Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Romańczuk Paweł. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Romańczuk Paweł. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 30 września 2012
Małe Instrumenty "Chemia i Fizyka", Obuh, 2012
MAŁE INSTRUMENTY
Paweł Romańczuk, Marcin Ożóg, Tomasz Orszulak, Jędrek Kuziela, Maciek Bączyk
+ Andrzej Załęski
Wytwórnia: Obuh
Rok wydania: 2012
Na dwóch wcześniejszych płytach Małe Instrumenty korzystały z dorobku Juliana Antonisza i Fryderyka Chopina. „Chemia i Fizyka” to pierwszy zarejestrowany i opublikowany, w pełni autorski, materiał Pawła Romańczuka. Tym samym zespół dotarł do punktu krytycznego, swego rodzaju sprawdzianu. Czy udało się udźwignąć poziom oczekiwań wywindowany wcześniejszymi aranżacjami? Nie będę owijał w bawełnę. Dla mnie ta płyta to najlepszy album tego roku.
środa, 1 grudnia 2010
Małe Instrumenty "Grają Chopina", Wydawnictwo Format, 2010

Paweł Romańczuk - toy piano
Paweł Czepułkowski - toy piano
Maciek Bączyk - toy piano
Wydawnictwo Format
Rok Wydania: 2010
Co do cholery po raz kolejny robią Małe Instrumenty w Impropozycji? Czego ta muzyka dla dzieci szuka w naszym obłąkanym świecie? Zabawkowe pianinka, Chopin, książka edukacyjna?!
Kochani, już ja Wam udowodnię, że mamy do czynienia z nie lada perwersją, prowokacją i obsesją, że Paweł Romańczuk to muzyczny wariat, a jego świta to banda dewiantów. To chłopcy z naszej bajki!
Jestem pewien, że czujne i wyćwiczone ucho każdego z Was w lot wychwyciłoby, o co w tym wszystkim chodzi, gdybyście tylko mieli możliwość posłuchania choć małego fragmentu ich muzyki. Ponieważ jednak tylko słowa mam w tym momencie do dyspozycji, posłużę się nimi najlepiej jak potrafię. Oto co znalazłem na pierwszych stronach książki "Fenomen Toy Piano" Pawła Romańczuka, do której dołączona jest rzeczona płyta: "Z natury jakościowej zabawkowego pianina nie są one (dźwięki) idealnej wysokości i rzadko układają się w pełną harmonię. Zawsze dobiega do naszych uszu coś przykuwającego uwagę, co wystaje spoza ram "pięknego tonu", tworząc mikrotonowe grupy dźwięków." I dalej: "Próby ujęcia tego zjawiska przez porównanie do innych funkcjonujących instrumentów o zbliżonej barwie, zawsze prowadzą do odpowiedzi, że żaden instrument nie brzmi tak, jak toy piano. Ilekroć przysłuchamy się dźwiękom celesty, dzwonków orkiestrowych, nie wspominając o pianinie czy fortepianie, zawsze dojdziemy do wniosku, że w toy piano barwa jest inna, a towarzyszące dźwięki dają niepowtarzalny charakter. W ten sposób prostota i ubogie, ograniczone możliwości zabawki, w połączeniu z wymykającymi się się spod kontroli producentów efektami dźwiękowymi, dały przedziwny instrument o współczesnym charakterze, wpisujący się w potrzeby rozwoju dzisiejszej muzyki z tak charakterystycznymi dla niej poszukiwaniami i eksperymentowaniem z nietypowymi źródłami dźwięku". Zapytam zatem, czy takich wypowiedzi spodziewalibyśmy się po wiernym interpretatorze Chopina dla dzieci? Czy słowa klucze: "mikrotony" i "eksperymenty" nie nasuwają Wam przypadkiem słusznych skojarzeń?
Idźmy jednak dalej bo poszlak jest zdecydowanie więcej. Już stopka redakcyjna przynosi czytelny dowód! "Nagrań dokonano w sierpniu 2010r. w Studio Rogalów Analogowy - realizacja Wojciech Czern". Czy mówi Wam coś nazwa Obuh Records? Czy pamiętacie, kto mógłby być tak szurnięty, by wydać na LP ścieżkę dźwiękową do "Rękopisu znalezionego w Saragossie" autorstwa Pendereckiego? Tak kochani, to ten sam fetyszysta, który realizuje dźwięk na analogowym sprzęcie i w sposób, którego nie uraczycie w tradycyjnych studiach. Nie ma co ukrywać, to jest skandalicznie inny dźwięk i mimo że skalany digitalną płytą, której wady pewnie tylko lampowy wzmacniacz jest w stanie zniwelować, czuje się, że ktoś w perfidny sposób zastawił tu na nas nie lada zasadzkę. Gotowiśmy pewnie sprawić książeczkę naszym pociechom, które zakatowałyby płytę na swoim jamniku, kiedy to jej miejsce jest, a jakże, w Waszym szanownym odtwarzaczu.
Wracając jednak do kwestii muzycznych. Czy jest to zatem Chopin? Wątpliwość zupełnie uzasadniona w kontekście powyższych zwyrodnień. Przyznaję się bez bicia, że do końca nie wiem, bo nie znam Chopina prócz kilku hitów, których nie znać nie można i które na tej płycie rozpoznaję. Znam za to Steve'a Reicha, znam AMM, znam Fritha, znam teorię plądrofonii i wszystko to jakoś gdzieś miejscami mi pobrzmiewa, gdy słucham tej płyty. Minimalistyczna repetycja na tych, z założenia delikatnie rozstrojonych, pianinkach to pomysł godny samych mistrzów gatunku. Akompaniowania pozytywce nie powstydziliby się John Oswald czy Chris Cutler, a poza-klawiszowe (smyczkowe na przykład) zmagania z instrumentami przypominają eksperymentatorów z sonorystycznego świata free improv.
Czy jest to w takim razie zamach na Chopina? Nie, moi drodzy, aż daleko ci dewianci się nie posunęli. Nie ma tu bowiem kpiny czy nawet ironii. Jest za to coś innego, może równie złego - mianowicie precyzyjna kalkulacja i weryfikacja materiału pozostawionego przez naszego eksportowego kompozytora. Przedstawiona nam selekcja jest ewidentnie wynikiem obsesyjnej pracy lidera zespołu, który wyszukał dokładnie to, co w utworach Chopina najlepiej koreluje z jego własnym szaleństwem i cudowną niedoskonałością używanych instrumentów. Nie podejrzewam zatem większości tytułów z tej płyty o częste bywanie na okładkach płyt Deutsche Grammophon czy repertuarów Konkursu Chopinowskiego.
Podsumowując niniejszym: odzieram Małe Instrumenty z ich perwersyjnego kostiumu zespołu dla dzieci. Odbieram im prawo do zabawiania najmłodszych i wzywam do pokuty za wszystkie grzechy, niech odpowiedzą przed naszym szacownym gronem muzycznych popaprańców. Będzie nią wypalenie piętna zespołu niestosownie intrygującego, fetyszystycznego dźwiękowo i diabelsko obiecującego.
Marcin Kiciński
środa, 24 listopada 2010
Małe Instrumenty grają Chopina w Entropii - impresja
Dnia drugiego listopada w uroczej Galerii Entropia odbył się prapremierowy koncert Małych Instrumentów, którego celem było zapoznanie słuchaczy z nowym projektem zespołu pod wdzięcznym tytułem: „Małe Instrumenty grają Chopina”. Sala galerii jest pomieszczeniem na tyle małym, iż znaczna część tzw. chętnej publiczności musiała zmienić plany na ten wieczór… cóż, małe instrumenty, to i sala mała. W prawdzie można było ulokować się w bramie Galerii, gdzie, za pomocą rzutnika, na ścianie wyświetlano cały koncert, jednakże wysłuchanie koncertu z tego miejsca to raczej średnia przyjemność, jeśli o przyjemności w ogóle może być tu mowa. Wybór tak małej sali nie był oczywiście podyktowany złośliwością zespołu, wynikał z faktu, iż w Entropii miała miejsce wystawa Toy Piano – instrumentów/zabawek pochodzących z prywatnego zbioru Pawła Romańczuka. O kolekcji owej zapewniono nas, iż jest to największy tego typu zbiór w całym bożym świecie, co tym bardziej zachęca do oglądania wystawy. Małe pianinka, fortepianiki i klawesynki na szczęście w niczym nie przypominały martwych muzealnych eksponatów, od których wieje cmentarnym chłodem. Te, na których wykonywano muzykę, ustawiono zgodnie z wymogami koncertu wzdłuż jednej ściany tak, aby muzycy mogli swobodnie się przemieszczać, co było konieczne, ponieważ w przedsięwzięciu brało udział ok. dwudziestu toy piano, a tylko trzech muzyków. Natomiast instrumenty niegrające tego wieczoru, czyli te smutne, porozstawiane tudzież porozwieszane były w bezładzie, co pozwoliło uniknąć sterylności uporządkowanych wystaw. Te zwisające z sufitu na jednej żyłce, po zgaszeniu świateł , przypominały wielkie acz niegroźne pająki…
Koncert rozpoczął się od Preludium w tonacji A. Jest to, według zapewnień lidera, ulubiona kompozycja zespołu, pewnie dlatego usłyszeliśmy ją w innych jeszcze tonacjach.
Nie będę opisywał przebiegu poszczególnych utworów, których na koncercie było dwanaście, a które w komplecie odnajdziecie państwo na nowej płycie zespołu ( płyta zawiera dwadzieścia utworów i wydana jest wraz z książką – sto sześćdziesiąt stron interesującego tekstu, polecam serdecznie! ). W pewnym momencie, gdzieś na wysokości piątego a może siódmego utworu, zgasło światło…nie, nie zabrakło prądu, zgaszono je celowo. Ktoś wniósł świecę i pająki stały się groźniejsze. Jeden z muzyków ( Jędrzej K. ) przy akompaniamencie dwóch rozpędzonych fortepianików odśpiewał, nie bez pewnych problemów wokalno-tekstowych, pieśń – co wywołało gromki aplauz rozbawionej publiczności. W pewnym momencie, gdzieś na wysokości piątego a może siódmego utworu, mówiąc uczenie, pojawiła się sonorystyka – smyk ciągniony po obudowie pianinka, odkręcane tudzież przykręcane nogi instrumentów, jakieś szmery, potarcia, chroboty i zgrzyty jakby z odległego cmentarzyka, wszystko to rosło, pęczniało i puchło przez kilka minut… i nagle spadły ciężkie akordy marsza pogrzebowego! Wspaniałe! Nastrój, którego materią jest - niemalże fenomenologicznie pojmowany - dźwięk, oto istota wydarzenia tego wieczoru. Nastrój, który z racji absolutnego braku jakiejkolwiek pretensji, potrafi zmieścić w sobie każdego słuchacza: wytrawnego, wymagającego melomana jak i wszystkim zainteresowane dziecko. Do tychże ostatnich zresztą skierowany w dużej mierze był ów projekcik, wszak zaopatrzony został w sygnaturkę: „dla odbiorców w każdym wieku” Na dzieci zwróciłbym szczególną uwagę. Koncerty Małych Instrumentów tym różnią się (oczywiście nie tylko tym) od większości innych koncertów ( szczególnie tych filharmonicznych ), że tutaj sztuka jest niejako w zasięgu ręki, instrumenty są tuż przed nami a po koncercie można na nich najnormalniej w świecie po prostu zagrać – dla dzieciaka to nie lada frajda. Poza tym, podczas występów panów w czarnych koszulach, dzieci mogą szurać, tańczyć a nawet śpiewać, co też i podczas tego koncertu miało miejsce. Taki, by tak rzec, aspekcik pedagogiczny.
Po zakończeniu koncertu można było zadawać członkom zespołu pytania, co też wielu skrzętnie uczyniło. Nie obyło się oczywiście bez bisu, który był dowcipem - magiczną skrzynką-pudełeczkiem, zawierającą najkrótszego na świecie Szopena: Paweł Romańczuk nakręcił pozytywkę, która wydała z siebie dosłownie kilka minimalistycznych nutek. Zasłużone brawa. Wieczór zakończyła wielka zbiorowa improwizacja na dwadzieścia Toy Piano i wiele rozgadanych głosów; grały głównie rozbawione dzieci. Kiedy wychodziłem z koncertu, już na ulicy, przez otwarte okienko usłyszałem jak rżnie ktoś „ wlazł kotek...” i chyba nie było to dziecko.
Małe Instrumenty, Galeria Entropia, 2.11.2010
Paweł Romańczuk, Maciej Bończyk, Jędrzej Kuziela - toypiano
Andrzej Podgórski
Koncert rozpoczął się od Preludium w tonacji A. Jest to, według zapewnień lidera, ulubiona kompozycja zespołu, pewnie dlatego usłyszeliśmy ją w innych jeszcze tonacjach.
Nie będę opisywał przebiegu poszczególnych utworów, których na koncercie było dwanaście, a które w komplecie odnajdziecie państwo na nowej płycie zespołu ( płyta zawiera dwadzieścia utworów i wydana jest wraz z książką – sto sześćdziesiąt stron interesującego tekstu, polecam serdecznie! ). W pewnym momencie, gdzieś na wysokości piątego a może siódmego utworu, zgasło światło…nie, nie zabrakło prądu, zgaszono je celowo. Ktoś wniósł świecę i pająki stały się groźniejsze. Jeden z muzyków ( Jędrzej K. ) przy akompaniamencie dwóch rozpędzonych fortepianików odśpiewał, nie bez pewnych problemów wokalno-tekstowych, pieśń – co wywołało gromki aplauz rozbawionej publiczności. W pewnym momencie, gdzieś na wysokości piątego a może siódmego utworu, mówiąc uczenie, pojawiła się sonorystyka – smyk ciągniony po obudowie pianinka, odkręcane tudzież przykręcane nogi instrumentów, jakieś szmery, potarcia, chroboty i zgrzyty jakby z odległego cmentarzyka, wszystko to rosło, pęczniało i puchło przez kilka minut… i nagle spadły ciężkie akordy marsza pogrzebowego! Wspaniałe! Nastrój, którego materią jest - niemalże fenomenologicznie pojmowany - dźwięk, oto istota wydarzenia tego wieczoru. Nastrój, który z racji absolutnego braku jakiejkolwiek pretensji, potrafi zmieścić w sobie każdego słuchacza: wytrawnego, wymagającego melomana jak i wszystkim zainteresowane dziecko. Do tychże ostatnich zresztą skierowany w dużej mierze był ów projekcik, wszak zaopatrzony został w sygnaturkę: „dla odbiorców w każdym wieku” Na dzieci zwróciłbym szczególną uwagę. Koncerty Małych Instrumentów tym różnią się (oczywiście nie tylko tym) od większości innych koncertów ( szczególnie tych filharmonicznych ), że tutaj sztuka jest niejako w zasięgu ręki, instrumenty są tuż przed nami a po koncercie można na nich najnormalniej w świecie po prostu zagrać – dla dzieciaka to nie lada frajda. Poza tym, podczas występów panów w czarnych koszulach, dzieci mogą szurać, tańczyć a nawet śpiewać, co też i podczas tego koncertu miało miejsce. Taki, by tak rzec, aspekcik pedagogiczny.
Po zakończeniu koncertu można było zadawać członkom zespołu pytania, co też wielu skrzętnie uczyniło. Nie obyło się oczywiście bez bisu, który był dowcipem - magiczną skrzynką-pudełeczkiem, zawierającą najkrótszego na świecie Szopena: Paweł Romańczuk nakręcił pozytywkę, która wydała z siebie dosłownie kilka minimalistycznych nutek. Zasłużone brawa. Wieczór zakończyła wielka zbiorowa improwizacja na dwadzieścia Toy Piano i wiele rozgadanych głosów; grały głównie rozbawione dzieci. Kiedy wychodziłem z koncertu, już na ulicy, przez otwarte okienko usłyszałem jak rżnie ktoś „ wlazł kotek...” i chyba nie było to dziecko.
Małe Instrumenty, Galeria Entropia, 2.11.2010
Paweł Romańczuk, Maciej Bończyk, Jędrzej Kuziela - toypiano
Andrzej Podgórski
Subskrybuj:
Posty (Atom)
