Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NOT TWO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NOT TWO. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 marca 2012

Szilárd Mezei Vocal Ensemble "Fújj szél, Zenta, visshangozz szél", Not Two, 2012


Kinga Mezei - voc, Ervin Malina - b, Kornél Pápista - tuba, Milan Aleksić - p, Branislav Aksin - tb, Béla Burány - bs, ss, Péter Bede - ts, cla, Bogdan Ranković - as, bcla, Szilard Mezei - viola, István Csík - dr

Wytwórnia: Not Two
Rok wydania: 2012




Staram się śledzić poczynania Szilárda Mezeia od czasu poznania jego bardzo dobrej płyty pt. „Draught”. Kolejne wydawnictwa rzadko jednak wzbudzały moją ekscytację i chociaż zniechęcenie było już naprawdę blisko, w końcu pojawiła się petarda, doczekałem się. „Fújj szél, Zenta, visshangozz szél” jest genialna! Doskonała konceptualnie, rewelacyjnie skomponowana, świetnie zagrana i zaśpiewana.

sobota, 20 sierpnia 2011

Avram Fefer / Eric Revis / Chad Taylor "Eliyahu", Not Two, 2011



Avram Fefer - Alto, Tenor Saxes
Eric Revis - Bass
Chad Taylor - Drums

Wytwórnia: Not Two
Rok wydania: 2011





Czasem piękno potrafi być niepozorne. Skryte za fasadą „zwyczajności”, tylko delikatnie prześwituje niczym słońce zza burzowych chmur. I ten nikły blask w zupełności wystarczy, aby dać się olśnić. Na mnie tak właśnie zadziałała nowa płyta tria amerykańskiego saksofonisty Avrama Fefera, zatytułowana „Eliyahu”. To drugie wydawnictwo grupy, której składu dopełniają basista Eric Revis i perkusista Chad Taylor.

niedziela, 1 maja 2011

Kris Wanders Outfit (Johannes Bauer / Mark Sanders / Peter Jacquemyn) "In Remembrence of the Human Race", Not Two, 2011


Kris Wanders - ts
Johannes Bauer - tb
Peter Jacquemyn - b
Mark Sanders - dr

Wytwórnia: Not Two
Rok wydania: 2011





Chyba brakowało takiej pozycji w katalogu Not Two. Surowego, szorstkiego, gwałtownego, europejskiego free improv, sięgającego do korzeni gatunku. Wanders - holenderski saksofonista, wywodzący się bezpośrednio z FMPowskiego pnia, czyli z orkiestry Globe Unity Orchestra, wraz z internacjonalną śmietanką improwizatorów, w postaci Johannesa Bauera (GER), Petera Jacquemyna (BEL) i Marka Sandersa (UK), doskonale wypełniają tę lukę.
Muzyka na krążku "In Remembrence of the Human Race" to w większości bezceremonialna, soczysta ekspresja. Lider brzmieniem swojego saksofonu przypomina brotzmannowską szkołę i skupia się na rozrywaniu tonów i wydobyciu ostrych przydźwięków. Jego partie emanują tą samą siłą i agresją, tworząc chropowatą fakturę, którą doskonale kontrapunktuje dość miękki styl Bauera. Melodyczna natura Niemca wprowadza spokój i porządek, a rozkołysany sound - rytmiczny element, idealnie korespondujący ze sposobem gry Sandersa. Bębniarz ten gra bowiem gęsto, zupełnie pozagatunkowo, acz w bardzo uporządkowany sposób. Momentami szukałoby się dla niego szufladki bardziej rockowej, ale częste przesunięcia akcentów oraz bardzo frywolne podziały rytmiczne natychmiast go z niej wyciągają. Gdzieś pomiędzy nimi wszystkimi znajduje swoje miejsce Jacquemyn. Kontrabasista słuchający i otwarty, chętnie nawiązujący dialogi raz z Wandersem, raz z Bauererem, najchętniej jednak buduje pulsację, która napędza tę dwójkę.
Płyta jest mocna, aczkolwiek nie brakuje jej zwrotów akcji. Pojawiają się chwile wyciszeń, w trakcie których Wanders milknie, pozostawiając miejsce pozostałej trójce na stworzenie wspaniałych pejzaży oraz burzliwych pomruków.
Oprócz walorów muzycznych płyta jest na prawdę fajnie nagrana. Świetna lokalizacja instrumentów (nawet perkusja - chorobliwie wręcz rozciągana przez realizatorów - jest tu znośna), pozwala przy odpowiedniej głośności i zamkniętych oczach naprawdę poczuć ten koncert.

Marcin Kiciński

poniedziałek, 28 marca 2011

Swedish Azz [Mats Gustafsson / Per-Ake Holmlander / Kjell Nordeson / Dieb13 / Erik Carlsson] "Azz Appeal", Not Two, 2011


Mats Gustafsson: alto, baritone, slide saxophones, live-electronic
Per-Ake Holmlander: tuba, cimbasso
Kjell Nordeson: vibes
Dieb13: grammophone, live-electronic
Erik Carlsson: drums

Wytwórnia: Not Two
Rok wydania: 2011



Swedish Azz to kwintet prowadzonych przez dwóch muzyków - saksofonistę Matsa Gustafssona oraz tubistę Per-Ake Holmlandera. Połączyła ich fascynacja jazzową muzyką powstającą w ich ojczyźnie w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Wpływał wtedy na nią wyraźnie amerykański "west coast jazz", ale szwedzcy twórcy (m.in. Lars Werner, Lars Gullin, Gunnar Svensson, Jan Johansson, Per Henrik Wallin, Bo Nilsson, Bernt Egerbladh) niezwykle chętnie sięgali po tematy muzyki ludowej opierając na nich jazzowe improwizacje, wplatając fragmenty lub trawestując. Efektem była muzyka o niezwykłym, ulotnym, północnym pięknie, niemająca jednak - broń Boże - wiele wspólnego ze współczesną skandynawską mainstreamową sceną jazzową z E.S.T. i Tordem Gustavsenem na czele. Teraz, w wykonaniu kwintetu szalonych improwizatorów, powstałe przed pięćdziesięciu laty kompozycje zyskują zupełnie nowe - często pokręcone i zwariowane, elektroakustyczne - oblicze, ale obaj liderzy ocalają ich unikatowe piękno. Tematy - bez wyjątku - zachwycają melodyką frazy, chociaż Mats i Per-Ake za każdym razem starają się poddać je bardzo starannej i bezkompromisowej dekonstrukcji. Za tę stronę brzmienia zespołu odpowiedzialni są dwaj główni wichrzyciele składu - Mats Gustafsson (na saksofonach, ale i magicznym, elektronicznym generatorze - pudełku) oraz dieb13 (Dieter Kovacic) na gramofonach i rozmaitych elektronicznych urządzeniach. Na każdą z tych kompozycji mają jakiś pomysł: czasem wplotą w nią kawałek oryginalnego nagrania odtwarzany z czarnego krążka, czasem liryczny duetu saksofonu z wibrafonem zamieni się z wolna i niedostrzegalnie w zdehumanizowany noise niemal w stylu Masami Akity. Niezwykle staranne są tu aranżacje o wyszukanej formie, bardzo starannie uciekające od muzycznego banału. Możemy mieć nawet wrażenie (chyba po raz pierwszy w zespołach prowadzonych przez Gustafssona) - o zdecydowanym prymacie kompozycji nad improwizacją. Mnie osobiście ten mariaż bezkompromisowej współczesnej elektroakustycznej dekonstrukcji ze szwedzkim west cost autentycznie zachwyca i wprost nie mogę się od koncertowego, nagranego w Krakowie, Azz Appeal oderwać.

PS.
Polecam też wszystkim staranne przestudiowanie liner notes na odwrocie okładki. To, że jest ono po szwedzku nie ma tym razem najmniejszego znaczenia ;-)

Wawrzyniec Mąkinia
multikultiproject.blogspot.com

NOT TWO - PREMIERY


 



SIMON ROSE
SCHMETTERLING

Simon Rose - baritone sax solo
 


PETE ROBBINS’S UNNAMED QUARTET
LIVE IN BROOKLYN

Pete Robbins - alto saxophon
Nate Wooley - trumpet
Daniel Levin - cello
Jeff Davis - drums
 


SWEDISH AZZ
AZZ APPEAL

Mats Gustafsson - alto, baritone, slide saxophones, live-electronic
Per- Ake Holmlander - tuba, cimbasso
Kjell Nordeson - vibes
Dieb13 - grammophone, live-electronic
Erik Carlsson – drums

czwartek, 24 marca 2011

The Resonance Ensemble "Kafka In Flight", Not Two 2011


Magnus Broo - tp; Michael Zerang - dr; Ken Vandermark - ts, bcla; Mikolaj Trzaska - as, bcla; Mark Tokar - b; Steve Swell - tb; Dave Rempis - as, ts; Per-Âke Holmlander - tuba; Tim Daisy - dr; Waclaw Zimpel - Bb & bcla, taragato

Wytwórnia: Not Two
Rok wydania: 2011




„Kafka w locie” to efekt tygodniowego procesu kompozycyjnego przeprowadzonego przez Kena Vandermarka. Atmosfera tych nagrań jest jednak skrajnie odmienna od panującej w literaturze autorstwa tytułowego bohatera. Trzy kompozycje składające się na blisko godzinny album to energetyczna, a przy tym niezwykle wyważona i elegancka muzyka klasycznych big bandów, zaadaptowana dla potrzeb i możliwości współczesnej dziesięcioosobowej supergrupy, w której ważne role odgrywają Mikołaj Trzaska i Wacław Zimpel. Poszczególne ścieżki zbudowane są z dość łatwo wyróżnialnych modułów, choć fakt ten nie odbiera płynności budowanym w ten sposób historiom. W każdym z nich na pierwszy plan wysuwa się wybrana grupa instrumentów, dzięki czemu każdy z muzyków dostaje w swoim czasie sporo miejsca do zagospodarowania. Takie rozwiązanie sprawdza się fantastycznie zwłaszcza tam, gdzie dominują prowadzone solo melodie, akcentowane w odpowiednich momentach przez pozostałych muzyków. Pośród klasycznych rozwiązań jazzowych na płycie znalazło się też miejsce dla współczesnych, nieco bardziej awangardowych formuł: perkusyjnych zabaw brzmieniem, kontrabasowego solo, abstrakcyjnych dronów, czy improwizacji na komplet dęciaków, która otwiera drugą część finałowej kompozycji. Zarejestrowane podczas gdańskiego koncertu z października 2009 roku popisy międzynarodowego zespołu wirtuozów charakteryzuje rozmach adekwatny do potencjału tej orkiestry. Podporządkowane skrupulatnie przemyślanym przez jej szefa schematom stanowią świetne podsumowanie jazzowych strategii wypracowanych przez ostatnie kilka lat w konfrontacjach sceny polskiej z chicagowską.

Mateusz Krawczyk
(Screenagers.pl)

piątek, 11 marca 2011

Pete Robbins's Unnamed Quartet [Pete Robbins / Nate Wooley / Daniel Levin / Jeff Davis] "Live In Brooklyn", NotTwo 2011


Pete Robbins: alto saxophone
Nate Wooley: trumpet
Daniel Levin: cello
Jeff Davis: drums

Wytwórnia: Not Two
Rok wydania: 2011





Pete Robbins, nowojorski muzyk, jest wciąż jeszcze saksofonistą "na dorobku", chociaż grywał i nagrywał z gigantami jazzowej sceny - Johnem Zornem, Markiem Dresserem, Craigiem Tabornem, Mario Pavone czy Kennym Wollesenem. Muzyczną edukację rozpoczął bardzo wcześnie - w wieku sześciu lat rozpoczął naukę gry na fortepianie, gdy miał lat dziewięć - na klarnecie, gdy miał jedenaście chwycił za gitarę, a altowy saksofonu ujął po raz pierwszy rok później. Studiował w Phillips Academy, Tufts University i w końcu w New England Conservatory pod kierunkiem m.in. Paula Bleya, George'a Garzone i George'a Russella. Założył własną wytwórnię płytową - Hate Laugh, chociaż publikuje także w innych labelach. Najnowszą płytę wydało krakowskie NotTwo.
Unnamed Quartet to zespół iście gwiazdorski - prócz lidera grają tu świetnie znani miłośnikom gatunku i niezwykle cenieni muzycy: wiolonczelista Daniel Levin oraz trębacz Nate Wooley oraz ceniony jako muzyk sesyjny perkusista Jeff Davis (nagrywający także w kilku składach dla portugalskiego Clean Feedu). I chociaż "nazwiska nie grają", to płyta zespołu spełnia wszelkie nadzieje, jakie w niej pokładałem. Wszyscy muzycy świetnie odnajdują się formule kwartetowej, wolnej improwizacji, chociaż mam wrażenie, że najmniej pewnie czuje się w niej Levin. Nawet we własnych zespołach najbardziej interesująco brzmią jego kompozycje - jak nikt potrafi on operować harmonią, współbrzmieniem instrumentów. Gdy jednak dochodzi do improwizowanego grania w trio czy kwartecie, czasem jakby brakowało mu doświadczenia. Tutaj dwóch frontmenów (Robbins-Wooley) nieco spycha do roli członka rytmicznej sekcji, chociaż i w jego grze sporo jest interesujących partii. Nate Wooley natomiast to - nie tylko w tym zespole - postać pierwszoplanowa. Muzyk nagrywający solowe płyty free improv, ale także znakomicie odnajdujący się w bardziej konwencjonalnych czy nawet komponowanych formach, tutaj błyszczy i jest - w moim odczuciu (za sprawą olbrzymiej muzykalności i bogatego doświadczenia) - autentycznych liderem zespołu. Znakomicie przy tym rozumie się z Robbinsem, zepchniętym nieco w cień, jakby odsuniętym z nominalnej funkcji szefa kwartetu. Zdaje się być sprawnym wielce instrumentalistą, ale nie kreatorem formy utworów. Tu - w moim odczuciu - dominuje trębacz. Muzyka ma porwaną, zmienną strukturę. Kwartet, moim zadaniem, najciekawiej wypada, gdy udaje im odnaleźć jakieś wyciszenie, gdy nie starają się utrzymać żywiołowego tempa, ale znajdują chwilę by pomedytować nad dźwiękiem, rozsmakować się barwie brzmień i niuansów, szmerów i drgnięć powietrza. A trochę takich momentów tu jest i można się nich zasłuchać bez reszty.

Marek Zając
http://multikultiproject.blogspot.com/

NOT TWO - PREMIERA



PETE ROBBINS’S UNNAMED QUARTET
LIVE IN BROOKLYN

Pete Robbins - alto saxophon
Nate Wooley - trumpet
Daniel Levin - cello
Jeff Davis - drums

piątek, 25 lutego 2011

NOT TWO - PREMIERA


 THE RESONANCE ENSEMBLE
KAFKA IN FLIGHT

Magnus Broo - trumpet
Michael Zerang - drums
Ken Vandermark - tenor saxophone, Bb clarinet
Mikolaj Trzaska - alto saxophone, bass clarinet
Mark Tokar - bass
Steve Swell - trombone
Dave Rempis - alto & tenor saxophones
Per-Âke Holmlander - tuba
Tim Daisy - drums
Waclaw Zimpel - Bb & bass clarinet, taragato

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Rafal Mazur / Keir Neuringer "Unison Lines", Not Two, 2010




Rafal Mazur - acoustic bass guitar
Keir Neuringer - alto saxophone

Wytwórnia: Not Two
Rok wydania: 2010





Kiedy miałem jakieś 10 lat, ojciec zabrał mnie do kina na film fantastycznonaukowy zatytułowany „Spotkanie na Kasjopei”. Oto fabuła: grupa radzieckich pionierów leci w kosmos , aby udzielić internacjonalistycznej pomocy kasjopejczykom. Kiedy docierają na miejsce, zamiast nich spotykają jednak tylko roboty przypominające nieco hippisów w spodniach z rozszerzanymi nogawkami i metalowym afro na głowach, które - jak się okazało - przejęły w międzyczasie władzę nad globem. Jak udało im się tego dokonać? Otóż wybudowały na planecie coś w rodzaju pułapek mamiących tubylców muzyką. Kto raz jej posłuchał, nie był w stanie jej się oprzeć i ginął przepojony złudnym poczuciem szczęścia. „Co to za muzyka?” – zadałem szeptem pytanie ojcu. „To jazz” - odpowiedział.
Skąd te wszystkie skojarzenia? Z powodu płyty amerykańskiego saksofonisty Keira Neuringera i polskiego basisty Rafała Mazura, zatytułowanej „Unison Lines”. Mam ją od początku grudnia zeszłego roku, ale zamiast przesłuchać i od razu napisać recenzję, wpadłem w Czarną Dziurę. Podzieliłem los mieszkańców Kasjopei, muzyka przejęła nade mną władzę, weszła ze mną w relację na tyle  głęboką, że nie chciałem się nią z nikim dzielić. Kiedy największym wysiłkiem woli oderwałem się w końcu od niej (być może mam jednak w sobie coś z radzieckiego pioniera!), postanowiłem jakoś odnotować fakt istnienia tak niezwykłej płyty.
Kiedyś zadano Billowi Evansowi pytanie: co to jest jazz? Na co ten odparł, że szukając odpowiedzi nie trzeba pytać, „czym jest jazz” tylko „jak się go tworzy”. Z punktu widzenia „jak” muzyka grana przez Neuringera i Mazura to bez wątpienia jazz: świeża, kreatywna, stanowiąca wyzwanie dla słuchacza, a przede wszystkim ich własna. To free jazz ostry jak skalpel, równie jak on bezkompromisowy i wymagający, którym twórcy tej płyty, niczym para chirurgów-czarnoskiężników ze słynnej książki Jurgena Thorwalda, błądzą po ludzkim ciele w poszukiwaniu duszy. I odsłaniają w nas to, co najpiękniejsze: wewnętrzne światło, dzięki któremu każdy człowiek może nawiązać bezpośrednią więź z niematerialnym, duchowym, transcendentnym. Muzyka ta wpisuje się doskonale w tradycję wielkich mistycznych polskich płyt, takich jak  kiedyś „Matka Joanna Od Aniołów” Tomasza Stańki, „Salve Regina” Piotra Barona czy niedawno „The Passion” Undivided czy „Hera” Wacława Zimpela.
Z poziomem muzycznym koresponduje rewelacyjny design artystyczny wydawnictwa autorstwa Piotra Jakubowicza z RedBoxDesign i mecenat Marka Winiarskiego z dumy polskiego jazzu jaką stało się wydawnictwo Not Two. Krótko mówiąc, obowiązkowa płyta w katalogu każdego wielbiciela free jazzu.

Maciej Nowotny
(kochamjazz.blox.pl)

czwartek, 27 stycznia 2011

Foton Quartet "Zomo Hall", Not Two, 2010


Gerard Lebik - ts, contra alto clarinet
Artur Majewski - tp
Jakub Cywiński - b
Wojciech Romanowski - dr

Wydawnictwo: Not Two
Rok wydania: 2010





Już dawno żadna płyta nie sprawiła mi tylu problemów. Słucham jej namiętnie, wracam regularnie, zachwycam się notorycznie, ale zupełnie nie wiem, co napisać. Recenzencka niemoc jest dla mnie samego konsternująca, ale dla płyty stanowi nie lada pochwałę, bo przecież jeśli nie wiem, co z czego, to może znaczyć, że mamy z czymś nowym do czynienia. I choć to trudne do przełknięcia, bo przecież z naszego to podwórka, mimo nieładu w mojej głowie, chyba zaryzykuję i pokłonię się przed Foton Quartet.
Bo grają tak, jak się powinno opowiadać. Snują historie, pełne dygresji i ozdobników. Wyobraźnia podsuwa kolejne anegdoty, ale warsztat językowy pilnuje równowagi, co by z tego elaboratu zamiast bełkotu i nudy wyszła wzorowa wypowiedź. Więc pojawia się temat za tematem, jest akcja i jej zwroty - te gwałtowne i subtelne, i mnóstwo się dzieje wokół tych tematów, zwłaszcza że mówców jest czterech, a czas jeden. Ale nikt się specjalnie czasem nie przejmuje, wręcz drwi z niego. Opowieść zaprzecza czasowi i przeciąga chwile, lub zwalniając hamulec, uruchamia lawinę zdarzeń...
I gdy już tak siedzę i słucham po raz kolejny tego wielogłosu, to znowu stwierdzam, że mimo iż już coś rozpoznaję, to ciągle nie czuję, że jestem bliski poznania. Piszę "znowu", choć bywało różnie, czyli właściwie też zupełnie odwrotnie: kolejny raz słuchałem, a zupełnie inne wątki mnie pochłaniały i od tematu odwodziły, przez co tym bardziej obco się czułem, ale przy tym bardziej zaciekawiony. Pytanie, co wygra: poznanie i pewność czy obcość i zaciekawienie. Jeśli Foton Quartet jest tak dobry, jak mi się wydaję, to w tej walce nie będzie rozstrzygnięcia.

Marcin Kiciński

środa, 12 stycznia 2011

Jason Stein's Locksmith Isidore "Three Kinds of Happiness", Not Two, 2010



Jason Stein - bass clarinet
Jason Roebke - bass
Mike Pride - drums

Wytwórnia: Not Two
Rok wydania: 2010





Jasona Steina pamiętam z koncertu Bridge 61 (Vandermark/Stein/McBride/Daisy) w Poznaniu. Pamiętam, bo - ten jeszcze zupełnie nieznany mi muzyk - zrobił na mnie spore wrażenie jako doskonały partner dla Vandermarka. Minęło pięć lat, a ja w tym czasie nie sięgnąłem po żadną płytę tego pana. Bynajmniej nie dlatego, że nie chciałem. Chyba po prostu się nie złożyło. Tym bardziej ucieszyłem się na widok premier płytowych 2010, wśród których Stein zadebiutował na łamach naszego rodzimego wydawnictwa. Radość tym większa, że format tercetu z dęciakiem, basem i perkusją, który wybrał dla tej płyty, należy do moich ulubionych zestawień instrumentalnych.
Jazzowe tria dzielę na te, gdzie instrument melodyczny prowadzi utwór, a sekcja próbuje za nim nadążać, oraz te, w których występuje absolutnie równouprawnienie mocno osadzone w zdrowym podziale ról, wynikającym często z samej kompozycji lub może przede wszystkim z mentalności muzyków. W obu wariantach dęciak jest na pierwszym planie, ale zasadnicza różnica pojawia się w ilości miejsca, które pozostawia on pozostałym instrumentom. Chodzi o przestrzeń, o narzucone tempo, dzięki którym zarówno basista, jak i perkusista, mogą się wykazać nie tylko na polu wynikającym ze swojej podstawowej - rytmicznej roli, ale także w mikroświecie każdego pojedynczego dźwięku.
Zarówno Pride jak i Roebke idealnie wpasowali się w wysublimowany wariant uważnego wielogłosu i to bez względu na to, czy dialog toczył się według względnie sztywnego scenariusza, czy też przypominał swego rodzaju burzę mózgów. Przyznać jednak należy, że zdecydowanie więcej znajduje się na tej płycie uporządkowanych form.
Stein postawił na melodie osadzone w tradycji, blues i niesamowity feeling, który na prawdę rzadko są w stanie zaserwować nam biali jazzmani. Momentami muzyka przypomina holenderskie podejście do free, o którym pisałem przy okazji recenzji trio BraamDeJoodeVatcher, czasem przebija się bardziej chicagowska stylistyka spod znaku Dragons 1976. Zdecydowana większość utworów nie przekracza granicy komunikatywności, która tak często dzieli poprawnych wyznawców żelaznego mainstreamu i chorobliwych maniaków świata muzyki improwizowanej. Moim zdaniem jest to jedna z tych płyt, która znalazła swój przyczółek dokładnie w strefie granicznej, co z jednej strony może jej przysporzyć rzeszy fanów z obu skłóconych obozów, z drugiej może skazać na obustronną wrogość i wieczne zapomnienie.
Ja zdecydowanie rzucam się w wir poszukiwań kolejnych albumów Jasona Steina, a jak się okazało, sam projekt Locksmith Isidore wydał wcześniej już dwa.

Marcin Kiciński

środa, 15 grudnia 2010

NOT TWO - PREMIERY



 
 
ROB BROWN / DANIEL LEVIN
NATURAL DISORDER

Rob Brown - alto sax
Daniel Levin - cello


 
GERARD LEBIK / ARTUR MAJEWSKI FOTON QUARTET
ZOMO HALL

Gerard Lebik - tenor sax, contra alto clarinet
Artur Majewski - trumpet
Jakub Cywinski - bass
Wojciech Romanowski - drums


OLUYEMI THOMAS, IJEOMA THOMAS, MICHAEL BISIO, KENN THOMASS
POSITIVE KNOWLEDGE - EDGEFEST EDITION

Oluyemi Thomas - bass, musette, flute, soprano, percussion
Ijeoma Thomas - voice , percussion
Michael Bisio - bass
Kenn Thomass - piano


ROSA LUXEMBOURG NEW QUINTET
NIGHT ASYLUM

Heddy Boubaker - alto sax, flutes, percussion, gaïta, objects
Fabien Duscombs - drums, percussion, objects, melodica
Françoise Guerlin - voice, objects
Piero Pepin - trumpet, melodica, toy piano, percussion, objects
Marc Perrenoud - electric bass & guitar


SWEDISH AZZ
MERRY AZZMAS

Mats Gustafsson - alto, slide saxes & live electronics
dieb13 - turntables
Kjell Nordeson - vibraphone
Per-Åke Holmlander - cimbasso
Erik Carlsson - drums & selected percussion

LP-EP 7''

niedziela, 28 listopada 2010

NOT TWO - PREMIERY LISTOPAD 2010




JASON STEIN'S LOCKSMITH ISIDORE
THREE KINDS OF HAPPINESS
Jason Stein - bass clarinet
Jason Roebke - bass
Mike Pride - drums


RAFAL MAZUR / KEIR NEURINGER
UNISON LINES
Rafal Mazur - acoustic bass guitar
Keir Neuringer - alto saxophone

czwartek, 25 listopada 2010

Rodrigo Amado - Searching for Adam, Not Two, 2010


Rodrigo Amado - tenor & baritone saxes
Taylor Ho Bynum - cornet, flugelhorn
John Hebert - double bass
Gerald Cleaver - drums

Wytwórnia: Not Two
Rok Wydania: 2010





Po recenzjach kilku płyt około jazzowych, czy też post-jazzowych pora na pozycję, która co do jazzowego charakteru swojej zawartości, po przesłuchaniu nie pozostawia żadnych wątpliwości.

Bohaterem wydawnictwa jest Rodrigo Amado, portugalski saksofonista (na płycie dzieli swój czas między tenor i baryton) i fotograf, znany z Lisbon Improviastion Players czy nagrań tria tworzonego z mocarną sekcją Kent Kessler i Paal Nilssen-Love. Towarzyszą mu dzielnie: Taylor Ho Bynum (kornet i fllugelhorn), stały współpracownik Anthony’ego Braxtona, zazwyczaj, nieco paradoksalnie, w o wiele bardziej eksperymentalnych, ale bazujących na kompozycji projektach, John Hebert (kontrabas) i Gerald Cleaver (perkusja). Rodrigo reprezentuje Lizbonę, pozostała trójka, Nowy Jork.

Spotkanie w Lizbonie zaowocowało sesją nagraniową, będącą zapisem pierwszego (!) spotkania tych muzyków. Album, który powstał zawiera spontaniczne, grupowe improwizacje (wyjątkiem solo perkusyjne Geralda Cleavera Pick Up Spot).

Rozpoczyna głos saksofonu tenorowego, lekko bluesowa linia, dźwięki nasycone powietrzem, delikatnie rozwibrowane nuty (Rodrigo potrafi w pojedynczej nucie zawrzeć cały pejzaż emocjonalny) i już wiadomo, że będzie pięknie. Klasyczny (Sonny Rollins? Ben Webster?) ton saksofonu Amado spotyka się z bardziej eksperymentalnym podejściem Taylora do gry na kornecie, którego instrument świszczy i wydaje elektronicznie brzmiące szumy. A wszystko to spojone jest hipnotyczną grą sekcji (panowie grali już razem w projekcie Gerharda Ullmana co usłyszeć można na innych płytach Not Two Don’t touch my music odpowiednio vol.1 i vol.2). I dalej muzyka jakby toczy się już sama, pojawia się spontanicznie i rozbrzmiewa w powietrzu. Mamy fragmenty bardziej abstrakcyjne (solo Taylora w ostatnim utworze i niesamowicie piękne, efemeryczne dźwięki kończące płytę), niemal elegijne (wstęp utworu drugiego), jak i dynamiczne (zakończenie utworu drugiego, utwór pierwszy). Słowem – całe bogactwo dynamiki i nastrojów.

Cały czas jednak praca sekcji przypomina, że to, w całości improwizowany jazz, zagrany ze swadą i przytupem, zadziornie, ale z wykorzystaniem całej wrażliwości muzyków na otaczający ich świat. Mamy doskonałe partie solowe, ogniste duety, tria. Zachwycają tonem i dojrzałością gry Rodrigo (posłuchajcie tylko balladowego początku utworu trzeciego, rozwijającego się w kierunku zabawy interwałami i kontrapunktowego dialogu z Taylorem), zaskakuje sonorystycznymi akcentami , co nie znaczy, że nie pojawia się też tutaj tradycjne brzmienie kornetu i przeszywające powietrze tremolo i błyskawiczne pasaże na tym instrumencie.

Przyjemność rozczłonkowywania wszystkich utworów na kolejne części i wyłapywania kolejnych spontanicznie powstałych konstelacji pozostawiam czytelnikom. Spoiwem i w mojej opinii elementem, który godzi nieco osobne światy Rodrigo i Taylora (tzn. dzięki któremu znajdują oni wspólny język) i sprawia, że całość „działa” tak rewelacyjnie jest praca sekcji (co zostało już wspomniane parokrotnie), pełna groove’u i energii, napięcia, pulsu i telepatycznej komunikacji. Ta płyta to prawdziwa free-jazzowa uczta, bez silenia się na wyważanie otwartych drzwi. Ogromna dawka radości dla każdego fana tego gatunku i pozycja obowiązkowa na tegorocznych listach „best of”.

Bartek Adamczak

Tekst został napisany i ukazał się oryginalnie na portalu poświęconym muzyce alternatywnej magnetoffon.info
Autor zaprasza na pisany po angielsku blog jazzowyalchemik.blogspot.com i profil "jazzowy alchemik" na facebook.com oraz na audycje Jazzowy Alchemik w każdy poniedziałek o 20.00 www.radiofrycz.pl

środa, 24 listopada 2010

Vandermark 5 Special Edition - The Horse Jumps and The Ship is Gone, Not Two, 2010

Ken Vandermark - tenor saxophone & Bb clarinet
Tim Daisy - drums
Kent Kessler - bass
Fred Lonberg-Holm - cello
Dave Rempis - alto & baritone saxophone
Magnus Broo - trumpet
Havard Wiik - piano

Wytwórnia: Not Two
Rok wydania: 2010


The Horse Jumps and The Ship is Gone to drugi album sygnowany przez formację Vandermark V odkąd zespół ten związał się na stałe z krakowską Not Two Records. A jednocześnie kolejny (po monumentalnym boksie Alchemia i winylowym Four Sides of the Story) album live dla tejże wytwórni.

Oto mamy dwie płyty pełne muzyki zagranej na setkę, w poszerzonym składzie czyli Vandermark 5 Special Edition – z gościnnym udziałem Magnusa Broo i Havarda Wiika znanych przede wszystkim ze skandynawskiego Atomic. Przypomnieć może warto, że określenie Annular Gift (poprzednia album zespołu) płytą „studyjną” jest bardzo umowne – materiał, który się na niej znalazł, został wybrany z dwóch koncertów w krakowskiej Alchemii, kończących całą trasę z premierowym materiałem. Podobna formuła nagrania towarzyszy i temu wydawnictwu – wykonania pochodzą z dwóch koncertów, które miały miejsce 19 i 20 czerwca 2009 roku w klubie Green Mill w Chicago.

„Premierowość”, a właściwie jej brak jest kluczowa w odbiorze tego materiału. Vandermark V to formacja w jazzowym światku dość niezwykła. Działa, regularnie nagrywa i koncertuje od kilkunastu już lat, niewzruszona drobnymi zmianami personalnymi. Jest to jednocześnie zespół repertuarowy, tzn. wykonujący w znakomitej większości (obok okazjonalnych coverów z free-jazzowej tradycji) kompozycje jej lidera Kena Vandermarka. Dodając do tego wszystkiego charakter muzyki, bardzo dynamicznej i często opartej na riffowej strukturze oraz rockowym groovie oraz niesamowity żywioł na koncertach, otrzymujemy status, który bliższy jest zespołom rockowym, a nie jazzowym, a już na pewno nie tym związanym ze światem awangardy.

I tak jak w przypadku wielu rockowych gwiazd, album live to zawsze frajda wielka. Znamy już te utwory, ale oto ukazuje nam się ich nowa twarz, dynamiczniejsza, drapieżniejsza, pełna energii, mniej tu dbałości o szczegóły, więcej ognia. Zestaw to swoisty „best off” z ostatnich lat działalności zespołu (tzn. z płyt na których grał Fred Lonberg-Holm). Cztery utwory z najnowszej Annular Gift, dwa z poprzedniej Beat Reader, jeden z wcześniejszej Discontinous Lines, po jednym utworze przyniesionym przez każdego z gości i wreszcie jeden utwór premierowy – Nameless kończący płytę. Wszystkie wybrane numery to właśnie kompozycje groovowe, z absolutnie zabójczą pracą sekcji i ciągła wymianą riffów. Obecność Magnusa Broo to miły powrót do brzmienia dęciaków w zespole (Jeb Bishop – puzonista, odszedł z zespołu kilka lat temu, zastąpiony przez Freda – wiolonczelistę). Gitarowe przestery na wiolonczeli to również powrót to korzeni (Jeb na pierwszych płytach grał też często na gitarze). Haward Wiik uzupełnia brzmienie grupy o dźwięki instrumentu, wcześniej obce tym kompozycjom, rzucając na nie nowe światło, doskonały też w partiach solistycznych i duetowych.

Oczywiście mamy do czynienia ze świetną aranżerską robotą Kena, który wprowadził nowe instrumenty w partie skomponowane (choć, w moim odczuciu, o wiele lepiej poradził sobie z trąbką w tej kwestii, a może po prostu piano brzmi mi obco w tej formacji?). Mamy do czynienia z potężnym brzmieniem (siedmioosobowy skład to już nie są przelewki), ogromną dawką energii i żonglerki formą utworu, jak i formacją instrumentalną (od duetu trąbka – perkusja, do septetu all-inclusive). Ale nie to jest najważniejsze.

Najważniejsze są sola! Bo to jest właśnie album koncertowy, bo w składzie mamy instrumentalistów fantastycznych, którzy na scenie żyją i odnajdują tam niespożyte zapasy energii. Każdy ma tutaj miejsce na odrobinę szaleństwa i każdy, solówka za solówką, duet za duetem itd., z tego miejsca bardziej niż skrzętnie korzysta. W tym żywiole i gąszczu kompozycji Vandermarka muzycy odnajdą w sobie sceniczne bestie i rozrywają powietrze kaskaderskimi wręcz popisami na instrumentach. I frajda to niezwykła słuchać jak to robią, bo to sama elita i grupa „the best of the best of the best”.

Jeśli więc lubicie formacje Vandermark V, to zapewne już tę płytę macie lub niedługo mieć będziecie w swojej kolekcji, nie znajdziecie tu nic nowego, ale znajdziecie to, za co cenicie ten zespół (a zwłaszcza jego rockowe oblicze). Jeśli jeszcze nie wiecie czy ich lubicie, a chcecie posłuchać otwartego grania i dynamicznego jazzu, pełnego porywających kompozycji i solowych popisów, zagranego z przytupem, od którego wasza noga mimowolnie zacznie wybijać rytm, a głowie udzieli się ruch typu headbanging, to powinniście tego albumu wysłuchać. A jeśli ich nie lubicie, to zapewne nie dotrwaliście to tego zdania tak czy siak.

Bartek Adamczak
Jazzowy Alchemik

Tekst został napisany i ukazał się oryginalnie na portalu poświęconym muzyce alternatywnej magnetoffon.info
Autor zaprasza na pisany po angielsku blog jazzowyalchemik.blogspot.com i profil "jazzowy alchemik" na facebook.com oraz na audycje Jazzowy Alchemik w każdy poniedziałek o 20.00 www.radiofrycz.pl

poniedziałek, 25 października 2010

Joe McPhee / Ingebrigt Haker Flaten "Blue Chicago Blues" - czyli słów brakuje...



Joe McPhee - sax
Ingebrigt Haker Flaten - bass

Wytwórnia: Not Two
Rok wydania: 2010






To niebywałe, jak ci dwaj muzycy, których dzielą: kontynenty, wiek, doświadczenie i kolor skóry, potrafią wznieść się ponad to wszystko, pominąć wszelkie muzyczne podziały i razem wejść w swego rodzaju archetypowy, improwizacyjny trans.
Oczywiście grali ze sobą już wielokrotnie, ale za każdym razem było to mocno naznaczone The Thing i silną osobowością Matsa Gustafssona, dlatego bałem się, że tego typu duet na neutralnym gruncie może być konfrontacją na siłę, gdzie Ingebrigt przegra w swych staraniach i zabraknie mu wspólnego feelingu z weteranem, jakim jest Joe McPhee. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy zabrzmiały instrumenty i usłyszałem rzadko spotykane zrozumienie. Duet sprzyja słuchaniu się nawzajem, niestety jednocześnie boleśnie wyciąga na wierzch wszelkie dysonanse i przeciąganie liny. Nic takiego nie ma tu miejsca. Joe i Ingebrigt od pierwszej do ostatniej nuty wspólnie kroczą po krainie bardzo zróżnicowanych dźwięków i stylistyk, poruszają się swobodnie, z zainteresowaniem i szacunkiem patrząc na siebie nawzajem. Czy jest to bluesowe człapanie, czy free jazzowe pogowanie, nawet na chwilę nie czuć utraty kontaktu między muzykami. Płynnie wymieniają się inicjatywami, zgrabnie reagują na sugestie.
Największe wrażenie zrobiły na mnie ballady, dzięki którym poczułem to, czego w muzyce szukam i tak rzadko doświadczam - swoistego wyniesienia poza realny wymiar. "Requiem for an empty heart" zaczyna się długim i pięknym solo Ingebrigta, w które włącza się McPhee, bardziej krzyczący przez swój saksofon niż dmuchający w niego. Brzmi to jak bluesowa pieśń Mudżahedina. Przejmująca, bardzo intymna konwersacja obu instrumentalistów momentami przyprawiała mnie o, tak pożądane, ciarki na plecach.
Kończąca płytę "Legend of the three blind moose" jest za to czarną kołysanką, delikatnie wygrywaną na saksofonie, z doskonałym, narastającym akompaniamentem basu. Ingebrigt kontrapunktuje delikatną melodię, grając gęsto i zdecydowanie, cudownie ją uzupełniając.

Tak można by streszczać utwór po utworze, każde zdanie jest jednak zbyt wątłe, by udźwignąć wagę tego wspaniałego spotkania. Jedyne, co warto dodać, to że tę płytę należy koniecznie wysłuchać. Jest to jeden z najlepszych duetów jakie wpadły mi w ręce!

Marcin Kiciński

sobota, 9 października 2010

NOT TWO - PREMIERY

JOE MCPHEE AND INGEBRIGT HAKER FLATEN
BLUE CHICAGO BLUES
Joe McPhee - sax
Ingebrigt Haker Flaten - bass

.......................................


FRODE GJERSTAD / PAAL NILSSEN-LOVE
GROMKA
Frode Gjerstad - Alto saxophone, Bass & Bb Clarinet
Paal Nilssen-Love - Drums

.......................................


VIJAY ANDERSON
HARDBOILED WONDERLAND
Vijay Anderson - drums, bowls
Sheldon Brown - alto, tenor & soprano saxophones
Ben Goldberg - clarinet, contra alto clarinet in E-flat
Ava Mendoza - electric guitar
John Finkbeiner - electric guitar
Smith Dobson V - vibraphone

.......................................

OIRTRIO
KANATA
Frank Gratkowski - alto sax, clarinets
Sebastian Gramss - double bass, bows
Tatsuya Nakatani - percussion, bowed gongs

.......................................


RODRIGO AMADO
SEARCHING FOR ADAM
Rodrigo Amado - tenor & baritone saxes
Taylor Ho Bynum - cornet, flugelhorn
John Habert - double bass
Gerald Cleaver - drums

.......................................


VANDERMAK 5 SPECIAL EDITION
THE HORSE JUMPS & THE SHIP IS GONE
Ken Vandermark - tenor saxophone & Bb clarinet
Tim Daisy - drums
Kent Kessler - bass
Fred Lonberg-Holm - cello
Dave Rempis - alto & baritone saxophone
+
Magnus Broo - trumpet
Håvard Wiik - piano