsze i w każdej dziedzinie poza piłką nożną - nam nie brakuje.
Ten tekst już jest za długi, więc może powstrzymam się od podsumowań jazzowych dla reszty świata. Wspomnę tylko, że nie rozumiem muzyki najbardziej cenionych amerykańskich artystów 2010 takich jak Henry Threadgill, Steve Lehman czy Rudresh Mahathappa. Może oświecenie przyniesie mi rok 2011.
Na koniec, wracam do początku, czyli do tekstu Mariusza Hermy: "dzisiejsza muzyka jest kiepska? źle szukasz!" Dobrej muzyki w 2011 życzyć więc nie trzeba. Życzę więc chęci i czasu na jej poszukiwania.
Kajetan Prochyra
klimatumiarkowanycieply.blogspot.com
AWANGARDA ZASTĄPIŁA GŁÓWNY NURT
Przyjemnie rozpocząć od połechtania naszej patriotycznej próżności. Polska muzyka improwizowana jest dziś drugą albo i pierwszą siłą jazzową w Europie (rywalizując ze Skandynawią traktowaną en bloc). Artyści spomiędzy Odry i Bugu, szczególnie ci spoza głównego nurtu, nagrywają dla cenionych wytwórni na kontynencie i za oceanem. Nawet nowości ze znakiem rodzimych wydawnictwa takich jak Not Two, Lado ABC czy Multikulti Project stają się obowiązkowymi pozycjami na półkach miłośników nowego jazzu (tfu tfu awangardy) z całego świata. Niezależna scena jazzowa jest nawet, jak pisał Bartek Chaciński w "Polityce", naszym głównym muzycznym towarem eksportowym. Pytanie jednak nasuwa się następujące: czy to nasz jazz jest taki mocny czy też Wacław Zimpel, Mikrokolektyw czy Levity są muzycznym Adamem Małyszem - rywalizującym w dziwnej konkurencji, zaspokajającym ale i usypiającym nasze ambicje, a ich sukcesy nijak mają się do kondycji gatunku.
Główny nurt wysycha
Nie kryłem się nigdy z sympatią i podziwem do norweskiego jazzu. Oczywiście warto byłoby postawić w tym miejscu gwiazdkę i zaznaczyć jak inaczej finansowana jest kultura w Skandynawii, co i my, dzięki funduszom norweskim, obserwujemy coraz wyraźniej. Chcąc najkrócej wyrazić co tak bardzo podoba mi się w muzyce północy, posłużę się fragmentem koncertu, który już raz na tym blogu publikowałem:
Festiwal jazzowy w Oslo - impreza porównywalna z obecnym Jazz Jamboree. Koncert poświęcony legendarnej w Norwegii, raczej mało znanej gdzie indziej, wspaniałej, niestety przedwcześnie zmarłej wokalistce - Radce Toneff. Na jednej scenie grają: ojcowie norweskiego jazzu: Jon Christensen, Arild Andersen czy współautor sukcesu Radki - Steve Dobrogosz - obok nich pop/jazzowa wokalistka Solveig Slettahjell i kojarzony z awangardą trębacz Arve Henriksen. A do tego jeszcze pół tuzina innych artystów pomiędzy. Efekt - jak widać na filmie... Muzycy z różnych światów, podgatunków, nurtów czerpią i tworzą jednocześnie siłę sceny, głównego nurtu - budują jakość, którą nazywa się norweskim jazzem. Przykład: Przed miesiącem ukazała się w europejskiej dystrybucji nowa płyta wspomnianej Solveig Slettanhjell pt. "Tarpan Seasons". Świetna a zarazem łatwa i przyjemna płyta, która, choć w języku Shakespeare'a, czy raczej McDonalds'a, nie jest kopią stylu Blue Note lub cytatem z innych amerykańskich śpiewników, za to wyraźnie słychać na niej skandynawską estetykę - oszczędność, nowe brzmienia, połączenie elementów czysto akustycznych z elektroniką. A do tego made in Norway są jeszcze przecież Jaga Jazzist, Atomic, Nils Peter Molvaer, flota artystów ECM'owych od Garbarka przez Torda Gustavsena po Trygve Seima, guru freejazzowej perkusji Paal Nilssen-Love, folkpopowa wokalistka Mari Boine czy kultowe wytwórnie Rune Grammofon, Smalltown Superjazzz czy Jazzland.
W Polsce w podobnym do "Til Radka" przedsięwzięciu miałem przyjemność uczestniczyć przed miesiącem: W Dniu Szakala - charytatywnym koncercie dla Tomasza Szukalskiego - wzięli udział praktycznie wszyscy polscy "mejdżersi" - od Stańki, Możdżera, Agi Zaryan przez Michała Urbaniaka, Ewę Bem, Urszulę Dudziak po Adama Makowicza i Wasilewski Trio. Nikt jednak - oprócz Łukasza Żyty, który na perkusji towarzyszył wielu składom - nie wszedł z innymi w dialog. Każdy zagrał swoje - świetnie - i do garderoby. Tam wspominali dobre czasy, wymieniali się dowcipami, ale muzyką, inspiracjami - chyba - już nie.
Odbicie tej sytuacji widać na półce z płytami. Polski jazz (mainstream? - jak kto woli) wydawany jest przez kilkanaście maluteńkich wytwórni - Ars Cameralis nie pokusiło się nawet o stworzenie strony internetowej informującej o ich wydawniczej działalności /płyty Macieja Obary/ a tak, bardzo celnie, opisuje jakość edytorską wydanej przez Fonografikę nowej płyty Piotra Wyleżoła Maciej Nowotny: "Okładka brzydka i kompletnie bez związku z muzyką na płycie, a to niestety nie wszystko: krzywo wydrukowany tekst z tytułami utworów, w tytule Dr Holmes z kropką czyli kłania się znajomość ortografii i wreszcie pomyłka na liście utworów, gdzie bonus track to właśnie rzeczony Dr Holmes, a nie Snake, jak wydrukowano na okładce."
W konsekwencji artyści ambitniejsi przy odrobinie szczęścia i zapału wydają swoją muzykę w firmach zagranicznych, jak np. Adam Pierończyk w berlińskim Jazzwerkstatt czy Leszek Możdżer niemieckim w ACT. Nie miał tyle energii Leszek Kułakowski i jego "Code Numbers", która z pewnością mogłaby zrobić karierę europejską, pozostanie raczej kolekcjonerskim rarytasem.
Nie trzeba mieć zbyt wiele palców, nie wspominając o drugiej ręce, by policzyć poważnych jazzowych producentów muzycznych. Wawrzyniec Mąkinia w Multikulti, Paweł Szamburski/Macio Moretti w LADO ABC... Efekty ich pracy widać od razu - Levity na koncertach i płytach w Japonii, z kontraktem z Universal Music itp, Zimpel z nagrodami, trasami zagranicznymi a polscy awangardziści na naukach u Kena Vandermarka. W większości pozostałych przypadków artyści sami są sobie sterem, żeglarzem, okrętem, wiatrem, inspiracją, doradcą, managerem, producentem a w konsekwencji także słuchaczem. Nie dziwi więc, że niechętnie słuchają oni tego co gra się poza 3-5 klubami jazzowymi w naszym kraju.
Co się nosi na świecie - to nas zupełnie nie obchodzi...
Wyważaniem otwartych już drzwi jest stwierdzenie, że Europa wytworzyła swoją własną odmianę jazzu, coraz mniej związaną z amerykańskimi, bawełnianymi korzeniami - europejską muzykę improwizowaną. Czerpie ona z muzyki klasycznej, współczesnej, ludowej a z drugiej strony z dorobku elektroniki. Można to z jednej strony uznać za modę, z drugiej jednak jest to przecież sposób na opowiadanie o sobie, czy też badanie i interpretację własnej kultury, własnych korzeni - tak jak, na drugim biegunie czyni to, cytowany przez Macieja Obarę w rozmowie z Maciejem Karłowskim, Jason Moran - osoba numer 1 amerykański sceny jazzowej 2010 (autor lub współautor albumów nr 1, 2, 4 i 10 w tegorocznym rankingu krytyków magazynu Village Voice): "Moran przyniósł ze sobą kilka płyt. Zagrał fragmenty każdej, po czym wyłączył sprzęt i powiedział jasno „To jest moja kultura! W otoczeniu takiej muzyki się wychowałem. Taka muzyka jest dla mnie ważna. Jest ona częścią mnie i reprezentuje moim zdaniem to, co dzisiaj jest żywe w muzyce Afroamerykanów”. Z głośników popłynęły natomiast nagrania jego kolegów raperów, którzy przeklinali siarczyście i opowiadali w swoich tekstach bardzo groźne rzeczy. O większości nie słyszałem nigdy i pewnie nigdy więcej nie usłyszę. To było trochę szokujące."
Podobną introspekcję przeprowadza na płycie "Solo" Vijay Iyer - malując swój muzyczny autoportret z pomocą utworów i artystów, którzy uczyli go czym jest granie. Bez nich i ich patentów ("Patterns") nie byłoby dziś Iyera - jednego z najważniejszych kompozytorów, pianistów i nowych narratorów światowego jazzu.
Wśród polskich artystów takie myślenie i poszukiwania obserwuję chyba tylko u Macieja Obary - zaskakująco pomijanego przez wielkonakładowe media - czy, w nieco innej odmianie, u uznanych, wspomnianych już awangardzistów - Zimpla, Rogińskiego czy Mikołaja Trzaski. Poza wyżej wymienionymi jeszcze, będący od lat pod ECMowskimi skrzydłami, Wasilewski Trio wpisuje się w nurt europejskiej muzyki improwizowanej - zarówno gatunkowo, ale i pod względem posłuchu poza granicami RP. Źródeł słabego rozwoju elektroniki w jazzie upatrywałbym natomiast w wysokich cenach komputerów z jabłuszkiem i odpowiedniego do nich oprogramowania, nieproporcjonalnych do zarobków polskich artystów za job.
Komeda...
Rok 2011 poświęcony będzie Marii Skłodowskiej, Czesławowi Miłoszowi a także... Krzysztofowi Komedzie Trzcińskiemu. 27 kwietnia obchodzilibyśmy bowiem jego 80te urodziny. Norwegia nie ma swojego Komedy. Ośmieliłbym się stwierdzić, że Europa nie miała i nie ma do dziś drugiego takiego kompozytora jazzowego jak Komeda. I co z tego?
No właśnie. Na razie pojawiły się dwie, całe szczęście zupełnie udane płyty poświęcone autorowi "Sleep safe and warm" - Adama Pierończyka "Komeda" i Jana Bokszczanina "Komeda Inspirations". Czy potrafimy jednak na naszym podwórku nadbudować coś na Komedzie? Czy czeka nas jednak rok jazzowej Komedii, tak jak zamęczaliśmy Frycka Chopinem na jazzowo AD 2010? Właśnie w roku Komedy przydałby się taki polski John Zorn, który potrafiłby nie tylko skrzyknąć kolegów i stworzyć wydawnictwo, ale także zbudować polski The Stone albo i pójść o krok dalej...
Przydałoby się Laboratorium Improwizacji, na wzór Słobodziankowego Laboratorium Dramatu, Szczygłowo-Tochmanowego Insytut Reportażu, czy Mistrzowskiej Szkoły Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy. W Laboratorium muzycy nie tylko mogliby próbować, grać koncerty, nagrywać płyty, ale także uczyć się na warsztatach czy master classach artsytów i pedagogów pokroju Marilyn Crispell, Ralpha Alessiego, Zorna (czemu nie?), Charles Lloyda, Jasona Morana. Enrico Ravy, Jona Balke czy Jona Christensena. Laboratorium powinno zorganizować konferencje dla producentów: dlaczego we Włoszech może sprawnie działać wydawnictwo EGEA nie wspominając o światowej sławie niemickich ECMu i ACTu, szwajcarskiego HatHut czy wspomnianych norweskich Rune czy Smalltown? Dlaczego ich płyty można znaleźć w sklepach w krajach ojczystych i nie tylko?
A talentów - jak zawsze i w każdej dziedzinie poza piłką nożną - nam nie brakuje.
Ten tekst już jest za długi, więc może powstrzymam się od podsumowań jazzowych dla reszty świata. Wspomnę tylko, że nie rozumiem muzyki najbardziej cenionych amerykańskich artystów 2010 takich jak Henry Threadgill, Steve Lehman czy Rudresh Mahathappa. Może oświecenie przyniesie mi rok 2011.
Na koniec, wracam do początku, czyli do tekstu Mariusza Hermy: "dzisiejsza muzyka jest kiepska? źle szukasz!" Dobrej muzyki w 2011 życzyć więc nie trzeba. Życzę więc chęci i czasu na jej poszukiwania.
Kajetan Prochyra
klimatumiarkowanycieply.blogspot.com
poniedziałek, 22 listopada 2010
Maciej Obara / John Lindberg / Harvey Sorgen MAMUGE 3 "Three", Ars Cameralis 2010
Maciej Obara - s
John Lindberg - b
Harvey Sorgen - dr
Wytwórnia: Ars Cameralis
Rok wydania: 2010
Lądujesz w Nowym Jorku. Jedziesz do Woodstock, gdzie spotkasz się w studiu kontrabasistę Anthony'ego Braxtone'a - Johna Lindberga - i perkusistą Billa Frisella, Dave'a Douglasa czy Marka Feldmana - Harvey'a Sorgena. Za szybą wspomagał was będzie Ted Orr - realizator nagrań Ornette'a Colemana.
Większość młodych muzyków nie ma chyba nawet takich snów czy marzeń. Dla alcisty Macieja Obary była to tylko część jego amerykańskiego planu.
Początek tego roku Obara spędził na stypendium w Nowym Jorku. Uczestniczył w warsztatach w The Center for Improvisational Music, chodził na koncerty, poznawał na czym tak na prawdę polega dzisiejszy amerykański jazz. Na wiosnę do sklepów trafiła jego pierwsza "nowojorska" płyta pt. "Four" nagrana wspólnie z Markiem Heliasem, Ralphem Alessim i Nasheetem Waitsem. Choć pełna energii, improwizacji i żywiołowości, jest ona dopracowana i wyważona. "Three", które trafia do naszych rąk późną jesienią, jest jak pierwsza śnieżna piguła prosto w twarz. 21 stycznia 2010 roku, po jednym dniu prób, weszło do studia trzech świetnych muzyków - dwóch nowojorskich awangardowych wyjadaczy i jeden młody, zadziorny chłopak z Katowic.
Album "Three" otwiera kompozycja Andrew Hilla "Spiritual Lover". Na solidnym podkładzie sekcji Obara z miejsca zaczyna szyć swoją niespokojną opowieść. W "Forage" - czyli plądrowaniu - alcista poprostu uwalnia energię. Trudno nie wizualizować sobie w myślach tej muzyki w wersji live. "Fort Borek" jest jako rozwinięcie poprzedniego tematu we wspólnej improwizacji artystów. Świetnie rozumieją się tu Lindberg i Sorgen.
"One for Caroll", kompozycja Obary to jedyny utwór na płycie, który moglibyśmy nazwać balladą. Otwiera go świetne solo Obary. Pod numerem 7 kompozycja Johna Lindberga "T'wixt D and E" to chyba pierwszy na płycie utwór z wyraźnym tematem. Najlepsze są w nim jednak świetne wariacje kolejnych muzyków.
Końcowe 3 odsłony "Three" są nieco spokojniejsze, w dużej mierze za sprawą malowniczych poszukiwań brzmieniowych smyczkiem Johna Lindberga w "Wolverine Breath" i "Dropped Drops". Ostatni utwór "Multiple Reasons" to praktycznie duet kontrabasisty i alcisty - nastrojowy ciepły i pomysłowy, pełen wzajemnego zrozumienia - choć muzycy poznali się kilka dni przed nagraniem.
W dzień płyta trochę przeraża swoją swobodą, swadą, agresywnością. W nocy, kiedy można przysłuchać się jej uważniej, słychać mistrzowską grę Lindberga i Sorgena (zarówno traktując ich jako sekcje czy dwóch solistów) i oryginalną narrację Obary. O czym opowiada Maciek? O sobie. Może o wychodzeniu z siebie poprzez muzykę? O brzmieniu? O tym co zdarza się kiedy skrzyżują się drogi trzech improwizatorów, którzy lubią dać czadu?
Płyta "Three" jest jest kolejnym dowodem wielkiej ambicji, odwagi i bezkompromisowości Obary. Album nie ma chyba swojego adresata - to zapis spotkania i energii jaka wytworzyła się w danym miejscu i czasie. Wspomnienie osobiste i bardzo trudne do przekazania. Trzeba dużej pewności siebie by wychodzić z taką muzyką na rynek, polski rynek muzyczny. Obara chyba ma to gdzieś - i oby tak dalej.
Kajetan Prochyra
http://klimatumiarkowanycieply.blogspot.com/
http://radiojazz.fm/index.html
Subskrybuj:
Posty (Atom)





