Na pewno dziwicie się, dlaczego w TOP2015 wyróżniłem duet Jachna/Wójciński, a pominąłem Oleś/Dąbrowski. Muszę przyznać, że miałem z tymi płytami nie lada problem, tym bardziej, że wiem, jak wielką frajdę sprawiły koledze T.Ł. Prawda jest bowiem taka, że zarówno jednemu, jak i drugiemu duetowi czegoś brakuje, różnicę zaś, która zadecydowała o mojej nominacji, stanowi Ksawery Wójciński.
W tandemie Oleś/Dąbrowski wszystko odbywa się na wysokim poziomie, bardzo poprawnie, ale nic nie zaskakuje. To, co odpowiada za dyskwalifikację, to nuda, której niestety w przypadku płyty "Chapters" kilkukrotnie doświadczyłem.
Nie lubię płyt solowych, ale mam wrażenie, że "Night Talks" mogłoby być właśnie doskonałym nagraniem solo. Nie chcę bombardować Jachny jakąś ekstremalną falą krytyki, ale oparcie pomysłu na płytę na totalnym wirtuozerskim rozbuchaniu jednego filaru duetu oraz zaledwie mu przygrywającym drugim instrumencie stanowi zagranie arcyryzykowne, nawet jeśli dysponuje się wyjątkowym talentem do generowania cudnych melodii. Wójciński zdecydowanie wyrasta ponad przeciętność. Swobodnie operuje różnymi technikami i poruszając się w pełnym paśmie, generuje nam nie tylko muzyczne tło, lecz także w większości utworów odpowiada za rytm. W zakresie detalu między oboma muzykami także wyczuwalna jest przepaść. Ksawery nie boi się sonorystyki, ryzykuje w wielu miejscach i z sukcesem oferuje nam złożone, acz bardzo komunikatywne struktury. W tym samym czasie Jachna bazuje głównie na dość chwytliwych, melancholijnych melodiach opartych zazwyczaj na długich dźwiękach, a jeśli już sięga po sonorystykę, ma ona cel wyłącznie solowy. Złego słowa nie powiedziałbym, gdyby taka konstrukcja, polegająca na oczywistym kontrapunkcie, dotyczyła kilku utworów, ale gdy brzmi tak zdecydowana większość, pojawia się irytacja. Jak by bowiem nie było, kontrabas i trąbka są z tak odległych brzmieniowo światów, że oczekiwałoby się po takim duecie częstszych fikołków. Niech Jachna – pojawia mi się w głowie myśl - wzorem np. takiego Henriksena zbuduje tło, aby Wójciński dał upust swemu freejazzowemu zapaleniu, lub wzorem takiego Campbella - odpowie za rytm, w oparciu o który Wójciński będzie szukał swojego sonorystycznego kontrapunktu?!
Mimo moich narzekań jest to płyta, której słucha się wybornie, a to ostatnio wcale nie jest regułą. Geniusz Wójcińskiego, który wbrew ostro-freejazzowym fascynacjom, tym razem objawia się tu w wyjątkowo komunikatywnej formie, nie powinien zostać pominięty, a sięgnąć po płytę zalecam zwłaszcza zwolennikom Charlie Hadena (nota bene również mistrza duetów).
Marcin Kiciński
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 8 lutego 2016
piątek, 1 listopada 2013
Kuba Stankiewicz "Kilar", Vertigo Jazz, 2013
Kuba Stankiewicz - p
Wytwórnia: Vertigo Jazz
Rok wydania: 2013
Nie znałem Kuby Stankiewicza. Mało tego, pewnie nigdy nie kupiłbym jego płyty - po prostu, tak z przyzwyczajenia. Dostałem ją jednak jako promo od wydawcy i nagle się okazało, że jest to jedna z najczęściej słuchanych przeze mnie płyt w tym roku. Sam byłem zaskoczony, gdy jednak się nad tym zastanowiłem, okazało się, że powód jest niezwykle prosty - Stankiewicz gra po prostu pięknie.
Wybór Kilara niektórzy potraktują jako pójście na łatwiznę, bo sięga się do gotowej bazy melodycznych pewniaków. Gdy się jednak nad tym mocniej zastanowić, okazuje się, że trzeba mieć nie lada jaja, by z tymi gotowcami się zmierzyć. Kilar jest jednym z najlepszych kompozytorów muzyki filmowej, ponieważ posiada niezwykły talent ubierania emocji w dźwięki. Czasem mają one wyprzedzić to co wydarzy się na ekranie, czasem je spotęgować. Czasem dźwięki te, nie mają nieść ze sobą konkretnej treści, tylko zbudować stosowny klimat do tego by emocje z ekranu miały gdzie w nas wykiełkować. Zawsze jednak mamy do czynienia z muzyką tak mocno intencjonalną, tak zaplanowaną i wpisaną w określony kontekst, że jakiekolwiek grzebanie przy niej, jakakolwiek ingerencja niesie za sobą ogromne ryzyko wywołania dysonansu poznawczego, tym bardziej, że przecież te melodie (a przynajmniej znaczną ich część) znamy. Tylko osoby pewne siebie z tytułu własnej kompetencji mogą mierzyć się z takim zadaniem i wygląda na to, że Stankiewicz do nich należy.
Słuchając tego ujazzowienia Kilara urzeka mnie przede wszystkim absolutne doprecyzowanie najdrobniejszego dźwięku. Stankiewicz podchodzi do materii z wielkim pietyzmem. Nie ma tu miejsca na wielką spontaniczność - utwory Kilara by tego nie wytrzymały. Zamiast tego mamy doprecyzowany pomysł na każdy utwór, który Stankiewicz nie tylko szlifuje do uzyskania absolutnej perfekcji, lecz także uzupełnia o improwizowane wstawki, dbając przy tym przede wszystkim o homogeniczność całości. Na płycie na pewno są utwory, których brak nikomu by nie zaszkodził (szczególnie pod koniec płyty), nie da się jednak znaleźć nigdzie ani jednego fałszywego ruchu. Ta harmoniczna perfekcja, połączona z najwyższej jakości smakiem w zakresie dynamiki i dramaturgii naprawdę imponuje.
W pierwszej kolejności zwracają na siebie uwagę utwory "Trędowata, część 2" i "Cwał". Ich wyjątkowość polega nie tylko na przełamaniu dominującej - balladowej konwencji, Stankiewicz, dzięki synkopowaniu lewej ręki, uchwycił przede wszystkim to, co także w muzyce Kilara jest bardzo ważne - swoisty nerw. Nienachalność tej kilarowskiej cechy można wyczytać w jej przełożeniu na wyczucie z jakim pianista korzysta z nietuzinkowego, rwanego akcentowania akordami, wykonuje on ruchy niezwykle lekko.
Po wielu odsłuchach na największy aplauz z mojej strony zasłużyły jednak utwory, może i mniej efektowne, ale tak genialne w swoim założeniu i realizacji, że nie sposób tego nie zauważyć. "Zazdrość i Medycyna" oraz "Ziemia obiecana" najlepiej bowiem oddają filmowy charakter muzyki Kilara. Nie chodzi jednak o bezpośrednie przełożenie pierwotnych założeń kompozytora - raczej o ich umiejętne zastąpienie. W tych dwóch utworach zdołał Stankiewicz jak nigdzie napisać swój własny scenariusz, okrasić je dramaturgią - zbudować niejako własną dźwiękową historię, serwując zmienność nastroju oraz grę konwencjami.
Niewiele znam albumów na solo piano, po których wysłuchaniu nie miałem odczucia, że z korzyścią dla nich byłoby włączenie sekcji rytmicznej. "Kilar" Stankiewicza do nich należy. Powiem więcej - nie widzę możliwości, że muzykę tę można by było zagrać inaczej, w tym lepiej. Poczucie harmonii w tym najbardziej dla nas pierwotnym rozumieniu tego słowa towarzyszy odsłuchowi tej płyty od pierwszego do ostatniego dźwięku. Jest to piękno dostępne dla każdego słuchacza, co czyni tę płytę na poletku jazzowym absolutnie wyjątkową.
Marcin Kiciński
poniedziałek, 21 października 2013
Tatvamasi "Parts of the Entirety", Cuneiform Records, 2013
Grzegorz Lesiak - g
Tomasz Piątek - ts
Łukasz Downar - b
Krzysztof Redas - dr
Wydawnictwo: Cuneiform Records
Rok wydania: 2013
Po Cuneiform Records spodziewam się maksimum "poli". Polifonii, polirytmii, polimetrii... Oczywiście ma być rockowo, gitary niech rzężą, perkusja ma tłuc, metrum ustalmy nieparzyste. Tatvamasi wzięło sobie te założenia do serca i nagrało płytę, która spokojnie kosi sporą część konkurencji pod tym zacnym i zasłużonym szyldem.
Pierwszy utwór "Unsettled Cyclists Peleton", zaczyna się przyjemną polimetrią między saksofonem i gitarą. Od razu słychać, że chłopcom postdisciplinowskie King Crimson obce nie jest. Gitara Lesiaka dość szybko ujawnia jednak skłonność do brzmienia soybelmanowskiego. Słychać analogie do Kletki Red, czy Ne Zhdali. Blisko 8-minutowa kompozycja przechodzi od wątku do wątku, zdradzając kolejne inspiracje i łatwość do ich klamrowania. Powtarzające się momenty wyciszenia oparte na prostej repetycji basu stanowią doskonałe tło dla popisów Piątka.
W "Collapse of Time" zwraca uwagę brzmieniowa wrażliwość Redasa. Z dużą dbałością o detal cyzeluje on każdy ruch pałeczkami, modyfikując sposób i miejsce uderzenia w werbel. Względnie prosty rytm nabiera w ten sposób pełni. Z pomocą Downara partie sekcji rytmicznej stopniowo się zagęszczają i nabierają pędu. Na takim tle ma miejsce dwójkowa improwizacja obu solistów. Od spokojnego przygrywania długimi dźwiękami, wchodzi Lesiak w coraz intensywniejszy dialog z Piątkiem, aż do finałowej kulminacji. Słucha się tego naprawdę przyjemnie.
"Shape Suggestion" atakuje tematem, w którym ponownie pojawia się duch Soybelmana. Zarówno melodycznie, jak i brzmieniowo lider Kletki Red wywiera silny wpływ na to, co gra Tatvamasi. Choć inspiracja jest nader czytelna, nie spotka się zespół z mojej strony z żadnym afrontem. Uwielbiam takie granie.
Utwory 5 i 6 to dwie długie suity, które w mojej ocenie dość niefortunnie znalazły się obok siebie. Wspólnie tworzą 25-minutowy konglomerat przeróżnych koncepcji, które choć dość zgrabnie przeplatane, w pewnym momencie zaczynają już ciążyć. Osobiście postawiłbym na "An Eccentric Introvert in a Study Filled with Broken Mirrors" z fajnym crimsonowskim (a może bardziej projekctowym?) wątkiem i sympatycznym duetem perkusyjno-saksofonowym w środku, a "Astroepos" bym wywalił.
Trzecie "Rhubanabarb" i wieńczące płytę "Buy 2, Take 3" wzbogacają płytę o odpowiednio funkowe i jazzowe (m-base'owe) klimaty.
Za wszystkie kompozycje odpowiada Grzegorz Lesiak, więc to chyba przede wszystkim jemu należą się gratulacje. Założenia Cuneiformu, o których pisałem we wstępie są bowiem tyleż intrygujące, co niebezpieczne. Idąc ich tropem, bardzo łatwo jest doprowadzić do absolutnego odhumanizowania muzyki. Spora część współczesnego katalogu (pamiętamy o archiwalnej misji Cuneiformu) wypełniona jest kompletnie sterylnymi, niczym wytwory komputerów i brzmiącymi niejednokrotnie jak midi, dźwiękami, które choć ułożone w skomplikowane struktury, przez swą bezduszność jedynie nudzą.
Tatvamasi ma w sobie lekkość i dba o utrzymanie feelingu. Lesiak na szczęście nie postawił na szukanie za wszelką cenę oryginalności, tylko na umiejętne wykorzystanie bogatego osłuchania. Przemyślana kompilacja inspiracji, dobrze dobrane towarzystwo i zdrowe relacje zostawiające miejsce dla inwencji wszystkich członków zespołu dają dobry rezultat.
Jedyny minusik to brzmienie basu. Muszę zaznaczyć, że jestem na tym tle przewrażliwiony, więc może i niewiarygodny, obecnie jest ono jednak dla mnie zdecydowanie zbyt syntetyczne. Wydaje mi się, że przy tym jak brzmi gitara lidera oraz w towarzystwie akustycznych instrumentów, powinno się je troszkę przybrudzić i ożywić. Najlepszy byłby bas a'la Luc Ex...
Marcin Kiciński
czwartek, 9 maja 2013
Trupa Trupa "++", Wydawnictwo niezależne, 2013 - czyli dlaczego nienawidzę gadać z muzykami
Grzegorz Kwiatkowski – gitara, wokal
Wojciech Juchniewicz – bas, gitara, wokal
Rafał Wojczal – organy, gitara, wokal
Tomek Pawluczuk – perkusja
+
Adam Witkowski – mikrofony, przestrzeń, miks
+
Mikołaj Trzaska – saksofon, klarnet (Dei, Influence)
Tomasz Ziętek – trąbka (I hate, Over)
Rok wydania: 2013
Oto, dlaczego nienawidzę gadać z muzykami.
Dostałem maila od Grzegorza Kwiatkowskiego, z prośbą o zamieszczenie informacji o premierze nowej płyty jego zespołu Trupa Trupa. W mailu znalazł się link do empetrójek - ściągnąłem. Zanim jednak włączyłem, zainteresowałem się kto zacz, bo zespołu nie znałem. Długo nie trzeba było szukać, by natrafić na ich poprzednie dokonania udostępnione na bandcampie. Posłuchałem pierwszego longplaya i zwariowałem. Dawno nie słyszałem tak dobrego i nowoczesnego britpopu. Czasem postpunkowe ("Good days are gone", "Marmalade sky"), czasem albarnowskie ("Did you", "Nearness of you", "Don't go away") melodie, niby garażowe, szorstkie, zbuntowane, ale też niezwykle lekkie, pomysłowe, chwytliwe, wciągające i na długo zapadające w pamięć. Kilka z nich jest na prawdę bardzo oryginalnych - moją faworytą jest "Porn Actress". Ogólnie pierwszy album to 28 minut samych petard. Żadnych uwag. To rzadkie w polskiej muzyce - pewnie się Cieślak nieźle wkurwił - se pomyślałem.
Wchodzę w drugą płytę i słyszę psychodelię. Cieszę się, bo lubię - cieszę się tym bardziej, bo płytę otwierają doskonałe cztery kompozycje, które choć sążnie umaczane w końcówce lat sześćdziesiątych, kontynuują zacną tradycję z pierwszego albumu - unikania schematów, szukania wielobarwności. Im bliżej końca płyty, tym bardziej odczuwam jednak lekkie znużenie. Piszę więc do Kwiatkowskiego:
"Strasznie mi się podoba Wasze pierwsze LP. Z drugim jest chyba trochę (podkreślam "trochę") gorzej, ale dopiero raz przesłuchałem. Wydaje mi się, że za bardzo poszliście w postwczesnofloydowską psychodelię. Jest kilka świetnych utworów, ale pojawiły się chwile wrażenia przesytu i archaiczności... Chyba zabrakło cudownej lekkości, która urzekła mnie na "Jedynce"." Czyż nie jest to kwintesencja delikatnej krytyki? W odpowiedzi dostaję między innymi następujące słowa: "ja nie lubię Floydów, lubię Beatelsów i wszędzie ich tam słyszę - tylko że z różnych okresów, ale Floydów i psychodelii w ogóle nie lubię".
Jak to nie lubi Floydów, skoro ja słyszę wszędzie Floydów? Gdzie tam Beatlesi? Słucham więc płyty kolejny raz i kolejny i kolejny... Dobrze mi z tym kolejnym słuchaniem, "I hate" znam już na pamięć, "Over" nucę na okrągło, lecz ciągle "Felicy", "Miracle", "Here and then", "Dei" brzmią mi jak niemal żywcem wyciągnięte z pierwszych dwóch LPków Floydów, a "Influence" niczym z solowego Barretta.
Średnio mi to przeszkadza - przecież już napisałem, że tej stylizacji, której - jak autor twierdzi - wcale nie ma, tylko mi się wydaje, jest tylko trochę za dużo, że album jest świetny.
Jest jednak jakaś prawda, której powinniśmy się trzymać? Czy nie ma?
Marcin Kiciński
Wojciech Juchniewicz – bas, gitara, wokal
Rafał Wojczal – organy, gitara, wokal
Tomek Pawluczuk – perkusja
+
Adam Witkowski – mikrofony, przestrzeń, miks
+
Mikołaj Trzaska – saksofon, klarnet (Dei, Influence)
Tomasz Ziętek – trąbka (I hate, Over)
Rok wydania: 2013
Oto, dlaczego nienawidzę gadać z muzykami.
Dostałem maila od Grzegorza Kwiatkowskiego, z prośbą o zamieszczenie informacji o premierze nowej płyty jego zespołu Trupa Trupa. W mailu znalazł się link do empetrójek - ściągnąłem. Zanim jednak włączyłem, zainteresowałem się kto zacz, bo zespołu nie znałem. Długo nie trzeba było szukać, by natrafić na ich poprzednie dokonania udostępnione na bandcampie. Posłuchałem pierwszego longplaya i zwariowałem. Dawno nie słyszałem tak dobrego i nowoczesnego britpopu. Czasem postpunkowe ("Good days are gone", "Marmalade sky"), czasem albarnowskie ("Did you", "Nearness of you", "Don't go away") melodie, niby garażowe, szorstkie, zbuntowane, ale też niezwykle lekkie, pomysłowe, chwytliwe, wciągające i na długo zapadające w pamięć. Kilka z nich jest na prawdę bardzo oryginalnych - moją faworytą jest "Porn Actress". Ogólnie pierwszy album to 28 minut samych petard. Żadnych uwag. To rzadkie w polskiej muzyce - pewnie się Cieślak nieźle wkurwił - se pomyślałem.
Wchodzę w drugą płytę i słyszę psychodelię. Cieszę się, bo lubię - cieszę się tym bardziej, bo płytę otwierają doskonałe cztery kompozycje, które choć sążnie umaczane w końcówce lat sześćdziesiątych, kontynuują zacną tradycję z pierwszego albumu - unikania schematów, szukania wielobarwności. Im bliżej końca płyty, tym bardziej odczuwam jednak lekkie znużenie. Piszę więc do Kwiatkowskiego:
"Strasznie mi się podoba Wasze pierwsze LP. Z drugim jest chyba trochę (podkreślam "trochę") gorzej, ale dopiero raz przesłuchałem. Wydaje mi się, że za bardzo poszliście w postwczesnofloydowską psychodelię. Jest kilka świetnych utworów, ale pojawiły się chwile wrażenia przesytu i archaiczności... Chyba zabrakło cudownej lekkości, która urzekła mnie na "Jedynce"." Czyż nie jest to kwintesencja delikatnej krytyki? W odpowiedzi dostaję między innymi następujące słowa: "ja nie lubię Floydów, lubię Beatelsów i wszędzie ich tam słyszę - tylko że z różnych okresów, ale Floydów i psychodelii w ogóle nie lubię".
Jak to nie lubi Floydów, skoro ja słyszę wszędzie Floydów? Gdzie tam Beatlesi? Słucham więc płyty kolejny raz i kolejny i kolejny... Dobrze mi z tym kolejnym słuchaniem, "I hate" znam już na pamięć, "Over" nucę na okrągło, lecz ciągle "Felicy", "Miracle", "Here and then", "Dei" brzmią mi jak niemal żywcem wyciągnięte z pierwszych dwóch LPków Floydów, a "Influence" niczym z solowego Barretta.
Średnio mi to przeszkadza - przecież już napisałem, że tej stylizacji, której - jak autor twierdzi - wcale nie ma, tylko mi się wydaje, jest tylko trochę za dużo, że album jest świetny.
Jest jednak jakaś prawda, której powinniśmy się trzymać? Czy nie ma?
Marcin Kiciński
niedziela, 5 maja 2013
Wacław Zimpel Quartet "Stone Fog", 2013, ForTune Records vs koncert we wrocławskim Colloseum 23.04.2013
Wacław Zimpel – klarnet
Krzysztof Dys – fortepian
Sydney Christian Ramond – kontrabas
Klaus Kugel – perkusja
Wytwórnia: ForTune Records
Rok wydania: 2013
Drugi raz podchodzę do recenzji tej płyty. Wcześniej napisałem o tym, jak to Zimpel najwyraźniej dojrzał i jak pięknie podsumowuje swoje dotychczasowe doświadczenia. Wspomniałem, że świetnie dobrał skład pod kątem realizowania założeń europejskiej muzyki, niekoniecznie improwizowanej, i o tym, jak w tym doskonale dobranym towarzystwie z łatwością pokazuje nam oblicze osoby, która jednak pokaźną część swojego życia spędziła na akademii, a w jej krwi płyną ciągle tysiące nut etiud i zaliczonych koncertów klarnetowych. Cieszyło mnie to pisanie, bo czułem swą tezę. Po koncercie we wrocławskim Colloseum całą spłodzoną treść skasowałem i musiałem zacząć na nowo.
Koncert zadziwił jeszcze pod nieobecność muzyków, gdy na scenie wśród rozstawionych instrumentów dało się zobaczyć piano Fender Rhodes zamiast klasycznego fortepianu czy pianina. W żaden sposób nie wyobrażałem sobie, jak kwartet zamierza oddać ducha znanej mi już wtedy płyty z użyciem tego instrumentu i zacząłem się lekko niepokoić. Mój niepokój wzrósł tym mocniej, gdy na scenie pojawili się już muzycy i zamiast klejenia onirycznych wstępów, uderzyli z animuszem iście freejazzowym. Wzrósł jednak tylko na chwilę i tylko po to, by zamienić się w równie intensywny, absolutny zachwyt.
Mój główny zarzut do Zimpla dotyczył braku umiejętności oszacowania własnych możliwości w kontekście określonej stylistyki. Chodziło głównie o spiritual, który choć zaraźliwy i kuszący, moim zdaniem nie jest pisany współczesnym. W moim odczuciu jest to etap zamknięty w określonych ramach czasowych z jasnym i niepowtarzalnym duchem epoki jako w pełni determinującym kontekstem. Zimpel improwizować jednak umie świetnie i udowodnił to niejednokrotnie, nigdy jednak dotąd nie czułem się do tej improwizacji w pełni przekonany. Zawsze miała ona bowiem znamiona osobistego eksperymentu, jakichś poszukiwań, przełamywania granic. Owszem, pewnie dla wielu zarówno muzyków, jak i słuchaczy o to właśnie chodzi - mnie to jednak zazwyczaj nudzi. Uwodzić mnie potrafi za to ten muzyk, który nie szuka już poza sobą, nie eksploruje terenów dla siebie grząskich i niepewnych, lecz twardo stąpając po ubitej glebie własnego doświadczenia, potrafi tworzyć genialne i niepowtarzalne wariacje, będące interakcją z pozostałymi - sobie podobnymi kolegami po fachu. Takim muzykiem staje się na naszych oczach Wacław Zimpel.
A płyta jest swego rodzaju podsumowaniem jego dotychczasowej pracy. Na szczęście nie ma na niej już pseudocoltrane'owskiego transu czy nakręcania - tak zgubnych w tym kontekście - nieokiełznanych ekspresji, których sztampowy przebieg stanowi zazwyczaj dla muzyka pokroju Zimpla raczej ograniczenie niż uwolnienie, jest za to wszystko to, za co Zimpla lubię, czyli zderzanie dwóch tkwiących w nim wrażliwości: akademickiej i folkowej. Na płycie słychać też echa żydowskich melodii, ale tym razem stanowią one już tylko piękne niuanse i ozdobniki - nie dominują, nie determinują - zaznaczają jednak w sposób adekwatny kulturową tożsamość autora, która przestaje być znakiem zapytania, a staje się deklaracją. Płyta jest wyciszona, w wielu miejscach wręcz oniryczna, kilkukrotnie się jednak dość zgrabnie rozkręca i zaskakuje bardzo wyważonym uderzeniem. Jest przykładem pracy przemyślanej i zaplanowanej.
Zupełnie odwrotnie przebiegał koncert, w czasie którego doświadczaliśmy spontanicznej, radosnej, bardzo dynamicznej ekspresji - w znacznej mierze dyktowanej dość wybuchowym tego dnia charakterem gry Klausa Kugela. Miałem wrażenie, że występ był na tyle wolny od jakichkolwiek założeń, że już sama zmiana brzmienia instrumentu klawiszowego wpłynęła znacząco na wewnątrzzespołową interakcję. Wynikiem tego była muzyka, która ewidentnie odpłynęła gdzieś na drugą stronę Atlantyku, a momentami cechowała się nawet lekko psychodelicznym smaczkiem.
Wspaniale było patrzeć na Zimpla na żywo. Był to bodaj jego trzeci występ, który miałem okazję oglądać na przełomie ostatnich sześciu już chyba lat. Nigdy do tej pory nie widziałem go tak pewnego siebie, spokojnego i skoncentrowanego. Pewnie dlatego też ten występ, podobnie jak płytę, cechowała niesamowita wielobarwność.
W obu przypadkach sprzyjała temu na pewno idealnie dobrana kompania. Krzysztof Dys wydaje się być w tym projekcie kimś więcej niż tylko sidemanem. Równie dobrze wykształcony i sprawny, podobnie stojący gdzieś okrakiem między akademią a wolną muzyką. Świetna kooperacja między oboma panami wyraźnie się zaznacza na płycie. W utworach: pierwszym i siódmym (moim zdaniem najlepszych na albumie) to właśnie Dys wytwarza genialną atmosferę, w którą wpisują się pozostali. Co do Kugela i Ramonda - należy podkreślić ich instrumentalny uniwersalizm, który cechuje muzyków najwyższej klasy. Kugel jest z tego znany od lat, uzupełniając składy projektów o kompletnie różnej, muzycznej charakterystyce. Ramonda dotąd nie znałem. Ale łatwość poruszania się między stylistykami: tą narzuconą na płycie i tą współtworzoną na koncercie wskazuje, że jest gościem z tej samej, co Kugel, ligi.
Dlaczego musiałem wywalić napisaną wcześniej recenzję? Pierwotnie wydawało mi się, że wraz z pierwszymi odsłuchami "Stone Fog" dostrzegłem ten wyjątkowy moment, kiedy Wacław Zimpel stał się muzykiem dojrzałym, który nareszcie może pokazać nam pełnię swoich walorów. Po koncercie okazało się, że on już nim jest raczej od jakiegoś czasu, a ja ten moment po prostu przegapiłem.
Marcin Kiciński
niedziela, 7 kwietnia 2013
Tomasz Stańko "Wisława", ECM, 2013 - czyli polemika z Maciejem Nowotnym
Tomasz Stańko - tp
David Virelles - p
Thomas Morgan - b
Gerald Cleaver - dr
Wytwórnia: ECM
Rok wydania: 2013
Drogi Macieju,
Muszę się odezwać, ponieważ zupełnie nie rozumiem zarzutów dotyczących niniejszej płyty, które umieszczasz w kolejnych portalach, z którymi współpracujesz (mam na myśli tekst dla Jazzarium, oraz fragment podsumowania pierwszego, płytowego kwartału tego roku dla Jazzpressu pt. "Wiosna w polskim jazzie"). Naturalnie daleki jestem od wdawania się w dysputę na temat Twoich odczuć związanych z płytą "Wisława". Nie mogę jednak milczeć, gdy stawiasz tezy zupełnie niezgodne z kwestiami obiektywnymi.
Na wstępie muszę przypomnieć, że obcujemy z płytą wydaną przez oficynę ECM, która jako jedna z nielicznych od długiego już czasu narzuca artystom swego rodzaju ograniczenia - określa ramy, zadaje zadanie. Jest to pewne status quo, którego podważanie jest zupełnie irracjonalne, a dysputa nad sensownością postępowania Eichera skazana na niepowodzenie, tym bardziej, jeśli weźmiemy pod uwagę powstające dookoła, jak grzyby po deszczu, wytwórnie - koguciki, wydające - nie wiedzieć po co - setki (łącznie) rejestracji nieudanych prób improwizacji, spaprane koncerty, całą masę nudnej, mimo że hałaśliwej i wtórnej, choć niesamowicie gęstej, freeimprovovej bądź freejazzowej młócki. ECM jest jak monolit, a jego koncepcja wtłaczania całych pokoleń muzyków o przeróżnej narodowości , wrażliwości i stylistycznej proweniencji w określone estetyczne ramy, jest nader potrzebna, gdy wokół wszystko się od tej bezgranicznej wolności degeneruje. ECM oferuje jakość, ponieważ tylko muzyk utalentowany i świadomy, a do tego dysponujący odpowiednim warsztatem, sprosta zadaniu i przejdzie eicherowską próbę. Dostajemy dzieło twórcy zweryfikowanego i naprawdę nieważne, czy znajdzie się ono w pierwszej trójce najlepszych albumów w jego dyskografii. Może dlatego pewnie każdy szanujący się muzyk z pocałowaniem ręki podjąłby eicherowską rękawicę i pewnie dlatego biedny Eicher, lub raczej jego świta, konsekwentnie odsyła rocznie dziesiątki, jak nie setki nadsyłanych płyt, z kurtuazyjnym "odezwiemy się".
Wracając jednak do "Wisławy" i Twoich zarzutów. Piszesz: "Po prostu cudowny, czarodziejski sound jego trąbki średnio się klei z grą sekcji rytmicznej skądinąd zjawiskowej. Nie chodzi tu oczywiście o brak umiejętności, a raczej o zupełnie inny język jakim posługują się młodzi muzycy, których zaprosił Stańko do współpracy. Ten język jest zakorzeniony w bopie i nieprzerwaną tradycją przekazany przez pokolenia tym właśnie młodym mistrzom nowojorskiej sceny. Ich linia rytmiczna tańczy, unosi nas w przestworza, uwalnia od ciężaru ciała i zmienia w zmierzające ku słońcu i księżycowi ciało niebieskie. Lecz trąbka Stańki jakże często jest obok tego zjawiskowego rytmu. Zwalnia go, jest kamieniem u nogi, ciężarem." Jak napisałem we wstępie, to czy trąbka Stańki się komuś klei z całością czy nie, to sprawa indywidualna i subiektywna, lecz doszukiwanie się bopowej proweniencji, czy raczej bopowych aspiracji w grze Morgana, Virellesa czy nawet Cleavera (na tej płycie) to już solidne nadużycie. Tym bardziej, jeśli chwilę później piszesz: "Jakże zupełnie inaczej brzmiała ta trąbka na tle snutym przez polską sekcję rytmiczną nieodżałowanego kwartetu z Miśkiewiczem, Kurkiewiczem i Wasilewskim. Inaczej niż Amerykanie, którzy jak dobry mustang na prerii gonią do przodu i pożerają czas z szybkością rasowej Corvetty, polska sekcja szukała raczej głębi i znajdowała ją we wzajemnym zrozumieniu, w bezprecedensowej empatii, we współbrzmieniu.". Macieju, otóż ja uważam, że jest dokładnie odwrotnie. W skali mikro, w tej przestrzeni ograniczonej wizją Stańki, to właśnie każdy z polskich muzyków jest bardziej przywiązany do jazzowej tradycji niż muzycy obecnego kwartetu. Ciągoty Wasilewskiego ku dur/molowym harmoniom są równie silne, jak ciągoty Virellesa ku wyrwaniu się z ich ram. Podobnie sprawa ma się z pozostałą dwójką. Dużo częściej wyrywa się do trzydziestek Miśkiewicz, znacznie chętniej wraz z Kurkiewiczem kołyszą lub nadają swingujący rytm, nasuwający (bardzo luźne) skojarzenia bopowe. To Stańko zmuszą ich do gry w przestrzeni lub z przestrzenią, zabawy dźwiękiem i ciszą, delikatnego brudzenia czy ucieczki od tradycyjnych harmonii - czyli wszystkiego, co - mam wrażenie - nowojorczycy mają we krwi i do czego faktycznie się rwą, gdyby nie tonujące ich zapędy melodie, tkwiące na papierach wręczonych przez lidera.
Na koniec jeszcze dwie uwagi. Po pierwsze: naprawdę niewielu jest jeszcze realnych mistrzów fachu, jakim jest uprawianie jazzu. Stańko bezwarunkowo należy do tej grupy, dlatego zniechęcanie do słuchania jego kolejnych płyt będzie dla mnie zawsze czynem spod znaku, opisanego w moim wcześniejszym tekście, "syndromu Woody'ego Allena". Obojętnie, czy uważamy płytę Stańki za lepszą czy gorszą od poprzednich, tak naprawdę jedyną realną miarą, którą możemy się posłużyć, jest jego własna dyskografia. Stańko to już osobne jazzowe mikrouniwersum, z którym obcowanie dostarczy nam zawsze znacznie więcej muzycznych wartości, niż dziesiątki odsłuchów wydanych w danym roku płyt. Po drugie: ostatnia płyta Stańki jest usypiająca chyba tylko dla tych, którzy są mocno senni lub padają przy niej ze zmęczenia. Już dawno nie słyszałem płyty tak wymagającej skupienia, trudnej i bogatej.
Marcin Kiciński
PS. wisisz mi Macieju konia z rzędem
czwartek, 25 października 2012
Frank Gratkowski, Wolter Wierbos, Dieter Manderscheid, Gerry Hemingway "Le Vent Et La Gorge", Leo Records, 2012 - czyli to znów nie jest recenzja
Frank Gratkowski - as, cla, bcla, contrabass cla
Wolter Wierbos - tb
Dieter Manderscheid - b
Gerry Hemingway - dr
Wytwórnia: Leo Records
Rok wydania: 2012
Czym jest dialog? Jak to się dzieje, że wymieniane komunikaty układają się w logiczną
i sensowną całość nie tylko dla rozmówców, lecz także dla obserwatora? Nie jest to przecież szereg wolnych skojarzeń. Nie chwytamy się znaczeń pojedynczych słów. Liczy się kontekst. To praca w kontekście pozwala nam wspólnie zbudować treść i ciągle nad nią pracować. Zgodzicie się więc, że aby dialog był zrozumiały, musi być temat. W muzyce jest podobnie, a jednak idea wolnej improwizacji poniekąd temu zaprzecza. Staje dwóch ludzi, którzy widzą się po raz pierwszy w życiu, wyciągają instrumenty i zaczynają grać. Nie rozmawiali ze sobą, nic nie ustalali, po prostu popatrzyli na siebie i już.
czwartek, 11 października 2012
Francois Carrier, Michel Lambert & Alexey Lapin "In Motion", Leo Records, 2012
Francois Carrier - as
Michel Lambert - dr
Alexey Lapin - p
Wytwórnia: Leo Records
Rok wydania: 2012
„This Grand?”, pierwszy utwór, rozpoczyna się dość intensywnie, z czasem struktura zagęszcza się jak w triach Gayle’a lub Riversa. Po wstępnym rozpędzie i freejazowym rozpasaniu trio przechodzi w duet (fortepian plus perkusja), muzyka uspokaja się na chwilę, po czym panowie przechodzą w mocny, zdecydowany trans o złożonej, bogatej rytmice oraz chropawej fakturze. Świetny Lapin na klawiszach, bardzo przekonujący, zdecydowany alt Carrier’a. Dalej mamy „Is He…” – dużo łagodniej, więcej poszukiwań, zdecydowanie więcej przestrzeni między dźwiękami, coś w rodzaju wytchnienia, chciałoby się rzec - figlarnie skrzący się, delikatnie opadający śnieżek (notabene rzecz dzieje się w Petersburgu). Po niezbyt intensywnych opadach pojawia się „All Of A Sudden” - troszeczkę więcej sonorystyki, ale wciąż bez pośpiechu. Bogactwo i złożoność rytmiczna perkusji zachęca do zamknięcia oczu, do wsłuchania się w z wolna narastające relacje między muzykami, którzy rozumieją się coraz lepiej, mówiąc kolokwialnie, zaczyna się kleić. „About To Go” - czwarty utwór, utrzymany w duchu dwu poprzednich, w zasadzie nie wnosi nic nowego – wciąż trwają te same zabawy na śniegu. Siłą tego numeru – jak i całego koncertu – jest wyraźnie wyczuwalne skupienie muzyków oraz niekonwencjonalna struktura rytmiczna, jakby wciąż poszukująca właściwego dla siebie toru i, jednocześnie, wciąż się przed nim uchylająca. „Love In Space”, improwizacja finałowa, nabiera odrobinę rumieńców (a może są to owe słynne rosyjskie odmrożenia?), wciąż tematem nadrzędnym jest połamana rytmika i... oczywiście wciąż prószy lekki śnieżek.
Taka muzyczna pocztówka z St. Petersburga.
Andrzej Podgórski
niedziela, 30 września 2012
Małe Instrumenty "Chemia i Fizyka", Obuh, 2012
MAŁE INSTRUMENTY
Paweł Romańczuk, Marcin Ożóg, Tomasz Orszulak, Jędrek Kuziela, Maciek Bączyk
+ Andrzej Załęski
Wytwórnia: Obuh
Rok wydania: 2012
Na dwóch wcześniejszych płytach Małe Instrumenty korzystały z dorobku Juliana Antonisza i Fryderyka Chopina. „Chemia i Fizyka” to pierwszy zarejestrowany i opublikowany, w pełni autorski, materiał Pawła Romańczuka. Tym samym zespół dotarł do punktu krytycznego, swego rodzaju sprawdzianu. Czy udało się udźwignąć poziom oczekiwań wywindowany wcześniejszymi aranżacjami? Nie będę owijał w bawełnę. Dla mnie ta płyta to najlepszy album tego roku.
piątek, 3 sierpnia 2012
Luciano Berio / Mike Patton / Ictus Ensemble "Laborintus II", Ipecac, 2012
Mike Patton - recytacja, śpiew
Ictus Ensemble - wykonanie
Luciano Berio - kompozycja
Wytwórnia: Ipecac Records
Rok wydania: 2012
Gdybym był 14-letnią siksą, siedziałbym pewnie teraz wpatrzony w plakat Mike'a i z rumieńcem na twarzy wspominał jego diabelskie wygłupy z poznańskiego koncertu Faith No More oraz swoje rozwrzeszczane reakcje na niego. Gdybym był ciut młodszy i bezdzietny, pewnie sam bym na tym koncercie wylądował, mimo że dość niedawno (rok? dwa lata temu?) widziałem ten reaktywowany, bądźmy szczerzy, średni muzycznie zespół w Pradze. Dlaczego zatem? Odpowiedź jest prosta - jestem fanem Mike'a Pattona. A ponieważ nie mam już siły na uczestniczenie w forach mu poświęconych, w koszulkach Fantomasa jakoś niekoniecznie mi do twarzy, a i na bycie grouppie zarówno ze względu na płeć, jak i wiek raczej nie mam szans - pozostaje jeden sposób na oddanie hołdu mojemu idolowi - bezgraniczny aplauz dla większości jego produkcji.
środa, 20 czerwca 2012
The Thing & Neneh Cherry "The Cherry Thing", Smalltown Supersound, 2012
Mats Gustafsson - saksofony
Ingebrigt Haker-Flaten - bas
Paal Nilssen Love - dr
Neneh Cherry - wokal
Wytwórnia: Smalltown Supersound
Rok wydania: 2012
Wyobrażacie sobie pewnie, jak muszę być pobudzony tą płytą, skoro udało jej się wyrwać mnie z letargu. Owszem, jestem. Na wielu poziomach uważam ją za absolutne wydarzenie, cudowny precedens... I chociaż pewnie nic wielkiego z niego nie wyniknie, należy zwrócić uwagę, jak potężny potencjał w niej tkwi.
niedziela, 4 marca 2012
Szilárd Mezei Vocal Ensemble "Fújj szél, Zenta, visshangozz szél", Not Two, 2012
Kinga Mezei - voc, Ervin Malina - b, Kornél Pápista - tuba, Milan Aleksić - p, Branislav Aksin - tb, Béla Burány - bs, ss, Péter Bede - ts, cla, Bogdan Ranković - as, bcla, Szilard Mezei - viola, István Csík - dr
Wytwórnia: Not Two
Rok wydania: 2012
Staram się śledzić poczynania Szilárda Mezeia od czasu poznania jego bardzo dobrej płyty pt. „Draught”. Kolejne wydawnictwa rzadko jednak wzbudzały moją ekscytację i chociaż zniechęcenie było już naprawdę blisko, w końcu pojawiła się petarda, doczekałem się. „Fújj szél, Zenta, visshangozz szél” jest genialna! Doskonała konceptualnie, rewelacyjnie skomponowana, świetnie zagrana i zaśpiewana.
wtorek, 28 lutego 2012
Xavier Charles / Terrie Ex “Addis”, Terp Records, 2011
Xavier Charles - clarinet
Terrie Ex - guitar
Wytwórnia: Terp Records
Rok wydania: 2011
Zespół The Ex przy okazji muzycznych wypraw do Etiopii zabiera ze sobą różnych znajomych muzyków. W 2009 zaprosili Silent Block - projekt, w którym Xavier Charles gra m.in. przy użyciu przedmiotów układanych na membranach głośników. Ten zestaw może być znany polskiej publiczności, bowiem Charles wykorzystywał go podczas koncertów z Robertem Piotrowiczem. Jednak Francuz gra także na klarnecie, m.in. w Corkestra Cora Fuhlera oraz trio z Johnem Butcherem i Axelem Dörnerem. Na “Addis” słyszymy go w duecie z gitarzystą Terriem Exem, ostatnim z założycieli, który do teraz udziela się w The Ex, który ma też na koncie albumy z Hanem Benninkiem i Abem Baarsem.
Równorzędnym partnerem dla klarnetu i gitary na “Addis” jest przestrzeń, w której duet improwizował i którą słychać bardzo dobrze (zwłaszcza na słuchawkach). Pomysł oczywiście nienowy, znany choćby z “Schwarzwaldfahrt” Brötzmanna i Benninka właśnie, czy “Danziger Straßenmusik” Trzaski z Olesiami, ale nadal przyjemny i intrygujący. Tym bardziej, że dźwięki otoczenia są nie tylko otoczką, ale też inspiracją dla muzyków. To pewnie po części zasługa tytułów, ale dzięki ich wskazaniom zastanawiam się na ile Charles wzorował się na klaksonie (“The Horn”) i ptasim świergocie (“The Bird”). Albo jak bardzo inspirowało dwójkę improwizatorów skrzypienie drzwi (“The Door”). Ten utwór to w ogóle jeden z najlepszych fragmentów płyty, bo w idealnych proporcjach łączy powtarzane struktury z ekspresyjnymi frazami. Zwłaszcza Ex celuje w lekko zmienianych repetycjach, choć jego gitara też potrafi zerwać się ze smyczy, żeby dogonić drapieżny klarnet Charlesa. Jednak równie ciekawe są silnie zredukowane momenty, gdy muzycy wycofują się tak bardzo, że wtapiają się w krajobraz, a ich instrumenty ujawniają swoje kameleońskie zdolności upodabniania się do otoczenia.
Piotr Tkacz
piątek, 24 lutego 2012
Dorota (Somló Dávid / Makkai Dániel / Porteleki Áron) "Dorota", S10 Records, 2011
Somló Dávid - guitar
Makkai Dániel - bass
Porteleki Áron - drums
Wytwórnia: S10 Records
Rok wydania: 2011
Znowu podłożę się wszystkim tym, którzy uważają, że Impropozycja nie istniałaby bez bloga Stefa, ale co mi tam. (http://freejazz-stef.blogspot.com/2012/01/dorota-dorota-2011-s10-records.html)
Po pierwsze zakładam, że propozycja ta mogła umknąć Waszej uwadze, a szkoda by było, żeby przeszła niezauważona, tym bardziej gdy można ją pobrać bezpośrednio ze strony zespołu i to w wersji WAV (http://dorota.hu/album) . Po drugie jakoś trudno mi się podpisać pod porównaniami użytymi przez autora tekstu - Anantha Krishnana. A po trzecie, szukając jakichkolwiek informacji, natknąłem się na nazwisko, które powyższemu recenzentowi spokojnie mogło nic nie mówić, a dla nas- Polaków- powinno mieć znaczenie, szczególnie gdy zespół otwarcie powołuje się na inspiracje wolnością kreacji i poetyckością lektury „Wojny polsko-ruskiej” Doroty Masłowskiej.
Rezultat tych inspiracji to zadziwiająca mieszanka stylistyczna czerpiąca bardzo swobodnie, a jednocześnie wyjątkowo spójnie z różnych avantrockowych przedsięwzięć ostatnich trzech dekad. Miejscami słychać folkowe zacięcie znane z Kletka Red czy Ne Zhdali Leonida Soybelmana, miejscami czuć atmosferę Shellaca, gdzie indziej sekcja wprowadza rytmikę znaną z Tortoise. Ale to nie wszystko. Są chwile, gdy gitarzysta próbuje odtworzyć brzmieniowo niesamowity klimat „Big Gundown” Zorna, by w innym utworze złożyć delikatny hołd Massacre. By postawić kropkę nad „i”, należy jeszcze wyłowić unowocześnioną wersję przyćpanych improwizacji Grateful Dead oraz utwór inspirowany „indiańskim” Tomahawkiem „Anonymous”.
Absolutną perełką jest utwór siódmy, w którym panowie wychodzą od swobodnego improwizowania, by z olbrzymim wyczuciem przejść do wywołującej dreszcz kompozycji, jednocześnie prostej i niesamowicie przejmującej.
Muzyków charakteryzuje rzadka umiejętność grania rocka alternatywnego z niebywałym feelingiem, przez co zamiast bezładnego zlepku przeróżnych nawiązań dostajemy dojrzałą i bardzo konsekwentną formułę. Zupełnie rezygnują z indywidualnych eskapad, czy niepotrzebnego hałasowania na rzecz szukania miejsca na wtrącenie subtelnego zdobnictwa.
Słychać, że Węgrzy starają się przełożyć założenia najlepszego zespołowego freeimprovu na grunt muzyki avantrockowej i udaje im się to bez najmniejszych wątpliwości.
Marcin Kiciński
wtorek, 31 stycznia 2012
Tonbruket (Dan Berglund, Johan Lindström , Martin Hederos, Andreas Werliin) "Dig It To The End", ACT 2011
Dan Berglund - b
Johan Lindström - g, lap- and pedalsteel
Martin Hederos - p, pumporgan, keyb, violin
Andreas Werliin - dr, perc
Wytwórnia: ACT
Rok wydania: 2011
Jest to jedna z tych płyt, po której przesłuchaniu od razu wiedziałem, że będę chciał ją polecić. I chociaż regularnie do niej wracałem, za każdym razem, gdy miałem już usiąść do komputera, pojawiało się wahanie. Bo wiem, co mi się w niej podoba, co smyra mój ośrodek przyjemności i obawiam się, że niewielu z Was - drogich czytelników i czytelniczek Impropozycji może moją radość podzielić. Chodzi bowiem o sentyment do muzyki, której słuchałem jako nastolatek i która dostarczała mi pierwszych prawdziwych uniesień, a która znajduje się w świecie raczej dość odległym estetycznie względem pojawiających na Impropozycji przykładów: jest to mianowicie sentyment do starego rocka.
Słuchanie tej płyty przypomina zabawę w kalambury. Większość kompozycji uruchamia skojarzenia. Raz słyszę gitarę i frazę niczym żywcem wyjętą z płyt Led Zeppelin, innym razem motyw i nastrój Pink Floyd, czasem zaś zabrzmi Hammond, którego nie powstydziłby się żaden z trzepiących długimi piórami wirtuozów tego instrumentu z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. I nie znaczy to wcale, że jest to płyta rockowa, choć trudno byłoby ją umieścić i w jazzowej działce. Sporo miejsca zajmują fragmenty w lekko frisellowskim klimacie - gitara nabiera tych samych country’owych smaczków. Najważniejszą zaletą jest lekkość „Dig It To The End”. Kompozycje są mocno zróżnicowane, zarówno pod względem stylistycznym jak i dynamicznym, udało się jednak utrzymać ten sam klimat. Obojętnie, czy Tonbruket zabiera nas w easylisteningową przestrzeń podobną do tego, co znamy z twórczości Combustible Edison, czy też buduje aranżację, która mogłaby spokojnie stanowić akompaniament dla wokalu Waitsa i - co najlepsze - bez względu na to, czy przejścia między stylami są płynne, czy też drastyczne, nie ma efektu nachalności czy chaotyczności – wręcz przeciwnie: wyraźnie słychać dobitne i pewne siebie realizowanie dobrze przemyślanej i z detalami rozpisanej kompozycji.
Na płytę natrafiłem przeglądając dyskografię nowego bębniarza współpracującego z Fire! Matsa Gustafssona – Andreasa Werliina. Nie tylko on jest jednak ozdobą tej płyty (właściwie to jest on nawet mniej wyróżniającym się, aczkolwiek bardzo rzetelnie wypełniającym swoją funkcję, ogniwem). Za jej wyjątkową elastyczność stylistyczną odpowiadają głównie gitarzysta Johan Lindström i klawiszowiec Martin Hederos, z łatwością zmieniający zarówno brzmienia instrumentów, jak i charakter swoich solówek. Lider zespołu, Dan Berglund, swoje walory instrumentalne objawia głównie w bardziej wyciszonych fragmentach, gdzie pozwala sobie na więcej indywidualizmu. Większą część czasu zajmuje mu jednak, jak na „rockmana” przystało, budowanie z Werliinem stabilnej, silnej, rytmicznej podstawy.
Marcin Kiciński
środa, 18 stycznia 2012
Maarten Altena "Cities & Streets", HatArt, 1991 - czyli bardziej pretekst niż recenzja
Michael Moore - as, cla, bcla
Michael Vatcher - perc
Michiel Scheen - p
Peter Van Bergen - ts, bcla
Wolter Wierbos - tb
Marc Charig - tp, alto horn
Christel Postma - viol
Maarten Altena - b
Wytwórnia: HatArt
Rok wydania: 1991
Wydaje mi się, że każdy dysponuje raptem kilkoma, góra kilkunastoma płytami, które realnie wywróciły jego muzyczny światopogląd. W moim przypadku jedną z nich jest właśnie „Cities & Streets” holenderskiego kontrabasisty, choć dla mnie głównie kompozytora – Maartena Alteny. Prawdopodobnie postać ta częściej jest kojarzona jako instrumentalista – improwizator ze względu na to, że był filarem powstawania sceny freeimprov, zasilając tak szlachetne i ważne projekty, jak ICP Orchestra, Willem Breuker Kollektief czy baileyowskie Company, dla mnie jednak na zawsze pozostanie osobą, która zbudowała wzór swego rodzaju współczesnego trzeciego nurtu, strukturalnej improwizacji czy modern composition i ani Braxton, ani nawet Barry Guy go z tego podium zrzucić nie może. Kluczem jest chyba balans między realną kompozycją (piszę realną, aby zbudować opozycję wobec wszelkiego rodzaju przejawów nowatorskiej kompozycji, w postaci interpretowanych układów graficznych itp.) a swobodą zaangażowanych muzyków. Pod bacznym okiem Alteny, a raczej pod wpływem rzetelnej partytury, mogą oni prezentować swoją indywidualność w bardzo, ale to bardzo ograniczonym zakresie. Nie znaczy to jednak, że ogranicza się ich inwencję, raczej wystawia się ją na próbę, wskazując pewne doprecyzowane kanały, którymi może się ona poruszać. Altena autorytarnie ogarnia wszystkie te kanały, budując w ten sposób doskonały system powiązań zarówno melodycznych, jak i brzmieniowych – nie ma bowiem wielu płyt, na których z taką świadomością angażuje się zaawansowaną sonorystykę.
Tu rządzi kompozycja i przyznam szczerze, że zawsze gdy wracam do tej płyty, zastanawiam się nad opozycją intencja – intuicja, w której - mam wrażenie - od ostatniej dekady prym wiedzie raczej ta druga. Dziwne jest to tym bardziej, że przecież wolnościową rewoltę, której pochodną jest ruch wolnej improwizacji, powinniśmy uznać za zakończoną. Żyjemy w czasach skrajnie intelektualnych, dlaczego zatem w muzyce zaangażowanej tak często intencja, przejawiająca się w „realnej kompozycji”, jest traktowana marginalnie? Dlaczego muzycy, zazwyczaj wykształceni systemowo – a zatem w oparciu o background wszelkich zdobyczy kompozycyjnych, w finale uciekają od zdobytych doświadczeń i unikają pola niejako im przypisanego?
Oczywiście nie jest to odejście kompletne. Na scenie holenderskiej istnieją postaci regularnie wracające do swojej tradycji, płyty Michiela Braama już dwukrotnie starałem się na Impropozycji zasugerować. Predella Group Vandermarka też udanie zmaga się z tą materią. Nawet na naszym rodzimym podwórku pojawiła się ostatnio próba przypomnienia colemanowskiej koncepcji z „Chappaqua Suite”: na płycie Piotra Damasiewicza „Hadrony”, o której w dość wyczerpujący sposób pisze Adam Domagała na swoim blogu. Nie zmienia to faktu, że jest to koncepcja, po którą w środowisku tak zwanego współczesnego, kreatywnego jazzu, sięga się bardzo rzadko.
A szkoda, bo prawdę mówiąc, o ile coraz częściej odczuwam przesyt bezgraniczną instrumentalną wolnością, która sprowadza się do kolejnych zestawień jednego pana z drugim panem – nierzadko po raz pierwszy, a mimo to przewidywalnych, tak w świecie modern composition o jazzowej proweniencji jest wielka dziura, którą można ciągle wypełniać.
Marcin Kiciński
Michael Vatcher - perc
Michiel Scheen - p
Peter Van Bergen - ts, bcla
Wolter Wierbos - tb
Marc Charig - tp, alto horn
Christel Postma - viol
Maarten Altena - b
Wytwórnia: HatArt
Rok wydania: 1991
Wydaje mi się, że każdy dysponuje raptem kilkoma, góra kilkunastoma płytami, które realnie wywróciły jego muzyczny światopogląd. W moim przypadku jedną z nich jest właśnie „Cities & Streets” holenderskiego kontrabasisty, choć dla mnie głównie kompozytora – Maartena Alteny. Prawdopodobnie postać ta częściej jest kojarzona jako instrumentalista – improwizator ze względu na to, że był filarem powstawania sceny freeimprov, zasilając tak szlachetne i ważne projekty, jak ICP Orchestra, Willem Breuker Kollektief czy baileyowskie Company, dla mnie jednak na zawsze pozostanie osobą, która zbudowała wzór swego rodzaju współczesnego trzeciego nurtu, strukturalnej improwizacji czy modern composition i ani Braxton, ani nawet Barry Guy go z tego podium zrzucić nie może. Kluczem jest chyba balans między realną kompozycją (piszę realną, aby zbudować opozycję wobec wszelkiego rodzaju przejawów nowatorskiej kompozycji, w postaci interpretowanych układów graficznych itp.) a swobodą zaangażowanych muzyków. Pod bacznym okiem Alteny, a raczej pod wpływem rzetelnej partytury, mogą oni prezentować swoją indywidualność w bardzo, ale to bardzo ograniczonym zakresie. Nie znaczy to jednak, że ogranicza się ich inwencję, raczej wystawia się ją na próbę, wskazując pewne doprecyzowane kanały, którymi może się ona poruszać. Altena autorytarnie ogarnia wszystkie te kanały, budując w ten sposób doskonały system powiązań zarówno melodycznych, jak i brzmieniowych – nie ma bowiem wielu płyt, na których z taką świadomością angażuje się zaawansowaną sonorystykę.
Tu rządzi kompozycja i przyznam szczerze, że zawsze gdy wracam do tej płyty, zastanawiam się nad opozycją intencja – intuicja, w której - mam wrażenie - od ostatniej dekady prym wiedzie raczej ta druga. Dziwne jest to tym bardziej, że przecież wolnościową rewoltę, której pochodną jest ruch wolnej improwizacji, powinniśmy uznać za zakończoną. Żyjemy w czasach skrajnie intelektualnych, dlaczego zatem w muzyce zaangażowanej tak często intencja, przejawiająca się w „realnej kompozycji”, jest traktowana marginalnie? Dlaczego muzycy, zazwyczaj wykształceni systemowo – a zatem w oparciu o background wszelkich zdobyczy kompozycyjnych, w finale uciekają od zdobytych doświadczeń i unikają pola niejako im przypisanego?
Oczywiście nie jest to odejście kompletne. Na scenie holenderskiej istnieją postaci regularnie wracające do swojej tradycji, płyty Michiela Braama już dwukrotnie starałem się na Impropozycji zasugerować. Predella Group Vandermarka też udanie zmaga się z tą materią. Nawet na naszym rodzimym podwórku pojawiła się ostatnio próba przypomnienia colemanowskiej koncepcji z „Chappaqua Suite”: na płycie Piotra Damasiewicza „Hadrony”, o której w dość wyczerpujący sposób pisze Adam Domagała na swoim blogu. Nie zmienia to faktu, że jest to koncepcja, po którą w środowisku tak zwanego współczesnego, kreatywnego jazzu, sięga się bardzo rzadko.
A szkoda, bo prawdę mówiąc, o ile coraz częściej odczuwam przesyt bezgraniczną instrumentalną wolnością, która sprowadza się do kolejnych zestawień jednego pana z drugim panem – nierzadko po raz pierwszy, a mimo to przewidywalnych, tak w świecie modern composition o jazzowej proweniencji jest wielka dziura, którą można ciągle wypełniać.
Marcin Kiciński
wtorek, 17 stycznia 2012
Aram Shelton Arrive (Jason Roebke, Jason Adasiewicz, Tim Daisy) "There Was..." Clean Feed, 2011
Aram Shelton - as
Jason Roebke - b
Jason Adasiewicz - vib
Tim Daisy - dr
Wytwórnia: Clean Feed
Rok wydania: 2011
Długo zbierałem się do napisania o tej płycie, mimo że jest ona jednym z nielicznych tegorocznych wydawnictw, do którego wracam regularnie i z niesłabnącym zachwytem. Shelton zwrócił moją uwagę swoim unikalnym, bardzo lirycznym językiem już w trio Dragons 1976. O ile jednak tamten zespół miał lekko „garażowy” charakter, tak kwartet Arrive tchnie dojrzałością i dopracowanym brzmieniem. Wyraźnie słychać także, że muzyk ten rozwinął się kompozycyjnie. Prostota i melodyjność tematów, uzupełniona nienachalnymi zwrotami dynamiki, pozostawia dużo miejsca dla swobodnej wypowiedzi zarówno samego lidera, jak i pozostałych członków zespołu. Nie ma tu żadnych napięć, raczej skupiona współpraca, która udaje się zazwyczaj, gdy zebraną grupkę osób cechuje podobna, w tym wypadku dość złożona osobowość. Przeważa liryczna zaduma, która chwilami przeradza się w lekko freejazzowe partie. Moją uwagę zwraca wibrafonista Jason Adasiewicz, który ze swojego - do niedawna uważanego przeze mnie za bezduszny (do czasu zanurzenia się w cudowny świat Bobby Hutchersona czy Walta Dickersona) - instrumentu potrafi z odpowiednią delikatnością wydobyć partie, decydujące w głównej mierze o onirycznym charakterze większości kompozycji, spośród których wyróżnia sie utwór „Frosted” - zachwycająca ballada, łącząca cudowne wybrzmiewanie instrumentów z lekką, melancholijną melodią.
Na „There Was…” doskonale pracuje sekcja. Pamiętam swój zachwyt nad Timem Daisy, gdy wraz ze swoim pojawieniem się w szeregach Vandermark 5 wniósł sporo brzmieniowej lekkości i inwencji. Od tego czasu pojawiło się wiele płyt z jego udziałem, płyt lepszych i gorszych, i po czasie zacząłem odnosić wrażenie, że powoli bębniarz ten popada w słyszalną, niestety, rutynę. Wyjątkiem była jego współpraca Sheltonem i tym razem również nie zawodzi. Już dawno nie słyszałem go w takiej formie, mimo że porusza się tu w bardzo stonowanych rejestrach. Jason Roebke może niczym nie zaskakuje, ale jest to też muzyk, którego najmniej znam. Na pewno jednak dobrze się wkomponowuje w obraną stylistykę i uzupełnia zespół dość oszczędnym, lecz bardzo trafionym basem.
„There Was…” jest płytą szczególną - mimo że w kilku miejscach wyraźnie nawiązuje do klasycznych rozwiązań, to robi to w sposób intelektualnie i emocjonalnie koherentny z teraźniejszością. Wyraźnie słyszalny sentyment nie wyraża tęsknoty za czymś konkretnym, przez co bardziej stanowi deklarację własnego umiejscowienia we współczesności, opartego na zrozumianym i zaakceptowanym niedopasowaniu.
Marcin Kiciński
P.S. Warto zwrócić uwagę na pozostałe tegoroczne płyty Sheltona i z jego udziałem– duet z Kjellem Nordesonem „Incline” (Singlespeed Music), a także album „gwiazdorskiego” kwartetu Darrena Johnstona „Cylinder”, nagrany dla Clean Feedu.
poniedziałek, 2 stycznia 2012
Hera „Where My Complete Beloved Is”, Multikulti, 2011
Wacław Zimpel: cla, bcla, harmonium, tarogato
Paweł Postaremczak: ss, ts, piano
Ksawery Wójciński: double bass
Paweł Szpura: dr, perc
+ Maniucha Bikont: voice, Sara: tampura
Wytwórnia: Multikulti
Rok wydania: 2011
Jak wiecie, rzadko piszę negatywne recenzje, a już najrzadziej znajduję czas dla płyt trzygwiazdkowych. Niestety, gdy jestem świadkiem zbiorowej euforii dotyczącej określonego albumu, którego nie cenię za wysoko, zazwyczaj pojawia się we mnie obsesyjna potrzeba wyrażenia własnej opinii, wprowadzającej stosowną korektę. Jakby coś mi kazało krzyknąć „ej, opamiętajcie się ludzie!”. Jest to oczywiście idiotyczne do kwadratu i mogłoby spokojnie być potraktowane jako kompulsja pt. „musi gnojek wsadzić kij w mrowisko”, pytanie tylko, czy ja mam jakiś kij i gdzie do cholery jest to mrowisko?
niedziela, 1 stycznia 2012
Ehran Elisha & Roy Campbell "Watching Cartoons With Eddie", Outnow Recordings, 2011
Ehran Elisha - dr
Roy Campbell - tp
Wytwórnia: Outnow Recordings
Rok wydania: 2011
Duet perkusisty z trębaczem to w szeroko rozumianej muzyce jazzowej zjawisko znane od wielu dekad. Przeważnie są to projekty o charakterze nowatorskim, eksperymenty mniej lub bardziej udane, improwizacje niejednokrotnie doprowadzone do granic komunikatywności, próby wprowadzenia innowacji brzmieniowych, zabawa z formą i tym podobne. Rzadko zdarza się, aby w tak skromnym składzie, w sposób tak bezpośredni, muzycy nawiązywali do tradycji. W „Watching Cartoons With Eddzie” zabieg ten dokonany został bez wątpienia celowo – mamy tu do czynienia z czymś w rodzaju „ku pamięci”, przede wszystkim ku pamięci Edwarda Blackwella i Donalda Cherrego (jednoznaczne skojarzenie z „Mu” tychże autorów samo się narzuca). Początek tytułowej kompozycji spokojnie mógłby znaleźć się na którejś z płyt The Ornette Coleman Quartet z lat sześćdziesiątych. Ehran fantastycznie wchodzi w rytmikę i styl blackwelowski, a Roy - z właściwą sobie pomysłowością -dowcipem oraz inwencją buduje kunsztowną melodykę wykrojoną iście z Cherrego. Nie oznacza to jednak, aby muzycy zatracali własną osobowość twórczą, wręcz przeciwnie: Campbell pozostaje Campbellem, a Elisha brzmi jak Elisha, wszak umiejętność świadomego korzystania z dorobku dawnych mistrzów niejednokrotnie znamionuje możliwość pojawienia się nowych jakości. Kolejnym „in memory” na tej płycie jest najdłuższa, trwająca przeszło siedemnaście minut kompozycja Campbella, która tak w stylistyce, jak i bezpośrednio w tytule ( brzmi on: For BD ) nawiązuje do postaci wybitnego, nieodżałowanego trębacza Billa Dixona. Subtelna i pełna liryzmu kompozycja, w której perkusista świetnie buduje delikatne tła dźwiękowe, wyraźnie odchodząc od stylistyki Blackwella w kierunku wyważonego stylu Maxa Roach'a. Campbell jest wspaniały: liryczny i chropawy, delikatny i precyzyjny, czuć w tym numerze wielkie skupienie i wdzięczność. W ogóle cała płyta przesycona jest atmosferą refleksyjności i zadumy, szczególnie dwa ostatnie numery: przedostatni, gdzie Roy sięga po flet i komentarz staje się zbędny... oraz October - pełna nostalgii modlitwa. Nie oznacza to jednak, iż przygniecie nas nadmiar patosu – tutaj w ogóle nie ma patosu, nadęcia czy pretensjonalności, jest za to wiele dowcipu, lekkości i poezji. Są jeszcze na tej płycie co najmniej dwa „ku pamięci”: podwójna kompozycja Elisha, poświęcona niejakiej Maxine Greene oraz wspólna kompozycja dedykowana Dizzy Gillespiemu i Maxowi Roach, utrzymana oczywiście w stylistyce be-bopu. Kapitalna płyta. Słuchać, słuchać i jeszcze raz słuchać!
Andrzej Podgórski
czwartek, 22 grudnia 2011
Levity (Jacek Kita, Piotr Domagalski, Jerzy Rogiewicz) "Afternoon Delights", Lado ABC, 2011
Jacek Kita - klawisze
Piotr Domagalski - basy
Jerzy Rogiewicz - perkusje
Wytwórnia: Lado ABC
Rok wydania: 2011
Postrock podobno nie żyje. Przyjemnie jest mi donieść, że niezwykła reanimacja tego gatunku, w jakże ujazzowionej formie, ma miejsce właśnie u nas, w Polsce. Sprawcą tego ożywienia jest zespół Levity, który serwując nam płytę „Afternoon Delights”, uwolnił mnie od dalszego głowienia się nad typem na polską płytę roku 2011.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















