Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ROGUEART. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ROGUEART. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 października 2010

ROGUEART - PREMIERY

T. H. BYNUM - J. HÉBERT - G. CLEAVER
BOOK OF THREE
Taylor Ho Bynum - cornet, flugelhorn, bass trumpet, trumpbone
John Hébert - double bass
Gerald Cleaver - drum set, percussion

środa, 13 października 2010

Hamid Drake & Bindu "Reggaeology" - czyli dreadjazz


Hamid Drake: drums, frame drum, tabla, voice
Napoléon Maddox: voice, beatbox
Jeff Parker: guitar
Jeff Albert : trombone, Hammond organ
Jeb Bishop : trombone
Josh Abrams : double bass, guimbri

Wytwórnia: RogueArt
Rok Wydania: 2010



Kolejny album, poszukującego etnicznych przygód projektu Bindu Hamida Drake'a, to mały przystanek na Jamajce. Jest to reggae, ale pozbawione tego, czego w tej muzyce nie znoszę, czyli zarówno owczych wokali, zamienionych na ciekawy pomysł wplecenia śpiewu, wokaliz i beatboxa Napoléona Maddoxa, jak i powtarzalności, absolutnie mechanicznej i bez polotu.
"Reggaeology" pokazuje, jak łatwo jest dobrym muzykom zadać sobie dowolny temat, z jaką swobodą wchodzą w nowe role i jak cudownie, bo w zupełnie wolny sposób, potrafią wydobyć z danej stylistyki jej esencję, jednocześnie wzbogacając ją doświadczeniem zdobytym na zupełnie innym gruncie. Utwory "Kali's children no cry", "Kali's dub" , "Togetherness" oraz "Meeting and parting" to ewidentny hołd składany Jamajce przez jazzmanów. Panowie wychodzą od improwizacji, wymieniają się w kolejnych solach - radosnych i melodyjnych, łączą się w duety i tria, a wszystko to na bazie słonecznych, jamajskich tematów.
Trzy pozostałe utwory nie mają oczywistych cech muzycznych reggae, czuć jednak w nich tego samego ducha, nawet jeśli już nie są tak beztroskie. W "The taste of radha's love" Drake sięga po frame drum, by razem z Parkerem przypomnieć nam, jak wspaniale rozumieli się ze sobą na jednej z ostatnich płyt Freda Andersona "From The River To The Ocean", budując jej transową atmosferę.
Zachęcałbym do zapoznania się z tą płytą, chociażby dlatego, że okazji do usłyszenia takiego muzycznego melanżu (czy może nawet mezaliansu) raczej nie mamy za wiele. Równie rzadko słyszymy Bishopa, Abramsa, czy Parkera tak wyluzowanych. To zupełnie nowy, odrobinę zabawny wariant ich instrumentalizmu, na pewno warty usłyszenia.
Bardzo też jestem ciekaw, co powiedzieliby na to zjawisko zatwardziali rastafarianie z nieodłącznym jointem w ustach. Czy natrętne improwizacje zakłóciłyby ich marihuanowy błogostan, czy też może zachęciłyby do odlotu w zupełnie nowe rejony?

Marcin Kiciński

niedziela, 5 września 2010

Indigo Trio "Anaya" - czyli samograj



Nicole Mitchell : flute, alto flute, piccolo
Harrison Bankhead : basse, cello
Hamid Drake : drumset, frame drum

Wytwórnia: RogueArt
Rok wydania: 2008





Zasada jest prosta. Sięgam po wszystkie płyty, na których udziela się Hamid Drake. Album "Anaya" chciałem jednak pominąć. Ta mała niekonsekwencja miała wynikać z dwóch powodów. Po pierwsze flet jako instrument wiodący przeraża mnie równie bardzo, jak wibrafon, a po drugie - w pamięci mam koncert Nicole Mitchell (w dużym składzie) z Wrocławia, który najzwyczajniej w świecie mi się nie podobał. Płyta wpadła mi jednak w ręce, przełamałem się i opłaciło się.
W sferze kompozycyjnej mamy:
- dwa ("Anaya with the Sunlight" i "Anaya with the Moon"), klasyczne już, Andersonowsko - Drake'owskie samograje oparte na powtarzanym w nieskończoność (w obu utworach tym samym), wpadającym w ucho motywie basu, będącym filarem dla rytmicznej, acz bardzo wyzwolonej gry perkusji oraz niekończącej się solówki, w tym przypadku fletu
- otwierający płytę lekko Chapinowski w swej konstrukcji i zmienności "Sho Ya Right"
- etno-transowy hit z Bankheadem na wiolonczeli ("Song for Ma'at")
- piękną, finalizującą płytę, balladę solową Bankheada
- oraz to, co stanowi moim zdaniem o sile tej płyty, czyli swingujące, wolne utwory silnie oparte na tradycji. Czuć, że ta ostatnia formuła, czyli wyzwolenie każdego muzyka przy zachowaniu dość przystępnej formy pozwala każdemu z nich uzewnętrznić cudowne pokłady muzycznej wrażliwości, które idealnie się w tej konfiguracji splotły.
Bardzo dobrze mi zrobiła melodyjna, lekko bluesowa skłonność Bankheada, którego siłą rzeczy musiałem porównywać do Williama Parkera i z którym, w moim odczuciu, jako partner Drake'a wygrał. Biorąc pod uwagę bogactwo środków jakie zaprezentował Bankhead, przy ewidentnym zaangażowaniu emocjonalnym, Parker wydał mi się lekko mechaniczny.
Jeśli chodzi o Drake'a, zastanawiam się nad istotą "samograjów" i samego stylu jego gry, który jakże jest rozpoznawalny, jak często wykorzystywany w różnych projektach, a nie chce się znudzić. Może chodzi o to, że jak mało który muzyk, praktycznie scala się z instrumentem i przekazuje nam muzyczny feeling, którego nigdy mu nie brakuje. Jest niczym szaman, który wchodząc w swój trans, łączy się z zaświatami, by przekazać nam czystą, skumulowaną energię czarnego lądu. W jego grze zawsze czuć pełne zaangażowanie i identyfikację z muzyką.
Nicole Mitchell zaskoczyła mnie. Zaprezentowanie tak dużej liczby różnych środków, w raczej ubogim brzmieniowo instrumencie, jakim jest flet, zasługuje na pochwałę. Do tego słychać, jak komunikuje się z równie wrażliwym Bankheadem, jak zachęca go do podjęcia równouprawnionego dialogu, co w formule 3-osobowej jest bardzo pożądanym zjawiskiem. No i nie wolno pominąć jej giętkości stylistycznej. Pięknie wchodzi w różne role, od pląsającej nimfy, przez romantyczną poetkę, po agresywną wojowniczkę.

Podsumowując: mamy płytę, która nie wnosi nic nowego, ale świetnie się jej słucha. Różnorodność kompozycyjna, a także balansowanie dynamiką, rekompensuje delikatne przeciążenie, wywołane ilością fletu, dla mnie instrumentu niewdzięcznego z racji swego oczywistego i nachalnego brzmienia. Takie pewne 3 i pół gwiazdki. Jedyne o czym należy wspomnieć, to niesamowicie irytujący przydźwięk linii basu. Cały czas słychać metaliczny pogłos, nie wiadomo czym wywołany. Jeśli to celowy zabieg Bankheada, to kompletnie nietrafiony, jeśli wada nagrania, to bania dla RogueArtu!

Marcin Kiciński