Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Walter Weasel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Walter Weasel. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 19 maja 2011
Weasel Walter / Mary Halvorson / Peter Evans "Electric Fruit", Thirsty Ear, 2011
Mary Halvorson – guitar
Peter Evans – trumpet
Weasel Walter – drums
Wytwórnia: Thirsty Ear
Rok wydania: 2011
„Electric Fruit” to już kolejna płyta z udziałem Petera Evansa opisywana na łamach Impropozycji w tym roku i kolejna skrajnie różna. Owocowi współpracy z perkusistą Walterem i gitarzystką Mary Halvorson co prawda nieco bliżej do „Kopros Lithos” niż energetycznego bebopu prezentowanego przez Mostly Other People Do The Killing, jednak tu improwizacja nie służy aż tak skrajnym formom ekspresji, jak proponowana do spółki z Gustafssonem i Fernandezem. Mamy tu do czynienia z żywiołową dyskusją, prowadzoną przez trzy intrygujące osobowości, intensywną nie z racji ich zamiłowania do hałasu, lecz stężenia treści. Każdy z członków tercetu koncentruje się na prezentacji szerokiego wachlarza rozwiązań, unikając konwencjonalnych konstrukcji rytmicznych i tonalnych, a nawet jeżeli zdarza się to któremuś z instrumentalistów, to pozostała dwójka dba, by szybko wyprowadzić utwór na słuszną drogę. Brak założeń odnośnie struktury poszczególnych nagrań skutkuje gwałtownymi zwrotami akcji, w których słodki ambient w jednej chwili potrafi zmienić się w kakofonię, kilkusekundowe solowe zagrania raptownie przekształcane są w gęste faktury, niewinne brzdąkanie zapowiada psychopatyczne nawałnice, a wszystko dziurawione jest mnóstwem drobnych pauz. Wydaje się wręcz, że zmienność jest tu celem samym w sobie. Od tej zasady wyjątkiem jest jedynie zamykający płytę „Metallic Dragon Fruit”, niemal w całości wypełniony pojedynczymi dźwiękami.
W bardzo wyraźnym i gwarantującym bliskość dźwięku miksie na pierwszy plan wysuwa się gra Halvorson na nastrojonej bluesowo gitarze. Amerykanka stara się na nowo odkrywać możliwości instrumentu wygrywając krótkie, czasem ckliwe frazy i rozstrajając je przy pomocy efektów, co daje wrażenie nerwowego szarpania strun lub niedbale wykonywanych ćwiczeń. Niekiedy sięga również po cięższe brzmienia i zaprzęgając do pracy przester, wygrywa melodyjne riffy lub tworzy brudne tło dla pozostałych instrumentów. Walter ma z kolei w największym stopniu na sumieniu dynamikę nagrań. Maniakalnie produkowane przezeń dźwięki tworzą bujne, arytmiczne faktury rozpędzając muzykę, nawet gdy partnerzy starają się grać spokojniej. Choć tempo jego gry porównać można jedynie z grindcorem, to perkusja brzmi niezwykle lekko, gdyż miejsce soczystych uderzeń w werbel i stopę zajmują dźwięki generowane przez delikatne puknięcia i ocieranie bębnów. Evans swą melodyjną grą na trąbce wydaje się jedynie asystować punktowym dźwiękom pozostałych dwóch instrumentów, jednak jego obecność ma krytyczne znaczenie dla barwy nagrań, zwłaszcza wobec niezbyt zróżnicowanego brzmienia gitary. Dużo czasu poświęca jednak również tworzeniu dźwięków mniej banalnych, często sięgając po głębokie drony, złowrogo wypełniające momenty wyciszenia lub stanowiące tło dla bardziej karkołomnych zagrań Halvorson i Waltera.
Ograniczony zakres zastosowanych brzmień powoduje, że przy pasjonującej skądinąd żonglerce motywami płyta może sprawiać momentami wrażenie przekombinowanej i w konsekwencji nużącej, jednak mimo tych drobnych niedostatków to i tak jedna z najciekawszych pozycji ostatnich miesięcy na polu muzyki improwizowanej.
Mateusz Krawczyk
(Screenagers.pl)
wtorek, 5 kwietnia 2011
Weasel Walter, Sheik Anorak i Mario Rechtern - Wrocław, CRK, 1.04.2011
Weasel Walter - dr
Sheik Anorak - g
Mario Rechtern - as, ss, bs
O pójściu na ten koncert zadecydowała obecność perkusisty Weasela Waltera, znanego z dzikiego Flying Luttenbachers - projektu, po którego płyty rzadko sięgam, będąc jednocześnie w pełni świadomym jego koncertowego potencjału. Ostatnio w ręce wpadł mi także tegoroczny album tego muzyka pt."Electric Fruit", nagrany z dwiema młodymi gwiazdami improwizowanego grania: Mary Halvorson i Peterem Evansem. Materiał wydał mi się na tyle interesujący, że mimo wymiany personalnej na dwa zupełnie nieznane mi nazwiska: Sheika Anoraka i Mario Rechterna, koncert zdawał się być obiecujący.
CRK - znane we Wrocławiu z promocji punkowej i noisowej estetyki - okazało się być idealne dla Walteraa i jego kolegów. Sala wypełniła się po brzegi młodymi - gniewnymi, którzy z masochistyczną przyjemnością gotowi byli przyjąć dawkę niecodziennego muzycznego terroru i dostali chyba to, czego oczekiwali. Ja najwyraźniej też powinienem kupić sobie glany.
Walter uprawia mocno garażowy, totalny styl gry na perkusji. Podwójna stopa i gęste przejścia, wykorzystywane w bardzo wyzwolony sposób, stanowiły doskonały szkielet dla noisowych popisów pozostałych dwóch panów. Gitara podłączona do licznych przetworników była idealnym narzędziem do generowania różnych hałasów, choć trzeba przyznać, że Anorak miał najwięcej skłonności do porządkowania całego zajścia. Kilkakrotnie przejmował inicjatywę, wprowadzając motywy, które podłapywali pozostali, budując coś na kształt bardziej avantrockowej niż noisowej improwizacji. Były też krótkie chwile wyciszenia, podczas których muzycy konstruowali wielowarstwowy, szorstki ambient pozwalający odpocząć bezlitośnie atakowanym uszom.
Ciekawy asortyment przywiózł ze sobą Mario Rechtern. Z trzech saksofonów najbardziej wyróżniał się alt, wyposażony dodatkowo w kilka strun, rozciągniętych między pierwszym zagięciem "zaustnikowym" a ujściem rury (widać na zdjęciach). Dodatkowo wart uwagi był amplifikowany pulpit rozstawiony przed muzykiem. Styl gry tego saksofonisty był niczym kalejdoskop zasłyszanych już wcześniej brzmień. Świetnie radził sobie z preferowanym przez Flying Luttenbachers agresywnym stylem Hala Russella, naśladując lekko jego zadęcie. Sięgając po sopran grał gęsto, wysoko i bezkompromisowo, a w barytonie potrafił wymienić ustnik i grać na nim jak na puzonie. Najwięcej było jednak altu, którego używał naprzemiennie: w sposób konwencjonalny lub jako parawiolonczelowego generatora hałasów.
Ten koncert można potraktować stricte muzycznie, choć bez problemu da się go zakwalifikować jako performance. Walter ma lekko demoniczny, obłąkany styl obcowania z instrumentem, choć wyczuwa się w tym delikatną ironię i poczucie humoru. Obserwowanie go na scenie dodaje całości teatralnego smaczku. Całość, z założenia w brzmieniu mocno garażowa, z pewnością mieści się w kryteriach zupełnie swobodnej improwizacji. Widać było wyraźnie wsłuchiwanie się w sygnały wypływające od poszczególnych muzyków oraz umiejętne, momentami błyskotliwe reagowanie na siebie nawzajem.
Dzień po koncercie naszła mnie refleksja, że brałem udział w wydarzeniu mocno subkulturowym i bardzo dobrze, że Walter z kolegami znaleźli odbiorców pośród młodzieży obracającej się przy squaterskim CRK. Zastanawiam się, czy to nie właśnie wśród tego zbuntowanego towarzystwa publiki powinni szukać inni przedstawiciele free improv, z Peterem Brotzmannem i Matsem Gustafssonem na czele. Na pewno łatwiej byłoby o aplauz i zrozumienie w CRK, niż w środowiskach jazzowych.
tekst: Marcin Kiciński
zdjęcia: Kazimierz Ździebło
Subskrybuj:
Posty (Atom)
