Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szarecki Artur. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szarecki Artur. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 sierpnia 2011

Avram Fefer / Eric Revis / Chad Taylor "Eliyahu", Not Two, 2011



Avram Fefer - Alto, Tenor Saxes
Eric Revis - Bass
Chad Taylor - Drums

Wytwórnia: Not Two
Rok wydania: 2011





Czasem piękno potrafi być niepozorne. Skryte za fasadą „zwyczajności”, tylko delikatnie prześwituje niczym słońce zza burzowych chmur. I ten nikły blask w zupełności wystarczy, aby dać się olśnić. Na mnie tak właśnie zadziałała nowa płyta tria amerykańskiego saksofonisty Avrama Fefera, zatytułowana „Eliyahu”. To drugie wydawnictwo grupy, której składu dopełniają basista Eric Revis i perkusista Chad Taylor.

wtorek, 14 czerwca 2011

Matana Roberts "Coin Coin Chapter One: Gens de Couleur Libres", Constellation Records, 2011

Matana Roberts: reeds/voice; Gitanjali Jain: voice; David Ryshpan: p/org.; Nicolas Caloia: cello; Ellwood Epps: tp; Brian Lipson: bass tp; Fred Bazil: ts; Jason Sharp: bs; Hraïr Hratchian: doudouk; Xarah Dion: prepared g; Marie Davidson: viol.; Josh Zubot: viol.; Lisa Gamble: musical saw; Thierry Amar: b; Jonah Fortune: b; David Payant: dr/vib

Wytwórnia: Constellation Records
Rok wydania: 2011



Nie sposób opowiedzieć o nowym albumie Matany Roberts w kilku słowach. „Coin Coin Chapter One: Gens de Couleur Libres” to bowiem pierwsza część obszernego i złożonego konceptu, obejmującego, obok samej muzyki, także tekst i teatr. Momentami całość wydaje się wręcz przytłaczająca mnogością zawartych w niej wątków, odniesień i symboli. Jednakże w tym bogactwie leży też źródło mojej głębokiej fascynacji tą płytą. Niewątpliwie będę rozpracowywał ją jeszcze przez długi czas; poniżej natomiast znajduje się kilka uwag wprowadzających w świat duchów i zjaw z przeszłości, którym jest przesiąknięta.

wtorek, 3 maja 2011

Triangulation (Bruno Amstad / Christy Doran / John Wolf Brennan / Patrice Héral) "Whirligigs", Leo Records, 2010


Bruno Amstad: voice, subcontrabass voice, loops
Christy Doran: g, loops and fx
John Wolf Brennan: p, organ, e-piano, clavinet, melódica, acc., indian harmonium
Patrice Héral: perc, loops, voice

Wytwórnia: Leo Records
Rok wydania: 2010



Triangulation to irlandzko-szwajcarsko-francuski kwartet, którego dokonania są równie eklektyczne i zróżnicowane, jak pochodzenie tworzących go muzyków. Na „Whirligigs” dosłuchałem się elementów jazzu, funku, tango i szeroko rozumianej muzyki etnicznej, a także kilku stylów z pogranicza tzw. nowych brzmień: dubu, ambientu, hip-hopu itp. Przy czym wpływy te manifestują się na zupełnie różnych poziomach: czasem w rytmie, czasem w linii melodycznej, a czasem w aranżacjach. W efekcie otrzymujemy muzyczną hybrydę, która zaciera granice między gatunkami i wymyka się wszelkim klasyfikacjom.

Oczywiście, podejście do materii dźwiękowej oparte na skłonnościach do transgresji gatunkowej i twórczej dekonstrukcji nie jest w historii jazzu niczym nowym. Być może na „Whirligigs” pojawiają się więc delikatne echa projektów Zorna i Laswella, czy już nieco zapomnianych grup związanych z Knitting Factory, jak Ponga i Harriet Tubman, ale to też raczej dość ogólnikowe wskazanie kierunku, w którym podąża grupa niż specyfikacja zawartej na tej płycie muzyki. Zapewne można by to wszystko rozebrać na części pierwsze i opisać, ale zabieg ten byłby z góry pozbawiony sensu. Cała radość obcowania z tym materiałem wynika właśnie z jego różnorodności i eklektyzmu, dzięki którym rozsadza istniejące formy.

Choć podstawowy skład obejmuje przede wszystkim wokal, gitarę, fortepian i perkusję, to każdy z tych instrumentów wykorzystywany jest na wiele różnych sposobów i często przetwarzany przy pomocy elektroniki. Dla przykładu, wokalista Bruno Amstad sięga po bardzo bogaty zestaw środków ekspresji: od technik beatboxerskich, przez zaśpiewy etniczne po pracę z oddechem i zabawy głosem a’la McFerrin. Do tego miksuje i zapętla własny wokal, tworząc po kilka nakładających się na siebie ścieżek. Niewątpliwie to właśnie on w dużym stopniu nadaje charakter całości, ale pozostali muzycy również wykazują się dużym potencjałem kreatywności i pomysłowości. Efekty owego bricolage’u są świeże i intrygujące. Muzyka ma przede wszystkim świetny groove, jest lekka i pogodna, a zarazem zaskakuje pomysłowymi zestawieniami i aranżacjami, dostarczając wiele satysfakcji także przy uważnym słuchaniu. Kwartet posiada umiejętność bezkolizyjnego łączenia elementów z różnych porządków w nową, spójną całość, tak że nawet mimo przesadnej długości krążka, słucha się go całkiem nieźle. Oczywiście, „Whirligigs” nie jest płytą, którą poleciłbym jazzowym purystom, ale na pewno ma potencjał by zainteresować miłośników nieortodoksyjnych poszukiwań z pogranicza muzycznych światów.

Artur Szarecki

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Angles "Epileptical West: Live in Coimbra", Clean Feed, 2010


Mattias Ståhl – vibraphone
Magnuss Broo – trumpet
Mats Äleklint – trombone
Martin Küchen – alto saxophone
Kjell Nordeson – drums
Johan Berthling – double bass

Wytwórnia: Clean Feed
Rok wydania: 2010



Angles. Łatwo pomylić się w pisowni tej nazwy. Tym bardziej, że słuchając tak wyśmienitej muzyki pokusa przemianowania ich na anioły jest trudna do odparcia. Zawarte na „Epileptical West” dźwięki są jednak nie tyle niebiańskie, co mocno zakorzenione w często bolesnej rzeczywistości. We wkładce do albumu, Martin Küchen przywołuje świadectwa z terenów ogarniętych wojną, przypominające o ogromie ludzkiego cierpienia na świecie. Sama muzyka również posiada siłę i intensywność płynące tylko z autentycznego zaangażowania w bieżące wydarzenia. Saksofon lidera na przemian ciska gniewnie gromy lub refleksyjnie pogrąża się w zadumie; słuchając jego gry w duchu myślę sobie: on naprawdę się przejmuje…

Küchen należy przy tym do najbardziej aktywnych muzyków obecnych czasów, co roku wydając po kilka płyt, zarówno w tradycji jazzowej (Exploding Customer, Trespass Trio), jak i w ramach nurtu free-improv (solo oraz w rozmaitych kolaboracjach). Nie wszystkie soniczne eksploracje w jego wykonaniu jestem w stanie przyswoić, ale dokonania jazzowe bez wyjątku uwielbiam. W szczególności właśnie Angles, które – z trzema dęciakami na przedzie oraz sekcją rytmiczną wzbogaconą o wibrafon – osiąga niesamowity poziom energii i mocy. Drugi album formacji, nagrany podczas trzech koncertów w ramach festiwalu Jazz ao Centro w Portugalii, doskonale to ilustruje. Całości brak może trochę zwartości i skupienia znanych z pierwszego krążka, ale spontaniczny charakter występów pozwala zaprezentować się grupie w bardziej zróżnicowanym repertuarze niż na studyjnym debiucie. Zaczynają od długiego i niezwykle transowego kawałka zatytułowanego „Present Absentees/Pygmi”, by następnie przejść do przejmującego „Today is better than tomorrow”. To jeden z najmocniejszych numerów na płycie. Muzycy przechwytują od siebie grane frazy i przedłużają je, potęgując napięcie i emocjonalną intensywność utworu niemal do granic wytrzymałości! Po tym smutnym, ale nader pięknym momencie muzyka nabiera większej lekkości, momentami stając się wręcz zabawowa: w „Epileptical West” niespodziewanie przeskakuje pomiędzy gwałtownym atakiem dźwięków a wyluzowanym groove, natomiast w „En Svensk Brownie” prosty temat staje się punktem wyjścia do budowanych wokół niego wariancji. Dynamiczny utwór tytułowy z poprzedniej płyty, w rozbudowanej wersji koncertowej robi potężne wrażenie, całość kończy zaś epicki „Let’s tear the threads of trust”, stanowiący godne zwieńczenie tego wyśmienitego albumu.

W ubiegłym roku wyszło sporo bardzo dobrych płyt, ale „Epileptical West” jest dla mnie poza wszelką konkurencją. Nad całością unosi się rebeliancki duch lat 60., kolejne utwory  zarażają swą energią, pasją, politycznym gniewem, ale również melodyką, liryzmem, wrażliwością. Küchen posiada zdolność pisania świetnych i wpadających w ucho tematów, natomiast doborowy skład muzyków jest gwarancją wysokiego poziomu interakcji i improwizacji. Muzyka zaangażowana i angażująca – to właśnie w jazzie cenię najbardziej.

Artur Szarecki

Ishmael Wadada Leo Smith "Abbey Road Quartet", Treader, 2009


Ishmael Wadada Leo Smith – trumpet
John Coxon – electric guitar
Pat Thomas – piano, synthesizer
Mark Sanders – drums

Wytwórnia: Treader
Rok wydania: 2009





Wadada Leo Smith należy do grona tych muzyków, których płyty warto śledzić ze szczególną uwagą. Mimo, że w ciągu roku potrafi ich wydać kilka, praktycznie każda utrzymana jest na zaskakująco wysokim poziomie. Nie inaczej jest z „Abbey Road Quartet”, która nie zdobyła co prawda takiego rozgłosu, jak również pochodzące z 2009 roku „Spiritual Dimensions” i „America”, ale chyba tylko dlatego, że opatrzona jest logiem mniej znanej wytwórni niż Cuneiform czy Tzadik. Muzycznie bowiem jest to materiał najwyższej próby.

Nagraną w słynnym londyńskim studio płytę wyróżnia nie tylko krystalicznie czyste, ale także silnie zelektryfikowane brzmienie. Zarówno klawiszowiec Pat Thomas, jak i gitarzysta John Coxon, generują za pomocą swoich instrumentów mnóstwo zgrzytów, trzasków, szmerów i innego rodzaju krańcowo przetworzonych dźwięków, które w dużym stopniu określają specyfikę tego wydawnictwa. Skojarzenia z Supersilent nasuwają się same, jednakże wyłącznie w zakresie spektrum wykorzystanych brzmień, bowiem organizacja materiału znacznie bliższa jest tradycji jazzowej. Nie bez przyczyny całość została wydana pod nazwiskiem Wadady Leo Smitha. Zresztą zasiadający za bębnami Mark Sanders również dwoi się i troi by zachować żywy, nieustannie fluktuujący przepływ dźwięków. Być może więc lepszym punktem odniesienia byłaby pierwsza płyta Crimetime Orchestra, gdzie obydwa żywioły – elektroniczny i jazzowy – złączone są w podobny sposób, choć zaaranżowane na  nieco większy skład.

Niezależnie jednak od skojarzeń, na „Abbey Road Quartet” mamy do czynienia z absorbującą organiczną muzyką opartą w równej mierze na kompozycji, jak i improwizacji. Całość oscyluje pomiędzy wyciszonymi partiami quasi-jazzowej kameralistyki a skomasowanymi atakami elektronicznie przetworzonego hałasu. Muszę przyznać, że charakterystyczny, oszczędny styl gry Smitha idealnie współbrzmi z tego typu estetyką i na tej płycie często słucha się go z jeszcze większą przyjemnością niż zwykle (o ile to w ogóle możliwe). Gdy tylko czysty i chłodny ton trąbki przebija się przez gęstwiny szorstkich, industrialnych dźwięków lub gdy maluje impresjonistyczne frazy na tle przestrzennych ambientowych podkładów, z pozoru nieprzyjazna muzyka nabiera zupełnie odmiennego charakteru. Mimo że jestem zdecydowanym zwolennikiem jazzu akustycznego, ta płyta niezmiernie mi się podoba. Muzycy naprzemiennie budują intymny nastrój i operują kontrastem, przy czym całość jest bardzo wyważona, udanie łącząc ze sobą dwie często mało kompatybilne estetyki. 

Artur Szarecki