Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2009. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2009. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Archie Shepp / Napoleon Maddox / Oliver Lake / Joe Fonda / Cochemea Gastelum / Hamid Drake "Phat Jam in Milano", Dawn Of Freedom, 2009


Archie Shepp - ts
Napoleon Maddox - rap, beatbox
Oliver Lake - as
Joe Fonda - b
Cochemea Gastelum - ts
Hamid Drake - dr

Wytwórnia: Dawn Of Freedom
Rok wydania: 2009



Od jakiegoś czasu doskwiera mi brak ideologicznego zaangażowania we współczesnym jazzie. Czasem wydaje mi się on formalnie ciekawy, innym razem pretensjonalny, ale zazwyczaj jednak zupełnie jałowy i przez to nieinteresujący. Nic może w tym dziwnego, przecież już Davis pisał, że za bary z systemem wziął się inny gatunek muzyczny - hiphop.

niedziela, 26 czerwca 2011

Michel Portal / Bruno Chevillon / Éric Échampard "Live At Jazz Sur Le Vif 2009"


Michel Portal - Clarinet, Bass Clarinet, Soprano Saxophone, Bandoneon
Bruno Chevillon - Bass
Éric Échampard - Drums

Wytwórnia: ?
Rok wydania: ?
Do ściągnięcia na blogu: bogardjazz.blogspot.com





Francuski jazz ma swój charakterystyczny sznyt. Tajemnica tkwi w niesamowitych umiejętnościach muzyków, wykorzystywanych do budowania zarówno tematów instrumentu melodycznego, jak i struktur sekcji rytmicznej, częściej w oparciu o elementy muzyki ludowej, klasycznej i rockowej niż tradycyjnej jazzowej. Ten wypracowany język znajdziemy na płytach Louisa Sclavisa, Henri Texiera, Michela Portala i pewnie wielu innych. Jedni  go lubią, drudzy szanują, jeszcze inni przeklinają - ja za nim przepadam.

poniedziałek, 21 lutego 2011

Joachim Kühn / Majid Bekkas / Ramon Lopez + Guests "Out of the Desert", ACT, 2009


Joachim Kühn - piano, alto saxophone
Majid Bekkas - vocals, guembri, kalimba, molo
Ramon Lopez - drums, tabla
& guest musicians from Morocco, Benin and the Sahara Desert

Wytwórnia: ACT
Rok wydania: 2009





Kilkanaście kilometrów dzielące egipską Tabę od jordańskiej Akaby pokonuje się w pół dnia. Dlaczego? Bo po drodze jest Izrael. Przejście graniczne po egipskiej stronie to cały ten kraj w pigułce: piękne krzewy i drzewa, a na nich pachnące nieziemsko kwiaty, w których tonie posterunek wyglądający, jakby miał się zaraz zawalić. Izrael to zupełnie inna bajka. Wszystko tu nowoczesne i dobrze zorganizowane, jak na amerykańskim lotniskowcu, który jakimś cudem zarył dziobem w środku najbardziej suchej z arabskich pustyń. Kiedy wreszcie po długich godzinach oczekiwania w bezczynności, rewizjach i pytaniach o cel wyprawy, dotarliśmy do Akaby, przygniótł nas tak potworny upał, że aż zatykało dech w piersiach. Bo Akaba to jedno z najgorętszych miejsc na Ziemi. Temperatura przekraczała 50 stopni. Przeszedłem w inny stan skupienia. Przestałem być białym człowiekiem. Musiałem odrzucić tę rasową tożsamość. Powyżej 50 stopni okazała się ona fikcją.
W czasie, gdy reszta wycieczki zaszyła się w hotelu, a dokładniej pod prysznicem - jedynym działającym urządzeniem  przynoszącym złudzenie ochłody, ja udałem się na bazar. Nie mogłem usiedzieć w miejscu, wzywała mnie pustynia. Wiem, brzmi śmiesznie, ale tak było. Oczami wyobraźni widziałem, jak T.E. Lawrence zbiega tu z gór, prowadząc korowód wielbłądów w karmazynowych czaprakach.
Postanowiłem napić się kawy. Dostałem filiżankę świeżo zmielonej arabiki z obfitą domieszką kardamonu. Upał i ta upiornie mocna kawa wyostrzyły moje zmysły do ostateczności: wtedy usłyszałem muzykę… Cały bazar nią rozbrzmiewał, każdy sklep był pełen dźwięków niczym miniaturowa muszla koncertowa, chodziłem od jednego do drugiego, łowiąc dźwięki. Szybko uznano mnie za szaleńca, który stracił rozum pod wpływem tego nieznośnego upału. Zamiast bowiem targować się o cenę chlebów, przypraw, koszul czy butów, pytałem sprzedawców, co za muzyka rozbrzmiewa z ich straganów i gotów byłem słono płacić za należące do nich kasety i płyty CD.
Zewsząd dobiegały mnie zmieszane ze sobą dźwięki arabskiej perkusji, wprawiającej moją duszę w przypominający taniec derwiszów transowy wir, oraz dudnienie muzyki ludów z Czarnego Lądu, której ekstatyczny charakter przyprawiał mnie o zawrót głowy. Pod sklepieniem nieba zaczęły drżeć błyskawice, nadchodziła tak rzadka na pustyni burza. Tylko w mojej głowie rozbrzmiewał jeszcze jeden niezwykły dźwięk, wśród tej bujnej jak dżungla i gorącej jak pustynia rytmicznej wegetacji – zimny jak lód fortepian.
Kiedy  wracałem do Sharm-EL-Sheikh, izraelska straż graniczna skonfiskowała cały, z takim trudem zdobyty zapas muzycznych skarbów z akabańskiego bazaru. Nie spodobały im się arabskie napisy na płytach i kasetach, może podejrzewali, że jestem kurierem Al-Kaidy? Wrażenia tej niezwykłej chwili uleciały- jak mi się zdawało- na zawsze. Aż do niedawna, gdy w moim odtwarzaczu znalazła się wydana w 2009 roku płyta niemieckiego pianisty Joachima Kühna „Out of Desert”.
Nagrana z towarzyszeniem marokańskiego wirtuoza oud i guembri Majida Bekkasa i hiszpańskiego perkusisty Ramona Lopeza, jest ogromnym krokiem naprzód Kühna  po pierwszym albumie tego trio, czyli wydanej w 2007 roku „Kalembie” i po wcześniejszym „Journey To the Centre of the Egg”, nagranym z udziałem Libańczyka Rabiha Abou-Khalila w 2006, które i tak były już świetne. Przełomem jest sięgnięcie przez Kühna nie tylko po muzyków arabskich, ale i głębiej, do dźwięków Afryki subsaharyjskiej, reprezentowanej tu przez pochodzącego z Beninu Bessana Josepha Kouassi i jego towarzyszy. Płyta ta udowadnia, że Kühn osiągnął status artysty wyjątkowego, tworzącego własną muzykę, mającego za nic granice gatunków i nadawane przez krytyków etykietki. Jest równie inspirujący, gdy - jak tutaj - przetwarza to, co zwykle kojarzymy z world music, czy kiedy idzie pod rękę z awangardą w swoich płytach nagranych z udziałem Daniela Humaira, Tony Malaby’ego czy w niezapomnianym duecie z Ornettem Colemanem. Ale równie dobry jest także, gdy płynie bliżej głównego nurtu, jak na płytach w trio z Michaelem Wollnym i Heinzem Sauerem czy wreszcie wtedy, gdy daje wyraz swojej miłości do muzyki klasycznej, jak na solowym „Allegro Vivace”. Krótko mówiąc, album z tych, które - gdy ich słuchasz-wywołują myśl: chciałbym być tam, gdzie ci chłopcy grali i tańczyć!

Maciej Nowotny

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Ishmael Wadada Leo Smith "Abbey Road Quartet", Treader, 2009


Ishmael Wadada Leo Smith – trumpet
John Coxon – electric guitar
Pat Thomas – piano, synthesizer
Mark Sanders – drums

Wytwórnia: Treader
Rok wydania: 2009





Wadada Leo Smith należy do grona tych muzyków, których płyty warto śledzić ze szczególną uwagą. Mimo, że w ciągu roku potrafi ich wydać kilka, praktycznie każda utrzymana jest na zaskakująco wysokim poziomie. Nie inaczej jest z „Abbey Road Quartet”, która nie zdobyła co prawda takiego rozgłosu, jak również pochodzące z 2009 roku „Spiritual Dimensions” i „America”, ale chyba tylko dlatego, że opatrzona jest logiem mniej znanej wytwórni niż Cuneiform czy Tzadik. Muzycznie bowiem jest to materiał najwyższej próby.

Nagraną w słynnym londyńskim studio płytę wyróżnia nie tylko krystalicznie czyste, ale także silnie zelektryfikowane brzmienie. Zarówno klawiszowiec Pat Thomas, jak i gitarzysta John Coxon, generują za pomocą swoich instrumentów mnóstwo zgrzytów, trzasków, szmerów i innego rodzaju krańcowo przetworzonych dźwięków, które w dużym stopniu określają specyfikę tego wydawnictwa. Skojarzenia z Supersilent nasuwają się same, jednakże wyłącznie w zakresie spektrum wykorzystanych brzmień, bowiem organizacja materiału znacznie bliższa jest tradycji jazzowej. Nie bez przyczyny całość została wydana pod nazwiskiem Wadady Leo Smitha. Zresztą zasiadający za bębnami Mark Sanders również dwoi się i troi by zachować żywy, nieustannie fluktuujący przepływ dźwięków. Być może więc lepszym punktem odniesienia byłaby pierwsza płyta Crimetime Orchestra, gdzie obydwa żywioły – elektroniczny i jazzowy – złączone są w podobny sposób, choć zaaranżowane na  nieco większy skład.

Niezależnie jednak od skojarzeń, na „Abbey Road Quartet” mamy do czynienia z absorbującą organiczną muzyką opartą w równej mierze na kompozycji, jak i improwizacji. Całość oscyluje pomiędzy wyciszonymi partiami quasi-jazzowej kameralistyki a skomasowanymi atakami elektronicznie przetworzonego hałasu. Muszę przyznać, że charakterystyczny, oszczędny styl gry Smitha idealnie współbrzmi z tego typu estetyką i na tej płycie często słucha się go z jeszcze większą przyjemnością niż zwykle (o ile to w ogóle możliwe). Gdy tylko czysty i chłodny ton trąbki przebija się przez gęstwiny szorstkich, industrialnych dźwięków lub gdy maluje impresjonistyczne frazy na tle przestrzennych ambientowych podkładów, z pozoru nieprzyjazna muzyka nabiera zupełnie odmiennego charakteru. Mimo że jestem zdecydowanym zwolennikiem jazzu akustycznego, ta płyta niezmiernie mi się podoba. Muzycy naprzemiennie budują intymny nastrój i operują kontrastem, przy czym całość jest bardzo wyważona, udanie łącząc ze sobą dwie często mało kompatybilne estetyki. 

Artur Szarecki

poniedziałek, 22 listopada 2010

John Butcher Group "Somethingtobesaid", Weight of Wax, 2009

John Edwards - b; Adam Linson - b, electr.; Gino Robair - perc.; Chris Burn - p; John Butcher - s.; Thomas Lehn - syntezator analogowy; Dieb13 - gramofony; Clare Cooper: harp &: guzheng

Wytwórnia: Weight on Wax
Rok wydania: 2009




Festiwal Muzyki Współczesnej w Huddersfield gościł w roku 2008 grupę świetnie znanych nam muzyków, umieszczonych w line-up’ie pod szyldem John Butcher Group (znanych nam, czyli wielbicielom „niemuzyki”, tak bowiem zwykli nazywać nasze dźwiękowe fascynacje Ci, którzy edukację muzyczną zakończyli w metrum 4/4).

Grupa została stworzona ad hoc, na potrzeby koncertu (nota bene, przy wsparciu podatników Jej Królewskiej Mości) i choć muzycy Ci grywali ze sobą wielokrotnie, to w tym zestawieniu wystąpili po raz pierwszy. Lider, przynajmniej z nazwy, całego przedsięwzięcia, John Butcher oprócz, jak zwykle skutecznego manipulowania saksofonami, wniósł do projektu trochę pre-produkcji (czyli dźwięków nagranych wcześniej), a do Oktetu dobrał: dwa kontrabasy (John Edwards!, Adam Linson), fortepian (Chris Burn!), dwa generatory dźwięków „niczyich” (analogowy syntezator – Thomas Lehn! i gramofony – Dieb13), harfę z dodatkami (Claire Cooper) i perkusjonalia (Gino Robair!). Dodatkowo część muzyków wspierała się różnej maści elektroniką.

Powstały z tegoż spotkania swobodny strumień dźwiękowy udostępniony został nam dzięki nowej inicjatywie wydawniczej Weight Of Wax (póki co wydaje tylko muzykę Johna Butchera). Ponad godzinny koncert pozbawiony był przerw, wszakże dla wygody słuchaczy podzielony został na dziewięć części.

W wyżej zarysowanej czasoprzestrzeni Oktet pracuje bardzo sprawnie, generując piękny i doprawdy frapujący kolaż dźwiękowy, który w odpowiednich dramaturgicznie momentach zgrabnie kontrapunktuje solowymi eksploracjami saksofon Johna Butchera (brzmi nad wyraz czysto i klarownie, przemycając jak zwykle tych kilka dźwięków, których nie uświadczymy obcując z pozostałą na świecie wielomilionową rzeszą posiadaczy instrumentów dętych, drewnianych). Całość, z pozoru improwizowana, bywa chyba delikatnie przez lidera w kilku momentach ukierunkowywana, co w każdym razie nie stanowi jakiegokolwiek zarzutu.

Koncert z Huddersfield to przy okazji rzadka ostatnio sposobność wysłuchania Johna Butchera w większym składzie. A to wartość sama w sobie. Polecam bezdyskusyjnie!

Andrzej Nowak

środa, 8 września 2010

Alasnoaxis "Houseplant" i "Dogs Of Great Indifference" - czyli jak zostałem masochistą.













Chris Speed -ts
Hilmar Jensson -g
Skuli Sverrisson -b
Jim Black - dr

W: Winter & Winter
R.w.: <-09 i 06->


Kim jest Jim Black? Jest jednym z najlepszych perkusistów na świecie. Dlaczego? Bo stworzył swój unikatowy styl gry, oparty na zaprzeczeniu perkusyjnej grawitacji. Zanegował wszelkie podziały rytmiczne i każde jego przejście, każda solówka, brzmi jak zupełnie wyzwolona, niby-chaotyczna bębniarska ekwilibrystyka, która jednak zawsze ma poparcie we właściwym akcentowaniu, czyniącym jego grę, paradoksalnie, jeszcze bardziej rytmiczną. To jest jak ciągła walka z wyuczoną i, przede wszystkim, zupełnie naturalną skłonnością do parzystego podziału jednostki rytmicznej, przy zachowaniu regularnie tykającego w głowie wewnętrznego metronomu, wyznaczającego z absolutną precyzją początek każdego kolejnego taktu. Do tego należy dodać bardzo specyficzne, ciężkie brzmienie skontrapunktowane licznymi "przeszkadzajkami", takimi jak dzwoneczki, blaszki, pudełeczka...
Tak można było mówić o Jimie Blacku po wysłuchaniu jego gry na wspaniałych płytach trio Satoko Fujii/Mark Dresser/Jim Black czy Bloodcount Tima Berne'a. Ta gra pozostanie na zawsze w mojej pamięci po fantastycznym koncercie sprzed lat trio Assif Tsahar/Mat Maneri/Jim Black. Wyliczać można dalej, tylko po co? To se ne vrati.

Jim Black postanowił unicestwić swoją absolutnie cudowną skłonność do konstruktywnej destrukcji rytmu, postanowił odpuścić kontakty z wymagającymi muzykami i nagrał w 2009 piątą już płytę zespołu Alasnoaxis, który brzmi jak...
Wyobraźcie sobie Sonic Youth mające świetnego perkusistę, a zamiast depresyjnych wokali Thurstona Moore'a i Kim Gordon - Jana Garbarka z saksofonem. Nie powiem, czasem gdy grają ballady brzmi to całkiem nieźle, rzewnie, ale da się tego słuchać. Kiedy jednak sekcja przyspiesza, a gitarzysta zaczyna realizować swoje lekko hałaśliwe skłonności, saksofon Speeda brzmi jak niepotrzebnie dolepiona, przeszkadzająca nieznośnym infantylizmem i oczywistym brzmieniem, zawodząca gruda nudy. To jak nowotwór złośliwy tego zespołu, tyle że chyba celowo wszczepiony w jego tkanki. Nie można przecież zapomnieć, że to już pięć płyt!
Gdy słuchałem "Dogs Of Great Indifference", miałem momentami tak silne wrażenie niekoherencji tej muzyki, tak dalece styl i brzmienie saksofonu nie pasował do reszty, że wprawiało mnie to w stan lekko paranoidalnego zagrożenia. Bardzo drażniące zjawisko.

A przecież mogło być dużo lepiej. Zapomnijmy o tym co robił Jim Black, kiedy był jeszcze TYM JIMem BLACKiem. Tu też brzmi dobrze. Struktury rytmiczne są już zupełnie oczywiste i uporządkowane, ale brzmienie zachował. Tak starannie dobrane dodatki do akcentowania i ubarwiania partii perkusyjnych są w rocku raczej rzadkością, a umiejętne budowanie atmosfery przez Jenssona i Sverrissona też zasługuje na pochwałę. Zapomnijmy o tym, że kiedyś parał się bardzo oryginalnym free jazzem, a teraz jedyna szufladka, do której by pasował, to szeroko pojęta "alternatywa", w końcu wiele z tych kompozycji jest oryginalnych i mogłyby być porywające. Jeden utwór z wyżej wspomnianej płyty pt. "Harmstrong" udał się nawet Speedowi, tyle że zrezygnował on w nim z prostych melodyjek na rzecz saksofonowego rzężenia, które raz jedyny idealnie korespondowało z niepokojącym brzmieniem reszty zespołu. Dlaczego więc Black wybrał wariant, którego po prostu nie da się słuchać?

Jak widać chciałem. Przesłuchałem płytę "Dogs Of Great Indifference" i wbrew poddenerwowaniu, które wywołała, sięgnąłem po najnowszą "Houseplant". Niepotrzebnie.

Marcin Kiciński

niedziela, 29 sierpnia 2010

Enterout Trio "Pink Ivory" - czyli "przepraszam, czy Panowie na pewno są z Polski?"



Piotr Mełech: clarinet & bass clarinet
Adam Wróblewski: cello
Sebastian Grzesiak: drums

wytwórnia: Multikulti Project
rok wydania: 2009




Nie wiem jak Wy, ale ja naprawdę tęsknię za Volapukiem. Zespół Guigou Cheneneviera jest dla mnie wzorem wykalkulowanego, precyzyjnego, a przy tym surowego i energetycznego grania, a także wyjątkowych, dyscyplinujących kompozycji dla nietuzinkowego trio (klarnet/wiolonczela/perkusja). Może dlatego tak entuzjastycznie zareagowałem na Enterout Trio. Już pierwsze dźwięki przypominają Volapuka, ale mimo ewidentnych nawiązań, szczególnie w warstwie kompozycyjnej, czuć zdecydowanie bardziej jazzowy feeling. Zupełnie inaczej chodzi perkusja, dużo dalej niż Michel Mandel odjeżdża w swoich solówkach Mełech. Więcej tu improwizacji i wolności, choć szkielet - oparty na agresywnych pociągnięciach smyczkiem, swoistym wiolonczelowym riffie oraz nietypowej melodyce klarnetu - pozostał. I bardzo dobrze, bo naprawdę ten kierunek muzyczny swobodnie może być rozwijany, tym lepiej jeśli jest to robione na naszym rodzimym podwórku. Zwłaszcza że muzycy nie mają najmniejszych kompleksów. Momentami grają totalnie, nie unikając gwałtownych zwrotów i emocjonalno-dynamicznego fortissimo.
Volapukowe hity przeplatane są mrocznymi eksperymentami (początek utworu "Księżycowy"), a także cudowną balladą "Sorrow", której nie powstydziłby się John Zorn na swojej kolejnej tzadikowej "składance". Wyraźnie słychać w niej techniczną swobodę Grzesiaka, nawiązującą do stylu gry Joeya Barona, a pizzicato Wróblewskiego świadczy o dużym osłuchaniu w muzyce nowojorskiego downtownu.

Wszystkie te moje peany paradoksalnie mogą zniechęcić. Dużo bowiem wymieniłem nawiązań i zapożyczeń, które mogą eliminować świeżość. Dobrze pamiętam jednak swoje emocje i reakcje i wydaje mi się, że dzięki swoistej elastyczności wpływów Enterout Trio swobodnie radzi sobie z pozwem o wtórność. A nawet jeśli Enterout nowatorskie nie jest, a mój nadmierny aplauz świadczy tylko o patriotycznym obniżaniu poprzeczki, to co? Najważniejsze, że goście grają naprawdę ogniście!