Pokazywanie postów oznaczonych etykietą CLEAN FEED. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą CLEAN FEED. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 17 stycznia 2012
Aram Shelton Arrive (Jason Roebke, Jason Adasiewicz, Tim Daisy) "There Was..." Clean Feed, 2011
Aram Shelton - as
Jason Roebke - b
Jason Adasiewicz - vib
Tim Daisy - dr
Wytwórnia: Clean Feed
Rok wydania: 2011
Długo zbierałem się do napisania o tej płycie, mimo że jest ona jednym z nielicznych tegorocznych wydawnictw, do którego wracam regularnie i z niesłabnącym zachwytem. Shelton zwrócił moją uwagę swoim unikalnym, bardzo lirycznym językiem już w trio Dragons 1976. O ile jednak tamten zespół miał lekko „garażowy” charakter, tak kwartet Arrive tchnie dojrzałością i dopracowanym brzmieniem. Wyraźnie słychać także, że muzyk ten rozwinął się kompozycyjnie. Prostota i melodyjność tematów, uzupełniona nienachalnymi zwrotami dynamiki, pozostawia dużo miejsca dla swobodnej wypowiedzi zarówno samego lidera, jak i pozostałych członków zespołu. Nie ma tu żadnych napięć, raczej skupiona współpraca, która udaje się zazwyczaj, gdy zebraną grupkę osób cechuje podobna, w tym wypadku dość złożona osobowość. Przeważa liryczna zaduma, która chwilami przeradza się w lekko freejazzowe partie. Moją uwagę zwraca wibrafonista Jason Adasiewicz, który ze swojego - do niedawna uważanego przeze mnie za bezduszny (do czasu zanurzenia się w cudowny świat Bobby Hutchersona czy Walta Dickersona) - instrumentu potrafi z odpowiednią delikatnością wydobyć partie, decydujące w głównej mierze o onirycznym charakterze większości kompozycji, spośród których wyróżnia sie utwór „Frosted” - zachwycająca ballada, łącząca cudowne wybrzmiewanie instrumentów z lekką, melancholijną melodią.
Na „There Was…” doskonale pracuje sekcja. Pamiętam swój zachwyt nad Timem Daisy, gdy wraz ze swoim pojawieniem się w szeregach Vandermark 5 wniósł sporo brzmieniowej lekkości i inwencji. Od tego czasu pojawiło się wiele płyt z jego udziałem, płyt lepszych i gorszych, i po czasie zacząłem odnosić wrażenie, że powoli bębniarz ten popada w słyszalną, niestety, rutynę. Wyjątkiem była jego współpraca Sheltonem i tym razem również nie zawodzi. Już dawno nie słyszałem go w takiej formie, mimo że porusza się tu w bardzo stonowanych rejestrach. Jason Roebke może niczym nie zaskakuje, ale jest to też muzyk, którego najmniej znam. Na pewno jednak dobrze się wkomponowuje w obraną stylistykę i uzupełnia zespół dość oszczędnym, lecz bardzo trafionym basem.
„There Was…” jest płytą szczególną - mimo że w kilku miejscach wyraźnie nawiązuje do klasycznych rozwiązań, to robi to w sposób intelektualnie i emocjonalnie koherentny z teraźniejszością. Wyraźnie słyszalny sentyment nie wyraża tęsknoty za czymś konkretnym, przez co bardziej stanowi deklarację własnego umiejscowienia we współczesności, opartego na zrozumianym i zaakceptowanym niedopasowaniu.
Marcin Kiciński
P.S. Warto zwrócić uwagę na pozostałe tegoroczne płyty Sheltona i z jego udziałem– duet z Kjellem Nordesonem „Incline” (Singlespeed Music), a także album „gwiazdorskiego” kwartetu Darrena Johnstona „Cylinder”, nagrany dla Clean Feedu.
wtorek, 24 maja 2011
Bassdrumbone (Gerry Hemingway / Mark Helias / Ray Anderson) “The Other Parade” vs. Michael Dessen Trio 2 (Christopher Tordini / Dan Weiss) “Forget The Pixel”, Clean Feed, 2011
Gerry Hemingway (d), Mark Helias (b), Ray Anderson (tb) | Christopher Tordini (b), Dan Weiss (d), Michael Dessen (tb) |
Wytwórnia: Clean Feed
Rok wydania: 2011
Ostatni wypust nowości z Clean Feedu przyniósł ciekawą sytuację. Dostajemy bowiem dwie płyty nagrane w identycznym instrumentarium (puzon/bas/perkusja), różniące się jednak dość znacząco pod względem występujących na nich postaci i podejścia do tematu. Pierwszy z projektów to szacowne, grywające ze sobą od 34 lat trio muzyków o niepodważalnej już reputacji w jazzowym światku. Drugi tercet reprezentuje znacznie młodsze pokolenie, a ich druga płyta to być może początek równie udanej kooperacji.
Gerry Hemingway, Mark Helias i Ray Anderson traktują BassDrumBone w sposób bardzo swobodny. Trzymając się ustalonej od lat, konwencjonalnej, mainstreamowej chciałoby się rzec, formy - naginają jej granice, by dać upust swojej instrumentalnej finezji. Nie słychać tu żadnego silenia się na nadzwyczajny efekt, a jest on i tak uzyskiwany jako pochodna niebywałej lekkości, z jaką każdy z tych wirtuozów podchodzi do wspólnego muzykowania. W tych bluesach i inspirowanych początkami jazzu tematach czuć zabawę i radość obcowania ze sobą, o którą można by bardziej podejrzewać nie tyle profesjonalistów, co kilku kumpli amatorów, spotykających się regularnie przy piwie na cotygodniowym, garażowym graniu. Wyczuwa się uśmiechy i liczne pozamuzyczne tematy, które łączą muzyków. Udziela się słuchaczowi panująca na tym nagraniu życzliwość i przyjaźń.
Michel Dessen Trio 2 (dwójka dodana jest chyba w związku ze zmianą perkusisty) konsekwentnie szukają inspiracji w bieżących trendach. Wystawiają się na próby różnych stylistyk, eksperymentują czasami z delikatną elektroniką. "Forget the Pixel" to zlepek kompozycji, w których z jednej strony przebija się animusz do grania dynamicznego i rytmicznego, z drugiej czasem naiwna, czasem przejmująca refleksja. W chwilach wyciszenia fantazja potrafi ich ponieść w kierunku muzyki, którą znamy z doskonałego Memorize The Sky - muzycy starają się uciec od czytelnej formy i koncentrują się na budowaniu surrealistycznego klimatu. Naturalnie nie brak tu sonorystycznych zabaw, gwałtownych zmian akcji i zaskakujących rozwiązań.
Oba zespoły, choć dzielą je dziesięciolecia doświadczeń, oferują muzykę, której bardzo dobrze się słucha. BassDrumBone być może niczym nie zaskakuje, stanowi jednak oazę lekkości i finezji w profesjonalizmie. Dessen Trio intryguje swoimi poszukiwaniami i zaraża młodzieńczym entuzjazmem. Obie płyty doskonale się uzupełniają, dlatego zachęcam do równoczesnego ich poznania.
Marcin Kiciński
impropozycja.blogspot.com
niedziela, 15 maja 2011
CLEAN FEED - PREMIERY
DANIEL LEVIN INNER LANDSCAPE Daniel Levin (cel) | |
RALPH ALESSI AND THIS AGAINST THAT WIRY STRONG Andy Milne (p), Drew Gress (b), Mark Ferber (d), Ralph Alessi (t), Ravi Coltrane (sax), | |
BRUNO CHEVILLON / TIM BERNE OLD AND UNWISE Bruno Chevillon (b), Tim Berne (as) | |
MICHAEL DESSEN TRIO2 FORGET THE PIXEL Christopher Tordini (b), Dan Weiss (d), Michael Dessen (tb) | |
BASSDRUMBONE THE OTHER PARADE Gerry Hemingway (d), Mark Helias (b), Ray Anderson (tb) |
piątek, 25 marca 2011
Daniel Levin Quartet [Daniel Levin / Nate Wooley / Matt Moran / Peter Bitenc] "Organic Modernism", Clean Feed, 2011
Daniel Levin: cello
Nate Wooley: trumpet
Matt Moran: vibraphone
Peter Bitenc: bass
Wytwórnia: Clean Feed
Rok wydania: 2011
Daniel Levin wraz ze swoim kwartetem nie zwalnia tempa - jeszcze dobrze nie ochłonęliśmy po koncertowym albumie, który ukazał się w drugiej połowie ubiegłego roku nakładem Clean Feed-u, a już portugalska oficyna zaskakuje kolejnym nagraniem Zespołu. Po nagraniu "live" przyszedł czas na zmiany - najnowsza płyta "Organic Modernism" ma zupełnie odmienny charakter. Levin w liner notes dołączonym do płyty przywołuje słowa Strawińskiego o tym, że muzyka "powinna być niczym więcej jak tylko samymi dźwiękami". I rzeczywiście muzyka kwartetu ma tym razem aspiracje bycia afirmacją dźwięku. Levin wciąż jest tu kompozytorem - tym razem jednak tylko kilku utworów i są tylko szkice. Ponad połowa materiału to kwartetowe improwizacje. Odeszły gdzieś swingujące frazy kwartetu oparte na współbrzmieniu partii wiolonczeli i wibrafonu. Zamiast tego mamy powolne budowanie współbrzmienia, które w efekcie często i tak prowadzi do porozumienia i, zgodnie z założenia ICP, kompozycji. Muzyka jest zupełnie abstrakcyjna, w poszczególnych utworach nie oparta na jednolitym metrum oraz nie ma ciągłości w formule kwartetu. Ciągle się zmienia wraz z aktywnością poszczególnych improwizatorów w ramach zespołu. Wyodrębniają się więc różne składy - duety i tria, które swobodnie rozwijają narrację prowadzoną wcześniej przez zupełnie odmienny skład. Płyta jest ciągłym zaskoczeniem, ale potrafią jej formułę docenić ci, którzy włożą w obcowanie z tą muzyką niemały wysiłek - potrafią się skupić na blisko sześćdziesiąt minut. Ja polecam gorąco.
Marcin Jachnik
multikultiproject.blogspot.com
niedziela, 13 marca 2011
Angelica Sanchez "A Little House", Clean Feed 2011
Angelica Sanchez - piano, toy piano
Wytwórnia: Clean Feed
Rok wydania: 2011
Dla jednych określenie "awangardowy" działa jak zachęta, dla innych odstrasza przed sięgnięciem po daną płytę. Pierwsza solowa płyta nowojorskiej pianistki i kompozytorki Angelici Sanchez "A little house" może być szansą na spotkanie jednych i drugich. Może także i trzecich - amatorów krzyżówek i szarad...
Pierwszym Angelici Sanchez zapewne przedstawiać nie trzeba. Dla porządku wymienić można jej co bardziej znanych i pokręconych muzycznych partnerów: Wadada Leo Smith (Golden Quartet, Organic), Tony Malaby, Michael Formanek (Angelica Sanchez Quartet), Ralph Alessi, Paul Motian (Kevin Tkacz's Lethal Objection), Adam Lane, Tim Berne, Susie Ibarra i tak dalej... Sanchez bez wątpienia należy do gwiazd nowojorskiej sceny niezależnej. Koncerty ma zaplanowane średnio co tydzień, na ogół bez konieczności ruszania się z Nowego Jorku.
Słuchaczy szukających w muzyce ukojenia, bardziej niż mrożącej krew w żyłach przygody, przekonać może rekomendacja Carli Bley: "Jest taka muzyka, której najlepiej słucha się w samotności. [...] Każdy utwór jest jak historia opowiedziana ci w zaufaniu. [To płyta] pełna niespodzianek, elegancji, o ciekawej, pełnej odniesień strukturze, napisana nowatorskim językiem, zawierająca onieśmielająco oryginalną treść. Nawet utwory w całości improwizowane wydają się mieć swoją fabułę. Jeśli planujecie rozbić się na bezludnej wyspie, spakujcie zawczasu kopię "A Little House".
A teraz zachęta dla szaradzistów melomanów: (choć z drugiej strony dodać muszę klauzulę: UWAGA! Dalsza część artykułu może zawierać szczegóły fabuły i zakończenia. Tych, którzy chcą rozkodowywać płytę na własną rękę (ucho) - do czego zachęcam - odsyłam do ostatniego akapitu) Album otwierają dźwięki szarpanych ręką strun, przeplatane szybkimi, goniącymi po klawiaturze frazami, Nic na tym krążku nie jest jednak przypadkowe. Temat ten - "Chantico" - bierze swój tytuł od imienia azteckiej bogini złotników i jubilerów, a także domowników, którzy wierzyli, że weźmie ona pod swoją opiekę wszystkie drogocenne przedmioty, które pozostawili w domu. Po pokłonie Bogini, Sanchez rozpoczyna swą opowieść i odsłania skarby. Już po chwili muzykę wypełnia duch spokojnej, filmowej Ameryki w pieśni gwiazdy muzyki country - Hanka Thompsona "I'll Sign My Heart Away". W wersji oryginalnej jest to wyznanie mężczyzny na dzień przed ostateczną rozprawą rozwodową. W swojej wersji, Sanchez zastąpiła śpiew brzmieniem zabawkowego pianina.
"Along the Edge" nawiązuje delikatnie do utworu o podobnym tytule zespołu Concrete Blond. Portugalski tytuł "A Casinha Pequenina" czyli po portugalsku tytułowy A Little House - mały, maleńki domek, to nie językowy ukłon w stronę - Pedro Costy i wydawnictwa Clean Feed. Piękne lekko przytłumione dźwięki fortepianu interpretują tu głos Silvio Caldasa - brazylijskiego kompozytora i pieśniarza, autora tego tematu. Każdorazowe odkrycie inspiracji daje słuchaczowi oczywiście wielką satysfakcję. Im jednak bardziej zagłębiamy się w te poszukiwania, tym robi się dziwniej. Oto bowiem utwór "Streched", minimalistyczna, romantyczna ballada z elementami muzyki repetatywnej, sięga korzeniami do... twórczości izraelskiego zespołu psychodeliczno-transowego "Infected Mushroom". Fakt takiego spotkania i to, co wyniosła z niego Sanchez jest powalające... A tempo i szał nie zwalnia... "Trickle" to nawiązanie do utworu Morgan Van Dam spopularyzowanego przez reklamę telewizorów Samsung. "Crawl Space" to nie cytat z horroru z Klausem Kinskim w roli głównej, ale kompozycji Arta Farmera - a może jest to spotkanie jednego z drugim. Gdy dotarłem do końca albumu nabierając przekonania, że zagrany przez Sanchez na zabawkowym pianinie, brzmiącym jak pozytywka "Mimi" to cytat z piosenki pod tytułem "Mimi sara" włoskiego piosenkarza Francesco De Gregori, zacząłem się poważnie zastanawiać nad tym, czy aby nie zwariowałem, czy nie gram w filmie "Shutter Island" lub nie za dużo czasu spędzam na youtubie. Może (prawie) wszystkie te odwołania to bzdury i siła sugestii? A może nadużyłem zaufania Chantico...
Prawie każdy utwór na tej płycie to zagadka, cytat, odwołanie. Dekodowanie jej sprawia frajdę, podobną chyba do tej, którą mają amatorzy "Przekrojowych" krzyżówek. Nagroda w tym konkursie jest jednak niewymierna - zachwyt i podziw nad tym jak Angelica Sanchez przetwarza, a może po prostu słyszy muzykę. W tej muzyce nie ma grama kiczu, tandety, czy puszczania oka do słuchacza. Jej interpretacje brzmią jak nowocześnie zagrane jazzowe standardy, gdy w rzeczywistości są kolekcją muzyki, zbieraną przez artystkę zapewne przez całe życie. Płyta ta powinna być wydana podwójnie, wraz z oryginalnymi tematami - źródłami. Wtedy jednak słuchaczowi odebrano by szaradę a błyskotliwość Sanchez może nadto rzucałaby się w oczy. Cudowna, autorska muzyka.
Polecam, choć przestrzegam przed obłędem,
Kajetan Prochyra
http://klimatumiarkowanycieply.blogspot.com/
czwartek, 10 marca 2011
Mostly Other People Do The Killing "The Coimbra Concert", Clean Feed, 2011
Peter Evans – trumpet
Jon Irabagon – tenor and soprano saxophones
Moppa Elliott – double bass
Kevin Shea – drums
Wytwórnia: Clean Feed
Rok wydania: 2011
Kiedy pojawili się w programie zeszłorocznej edycji Warsaw Summer Jazz Days, większość z nas nie zawracała sobie nimi głowy. I to był pierwszy poważny błąd. Myśleliśmy i dyskutowaliśmy głównie o koncercie Pharoah Sandersa – co w sumie zrozumiałe – takie postacie z najwyższej półki nie pojawiają się u nas zbyt często. Legendarny saksofonista, Pharoah Sanders ma przecież zapewnione miejsce w kanonie muzyki jazzowej, bo nie tylko uczestniczył w nagrywaniu płyt ze schyłkowego okresu życia Johna Coltrane’a, ale niedługo później rozwinął ducha spirytystycznego free jazzu we własnym zakresie – na płytach „Karma” i „Black Unity”. Przy jego dokonaniach panowie z Mostly Other People Do The Killing to nieopierzeni debiutanci, ale dla współczesnej muzyki improwizowanej to oni są nadzieją i już niebawem mogą zacząć rozdawać karty. Zapowiedzią kolejnej zmiany pokoleniowej był m.in. występ na wyżej wspomnianym festiwalu, który dla wielu przebił pod względem poziomu i energii koncert Mistrza.
Punktem wyjścia dla tej recenzji nie są poprzednie dokonania amerykańskiego kwartetu. Są równie doskonałe i trudno wybrać spośród nich najciekawszy moment dotychczasowej kariery zespołu. W kontekście „The Coimbra Concert” istotne jest to, jak to wszystko brzmi na żywo. A skoro warszawski występ odbił się takim echem, to warto zadać sobie pytanie: co jest takiego wyjątkowego i fascynującego w twórczości nowojorczyków? Czy na przekór utyskiwaniom słuchaczy i krytyków muzycznych wymyślają coś nowego? Muzyka jazzowa rządzi się innymi prawami. I tym, co decyduje w głównej mierze o świetności amerykańskiego kwartetu jest rzadko spotykany muzyczny luz. Nawet najbardziej złożone solówki nie brzmią w przypadku Mostly Other People Do The Killing jak intelektualne łamigłówki dla jajogłowych. Nie bez kozery o Amerykanach mówi się w kontekście takich określeń jak „cool”, bo rzeczywiście potrafią swobodnie poruszać się w różnych konwencjach, udowadniać nieprawdopodobny kunszt, a zarazem sprawiać wrażenie, jakby i tak grali na pół gwizdka, odpalając przy okazji jednego papierosa od drugiego. Przynależność do świata muzycznej awangardy jest zatem przełamana piórkową wręcz lekkością, doskonałym wyczuciem i obeznaniem – a to może przypominać chyba tylko jeden zespół: wyparty z powszechnej świadomości The Lounge Lizards.
„The Coimbra Concert” jest zapisem nie tylko trzech fantastycznych koncertów, gdzie między artystami czuć wręcz namacalną chemię. Efekt jest porażający. Otrzymujemy muzykę, która z jednej strony kłania się współczesnej odmianie free jazzu, z drugiej sięga po standardy sprzed kilku dekad i gdzieś pomiędzy tymi zwrotami akcji nieśmiało wskazuje nowe możliwości wyboru. Dobrze się składa, że album wydała portugalska oficyna Cleen Feed, która od kilku lat wyznacza słuszny kierunek muzyki improwizowanej. Dobrze też, że Mostly Other People Do The Killing mogą pochwalić się indywidualnościami. Kevin Shea udowadnia nie po raz pierwszy, że jest znakomitym perkusistą (pamiętacie Storm And Stress?), a Peter Evans na naszych oczach staje się jednym z najbardziej interesujących amerykańskich trębaczy. Do tego niesamowity kontrabasista Moppa Eliott jest głównym kompozytorem zespołu, a saksofonista Jon Irabagon wsławił się tym, że wygrał międzynarodowy konkurs… imienia Theloniousa Monka. Czapki z głów przed Mostly Other People Do The Killing. Także za kolejną dowcipną przeróbkę okładki jednej z najbardziej znanych jazzowych płyt.
Piotr Wojdat
(Screenagers.pl)
piątek, 4 marca 2011
CLEAN FEED - PREMIERY
JÚLIO RESENDE TRIO YOU TASTE LIKE A SONG Bruno Pedroso (d), João Custódio (b), Joel Silva (d), Júlio Resende (p), Ole Morten Vágan (b), | |
ARAM SHELTON'S ARRIVE "THERE WAS..." Personnel: Aram Shelton (as), Jason Adasiewicz (vib), Jason Roebke (b), Tim Daisy (d), | |
NATE WOOLEY QUINTET (PUT YOUR) HANDS TOGETHER Eivind Opsvik (b), Harris Eisenstadt (d), Josh Sinton (bcl), Matt Moran (vib), Nate Wooley (t), | |
JOHNSTON / SHELTON / MEZZACAPPA / NORDESON CYLINDER Personnel: Aram Shelton (as), Darren Johnston (t), Kjell Nordeson (d), Lisa Mezzacappa (b), |
wtorek, 18 stycznia 2011
Chris Lightcap's Bigmouth "Deluxe", Clean Feed, 2010
Andrew D'Angelo (as),
Chris Cheek (ts),
Chris Lightcap (b),
Craig Taborn (p),
Gerald Cleaver (d),
Tony Malaby (ts),
Wytwórnia: Clean Feed
Rok wydania: 2010
Zarówno nastawione na awangardę rankingi europejskich blogerów jak i zupełnie mainstreamowe amerykańskie zestawienia Village Voice czy AllAboutJazz uznały, że miniony rok należał w dużej mierze do artystów związanych z wytwórnią Clean Feed. Albumy ze znakiem tego portugalskiego wydawnictwa, choć prawie nad Wisłą niedostępne, mają u nas coraz większe grono miłośników, by nie powiedzieć "wyznawców". Długo zastanawiałem się który tytuł z ich katalogu wybrać (na początek) na naszą płytę tygodnia. Fenomenalny koncert grupy Angles pt. "Epileptical West" czy też wielokrotnie oklaskiwany dwupłytowy album Adam Lane's Full Throttle Orchestra pt. "Ashcan Rantings". W końcu zdecydowałem się na papierek lakmusowy nowej amerykańskiej sceny jazzowej: Chris Lightcap's Bigmouth i album "Deluxe".
Dlaczego papierek lakmusowy?
Choć może nazwisko leadera - kontrabasisty Chrisa Lightcapa - nie budzi jeszcze zbyt wielu skojarzeń, to jego koledzy - Craig Taborn i Gerald Cleaver już powoli powinni. Pierwszy jest za oceanem nowym, choć już nie takim bardzo młodym, talentem jazzowego fortepianu (tradycyjnego a częściej elektrycznego). Miarą jego potencjału mogą być chociażby wspólne płyty z Roscoe Mitchellem (na ostatniej, "Far side", grał na klawiszach obok Vijay'a Iyera). W tym roku nakładem ECMu ukaże się jego pierwsza płyta solo.W międzyczasie pracuje z Tomaszem Stańko i jego nowym, arcyciekawym zespołem (jeden Fender-Rhodes Taborn, drugi Dominik Wania, Sławomir Kurkiewicz na kontrabasie, Joey Baron na perkusji i Stańko.. na trąbce). Gerald Cleaver to częsty towarzysz Taborna za zestawem perkusyjnym, ogromnie lubiany przez muzycznych cudownych szaleńców takich jak Marilyn Crispell, David Torn, Henry Threadgil czy William Parker. .
Skład Bigomuth dominują jednak saksofony: dwa tenorowe - Chris'a Cheeka i Tony'ego Malaby'ego oraz alt Andrew D'Angelo. Pierwszy z nich pojawił się na przeszło 60 albumach, m.in. Paula Motiana czy Charlie Haden Liberation Music Orchestra. Wydał także trzy autorskie albumy dla Fresh Sound. Malaby to doświadczony muzyk, jedna z gwiazd Clean Feed, w minionym roku wydał studyjny i koncertowy album swojego trio Tamarindo z Williamem Parkerem na kontrabasie i Nasheetem Waitsem na bębnach (tym samym, z którym Maciej Obara nagrał album "Four").
Sam Lightcap grywał wcześniej z muzykami od Reginy Carter po Marca Ribota i Anthony Colemana.
Panowie w tym składzie wydali wcześniej album pod tytułem "Bigmouth" w ekstraklasie juniorów, czyli serii wydawniczej Fresh Sound New Talent (tej samej, w której dwa lata temu ukazał się krążek "Children's Episode" tria Piotra Wyleżoła). Obecnie jego zespół można usłyszeć w klubie "The Stone" Johna Zorna.
Zagęszczenie nazwisk, tytułów płyt i wydawnictw na jeden akapit jest oczywiście absurdalnie duże, z drugiej jednak strony kolejne odsłony wydawnicze Clean Feed zdają się zachęcać do googlowania i szukania wzajemnych muzycznych powiązań artystów. Portugalczycy przedstawiają fascynujący świat brzmień, absolutnie poza obiegiem głównego nurtu, odsłaniający prawdziwe muzyczne życie Nowego Jorku, USA, Europy i reszty świata...
Co znajdziemy na "Deluxe"?
Przede wszystkim melodie, bogate brzmienie i energię. Fantastycznie współbrzmi ze sobą sekcja rytmiczna wraz z organami Taborna wespół z trzema, raz przeplatającymi się, raz przekrzykującymi, a raz grającymi jak orkiestra saksofonami. Właściwie każdy utwór jest świetny - od otwierającego płytę elektrycznego, nu-jazzowego "Platform", przez kapitalną balladę "Silvertone", której ostatnia część to pierwszorzędny koncert na trzy saksofony, melodyjny "Ting", nastrojowy, oszczędny "Year of the Rooster" czy w zupełnie inny sposób nostaligiczny "The Clutch" lub improwizowany, krzykliwy "Fuzz".
Trudno jasno uznać kto nadaje ton tej małej orkiestrze, tak świetnie uzupełniają się ze sobą muzycy: czy to otwierający groovowym pochodem Lightcup z Cleaverem, czy elektryzujący Taborn, czy fenomenalni saksofoniści. Płyta jest z jednej strony bardzo łagodna, miła i przyjemna, z drugiej na każdym rogu czai się porządny jazzowy pazur. Album z charakterem.
Kajetan Prochyra
http://klimatumiarkowanycieply.blogspot.com/
Chris Cheek (ts),
Chris Lightcap (b),
Craig Taborn (p),
Gerald Cleaver (d),
Tony Malaby (ts),
Wytwórnia: Clean Feed
Rok wydania: 2010
Zarówno nastawione na awangardę rankingi europejskich blogerów jak i zupełnie mainstreamowe amerykańskie zestawienia Village Voice czy AllAboutJazz uznały, że miniony rok należał w dużej mierze do artystów związanych z wytwórnią Clean Feed. Albumy ze znakiem tego portugalskiego wydawnictwa, choć prawie nad Wisłą niedostępne, mają u nas coraz większe grono miłośników, by nie powiedzieć "wyznawców". Długo zastanawiałem się który tytuł z ich katalogu wybrać (na początek) na naszą płytę tygodnia. Fenomenalny koncert grupy Angles pt. "Epileptical West" czy też wielokrotnie oklaskiwany dwupłytowy album Adam Lane's Full Throttle Orchestra pt. "Ashcan Rantings". W końcu zdecydowałem się na papierek lakmusowy nowej amerykańskiej sceny jazzowej: Chris Lightcap's Bigmouth i album "Deluxe".
Dlaczego papierek lakmusowy?
Choć może nazwisko leadera - kontrabasisty Chrisa Lightcapa - nie budzi jeszcze zbyt wielu skojarzeń, to jego koledzy - Craig Taborn i Gerald Cleaver już powoli powinni. Pierwszy jest za oceanem nowym, choć już nie takim bardzo młodym, talentem jazzowego fortepianu (tradycyjnego a częściej elektrycznego). Miarą jego potencjału mogą być chociażby wspólne płyty z Roscoe Mitchellem (na ostatniej, "Far side", grał na klawiszach obok Vijay'a Iyera). W tym roku nakładem ECMu ukaże się jego pierwsza płyta solo.W międzyczasie pracuje z Tomaszem Stańko i jego nowym, arcyciekawym zespołem (jeden Fender-Rhodes Taborn, drugi Dominik Wania, Sławomir Kurkiewicz na kontrabasie, Joey Baron na perkusji i Stańko.. na trąbce). Gerald Cleaver to częsty towarzysz Taborna za zestawem perkusyjnym, ogromnie lubiany przez muzycznych cudownych szaleńców takich jak Marilyn Crispell, David Torn, Henry Threadgil czy William Parker. .
Skład Bigomuth dominują jednak saksofony: dwa tenorowe - Chris'a Cheeka i Tony'ego Malaby'ego oraz alt Andrew D'Angelo. Pierwszy z nich pojawił się na przeszło 60 albumach, m.in. Paula Motiana czy Charlie Haden Liberation Music Orchestra. Wydał także trzy autorskie albumy dla Fresh Sound. Malaby to doświadczony muzyk, jedna z gwiazd Clean Feed, w minionym roku wydał studyjny i koncertowy album swojego trio Tamarindo z Williamem Parkerem na kontrabasie i Nasheetem Waitsem na bębnach (tym samym, z którym Maciej Obara nagrał album "Four").
Sam Lightcap grywał wcześniej z muzykami od Reginy Carter po Marca Ribota i Anthony Colemana.
Panowie w tym składzie wydali wcześniej album pod tytułem "Bigmouth" w ekstraklasie juniorów, czyli serii wydawniczej Fresh Sound New Talent (tej samej, w której dwa lata temu ukazał się krążek "Children's Episode" tria Piotra Wyleżoła). Obecnie jego zespół można usłyszeć w klubie "The Stone" Johna Zorna.
Zagęszczenie nazwisk, tytułów płyt i wydawnictw na jeden akapit jest oczywiście absurdalnie duże, z drugiej jednak strony kolejne odsłony wydawnicze Clean Feed zdają się zachęcać do googlowania i szukania wzajemnych muzycznych powiązań artystów. Portugalczycy przedstawiają fascynujący świat brzmień, absolutnie poza obiegiem głównego nurtu, odsłaniający prawdziwe muzyczne życie Nowego Jorku, USA, Europy i reszty świata...
Co znajdziemy na "Deluxe"?
Przede wszystkim melodie, bogate brzmienie i energię. Fantastycznie współbrzmi ze sobą sekcja rytmiczna wraz z organami Taborna wespół z trzema, raz przeplatającymi się, raz przekrzykującymi, a raz grającymi jak orkiestra saksofonami. Właściwie każdy utwór jest świetny - od otwierającego płytę elektrycznego, nu-jazzowego "Platform", przez kapitalną balladę "Silvertone", której ostatnia część to pierwszorzędny koncert na trzy saksofony, melodyjny "Ting", nastrojowy, oszczędny "Year of the Rooster" czy w zupełnie inny sposób nostaligiczny "The Clutch" lub improwizowany, krzykliwy "Fuzz".
Trudno jasno uznać kto nadaje ton tej małej orkiestrze, tak świetnie uzupełniają się ze sobą muzycy: czy to otwierający groovowym pochodem Lightcup z Cleaverem, czy elektryzujący Taborn, czy fenomenalni saksofoniści. Płyta jest z jednej strony bardzo łagodna, miła i przyjemna, z drugiej na każdym rogu czai się porządny jazzowy pazur. Album z charakterem.
Kajetan Prochyra
http://klimatumiarkowanycieply.blogspot.com/
poniedziałek, 17 stycznia 2011
Angles "Epileptical West: Live in Coimbra", Clean Feed, 2010
Mattias Ståhl – vibraphone
Magnuss Broo – trumpet
Mats Äleklint – trombone
Martin Küchen – alto saxophone
Kjell Nordeson – drums
Johan Berthling – double bass
Wytwórnia: Clean Feed
Rok wydania: 2010
Angles. Łatwo pomylić się w pisowni tej nazwy. Tym bardziej, że słuchając tak wyśmienitej muzyki pokusa przemianowania ich na anioły jest trudna do odparcia. Zawarte na „Epileptical West” dźwięki są jednak nie tyle niebiańskie, co mocno zakorzenione w często bolesnej rzeczywistości. We wkładce do albumu, Martin Küchen przywołuje świadectwa z terenów ogarniętych wojną, przypominające o ogromie ludzkiego cierpienia na świecie. Sama muzyka również posiada siłę i intensywność płynące tylko z autentycznego zaangażowania w bieżące wydarzenia. Saksofon lidera na przemian ciska gniewnie gromy lub refleksyjnie pogrąża się w zadumie; słuchając jego gry w duchu myślę sobie: on naprawdę się przejmuje…
Küchen należy przy tym do najbardziej aktywnych muzyków obecnych czasów, co roku wydając po kilka płyt, zarówno w tradycji jazzowej (Exploding Customer, Trespass Trio), jak i w ramach nurtu free-improv (solo oraz w rozmaitych kolaboracjach). Nie wszystkie soniczne eksploracje w jego wykonaniu jestem w stanie przyswoić, ale dokonania jazzowe bez wyjątku uwielbiam. W szczególności właśnie Angles, które – z trzema dęciakami na przedzie oraz sekcją rytmiczną wzbogaconą o wibrafon – osiąga niesamowity poziom energii i mocy. Drugi album formacji, nagrany podczas trzech koncertów w ramach festiwalu Jazz ao Centro w Portugalii, doskonale to ilustruje. Całości brak może trochę zwartości i skupienia znanych z pierwszego krążka, ale spontaniczny charakter występów pozwala zaprezentować się grupie w bardziej zróżnicowanym repertuarze niż na studyjnym debiucie. Zaczynają od długiego i niezwykle transowego kawałka zatytułowanego „Present Absentees/Pygmi”, by następnie przejść do przejmującego „Today is better than tomorrow”. To jeden z najmocniejszych numerów na płycie. Muzycy przechwytują od siebie grane frazy i przedłużają je, potęgując napięcie i emocjonalną intensywność utworu niemal do granic wytrzymałości! Po tym smutnym, ale nader pięknym momencie muzyka nabiera większej lekkości, momentami stając się wręcz zabawowa: w „Epileptical West” niespodziewanie przeskakuje pomiędzy gwałtownym atakiem dźwięków a wyluzowanym groove, natomiast w „En Svensk Brownie” prosty temat staje się punktem wyjścia do budowanych wokół niego wariancji. Dynamiczny utwór tytułowy z poprzedniej płyty, w rozbudowanej wersji koncertowej robi potężne wrażenie, całość kończy zaś epicki „Let’s tear the threads of trust”, stanowiący godne zwieńczenie tego wyśmienitego albumu.
W ubiegłym roku wyszło sporo bardzo dobrych płyt, ale „Epileptical West” jest dla mnie poza wszelką konkurencją. Nad całością unosi się rebeliancki duch lat 60., kolejne utwory zarażają swą energią, pasją, politycznym gniewem, ale również melodyką, liryzmem, wrażliwością. Küchen posiada zdolność pisania świetnych i wpadających w ucho tematów, natomiast doborowy skład muzyków jest gwarancją wysokiego poziomu interakcji i improwizacji. Muzyka zaangażowana i angażująca – to właśnie w jazzie cenię najbardziej.
Artur Szarecki
CLEAN FEED - PREMIERY
TIM BERNE INSOMNIA Baikida Carroll (t), Chris Speed (cl), Dominique Pifarély (v), Erik Friedlander (cel), Jim Black (d), Marc Ducret (g), Michael Formanek (b), Tim Berne (as), | |
MOSTLY OTHER PEOPLE DO THE KILLING THE COIMBRA CONCERT Jon Irabagon (ts), Kevin Shea (d), Moppa Elliott (b), Peter Evans (t), | |
SCOTT FIELDS / MATTHIAS SCHUBERT MINARET MINUETS Matthias Schubert (ts), Scott Fields (g), | |
DANIEL LEVIN QUARTET ORGANIC MODERNISM Daniel Levin (cel), Matt Moran (vib), Nate Wooley (t), Peter Bitenc (b), | |
ANGELICA SANCHEZ A LITTLE HOUSE Angelica Sanchez (p) |
środa, 5 stycznia 2011
Fight the Big Bull "All is Gladness in the Kingdom", Clean Feed 2010
J.C. Kuhl (ts), Bob Miller (t), Brian Jones (perc), Bryan Hooten (tb), Cameron Ralston (b), Matt White (g), Pinson Chanselle (Trap Kit)
+ Steven Bernstein (tp)
Wytwórnia: Clean Feed
Rok wydania: 2010
Nieco już się do tego przyzwyczaiłem, ale pewnie jeszcze z dwadzieścia lat temu, gdybym słuchał takiej płyty nie mógłbym wyjść z podziwu. Otóż od kilku ładnych już lat stosunkowo mniejsze zespoły osiągnęły intensywność brzmienia niegdysiejszych big bandów. W czasach świetności Ellingtona, czy Basiego, by grać muzykę tak pełnym brzmieniem trzeba było sięgnąć po cały arsenał muzyków. Potem - ponoć głównie z przyczyn ekonomicznych wielkie zespoły przestały być już popularne. Potem jeszcze były lata, kiedy to orkiestry jazzowe służyły eksperymentom. Tak, czy inaczej osiągnąć wrażenie, że gra zespół o wiele większy niż w rzeczywistości udaje się - myślę - od mniej więcej połowy lat 90, kiedy to zmieniło się podejście niektórych muzyków do kompozycji i aranżacji jazzowej.
W przypadku Fight the Big Bull wrażenie mam dokładnie właśnie takie. Inna sprawa, że zespół jest tu całkiem spory. Trudno jednak powiedzieć, by był to big band. A brzmi!
No właśnie. Pierwsze, co po którymś już przecież przesłuchaniu w dalszym ciągu mnie w tej muzyce absorbuje, to brzmienie. Olbrzymia kapela, potężne brzmienia dęciaków, osadzone na rytmicznej maszynie. No, fakt - trudno zapomnieć, że pojawia się tu jeszcze gitara lidera. Potężne, wielkie brzmienie, jakie towarzyszyło moim najmłodszym latom, kiedy - chcąc, nie chcąc - słuchałem właśnie wspomnianych wcześniej orkiestr swingowych.
Dopiero dziś przyszła druga refleksja. Ta muzyka nie tylko potęgą brzmienia nawiązuje do tamtych wielkich orkiestr. W tamtej muzyce była też wielka witalność i olbrzymia komunikatywność. Fakt, przecież była to - jeśli już w późniejszym okresie nie wprost - to na pewno u swego początku muzyka taneczna. Musiała porywać i serca i dusze i przede wszystkim nogi. Te, w rytm połamańców Krupy, czy Bellsona musiały się po prostu do tańca rwać. W zalewie różnych intelektualnych łamigłówek serwowanych nam z wielu miejsc, muzyka Fight the Big Bull jest właśnie bardzo komunikatywna. Trudno mi byłoby jednak twierdzić, że jest ona na wzór swingowych big bandów muzyką taneczną. Tak daleko nie idę w swych sądach. Na stronie Clean Feed, która tę płytę (podobnie zresztą jak poprzednią) wydała pojawia się odniesienie do "The Black Saint and the Sinner Lady" Mingusa. Osobiście w większym stopniu, być może z uwagi na brzmienie trąbki Bernsteina, nagrania te przywołują w mej pamięci to, co przez wiele lat ów trębacz wraz z Johnem Lurie czynili w The Lounge Lizards. Być może po wycofaniu się tego ostatniego z grania muzyki, pojawiła się właśnie grupa, w której koncepcje The Lounge Lizards jednak odżyją? Piszę to z pewną nadzieją, bowiem - według mnie - brakuje współczesnych zespołów, grających jazz, który byłby z jednej strony niebanalny, z drugiej zaś na tyle witalny, komunikatywny, że przyciągnąć by do siebie mógł znaczną ilość słuchaczy.
Świetna, witalna muzyka, skrząca się pomysłami, z masą trąbek, dowcipnych solówek, mocno oparta rytmicznie. Dla wszystkich, którzy w jazzie nie tylko szukają ekspresji i intelektualnej podniety, ale i dla tych, którzy chcą po prostu posłuchać muzyki dającej wiele przyjemności dla niej samej.
Cóż... karnawał czas zacząć!
Paweł Baranowski
pavbaranov.blogspot.com
czwartek, 16 grudnia 2010
Angles "Every Woman is a Tree", Clean Feed, 2008
Johan Berthling (b),
Kjell Nordeson (d),
Magnus Broo (t),
Martin Küchen (as),
Mats Äleklint (tb),
Mattias Ståhl (vib),
Wytwórnia: Clean Feed
Rok wydania: 2008
Absolutnie rewelacyjna płyta utwierdzająca mnie jedynie w przekonaniu, że wszelkie plebiscyty na płytę roku są bez sensu. Gdybym ją znał w roku 2008, to ani chybi byłaby ona jednym z moich absolutnie pewnych typów do płyty roku. Nie znałem. Znam dzisiaj. Jest rok 2010, w dodatku kończący się. Czy coś to dla tej płyty zmienia? Nic. Jedynie można, mając tę dwuletnią perspektywę, stwierdzić, że ani na jotę, muzyka tu zawarta nie zestarzała się.
Sprawcami całego "zamieszania" jest szóstka skandynawów, spośród których polskiej publiczności, najbardziej znanym może być Magnus Broo, albowiem w naszym kraju bywał. Czy pozostali - tego już nie pomnę. Szóstka owa ukryła się pod Aniołami z iście anielską - jak na moje uszy - muzyką. Być może to nie jest istotne, bo etykietek nie lubimy (ponoć, ponoć w dobrym tonie tak twierdzić ;)), niemniej jednak w pewien sposób ułatwiają one życie, a w zasadzie komunikację, być może zatem nie jest to istotne, ale zaprezentowaną tu muzykę, prawdopodobnie wielu ze słuchaczy odbierać będzie jako free jazz.
Niech i tak będzie. Grunt, że w muzyce tej, pomimo wielu elementów ją strukturyzujących jest otwartość i swoboda. Free? Jeśli tak, to to, które za swego ojca chrzestnego ma Ornette Colemana, a nie Evana Parkera. Są tu zatem i melodie (choć trudno by mi było pewnie je zanucić), skądinąd bardzo piękne, co tym bardziej do tradycji twórcy Lenely Woman muzykę tę zbliża. Są też wspaniałe sola, głównie dęciaków: Magnusa Broo, Martina Küchena oraz Matsa Äleklinta. Trrąbka, saksofon i puzon. Zestaw zupełnie wystarczający jak na moje uszy i bodaj jeden z najlepszych we współbrzmieniu. Jednakże, choć owych dęciaków mnóstwo, charakter brzmieniu tego zespołu nadaje wibrafonista - Mattias Ståhl. To dzięki niemu muzyka stała się ulotna, niemal zwiewna, pomimo absolutnej mocy kreowanej przez pozostały kwintet (dla porządku, skład uzupełnia sekcja Johan Berthling - kontabas i Kjell Nordeson - perkusja; sekcja mocna, o kolorycie nieco zbliżonym np. do tego jaki reprezentowany jest w zespołach Vandermarka).
Dużo by można mówić, uwierzcie mi jedynie, że dla tych skrzących się wielu barwami dźwięków warto jest pokłonić się nad nazwiskami niekoniecznie (przynajmniej u nas) z pierwszych stron gazet.
Paweł Baranowski
http://pavbaranov.blogspot.com/
wtorek, 7 grudnia 2010
Adam Lane´s Full Throttle Orchestra "Ashcan Rantings", Clean Feed 2010
Adam Lane (b), Avram Fefer (as), David Bindman (ts), Igal Foni (d), Matt Bauder (ts), Reut Regev (tb), Taylor Ho Bynum (t), Tim Vaughn (tb)
Wytwórnia: Clean Feed
Rok wydania: 2010
Może to głupi argument, ale naprawdę niewiele jest dwupłytowych wydawnictw, które byłbym w stanie przesłuchać za jednym posiedzeniem. Mimo więc dużego aplauzu dla dotychczasowych dokonań Adama Lane'a, przeraził mnie rozmiar tego albumu. Jak się jednak okazało, tego artystę cechuje tak cudowna fantazja oraz taka łatwość tworzenia melodii, że te dwa krążki przerobiłem już wielokrotnie i ciągle chcę do nich wracać.
Kompozycje Lane'a tchną dużym szacunkiem dla tradycji oraz ochotą na bigbandowy charakter przedsięwzięcia. Aranżacje w pełni wykorzystują potencjał tkwiący w zespole, a dęte przeplatanki układają się w zgrabne melodie, których inspiracji szukać należy w odległych muzycznych światach. Sam Lane gra do tego bardzo energetycznie, nadając całości sprężysty groove. Wychodzi z tego wrzący tygielek rytmów i tematów, który dodatkowo podgrzewają liczne solówki i zespołowe improwizowane wymiany.
To, co jest jednak najważniejsze na tej płycie, to konsekwentne poszukiwanie nowych nazwisk, na które trzeba zwrócić uwagę. Już na poprzednim cleanfeedowskim wydawnictwie "New Magical Kingdome" widać było, że Lane wyciąga z niszy talenty, by za pośrednictwem portugalskiej oficyny pokazać je jazzowemu światu. Tu jest podobnie. Czy znacie Davida Bindmana? Gdzie przed płytami Lane'a grał rewelacyjny Igal Foni? Co powiecie o doskonałych puzonistach Vaughnie i Regevie? Druga sprawa to stawianie przed nowymi wyzwaniami muzyków z trochę innych bajek. Matt Bauder to rewelacyjny młody saksofonista, doceniony i zatrudniany przez Anthony Braxtona, a przeze mnie uznany głównie za fenomenalny, acz muzycznie kompletnie inny od rzeczonego, projekt Memorize The Sky. W Full Throttle Orchestra musi grać względnie tradycyjny jazz i chyba na tyle mu się to spodobało, że właśnie wydał solową płytę, gdzie trzyma się w pewien sposób podsuniętej mu przez Lane'a stylistyki. Mnie się podoba to jeszcze bardziej, bo trzymając się dość przystępnej formuły, razem z Taylorem Ho Bynumem (ale nie tylko) uszlachetnia całość sonorystycznymi wstawkami, które w zestawieniu z bigbandowymi motywami dają efekt nietuzinkowy.
Dzięki takiemu podejściu dostajemy świeży projekt, który doskonale się słucha. Świeży nie tyle przez nowatorstwo kompozycyjne, co bardziej przez aranżację, sposób wykonania, dbałość o detal oraz - przede wszystkim - dzięki zaproszonym gościom, którzy wzbogacają album swoją unikatową i nieznaną nam wcześniej ekspresją.
Marcin Kiciński
sobota, 13 listopada 2010
CLEAN FEED - PREMIERY LISTOPAD 2010
TONY MALABY'S TAMARINDO LIVE Nasheet Waits (d), Tony Malaby (ts), Wadada Leo Smith (t), William Parker (b),
| |
JARUZELSKI'S DREAM JAZZ GAWRONSKI Francesco Cusa (d), Piero Bittolo Bon (as), Stefano Senni (b),
| |
MATT BAUDER DAY IN PICTURES Angelica Sanchez (p), Jason Ajemian (b), Matt Bauder (ts), Nate Wooley (t), Tomas Fujiwara (d),
| |
RICARDO GALLO'S TERRA DE NADIE THE GREAT FINE LINE Dan Blake (ss), Mark Helias (b), Pheeroan Aklaff (d), Ray Anderson (tb), Ricardo Gallo (p), Satoshi Takeishi (d),
| |
AFTERFALL AFTERFALL Benjamin Duboc (b), Harvey Sorgen (d), Joe Giardullo (ss), Luís Lopes (g), Sei Miguel (pkt-t),
| |
KEN FILIANO & QUANTUM ENTANGLEMENTS DREAMS FROM A CLOWN CAR Ken Filiano (b), Michael Attias (bs), Michael T.A. Thompson (d), Tony Malaby (ts),
| |
|
JOE HERTENSTEIN / PASCAL NIGGENKEMPER / THOMAS HEBERER | |
BILLY FOX'S BLACKBIRDS AND BULLETS DULCES Arei Sekiguchi (d), Billy Fox (comp), Evan Mazunik (ky), Gary Pickard (ss), James Ilgenfritz (b), Julianne Carney (v), Matt Parker (ts), Miki Hirose (t), |
poniedziałek, 1 listopada 2010
Convergence Quartet "Song / Dance" (Clean Feed, 2010) - czyli pretekst do wyrażenia pretensji

Alexander Hawkins - piano
Dominic Lash - bass
Harris Eisenstadt - drums
Taylor Ho Bynun - cornet
Wytwórnia: Clean Feed
Rok wydania: 2010
Od kiedy prowadzę tego bloga, przyjąłem założenie, że skoncentruję się na płytach z bieżącego roku. Co się z tym wiąże, w trakcie ostatnich trzech miesięcy przesłuchałem (oczywiście część bardzo pobieżnie) kilkadziesiąt płyt z 2010 roku i w pewnym sensie ogarnęła mnie rozpacz. Znaczna ich część w ogóle nie nadaje się do rekomendacji, a próba napisania o nich czegokolwiek byłaby nie lada wyzwaniem. Bierze się to przede wszystkim z niejasnego dla mnie, dość niechlujnego podejścia do kwestii tematu muzycznego, który jest osią improwizowanego utworu. Gros tematów to proste zapętlone w nieskończoność frazy basu, których laik - taki jak ja - wymyśliłby na poczekaniu kilkanaście i które będąc repetytywnym tłem, w pewnym momencie stają się nieznośne. Instrumentalistom często się wydaje, że wystarczy nałożyć na to tło gęste solówki i będzie z tego jazzowy hit. Zamiast tego mamy najczęściej jazzowy knot. Naturalnie na przestrzeni lat wydano wiele płyt i zabłysnęło wielu muzyków, którym się udało. Jest Fred Anderson, który potrafił niczym szaman wprowadzać w trans snuciem swoich bluesowych opowieści; jest John Zorn, który na bazie tematów wygrywanych przez Cohena tak szalał we wspaniałych dialogach z Douglasem, że miało się wrażenie, że bez statycznej linii basu całość by się rozleciała podczas kolejnej zespołowej eksplozji. Jest AALY Trio, gdzie tematy również stanowią podstawę, tyle że niech ktoś wskaże mi więcej płyt, gdzie każdy dźwięk ma swój przydźwięk, gdzie każde dmuchnięcie, każde szarpnięcie struny i każde uderzenie w bębny jest tak rozkołysane wokół tematu i tak paradoksalnie wolne od tematu. Wymieniać można by długo, jazz na temacie stoi, próbka w postaci 2010 roku pokazuje jednak, jak tylko nielicznym udaje się znaleźć na niego sposób.
Convergence Quartet jest jednym z tych wyjątków. Na "Song / Dance" jest dużo złożonych kompozycji, w ramach których zespół stawia na temat, dba o niego i przede wszystkim o mnie jako słuchacza, bym w ich ramach czerpał radość.
Już pierwszy utwór wzbudził mój spory aplauz. Prosta, dziecinna melodyjka z pięknym zawieszeniem. Jak cudownym narzędziem jest ta mała pauza, jak wiele możliwości daje w trakcie późniejszych improwizacji, jak miłym elementem jest powrót do niej po chwilowej wariacji...
Idźmy jednak dalej. "Baobabs" i "Albert Ayler (His Life Was Too Short)" to senne ballady, w pewien sposób przypominające płytę Wadady Leo Smitha "Procession of the Great Ancestry". "Representations 17" nawiązuje duchem do współczesnej kameralistyki. "The Pitts" to cudowny blues, a kończąca płytę "Kudala" to zabawne westernowe wariacje.
Convergence Quartet to zespół, który - jako jeden z nielicznych - w swoich założeniach ma nie tyle solowe popisy (choć takowe oczywiście mają miejsce), co grupowe zmaganie się z kompozycją. Nawet gdy wszyscy szaleją, czuć, że cały czas trzymają się określonej frazy i pamiętają o wspólnym celu. Wychodzą z tego bardzo nietuzinkowe utwory i to w dużej mierze dlatego, że już na etapie zadawania sobie tematu nie brak animuszu do udziwnienia, unikania wtórności.
Nie sposób nie dodać, że na poziomie instrumentalnym także mamy tu do czynienia z nie lada gratką, pytanie tylko, czy jest sens wymieniać walory każdego muzyka z osobna (bo niewątpliwie wszyscy zasługują tu na uznanie), skoro przede wszystkim naprawdę, jak rzadko kiedy, na tej płycie liczy się kolektyw, organizacja i w pewnym sensie dyscyplina.
Na pewno sięgnę po kolejne płyty każdego z nich. Myślę, że się nie rozczaruję.
Marcin Kiciński
sobota, 9 października 2010
CLEAN FEED - PREMIERY
JASON ROBINSON / ANTHONY DAVIS
CERULEAN LANDSCAPEAnthony Davis (p),
Jason Robinson (sax)
.......................................
HUGO CARVALHAIS
NEBULOSAGabriel Pinto (p),
Hugo Carvalhais (b),
Mário Costa (d),
Tim Berne (as)
.......................................
V/A
I NEVER META GUITAR (solo guitars for the XXI Century)Brandon Ross (g), Elliott Sharp (g), Gunnar Geisse (g), Henry Kaiser (g), Janet Feder (g), Jean-François Pauvros (g), Jeff Parker (g), Kazuhisa Uchihashi (g), Mary Halvorson (g), Michael Gregory (g), Mick Barr (g), Mike Cooper (g), Nels Cline (g), Noel Akchote (g), Raoul Björkenheim (g), Scott Fields (g)
.......................................
ADAM LANE´S FULL THROTTLE ORCHESTRA
ASHCAN RANTINGS
Adam Lane (b),
Avram Fefer (as),
David Bindman (ts),
Igal Foni (d),
Matt Bauder (ts),
Reut Regev (tb),
Taylor Ho Bynun (t),
Tim Vaughn (tb)
.......................................
KAUFMANN / LANDFERMANN / LILLINGER
GRÜNEN
Achim Kaufmann (p),
Christian Lillinger (g),
Robert Landfermann (b)
.......................................
.......................................
JAMES CARNEY / STEPHAN CRUMP
ECHO RUN PRY
James Carney (p),
Stephan Crump (b)
.......................................
.......................................
HUGO ANTUNES
ROLL CALLDaniele Martini (ts),
Hugo Antunes (b),
João Lobo (d),
Marek Patrman (d),
Toine Thys (reeds)
.......................................

PARKER/GUY/LYTTON + PETER EVANS
SCENES IN THE HOUSE OF MUSICBarry Guy (b),
Evan Parker (ts),
Paul Lytton (d),
piątek, 24 września 2010
Evan Parker / Barry Guy / Paul Lytton + Peter Evans "Scenes in the House of Music" - czyli fantazja i rutyna

Evan Parker - tenor and soprano saxophones
Peter Evans - trumpet
Barry Guy - double bass
Paul Lyton - drums and percussion
Wytwórnia: Clean Feed
Rok Wydania: 2010
Do tej pory znałem 3 płyty sygnowane nazwiskami Parker/Guy/Lytton. Nie wiem, czy to wystarczająco dużo, by wyrobić sobie pogląd na ich temat, ale na ten moment jest on raczej negatywny. Zanim jednak przejdę do wyjaśnień, dlaczego nie lubię tego trio, skoro spodobała mi się płyta "Scenes...", chciałbym z góry prosić wszystkich wiernych i bezkrytycznych fanów Evana Parkera o odpowiedni dystans. Apel ten bierze się stąd, że kiedyś jako młody i narwany chłopiec pozwoliłem sobie na bezpardonową krytykę Evana, za co spotkał mnie brutalny ostracyzm wielu uczestników forum dyskusyjnego 3Ucho. Teraz ponownie zamierzam podnieść pióro na tego "guru saksofonu".
Zarówno Barry Guy jak i Evan Parker są dla mnie muzykami bardzo wymagającymi. Ich przebogaty styl gry, obfity w mnóstwo ozdobników, najlepiej przyswajam, kiedy kompozycje bądź improwizacje są bardzo selektywne. W trio z Lyttonem obaj panowie przyjęli zasadę, że utrudnią nam zadanie i zaleją nas synchronicznym, "barokowym" potokiem dźwięku. Gęsta materia muzyczna, z której momentami naprawdę trudno wyłowić jakikolwiek detal, uderza w słuchacza i niezmiennie maltretuje go przez dobrą godzinę. Mordęga dla mnie bierze się także z innego powodu - mianowicie przez bardzo oryginalny, acz mocno wyeksploatowany patent Parkera na grę. Nie zapomnę koncertu Townorchestrahouse, który miałem okazję oglądać w Nickelsdorfie, kiedy to Parker na scenie prezentował się niczym kataryniarz, który zamiast kręcić gałką, dął w nieskończoność swoje polifoniczne pasaże. Kompletna nieczułość na to, co działo się na scenie i do czego zmierzali pozostali członkowie projektu, była dla mnie (nie tylko) potwornie rażąca.
Jak łatwo przypuścić, nie obiecywałem sobie po "Scenes..." za wiele. Tym bardziej zdziwiłem się, kiedy usłyszałem pierwsze dźwięki. Od razu zwrócił moją uwagę Peter Evans. Nie znałem tego trębacza, ale po tej płycie stanął na czele mojej wishlisty. Fantazja i pewność siebie, z jaką rozpycha się łokciami między trzema - co by nie mówić - rutyniarzami, jest fascynująca. Czuć, że facet staje się dla pozostałych inspiracją, że momentami oddają mu pałeczkę i traktują niczym lidera. Bez kompleksów zagarnia Evans oddaną mu przestrzeń i uruchamia całą artylerię brzmień, o które trąbkę momentami trudno podejrzewać. Parker mając takiego kompana na szczęście nie idzie w zawody, tylko robi miejsce, a czasami wchodzi w nietypowe dla siebie, bardzo oszczędne dialogi. Nie zmienia to jednak faktu, że utwory bez niego są największą ucztą dla uszu. Trąbka Evansa na tle basowych pochodów Guya może wtedy spokojnie wybrzmieć, słyszymy więcej detali, które tak wspaniale kontrastują ze sobą.
Oczywiście nie brakuje też ognistych marszy, z których słynie to trio. Wtedy Evans bądź milknie, bądź włącza się, by wspólnie dokonywać rzezi na słuchaczu.
Na szczęście, i to jest chyba recepta na to trio, obecność czwartego muzyka - do tego prawdziwego wirtuoza swojego instrumentu, kazała im na chwilę przystanąć i sprawdzić, jak poradzi sobie w zastanych okolicznościach. Ciekawość i pozostawione miejsce wystarczyły, by młoda osobowość znalazła siłę, by nie tylko przebić się przez skostniałą nieco formułę, ale także zdominować ją z korzyścią dla niej samej.
Marcin Kiciński
Subskrybuj:
Posty (Atom)











































