Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hemingway Gerry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hemingway Gerry. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 października 2012

Frank Gratkowski, Wolter Wierbos, Dieter Manderscheid, Gerry Hemingway "Le Vent Et La Gorge", Leo Records, 2012 - czyli to znów nie jest recenzja


Frank Gratkowski - as, cla, bcla, contrabass cla
Wolter Wierbos - tb
Dieter Manderscheid - b
Gerry Hemingway - dr

Wytwórnia: Leo Records
Rok wydania: 2012





Czym jest dialog? Jak to się dzieje, że wymieniane komunikaty układają się w logiczną
i sensowną całość nie tylko dla rozmówców, lecz także dla obserwatora? Nie jest to przecież szereg wolnych skojarzeń. Nie chwytamy się znaczeń pojedynczych słów. Liczy się kontekst. To praca w kontekście pozwala nam wspólnie zbudować treść i ciągle nad nią pracować. Zgodzicie się więc, że aby dialog był zrozumiały, musi być temat. W muzyce jest podobnie, a jednak idea wolnej improwizacji poniekąd temu zaprzecza. Staje dwóch ludzi, którzy widzą się po raz pierwszy w życiu, wyciągają instrumenty i zaczynają grać. Nie rozmawiali ze sobą, nic nie ustalali, po prostu popatrzyli na siebie i już.

wtorek, 24 maja 2011

Bassdrumbone (Gerry Hemingway / Mark Helias / Ray Anderson) “The Other Parade” vs. Michael Dessen Trio 2 (Christopher Tordini / Dan Weiss) “Forget The Pixel”, Clean Feed, 2011

 
 
 
Gerry Hemingway (d),
Mark Helias (b),
Ray Anderson (tb)

Christopher Tordini (b),
Dan Weiss (d),
Michael Dessen (tb)

 Wytwórnia: Clean Feed
Rok wydania: 2011


Ostatni wypust nowości z Clean Feedu przyniósł ciekawą sytuację. Dostajemy bowiem dwie płyty nagrane w identycznym instrumentarium (puzon/bas/perkusja), różniące się jednak dość znacząco pod względem występujących na nich postaci i podejścia do tematu.  Pierwszy z projektów to szacowne, grywające ze sobą od 34 lat trio muzyków o niepodważalnej już reputacji w jazzowym światku. Drugi tercet reprezentuje znacznie młodsze pokolenie, a ich druga płyta to być może początek równie udanej kooperacji.
Gerry Hemingway, Mark Helias i Ray Anderson traktują BassDrumBone w sposób bardzo swobodny. Trzymając się ustalonej od lat, konwencjonalnej, mainstreamowej chciałoby się rzec, formy - naginają jej granice, by dać upust swojej instrumentalnej finezji. Nie słychać tu żadnego silenia się na nadzwyczajny efekt, a jest on i tak uzyskiwany jako pochodna niebywałej lekkości, z jaką każdy z tych wirtuozów podchodzi do wspólnego muzykowania. W tych bluesach i inspirowanych początkami jazzu tematach czuć zabawę i radość obcowania ze sobą, o którą można by bardziej podejrzewać nie tyle profesjonalistów, co kilku kumpli amatorów, spotykających się regularnie przy piwie na cotygodniowym, garażowym graniu. Wyczuwa się uśmiechy i liczne pozamuzyczne tematy, które łączą muzyków. Udziela się słuchaczowi panująca na tym nagraniu życzliwość i przyjaźń.
Michel Dessen Trio 2 (dwójka dodana jest chyba w związku ze zmianą perkusisty) konsekwentnie szukają inspiracji w bieżących trendach. Wystawiają się na próby różnych stylistyk, eksperymentują czasami z delikatną elektroniką. "Forget the Pixel" to zlepek kompozycji, w których z jednej strony przebija się animusz do grania dynamicznego i rytmicznego, z drugiej czasem naiwna, czasem przejmująca refleksja. W chwilach wyciszenia fantazja potrafi ich ponieść w kierunku muzyki, którą znamy z doskonałego Memorize The Sky - muzycy starają się uciec od czytelnej formy i koncentrują się na budowaniu surrealistycznego klimatu. Naturalnie nie brak tu sonorystycznych zabaw, gwałtownych zmian akcji i zaskakujących rozwiązań.
Oba zespoły, choć dzielą je dziesięciolecia doświadczeń, oferują muzykę, której bardzo dobrze się słucha. BassDrumBone być może niczym nie zaskakuje, stanowi jednak oazę lekkości i finezji w profesjonalizmie. Dessen Trio intryguje swoimi poszukiwaniami i zaraża młodzieńczym entuzjazmem. Obie płyty doskonale się uzupełniają, dlatego zachęcam do równoczesnego ich poznania.

Marcin Kiciński
impropozycja.blogspot.com

czwartek, 3 marca 2011

Samuel Blaser / Marc Ducret / Banz Oester / Gerry Hemingway; Kraków 27.02.2011 - zdjęcia

Zdjęcia autorstwa Krzysztofa Penarskiego

Samuel Blaser, Banz Oester

Banz Oester, Marc Ducret




Gerry Hemingway

Samuel Blaser / Marc Ducret / Banz Oester / Gerry Hemingway; Katowice, Hipnoza, 28.02.2011.

Samuel Blaser - puzon
Marc Ducret - gitara
Banz Oester - kontrabas
Gerry Hemingway - perkusja


Płyty Samuela Blasera nie zrobiły na mnie większego wrażenia, a płyt z udziałem Marca Ducret raczej unikam. Na koncert Samuel Blaser Quartet jechałem w pełni zmotywowany. Jak to możliwe?
Wszystko przez Gerry Hemingwaya, którego przedstawiać raczej nie trzeba. Jako członek najsłynniejszego kwartetu Anthony Braxtona wrył się w pamięć większości fanów muzyki improwizowanej. To jednak nie ten nobliwy projekt wywołuje szybsze bicia mego serca. Dla mnie Hemingway jest jednym z nielicznych muzyków kompletnych. Poznając jego dorobek, natrafia się na perfekcyjny jazz środka nagrany w kwartetach, rewelacyjne duety z wszelakimi tuzami muzyki improwizowanej (vide genialny duet z Johnem Butcherem), muzykę kameralną, a nawet piosenki (cudowna płyta "Songs"). W każdej z tych odsłon Hemingway sprawdza się rewelacyjnie. Nagina granice gatunkowe, eksploruje obszary przez innych zapuszczone. Co jednak najważniejsze, potrafi całe to zdobyte doświadczenie przenieść na scenę i wdrożyć w trakcie improwizacji. Z perspektywy słuchacza jest to olbrzymi atut, z perspektywy muzyka mu towarzyszącego - wyzwanie. Kiedy więc widzę Hemingwaya w towarzystwie dwóch wątpliwych postaci, nie obawiam się. Wiem, że stwarza on kontekst, który wymaga interakcji, otwartości, elastyczności i wierzę, że nie podjąłby się współpracy z ludźmi mogącymi nie podołać tej relacji.
Jedną z najważniejszych ścieżek, którymi kroczy Hemingway jest wieloletnia wspólna droga w trio z pianistą Michealem Wintschem i kontrabasistą Banzem Oesterem. Obaj nie cieszą się w Polsce wielkim uznaniem, a jest to niewybaczalny błąd. Trio WHO zrealizowało moim zdaniem jedną z najważniejszych płyt muzyki improwizowanej. "Less is more" już samym tytułem zdradza ideę, tak często zagłuszoną przez zbiorowe ekstrawersje, egotyczne maratony, autorytarne eksplozje. Panowie, operując bardzo czytelnymi i minimalistycznymi środkami, zbadali relacje między pojedynczymi dźwiękami instrumentów a ciszą. Zgłębili istotę mikrokulminacji, głębi i transu. Poszukali magii gdzieś między dźwiękami, skupili się na aurze akordów i czasie wybrzmiewania. Ta magia zaraża i przyciąga, nawet jeśli jest oferowana w dwóch trzecich i należy przebyć kilkaset kilometrów w środku tygodnia, by jej zażyć.

Koncert rozpoczęty został utworem, który mógł pochodzić z płyty "7th heaven" Blasera, a nasuwał skojarzenia z muzyką kwartetów Hemingwaya. Dość skomplikowany rytmicznie, dynamiczny, acz ciążący bardziej ku mainstreamowi niż freejazzowi początek, dość szybko został skierowany na tory opartej na tradycyjnych "trzydziestkach" i basowym walkingu frazie, będącej oparciem dla pierwszych popisów Blasera i Ducreta.
Wyjątkowym zaskoczeniem były solówki gitarzysty, którego - jako nieznośnego lidera -pamiętam z koncertu we Wrocławiu, z inną wspaniałą sekcją rytmiczną w postaci Erica Echampard i Bruno Chevillona. To właśnie wspomnienie tego wydarzenia wywoływało u mnie pewne przedkoncertowe obawy. Ducret w 2005 roku był solistą autorytarnym i wszędobylskim, a jego grze brakowało niestety różnorodności, która mogłaby zagospodarować zagarnięte terytorium. W czasie ostatnich sześciu lat wiele się jednak musiało zmienić. Gra Ducreta wzbogaciła się o liczne brzmieniowe niespodzianki i łatwość przechodzenia pomiędzy stylistykami. Najważniejsze jednak, że przewartościował on swoją rolę w zespole, otworzył szeroko uszy i nauczył się umiejętnie reagować na różnego rodzaju sugestie, w tym przypadku płynące zarówno od Blasera, jak i Hemingwaya. W ten sposób, w dużej mierze w oparciu o dialogi między gitarą a perkusją, kwartet przeszedł z jazzu ku coraz bardziej rockowej rytmice i dynamice. Pierwsze, okraszone uśmiechami muzyków oraz brawami widowni kulminacje przypieczętowały fakt, że mimo niepełnej sali Hipnozy, muzycy nie przyjechali tego koncertu "odbębnić".
Nie jestem w stanie punkt po punkcie zreferować Wam chronologicznych zmian, jakie miały miejsce tego wieczoru. Było ich dużo, poza tym ja błyskawicznie wszedłem w stan hipnotyczny, podążając za czarem, który przerósł moje oczekiwania. Kwartet Blasera przemieszczał się z niebywałą swobodą między gwałtownymi uderzeniami a momentami wyciszenia, podczas których budowane były to abstrakcyjne plamy dźwiękowe kontrapunktowane przez błyskotliwe wtręty solowe Ducreta, to pulsujące, acz bardzo delikatne, oparte na szmerach, drapaniach i zgrzytach transowe motywy, w czasie których nawiązania do pracy sekcji WHO były najbardziej adekwatne. Hemingway nie ustawał w poszukiwaniach oryginalnych brzmień, wzbogacając swoją perkusję o różne perkusjonalia i przedmioty niewiadomego pochodzenia.
W brawurze wtórował mu Ducret, który zaprezentował rzadko widywany stopień integracji z instrumentem. Gitara poddawała się jego wpływom i bezbłędnie oddawała zamierzony efekt, bez względu na to, czy głaskał jej struny, delikatnie trącał gryf, czy też klangował w tempie, którego pozazdrościłby mu pewnie nawet Wojtek Pilichowski ;). W pewnym, bardzo wyciszonym momencie, Ducret zaproponował nam brzmienie surowej, nieamplifikowanej gitary. Szybkie wybrzmiewanie pozbawionych prądu strun zrobiło na mnie spore wrażenie, a nie był to ostatni z pomysłów tego muzyka.
Banz Oester odegrał rolę, której oczekiwałem po nim, znając zarówno wspominaną płytę "Less is more", ale także inny doskonały album trio WHO (w poszerzonym o smyczki składze) "Sharing the thirst", na którym zamiast napawania się pojedynczymi dźwiękami, Banz wprowadzał ciężkie transowe frazy. W znacznej mierze Oester pełnił w czasie koncertu rolę swoistego metronomu. Szczególnie ważna była ona w ostatnim (przedbisowym), moim zdaniem najlepszym utworze występu, kiedy to jego monotonne, głębokie, bluesowe granie stanowiło oparcie dla starającego się możliwie najdalej odkształcić, prosty skądinąd, rytm Hemingwaya.
Kiedy wracaliśmy z kolegą z koncertu padła sugestia, że jeśli kogokolwiek można by było wyrzucić z tego składu, to paradoksalnie mógłby to być lider. Faktycznie Blaser był najbardziej statycznym i zachowawczym ogniwem kwartetu. Po namyślę sądzę jednak, że gdyby nie jego spokój, mikstura złożona z trzech pozostałych mogłaby eksplodować w kierunku niekoniecznie pożądanym. Gdy słucham jego płyt, dużo bardziej konwencjonalnych w całej swojej konstrukcji, niestety nudzę się. Propozycja koncertowa doskonale się jednak sprawdziła, chyba przede wszystkim ze względu na kontrapunkt, jaki stanowił Blaser dla pozostałych i pozostali dla Blasera. Nie można też zapominać, że koncert, właściwie niczym nie przerywany, w dużej mierze odbywał się w oparciu o nuty, które przed nosami miała cała czwórka, i do których ochoczo zerkała. Scenariusz napisany pierwszorzędnie.
Z mojej perspektywy poszukiwania przez Blasera najlepszego możliwego kwartetu dobiegły końca. Oby tylko on też tak uważał i co ważne - poparł to nagraniem.

Marcin Kiciński