Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krawczyk Mateusz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krawczyk Mateusz. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 sierpnia 2011

Fred Lonberg-Holm / Piotr Mełech “Coarse Day”, Multikulti, 2011



Fred Lonberg-Holm – cello, electronics
Piotr Mełech – clarinets

Wytwórnia: Multikulti
Rok wydania: 2011





„Coarse Day” to historia opowiadana przez dwa intrygujące głosy, które tworzą niezwykły duet. Tym bardziej znanym jest z pewnością wiolonczela Freda Longberg-Holma, obecna również w największych współczesnych bandach jazzowych (Vandermark 5, Chicago Tentet). Chicagowski muzyk, który szlifował warsztat pod okiem m.in. Mortona Feldmana i Pauline Oliveros, swą popularność zawdzięcza szerokiemu wachlarzowi brzmień, które wydobywa z instrumentu, dodatkowo modyfikując je elektronicznie. Tworzy w ten sposób oryginalne dźwięki, często bliskie laptopowym preparacjom, znacznie poszerzające spektrum możliwości zespołów, w których występuje. Na „Coarse Day” tak produkowane efekty specjalne schowane są raczej w tle, robiąc miejsce dla melodii, które prowadzi głównie grający na klarnecie Piotr Mełech, były członek Yazzbot Mazut.

czwartek, 19 maja 2011

Weasel Walter / Mary Halvorson / Peter Evans "Electric Fruit", Thirsty Ear, 2011


Mary Halvorson – guitar
Peter Evans – trumpet
Weasel Walter – drums

Wytwórnia: Thirsty Ear
Rok wydania: 2011






„Electric Fruit” to już kolejna płyta z udziałem Petera Evansa opisywana na łamach Impropozycji w tym roku i kolejna skrajnie różna. Owocowi współpracy z perkusistą Walterem i gitarzystką Mary Halvorson co prawda nieco bliżej do „Kopros Lithos” niż energetycznego bebopu prezentowanego przez Mostly Other People Do The Killing, jednak tu improwizacja nie służy aż tak skrajnym formom ekspresji, jak proponowana do spółki z Gustafssonem i Fernandezem. Mamy tu do czynienia z żywiołową dyskusją, prowadzoną przez trzy intrygujące osobowości, intensywną nie z racji ich zamiłowania do hałasu, lecz stężenia treści. Każdy z członków tercetu koncentruje się na prezentacji szerokiego wachlarza rozwiązań, unikając konwencjonalnych konstrukcji rytmicznych i tonalnych, a nawet jeżeli zdarza się to któremuś z instrumentalistów, to pozostała dwójka dba, by szybko wyprowadzić utwór na słuszną drogę. Brak założeń odnośnie struktury poszczególnych nagrań skutkuje gwałtownymi zwrotami akcji, w których słodki ambient w jednej chwili potrafi zmienić się w kakofonię, kilkusekundowe solowe zagrania raptownie przekształcane są w gęste faktury, niewinne brzdąkanie zapowiada psychopatyczne nawałnice, a wszystko dziurawione jest mnóstwem drobnych pauz. Wydaje się wręcz, że zmienność jest tu celem samym w sobie. Od tej zasady wyjątkiem jest jedynie zamykający płytę „Metallic Dragon Fruit”, niemal w całości wypełniony pojedynczymi dźwiękami.
W bardzo wyraźnym i gwarantującym bliskość dźwięku miksie na pierwszy plan wysuwa się gra Halvorson na nastrojonej bluesowo gitarze. Amerykanka stara się na nowo odkrywać możliwości instrumentu wygrywając krótkie, czasem ckliwe frazy i rozstrajając je przy pomocy efektów, co daje wrażenie nerwowego szarpania strun lub niedbale wykonywanych ćwiczeń. Niekiedy sięga również po cięższe brzmienia i zaprzęgając do pracy przester, wygrywa melodyjne riffy lub tworzy brudne tło dla pozostałych instrumentów. Walter ma z kolei w największym stopniu na sumieniu dynamikę nagrań. Maniakalnie produkowane przezeń dźwięki tworzą bujne, arytmiczne faktury rozpędzając muzykę, nawet gdy partnerzy starają się grać spokojniej. Choć tempo jego gry porównać można jedynie z grindcorem, to perkusja brzmi niezwykle lekko, gdyż miejsce soczystych uderzeń w werbel i stopę zajmują dźwięki generowane przez delikatne puknięcia i ocieranie bębnów. Evans swą melodyjną grą na trąbce wydaje się jedynie asystować punktowym dźwiękom pozostałych dwóch instrumentów, jednak jego obecność ma krytyczne znaczenie dla barwy nagrań, zwłaszcza wobec niezbyt zróżnicowanego brzmienia gitary. Dużo czasu poświęca jednak również tworzeniu dźwięków mniej banalnych, często sięgając po głębokie drony, złowrogo wypełniające momenty wyciszenia lub stanowiące tło dla bardziej karkołomnych zagrań Halvorson i Waltera.
Ograniczony zakres zastosowanych brzmień powoduje, że przy pasjonującej skądinąd żonglerce motywami płyta może sprawiać momentami wrażenie przekombinowanej i w konsekwencji nużącej, jednak mimo tych drobnych niedostatków to i tak jedna z najciekawszych pozycji ostatnich miesięcy na polu muzyki improwizowanej.

Mateusz Krawczyk
(Screenagers.pl)

czwartek, 24 marca 2011

The Resonance Ensemble "Kafka In Flight", Not Two 2011


Magnus Broo - tp; Michael Zerang - dr; Ken Vandermark - ts, bcla; Mikolaj Trzaska - as, bcla; Mark Tokar - b; Steve Swell - tb; Dave Rempis - as, ts; Per-Âke Holmlander - tuba; Tim Daisy - dr; Waclaw Zimpel - Bb & bcla, taragato

Wytwórnia: Not Two
Rok wydania: 2011




„Kafka w locie” to efekt tygodniowego procesu kompozycyjnego przeprowadzonego przez Kena Vandermarka. Atmosfera tych nagrań jest jednak skrajnie odmienna od panującej w literaturze autorstwa tytułowego bohatera. Trzy kompozycje składające się na blisko godzinny album to energetyczna, a przy tym niezwykle wyważona i elegancka muzyka klasycznych big bandów, zaadaptowana dla potrzeb i możliwości współczesnej dziesięcioosobowej supergrupy, w której ważne role odgrywają Mikołaj Trzaska i Wacław Zimpel. Poszczególne ścieżki zbudowane są z dość łatwo wyróżnialnych modułów, choć fakt ten nie odbiera płynności budowanym w ten sposób historiom. W każdym z nich na pierwszy plan wysuwa się wybrana grupa instrumentów, dzięki czemu każdy z muzyków dostaje w swoim czasie sporo miejsca do zagospodarowania. Takie rozwiązanie sprawdza się fantastycznie zwłaszcza tam, gdzie dominują prowadzone solo melodie, akcentowane w odpowiednich momentach przez pozostałych muzyków. Pośród klasycznych rozwiązań jazzowych na płycie znalazło się też miejsce dla współczesnych, nieco bardziej awangardowych formuł: perkusyjnych zabaw brzmieniem, kontrabasowego solo, abstrakcyjnych dronów, czy improwizacji na komplet dęciaków, która otwiera drugą część finałowej kompozycji. Zarejestrowane podczas gdańskiego koncertu z października 2009 roku popisy międzynarodowego zespołu wirtuozów charakteryzuje rozmach adekwatny do potencjału tej orkiestry. Podporządkowane skrupulatnie przemyślanym przez jej szefa schematom stanowią świetne podsumowanie jazzowych strategii wypracowanych przez ostatnie kilka lat w konfrontacjach sceny polskiej z chicagowską.

Mateusz Krawczyk
(Screenagers.pl)

wtorek, 15 lutego 2011

Peter Evans / Mats Gustafsson / Agustí Fernández "Kopros Lithos", Multikulti 2010


Peter Evans - trumpet
Mats Gustafsson - baritone sax and alto fluteophone
Agustí Fernández - piano

Wydawnictwo: Multikulti
Rok wydania: 2010




Rozpatrując „Kopros Lithos” w kategoriach jazzu można sobie zrobić krzywdę, choć takie podejście poniekąd usprawiedliwia muzyczna proweniencja artystów. Wszelkie wątpliwości rozwiewane są już na starcie przez psychopatyczny wrzask Gustafssona i następujący po nim atak nerwowo wydobywanych dźwięków, więc nikt nie może stwierdzić, że nie został ostrzeżony. Trio oddaje hołd skrajnie intuicyjnemu podejściu do generowania muzycznych struktur, traktując improwizację jako rytuał wymiany energii, duchowego zjednoczenia, muzyczny ekwiwalent seksu. Aby to było możliwe, konieczne jest całkowite otwarcie na strumień doświadczeń i odrzucenie jakiejkolwiek cenzury emocji. Dlatego też zawartość albumu jest daleka od inteligenckiego pitu pitu akademickiej muzyki współczesnej, choć muzycy kierują się tu podobnymi pobudkami – poszukiwaniem możliwości ucieczki z terenów przynależących do klasycznych stylistyk. Destruktywne uczucia występują tu na takich samych prawach co filozoficzne refleksje – nic, co ludzkie nie jest im obce.

Najbardziej fascynujące są momenty największego stężenia agresji. Momentami trudno uwierzyć, że to, co brzmi jak występ Merzbowa w MTV Unplugged jest efektem gry na akustycznym zestawie: fortepian + trąbka + saksofon. Przeraźliwe ryki i kąśliwe świsty obu dęciaków osiągają maksimum siły rażenia pozbawione towarzystwa charakterystycznych dla hałaśliwego free-jazzu pochodów perkusji. Jej brak znakomicie kompensuje gra Agustiego Fernandeza produkującego industrialną rytmikę i wypełniającego niższe rejestry podszczypywaniem strun i obijaniem obudowy fortepianu. Zarówno kwaśne drony jak i bardziej wyrozumiałe dla uszu fragmenty utworów pełne są smaczków, których obecność ciężko jest umieścić w schemacie przyczyn i skutków – niemożliwe jest określenie, czy mamy do czynienia ze świadomymi bądź nieświadomymi nawiązaniami ze strony muzyków, czy tylko z fanaberiami wyobraźni podejmującej desperackie próby porządkowania nadmiaru informacji płynących z przypadkowych zestawień abstrakcyjnych dźwięków. Ujawniające się w sonicznej mgle formy potrafią przywoływać tak różne skojarzenia jak blues, ścieżka dźwiękowa czarno-białego thrillera, zmutowany breakbeat, odgłosy zarzynanych zwierząt czy zabawa zdezelowaną wiolonczelą. Świadomość daje się porwać dzięki balansowaniu pomiędzy skrajnościami niedopowiedzeń i ekstatycznego noise’u.

Na koniec wątek patriotyczny. Warto podkreślić, że płyta została wydana w Polsce i nie jest to efekt przypadku, lecz wytrwałej pracy wielu ludzi, którym leży na sercu dobro muzyki improwizowanej. „Kopros Lithos” to zapis koncertu, który odbył się w Poznaniu, ale każde większe polskie miasto może się pochwalić klubem, do którego regularnie zapraszane są gwiazdy zza granicy. Te przyjeżdżają chętnie, wiedząc, że zawsze mogą liczyć na gorące przyjęcie ze strony zazwyczaj licznej publiki. Nie bez znaczenia jest także reklama, jaką robią rodzimi instrumentaliści oraz liczące się sporym uznaniem wytwórnie, jak choćby Not Two czy odpowiedzialne za omawiane wydawnictwo Multikulti. To dzięki nim wszystkim dorobiliśmy się nad Wisłą sceny, która rodzi tak znakomite nagrania.

Mateusz Krakwczyk
(screenagers.pl)

poniedziałek, 22 listopada 2010

Supersilent “10”, Rune Grammofon, 2010


Arve Henriksen – trumpet, electronics
Helge Sten – audio virus, electric guitar
Stale Storlokken – grand piano, keyboards

Wytwórnia: Rune Grammofon
Rok wydania: 2010





Po statycznej i nieciekawej „9” norweskie trio wydało kolejny album daleki od oczekiwań, jakie można by wobec tej grupy posiadać. Po dezercji perkusisty zespół ma wyraźny problem z określeniem sobie nowej drogi – niezdecydowanie próbuje przecierać nowe szlaki, jednocześnie bez większej wiary wykorzystując stare triki. „10” jest kompromisem: brzmienie zespołu poddane zostało destylacji, wzbogacone o fortepian i skierowane na ścieżki doom-jazzu. Mrok kreują głównie głębokie drony generowane przez Deathproda. Wsparcie stanowi jedynie cichy śpiew trąbki i fortepianowe dysonanse. Minimalizm ma swoje uroki, ale tutaj forma ta została nieco nadużyta. Do tego niepodrabialne dotąd brzmienie zostało mocno zubożone, a fortepian uczynił je banalniejszym, czyniąc niektóre fragmenty utworów – o zgrozo! – wręcz ckliwymi. „10” byłaby świetnym soundtrackiem, niestety bez wsparcia dodatkowych bodźców z obrazu, nie niesie ze sobą wystarczającego przekazu.
Jeżeli jednak jest tak źle, to dlaczego jest tak dobrze? Bardzo delikatna tkanka dźwięków tworzy momentami wręcz rewelacyjną atmosferę: upaja smutkiem, epatuje zagubieniem i samotnością, straszy ciemnymi zakamarkami. To bardzo cicha płyta, co wymusza skupienie na wszystkich kruchych motywach, chłodnych, sennych i wyblakłych jak poranek, podczas którego piszę te słowa. To wystarcza, żeby wypełnić 40 minut, ale warto zwrócić uwagę, iż jest to najkrótsza płyta Norwegów, a jednocześnie zawierająca największą ilość utworów – niektóre z nich trwają niewiele ponad minutę. To porównanie najlepiej chyba pokazuje niedostatki twórczej inwencji, od której poprzednie nagrania grupy pękały w szwach. W tym roku mają ukazać się kolejne dwa albumy Supersilent, z nagraniami pochodzącymi z tych samych sesji, co utwory zawarte na „10”. Czasem warto się zatrzymać, złapać oddech i poczekać, aż pomysły zaczną znowu tłoczyć się w głowie. Do tego zajęcia dziesiąty album Norwegów nadaje się akurat znakomicie.

Mateusz Krawczyk
(Screenagers.pl)

środa, 10 listopada 2010

Exploding Star Orchestra "Stars Have Shapes" - czyli witamy Matusza Krawczyka

Rob Mazurek-cornet, electro-acoustic constructions; Nicole Mitchell-fl, voc, Matt Bauder-cl, ts; Jeb Bishop-tb; Jason Stein-bcla; Greg Ward-as; Jason Adasiewicz-vib; Matthew Lux-bg; Josh Abrams-b; John Herndon-dr; Mike Reed-dr; Damon Locks-word rocker

Wytwórnia: Delmark
Rok wydania: 2010


Naszpikowana gwiazdami chicagowskiej sceny drużyna dowodzona przez Roba Mazurka pozostaje wierna swojej formule kosmicznego jazzu inkorporującego awangardową elektronikę oraz daleko posunięte eksperymenty brzmieniowe. Na trzecim wydawnictwie z kolei, taktyka ta znowu przynosi sukces, wciąż ujmując rozmachem, bogactwem środków i niekonwencjonalnymi rozwiązaniami. W świecie tworzonym przez Exploding Star Orchestra narracja rozwija się nielinearnie, a poszczególni muzycy żonglują wątkami z prędkością „napędu nieskończonego nieprawdopodobieństwa”. Dość powiedzieć, że po raz pierwszy dźwięki organizują się w melodię dopiero po ponad 9 minutach, by przetrwać w tej postaci tylko na chwilę. Wcześniej w ich barwnym amalgamacie dominuje elektroniczna smuga, której środek ciężkości swobodnie dryfuje po środkowym paśmie częstotliwości, później minimalistyczne pochody dalece przetworzonych, dziwacznych sampli, oszczędne riposty całego arsenału akustycznych instrumentów i sonorystyczne harce.
Tak brzmią dwa z czterech nagrań na płycie, choć czasowo obejmują one jej znacznie większą część. Dwa krótsze utwory stanowią bardziej klasyczne podejście do kompozycji, choć i tu dęciaki potrafią poruszać się po trajektoriach wymykających się ziemskiej geometrii. Oba te kawałki charakteryzują wyraźne linie zapętlonych fraz basu (w przypadku „Impression #1” jest to zapożyczenie z „Uri” brazylijskiej piosenkarki Flory Purim, wsamplowane przez Cypress Hill do „Cock the Hammer”) oraz pojawienie się rytmu, wokół których orbituje akompaniament bogatej sekcji dętej i relaksujące brzmienie wibrafonu. Choć poza uporządkowanymi liniami basu pozostałe instrumenty – z perkusją włącznie – mają mnóstwo swobody, nie uświadczymy tu szaleństw charakterystycznych dla free jazzu. Równoległe prowadzenie wielu motywów jest bardzo wyważone emocjonalnie, lecz nawet te mniej radykalne formy noszą wyraźne piętno jedynej w swoim rodzaju, odurzającej atmosfery odrealnienia. „Stars Have Shapes” nie jest żadnym postępem w stosunku do dwóch poprzednich płyt, ale jak dla mnie, mogą w ten sposób grać w nieskończoność.

Mateusz Krawczyk
(Screenagers.pl)