Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lonberg-Holm Fred. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lonberg-Holm Fred. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 30 sierpnia 2011
Fred Lonberg-Holm / Piotr Mełech “Coarse Day”, Multikulti, 2011
Fred Lonberg-Holm – cello, electronics
Piotr Mełech – clarinets
Wytwórnia: Multikulti
Rok wydania: 2011
„Coarse Day” to historia opowiadana przez dwa intrygujące głosy, które tworzą niezwykły duet. Tym bardziej znanym jest z pewnością wiolonczela Freda Longberg-Holma, obecna również w największych współczesnych bandach jazzowych (Vandermark 5, Chicago Tentet). Chicagowski muzyk, który szlifował warsztat pod okiem m.in. Mortona Feldmana i Pauline Oliveros, swą popularność zawdzięcza szerokiemu wachlarzowi brzmień, które wydobywa z instrumentu, dodatkowo modyfikując je elektronicznie. Tworzy w ten sposób oryginalne dźwięki, często bliskie laptopowym preparacjom, znacznie poszerzające spektrum możliwości zespołów, w których występuje. Na „Coarse Day” tak produkowane efekty specjalne schowane są raczej w tle, robiąc miejsce dla melodii, które prowadzi głównie grający na klarnecie Piotr Mełech, były członek Yazzbot Mazut.
wtorek, 18 stycznia 2011
Ken Vandermark / Predella Group "Strade de'Acqua / Roads of Water", Multikulti, 2010
Jeb Bishop: trombone
Jaimie Branch: trumpet
Tim Daisy: drums, percussion
Fred Lonberg-Holm: cello
Nate McBride: bass
Jeff Parker: guitar
Ken Vandermark: reeds
Wytwórnia: Multikulti
Rok wydania: 2011
Pierwszy soundtrack Kena Vandermarka to dla mnie niebywałe wydarzenie. Bynajmniej nie z powodu filmu, którego nie widziałem i pewnie nie dane mi będzie zobaczyć, tylko ze względu na konceptualizm całego albumu, przekładający się na klimat niespotykany wcześniej na jego płytach. Nie będzie to chyba przesadą, jeśli stwierdzę, że "Roads of Water" to pierwszy album, na którym Ken Vandermark jest kompozytorem. Bo nie chodzi mi tu o kompozytora jazzowego - tę rolę przyjmował niejednokrotnie, tylko o kompozytora szeroko pojętej muzyki współczesnej. I znów nie chciałbym być źle zrozumiany. "Roads of Water" to muzyka oscylująca między jazzem, którego jest dużo, a współczesną kameralistyką. To co jest jednak nowe, to wyczuwalny autorytaryzm lidera, który jeszcze mocniej niż kiedykolwiek dookreślił ramy, w których muszą poruszać się muzycy Predella Group. Zakładam, że będzie to powód do pewnych kontrowersji, ale zawężenie wolności i "wyciągnięcie batuty" wyszło tej płycie bardzo na korzyść.
Jeśli chodzi o muzykę, mamy do czynienia z bardzo zróżnicowanym zjawiskiem. Z jednej strony ma się wrażenie, że dominują tu ballady, będące niejako kontynuacją melodyki znanej z jednej z najbardziej udanych płyt Kena - Tripleplay "Gambit". Kołysankowy nastrój jest jednak przeplatany przez bardzo klimatyczne ambientoidalne pejzaże, budowane przez smyki i różnego rodzaju sonorystykę dęciaków, uzupełnione transowo wybijanymi rytmami Daisy'iego. Jest też żwawszy utwór "Blue Over Green" z funkowym groovem sekcji i zgrabnymi solówkami Jeffa Parkera w dwóch wersjach: bardziej jazzową i rockową. Absolutną perełką jest utwór "Signal", który mógłby stanowić swego rodzaju tribute to Deep Listening Band. Nie wiem, jak muzycy uzyskali taki efekt - czy współczesne studio daje takie możliwości, bo zespół brzmi, jakby nagrywał wzorem Pauline Oliveros i reszty, w pustej cysternie.
Nie ma sensu streszczać utworu po utworze, ponieważ najważniejsze jest, iż płyta ta tworzy niezwykle złożoną, ale spójną całość. Podobnie jak na płytach V5, kompozycje są mocno eklektyczne i często drastycznie zmieniają bieg wydarzeń, tyle że o ile w V5 bardzo często działanie to jest lekko nachalne i niepotrzebne, a momentami wręcz pretensjonalne, tak na tej płycie odniosłem wrażenie absolutnej harmonii. Muzyka sączy się niczym opowieść z określoną liczbą bohaterów i planów. Wszystko ma swój logiczny powód i konsekwencje, a co ważniejsze wyczuwa się intrygę, która wciąga.
Na koniec warto dodać, że sztywność kompozycji stawia muzyków w troszeczkę nowym kontekście i zmusza ich do odejścia od pewnych rutynowych zagrań, które - chcąc nie chcąc - powtarzają się wielokrotnie w czasie ich improwizacji w sytuacjach zupełnie wolnych. Tu czuć pracę nad materiałem przy jednoczesnej rezygnacji z własnej osobowości scenicznej. Osobowość na tej płycie jest jedna - Ken Vandermark i to ona jest pryzmatem, przez który pozostali muzycy patrzą na niedookreślone partie partytury.
Marcin Kiciński
Jaimie Branch: trumpet
Tim Daisy: drums, percussion
Fred Lonberg-Holm: cello
Nate McBride: bass
Jeff Parker: guitar
Ken Vandermark: reeds
Wytwórnia: Multikulti
Rok wydania: 2011
Pierwszy soundtrack Kena Vandermarka to dla mnie niebywałe wydarzenie. Bynajmniej nie z powodu filmu, którego nie widziałem i pewnie nie dane mi będzie zobaczyć, tylko ze względu na konceptualizm całego albumu, przekładający się na klimat niespotykany wcześniej na jego płytach. Nie będzie to chyba przesadą, jeśli stwierdzę, że "Roads of Water" to pierwszy album, na którym Ken Vandermark jest kompozytorem. Bo nie chodzi mi tu o kompozytora jazzowego - tę rolę przyjmował niejednokrotnie, tylko o kompozytora szeroko pojętej muzyki współczesnej. I znów nie chciałbym być źle zrozumiany. "Roads of Water" to muzyka oscylująca między jazzem, którego jest dużo, a współczesną kameralistyką. To co jest jednak nowe, to wyczuwalny autorytaryzm lidera, który jeszcze mocniej niż kiedykolwiek dookreślił ramy, w których muszą poruszać się muzycy Predella Group. Zakładam, że będzie to powód do pewnych kontrowersji, ale zawężenie wolności i "wyciągnięcie batuty" wyszło tej płycie bardzo na korzyść.
Jeśli chodzi o muzykę, mamy do czynienia z bardzo zróżnicowanym zjawiskiem. Z jednej strony ma się wrażenie, że dominują tu ballady, będące niejako kontynuacją melodyki znanej z jednej z najbardziej udanych płyt Kena - Tripleplay "Gambit". Kołysankowy nastrój jest jednak przeplatany przez bardzo klimatyczne ambientoidalne pejzaże, budowane przez smyki i różnego rodzaju sonorystykę dęciaków, uzupełnione transowo wybijanymi rytmami Daisy'iego. Jest też żwawszy utwór "Blue Over Green" z funkowym groovem sekcji i zgrabnymi solówkami Jeffa Parkera w dwóch wersjach: bardziej jazzową i rockową. Absolutną perełką jest utwór "Signal", który mógłby stanowić swego rodzaju tribute to Deep Listening Band. Nie wiem, jak muzycy uzyskali taki efekt - czy współczesne studio daje takie możliwości, bo zespół brzmi, jakby nagrywał wzorem Pauline Oliveros i reszty, w pustej cysternie.
Nie ma sensu streszczać utworu po utworze, ponieważ najważniejsze jest, iż płyta ta tworzy niezwykle złożoną, ale spójną całość. Podobnie jak na płytach V5, kompozycje są mocno eklektyczne i często drastycznie zmieniają bieg wydarzeń, tyle że o ile w V5 bardzo często działanie to jest lekko nachalne i niepotrzebne, a momentami wręcz pretensjonalne, tak na tej płycie odniosłem wrażenie absolutnej harmonii. Muzyka sączy się niczym opowieść z określoną liczbą bohaterów i planów. Wszystko ma swój logiczny powód i konsekwencje, a co ważniejsze wyczuwa się intrygę, która wciąga.
Na koniec warto dodać, że sztywność kompozycji stawia muzyków w troszeczkę nowym kontekście i zmusza ich do odejścia od pewnych rutynowych zagrań, które - chcąc nie chcąc - powtarzają się wielokrotnie w czasie ich improwizacji w sytuacjach zupełnie wolnych. Tu czuć pracę nad materiałem przy jednoczesnej rezygnacji z własnej osobowości scenicznej. Osobowość na tej płycie jest jedna - Ken Vandermark i to ona jest pryzmatem, przez który pozostali muzycy patrzą na niedookreślone partie partytury.
Marcin Kiciński
środa, 24 listopada 2010
Vandermark 5 Special Edition - The Horse Jumps and The Ship is Gone, Not Two, 2010
Ken Vandermark - tenor saxophone & Bb clarinetTim Daisy - drums
Kent Kessler - bass
Fred Lonberg-Holm - cello
Dave Rempis - alto & baritone saxophone
Magnus Broo - trumpet
Havard Wiik - piano
Wytwórnia: Not Two
Rok wydania: 2010
The Horse Jumps and The Ship is Gone to drugi album sygnowany przez formację Vandermark V odkąd zespół ten związał się na stałe z krakowską Not Two Records. A jednocześnie kolejny (po monumentalnym boksie Alchemia i winylowym Four Sides of the Story) album live dla tejże wytwórni.
Oto mamy dwie płyty pełne muzyki zagranej na setkę, w poszerzonym składzie czyli Vandermark 5 Special Edition – z gościnnym udziałem Magnusa Broo i Havarda Wiika znanych przede wszystkim ze skandynawskiego Atomic. Przypomnieć może warto, że określenie Annular Gift (poprzednia album zespołu) płytą „studyjną” jest bardzo umowne – materiał, który się na niej znalazł, został wybrany z dwóch koncertów w krakowskiej Alchemii, kończących całą trasę z premierowym materiałem. Podobna formuła nagrania towarzyszy i temu wydawnictwu – wykonania pochodzą z dwóch koncertów, które miały miejsce 19 i 20 czerwca 2009 roku w klubie Green Mill w Chicago.
„Premierowość”, a właściwie jej brak jest kluczowa w odbiorze tego materiału. Vandermark V to formacja w jazzowym światku dość niezwykła. Działa, regularnie nagrywa i koncertuje od kilkunastu już lat, niewzruszona drobnymi zmianami personalnymi. Jest to jednocześnie zespół repertuarowy, tzn. wykonujący w znakomitej większości (obok okazjonalnych coverów z free-jazzowej tradycji) kompozycje jej lidera Kena Vandermarka. Dodając do tego wszystkiego charakter muzyki, bardzo dynamicznej i często opartej na riffowej strukturze oraz rockowym groovie oraz niesamowity żywioł na koncertach, otrzymujemy status, który bliższy jest zespołom rockowym, a nie jazzowym, a już na pewno nie tym związanym ze światem awangardy.
I tak jak w przypadku wielu rockowych gwiazd, album live to zawsze frajda wielka. Znamy już te utwory, ale oto ukazuje nam się ich nowa twarz, dynamiczniejsza, drapieżniejsza, pełna energii, mniej tu dbałości o szczegóły, więcej ognia. Zestaw to swoisty „best off” z ostatnich lat działalności zespołu (tzn. z płyt na których grał Fred Lonberg-Holm). Cztery utwory z najnowszej Annular Gift, dwa z poprzedniej Beat Reader, jeden z wcześniejszej Discontinous Lines, po jednym utworze przyniesionym przez każdego z gości i wreszcie jeden utwór premierowy – Nameless kończący płytę. Wszystkie wybrane numery to właśnie kompozycje groovowe, z absolutnie zabójczą pracą sekcji i ciągła wymianą riffów. Obecność Magnusa Broo to miły powrót do brzmienia dęciaków w zespole (Jeb Bishop – puzonista, odszedł z zespołu kilka lat temu, zastąpiony przez Freda – wiolonczelistę). Gitarowe przestery na wiolonczeli to również powrót to korzeni (Jeb na pierwszych płytach grał też często na gitarze). Haward Wiik uzupełnia brzmienie grupy o dźwięki instrumentu, wcześniej obce tym kompozycjom, rzucając na nie nowe światło, doskonały też w partiach solistycznych i duetowych.
Oczywiście mamy do czynienia ze świetną aranżerską robotą Kena, który wprowadził nowe instrumenty w partie skomponowane (choć, w moim odczuciu, o wiele lepiej poradził sobie z trąbką w tej kwestii, a może po prostu piano brzmi mi obco w tej formacji?). Mamy do czynienia z potężnym brzmieniem (siedmioosobowy skład to już nie są przelewki), ogromną dawką energii i żonglerki formą utworu, jak i formacją instrumentalną (od duetu trąbka – perkusja, do septetu all-inclusive). Ale nie to jest najważniejsze.
Najważniejsze są sola! Bo to jest właśnie album koncertowy, bo w składzie mamy instrumentalistów fantastycznych, którzy na scenie żyją i odnajdują tam niespożyte zapasy energii. Każdy ma tutaj miejsce na odrobinę szaleństwa i każdy, solówka za solówką, duet za duetem itd., z tego miejsca bardziej niż skrzętnie korzysta. W tym żywiole i gąszczu kompozycji Vandermarka muzycy odnajdą w sobie sceniczne bestie i rozrywają powietrze kaskaderskimi wręcz popisami na instrumentach. I frajda to niezwykła słuchać jak to robią, bo to sama elita i grupa „the best of the best of the best”.
Jeśli więc lubicie formacje Vandermark V, to zapewne już tę płytę macie lub niedługo mieć będziecie w swojej kolekcji, nie znajdziecie tu nic nowego, ale znajdziecie to, za co cenicie ten zespół (a zwłaszcza jego rockowe oblicze). Jeśli jeszcze nie wiecie czy ich lubicie, a chcecie posłuchać otwartego grania i dynamicznego jazzu, pełnego porywających kompozycji i solowych popisów, zagranego z przytupem, od którego wasza noga mimowolnie zacznie wybijać rytm, a głowie udzieli się ruch typu headbanging, to powinniście tego albumu wysłuchać. A jeśli ich nie lubicie, to zapewne nie dotrwaliście to tego zdania tak czy siak.
Bartek Adamczak
Jazzowy Alchemik
Tekst został napisany i ukazał się oryginalnie na portalu poświęconym muzyce alternatywnej magnetoffon.info
Autor zaprasza na pisany po angielsku blog jazzowyalchemik.blogspot.com i profil "jazzowy alchemik" na facebook.com oraz na audycje Jazzowy Alchemik w każdy poniedziałek o 20.00 www.radiofrycz.pl
wtorek, 9 listopada 2010
Peter Brotzmann wywozi z Barcelony komplet punktów, czyli nowy korespondent na Impropozycji
Wczoraj w Barcelonie wystąpiła drużyna kierowana przez Petera Brotzmanna. Zespół przyjechał w swoim najsilniejszym składzie z tego sezonu i rozegrał bardzo dobre spotkanie. Pierwsza połowa rozpoczęła się od huraganowych ataków całego ansamblu, które zamknęły widownie w iście hokejowym zamku. Po kilku minutach zespól przeszedł na atak pozycyjny z długimi wymianami miedzy rozgrywającym świetny mecz kapitanem, a dwójką skrzydłowych - Gustaffsonem i McPhee, perfekcyjnie wspieranych przez parę bocznych obrońców na kontrabasie i wiolonczeli. Technicznymi zwodami popisywał się też Bauer, grający wyjątkowo ofensywnie na puzonie.
W przerwie Brotzmann zdecydował się na lekką korektę taktyki, przez co w drugiej połowie zobaczyliśmy więcej akcji indywidualnych, w tym fantastyczne dwójkowe akcje między Bishopem i Lonberg-Holmem oraz Bishopem i Brotzmannem oraz długą trójkową wymianę "z klepki" miedzy Gustaffsonem, a parą obrońców Kesslerem i Nilssen-Love. Nieco mniej aktywny był środkowy obrońca Zerang, niemniej jednak wszystkie jego interwencje olśniewały bajeczną techniką i elegancją.
Ostatnie minuty regulaminowego czasu gry upłynęły na prawdziwym oblężeniu bramki gospodarzy, podczas którego prawie każdy zawodnik miał czas na celne solówki. Żegnana owacją na stojąco drużyna powróciła na kilkuminutową dogrywkę, którą wypełnił zespołowy, chwytający za serce koncert pełen niespiesznej elegancji i dokładnego rozgrywania nut. Był to doprawdy mistrzowski występ.
OCENY INDYWIDUALNE:
Bramkarz:
Per-Ake Holmlander (tuba): 3 - przyzwoity mecz bez większych błędów, ale też i nie miał zbyt wielu okazji do interwencji
Środkowi obrońcy:
Michael Zerang (perkusja): 5 - buddyjski spokój i pewność w asekurowaniu ataków, zagrał jak profesor
Paal Nilssen-Love (perkusja): 3,5 - dużo bardziej widoczny przy akcjach ofensywnych od Zeranga, ale też i mniej pewny, za dużo niepotrzebnych dryblingów
Boczni obrońcy:
Fred Lonberg-Holm (wiolonczela): 4,5 - elegancja w asekuracji rytmicznej, niezwykła pomysłowość z przodu, wiele udanych akcji rozpoczynało się z jego strony
Kent Kessler (kontrabas): 3,5 - solidny w tyle, ale rozwijający skrzydła jedynie przy oblężeniu pola karnego rywala
Pomoc:
Ken Vandermark (saksofon, klarnet): 3 - mało widoczny, skupiony na zabezpieczaniu akcji rozwijanych przez kolegów, najwyraźniej bez formy
Peter Brötzmann (saksofony, klarnet): 4,5 - lider i motor zespołu, kilka świetnych dryblingów na saksofonie i akcji dwójkowych, pomimo wieku - bardzo dobry występ
Skrzydłowi:
Joe McPhee (kornet): 4 - nieco na uboczu, ale za to kilka razy pięknie włączył się w akcje dwójkowe z zagraniami na miarę wytrawnego mistrza
Mats Gustafsson (saksofony): 4 - bardzo aktywny wzdłuż całej długości linii bocznej, niestrudzony w atakach i destrukcji, niestety niekiedy kosztem wyrafinowania (zbyt czytelna gra)
Atak:
Johannes Bauer (puzon): 2 - bardzo aktywny w pierwszej połowie, w drugiej opadł z sił i zaliczył wiele niepotrzebnych strat, kandydat na ławkę rezerwowych
Jeb Bishop (puzon): 5 - fenomenalny występ łączący precyzję, technikę i taktyczny zamysł, każde włączenie się do gry zapierało dech w piersiach - moim zdaniem MVP tego wieczoru.
Peter Brotzmann Chicago Tentet, 7.11.2010 Luz De Gas, Barcelona
Jakub Danilewicz
W przerwie Brotzmann zdecydował się na lekką korektę taktyki, przez co w drugiej połowie zobaczyliśmy więcej akcji indywidualnych, w tym fantastyczne dwójkowe akcje między Bishopem i Lonberg-Holmem oraz Bishopem i Brotzmannem oraz długą trójkową wymianę "z klepki" miedzy Gustaffsonem, a parą obrońców Kesslerem i Nilssen-Love. Nieco mniej aktywny był środkowy obrońca Zerang, niemniej jednak wszystkie jego interwencje olśniewały bajeczną techniką i elegancją.
Ostatnie minuty regulaminowego czasu gry upłynęły na prawdziwym oblężeniu bramki gospodarzy, podczas którego prawie każdy zawodnik miał czas na celne solówki. Żegnana owacją na stojąco drużyna powróciła na kilkuminutową dogrywkę, którą wypełnił zespołowy, chwytający za serce koncert pełen niespiesznej elegancji i dokładnego rozgrywania nut. Był to doprawdy mistrzowski występ.
OCENY INDYWIDUALNE:
Bramkarz:
Per-Ake Holmlander (tuba): 3 - przyzwoity mecz bez większych błędów, ale też i nie miał zbyt wielu okazji do interwencji
Środkowi obrońcy:
Michael Zerang (perkusja): 5 - buddyjski spokój i pewność w asekurowaniu ataków, zagrał jak profesor
Paal Nilssen-Love (perkusja): 3,5 - dużo bardziej widoczny przy akcjach ofensywnych od Zeranga, ale też i mniej pewny, za dużo niepotrzebnych dryblingów
Boczni obrońcy:
Fred Lonberg-Holm (wiolonczela): 4,5 - elegancja w asekuracji rytmicznej, niezwykła pomysłowość z przodu, wiele udanych akcji rozpoczynało się z jego strony
Kent Kessler (kontrabas): 3,5 - solidny w tyle, ale rozwijający skrzydła jedynie przy oblężeniu pola karnego rywala
Pomoc:
Ken Vandermark (saksofon, klarnet): 3 - mało widoczny, skupiony na zabezpieczaniu akcji rozwijanych przez kolegów, najwyraźniej bez formy
Peter Brötzmann (saksofony, klarnet): 4,5 - lider i motor zespołu, kilka świetnych dryblingów na saksofonie i akcji dwójkowych, pomimo wieku - bardzo dobry występ
Skrzydłowi:
Joe McPhee (kornet): 4 - nieco na uboczu, ale za to kilka razy pięknie włączył się w akcje dwójkowe z zagraniami na miarę wytrawnego mistrza
Mats Gustafsson (saksofony): 4 - bardzo aktywny wzdłuż całej długości linii bocznej, niestrudzony w atakach i destrukcji, niestety niekiedy kosztem wyrafinowania (zbyt czytelna gra)
Atak:
Johannes Bauer (puzon): 2 - bardzo aktywny w pierwszej połowie, w drugiej opadł z sił i zaliczył wiele niepotrzebnych strat, kandydat na ławkę rezerwowych
Jeb Bishop (puzon): 5 - fenomenalny występ łączący precyzję, technikę i taktyczny zamysł, każde włączenie się do gry zapierało dech w piersiach - moim zdaniem MVP tego wieczoru.
Peter Brotzmann Chicago Tentet, 7.11.2010 Luz De Gas, Barcelona
Jakub Danilewicz
piątek, 5 listopada 2010
Peter Brotzmann Chicago Tentet - Poznań 2010 - Zdjęcia
Peter Brotzmann, Ken Vandermark
fot. Anna Chojnacka
Kent Kessler, Fred Lonberg-Holm, Peter Brotzmann, ?
fot: Anna Chojnacka
Micheal Zerang, Kent Kessler, Peter Brotzmann, Paal Nilssen-Love
Subskrybuj:
Posty (Atom)




