Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2010. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2010. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Michiel Braam / Wilbert De Joode / Michael Vatcher + Ferenc Kovacs / Miklos Lukacs "Quintet", BMC, 2010
Michiel Braam - p
Wilbert De Joode - b
Michael Vatcher - dr
Ferenc Kovacs - viol, tp
Miklos Lukacs - cimbalom
Wytwórnia: Budapest Music Center
Rok wydania: 2010
W podsumowaniu roku 2010 zamieściłem w swoim top10 płytę BraamDeJoodeVatcher "Quartet". Nie znałem wtedy jeszcze albumu "Quintet", i to chyba dobrze, bo dzięki temu nie musiałem wybierać. A wybór mógłby być trudny.
wtorek, 23 sierpnia 2011
Andrea Belfi / David Grubbs / Stefano Pilia "Onrushing Cloud", Blue Chopsticks, 2010
Andrea Belfi - dr, perc, electronics
David Grubbs - g, p, voice
Stefano Pilia - g
Wydawnictwo: Blue Chopsticks / Drag City
Rok wydania: 2010
Czy mogę oceniać płytę z dziedziny, na której de facto się nie znam? Chyba nie. Ale czy mogę ją polecać? Zależy komu. Ryzykuję dużo, bo przecież zawsze to, co zasugeruję, może być tak naprawdę zjadaniem własnego ogona, powtórką z rozrywki, upadkiem po sukcesie lub innym pejoratywnym zjawiskiem. Dlatego nie kieruję tych słów do znawców twórczości Davida Grubbsa czy Jima O'Rourke. Tę płytę dedykuję tym wszystkim, którzy potrzebują od czasu do czasu odskoczni od swoich regularnych muzycznych eksploracji, a powyższe dwa nazwiska to dla nich czarna magia.
wtorek, 3 maja 2011
Triangulation (Bruno Amstad / Christy Doran / John Wolf Brennan / Patrice Héral) "Whirligigs", Leo Records, 2010
Bruno Amstad: voice, subcontrabass voice, loops
Christy Doran: g, loops and fx
John Wolf Brennan: p, organ, e-piano, clavinet, melódica, acc., indian harmonium
Patrice Héral: perc, loops, voice
Wytwórnia: Leo Records
Rok wydania: 2010
Triangulation to irlandzko-szwajcarsko-francuski kwartet, którego dokonania są równie eklektyczne i zróżnicowane, jak pochodzenie tworzących go muzyków. Na „Whirligigs” dosłuchałem się elementów jazzu, funku, tango i szeroko rozumianej muzyki etnicznej, a także kilku stylów z pogranicza tzw. nowych brzmień: dubu, ambientu, hip-hopu itp. Przy czym wpływy te manifestują się na zupełnie różnych poziomach: czasem w rytmie, czasem w linii melodycznej, a czasem w aranżacjach. W efekcie otrzymujemy muzyczną hybrydę, która zaciera granice między gatunkami i wymyka się wszelkim klasyfikacjom.
Oczywiście, podejście do materii dźwiękowej oparte na skłonnościach do transgresji gatunkowej i twórczej dekonstrukcji nie jest w historii jazzu niczym nowym. Być może na „Whirligigs” pojawiają się więc delikatne echa projektów Zorna i Laswella, czy już nieco zapomnianych grup związanych z Knitting Factory, jak Ponga i Harriet Tubman, ale to też raczej dość ogólnikowe wskazanie kierunku, w którym podąża grupa niż specyfikacja zawartej na tej płycie muzyki. Zapewne można by to wszystko rozebrać na części pierwsze i opisać, ale zabieg ten byłby z góry pozbawiony sensu. Cała radość obcowania z tym materiałem wynika właśnie z jego różnorodności i eklektyzmu, dzięki którym rozsadza istniejące formy.
Choć podstawowy skład obejmuje przede wszystkim wokal, gitarę, fortepian i perkusję, to każdy z tych instrumentów wykorzystywany jest na wiele różnych sposobów i często przetwarzany przy pomocy elektroniki. Dla przykładu, wokalista Bruno Amstad sięga po bardzo bogaty zestaw środków ekspresji: od technik beatboxerskich, przez zaśpiewy etniczne po pracę z oddechem i zabawy głosem a’la McFerrin. Do tego miksuje i zapętla własny wokal, tworząc po kilka nakładających się na siebie ścieżek. Niewątpliwie to właśnie on w dużym stopniu nadaje charakter całości, ale pozostali muzycy również wykazują się dużym potencjałem kreatywności i pomysłowości. Efekty owego bricolage’u są świeże i intrygujące. Muzyka ma przede wszystkim świetny groove, jest lekka i pogodna, a zarazem zaskakuje pomysłowymi zestawieniami i aranżacjami, dostarczając wiele satysfakcji także przy uważnym słuchaniu. Kwartet posiada umiejętność bezkolizyjnego łączenia elementów z różnych porządków w nową, spójną całość, tak że nawet mimo przesadnej długości krążka, słucha się go całkiem nieźle. Oczywiście, „Whirligigs” nie jest płytą, którą poleciłbym jazzowym purystom, ale na pewno ma potencjał by zainteresować miłośników nieortodoksyjnych poszukiwań z pogranicza muzycznych światów.
Artur Szarecki
środa, 6 kwietnia 2011
Mary Halvorson Quintet "Saturn Sings", Firehouse 12, 2010
Mary Halvorson: guitar
Jonathan Finlayson: trumpet
Jon Irabagon: alto saxophone
John Hebert: bass
Ches Smith: drums
Wytwórnia: Firehouse 12
Rok wydania: 2010
Dawno temu, w Izraelu, kiedy człowiek czuł, że jego ciało albo duch są chore, udawał się do kapłana i wręczał mu w ofierze dwa gołębie, z których jednego poświęcano na ołtarzu, a drugiego puszczano wolno, aby w ten sposób przebłagać gniew Boga. Dzisiaj tym drugim ptakiem jest właśnie muzyka free. Wszystko inne jest powoli zabijane w telewizorze ku uciesze gawiedzi: kino, pop, kultura - wszystko się sypie i pruje jak stary szlafrok przeżarty przez mole, bo odprawiają nad nimi swój chocholi taniec kapłani Mamony.
Ale my zacznijmy od Johnny Smitha: jego gwiazda zabłysła na krótko w roku 1952, gdy z towarzyszeniem Stana Getza nagrał „Moonlight in Vernon”. Nie był postacią na miarę tytanów jazzowej gitary, jakimi byli Charlie Christian czy Django Rheinhardt, ale jego stonowany, melodyjny i ciepły dźwięk utkwił mi na zawsze w pamięci. Kojarzy mi się, razem z grającymi w podobnej stylistyce, chociaż na innych instrumentach, Paulem Desmondem (alt), Miltonem Jacksonem (wibrafon) czy Chetem Bakerem (trąbka), z tym, co najlepsze w cool jazzie. Ale było w jego brzmieniu coś jeszcze, mianowicie odrobinę zaśpiewu tak charakterystycznego dla muzyki country, coś co łączyło go z takim na przykład Chetem Atkinsem.
Zacząłem od Johnny Simitha, a chcę kilka słów powiedzieć o najnowszej płycie młodej awangardowej gitarzystki Mary Halvorson. Wcześniej była znana ze współpracy z Anthonym Braxtonem, a nadto z duetu z Jessiką Pavone. Udzielała się również w nagraniach innych muzyków, takich jak Kevin Shea, Trevor Dunn czy Marc Ribot. Dopiero niedawno uformowała swój pierwszy zespół: trio z Johnem Hebertem na basie i Chesem Smithem na perkusji, z którymi nagrała w 2008 roku dobry album „Dragon’s Head”. Ku mojemu zaskoczeniu brzmienie jej gitary na tej płycie bardzo przypominało sound zapomnianego już mistrza, jakim był Johnny Simith, chociaż było przetworzone całkowicie na awangardową modłę i umieszczone na zupełnie innym, bardzo nowoczesnym tle niezwykle kreatywnej sekcji rytmicznej.
Rok później do swego zespołu zaprosiła grających na trąbce - Jonathana Finlaysona i na saksofonie altowym - Jona Irabogana , co otwarło kompletnie nowe możliwości przed zespołem. Wędrująca pośród modnych mikrotonalności, puknięć, szarpnięć, szelestów, świstów i jęków wytwarzanych przez sekcję rytmiczną, swingująca jak pijany zając w polu, gitara Halvorson zyskała teraz wsparcie hardbopowo brzmiących instrumentów dętych. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, muzyka nabrała oddechu, a jej język może być zrozumiały i atrakcyjny także dla wielbicieli mainstreamu, mimo że zachowuje świeżość awangardy najwyższych lotów.
Płyta zyskała doskonałe recenzje na świecie, a z mojego tekstu wynika, że ja także należę do jej entuzjastów. Słucham jej po raz nie wiem który i nie nuży mnie ani odrobinę, bo każdy utwór to mikrokosmos, w każdym ukryta jest jakaś myśl, jakaś kolejna bariera do przełamania. Ale nawet jeśli do tej pory nie przepadaliście za awangardą, a po prostu kochacie jazz (albo szerzej dobrą muzykę) i chcecie doświadczyć czegoś całkowicie nowego, to włóżcie płytę do odtwarzacza CD, zadbajcie o to, by mieć czas i ciszę po, by mogła ona dla Was wybrzmieć i pamiętajcie o gołębiach, kiedy już zaczną płynąć pierwsze dźwięki.
Maciej Nowotny
kochamjazz.blox.pl
niedziela, 3 kwietnia 2011
SEKSTETT (Frode Gjerstad / Håvard Skaset / Lene Grenager / Hilde Sofie Tafjord / Børre Mølstad / Guro Skumsnes Moe); BAY / OSLO MIRROR TRIO (Guro Skumsenes Moe / Havard Skaset / Kyrre Laastad / Tony Dryer / Ava Mendoza / Jacob Felix Heule); Conrad Sound, 2010
Jeśli improwizacja jest - jak chciał Derek Bailey - „muzykowaniem”, to norweska wytwórnia Conrad Sound opublikowała dwie płyty będące sublimacją tego zjawiska w estetykę noise, z zupełnym pominięciem form wprost lub około jazzowych. Jakiekolwiek próby poszukiwania brzmieniowych analogii do nawet najbardziej wyzwolonych form jazzu mają tu mocno wątpliwy sens. Jeśli już koniecznie szukać punktów zaczepienia, to może należałoby się wybrać w podróż do Bejrutu, w którym wytwórnia Al Maslakh przekonująco udowadnia, że improwizacja jest pierwotną formą muzycznej ekspresji, a trąbka Mazena Kerbaja nie jest ani pierwszą, ani żadną z kolejnych pochodnych Milesa Davisa.

Sekstett tworzą muzycy skandynawscy, z których najbardziej znanym jest saksofonista i klarnecista Frode Gjerstad. Na tej płycie gra wyłącznie na klarnetach. Zresztą instrumentacja tego nagrania to pierwsze zaskoczenie: Håvard Skaset (gitara), Lene Grenager (wiolonczela), Hild Sofie Tafjord (rożek francuski) Børre Mølstad (tuba) i Guro Skumsnes Moe (kontrabas) to pełny skład tego osobliwego sekstetu, którego twórcy, numerując utwory w konwencji 6.1 – 6.5, wykluczyli grę w tytułowe skojarzenia. Kolejność utworów nie jest jednak przypadkowa, płyta ma czytelną dramaturgię, budowaną na stopniowym zagęszczaniu muzycznej faktury. 6.1 zasadza się na przestrzennym rusztowaniu ze strun kontrabasu, na którym lokują się pozostałe instrumenty, eksponując własne barwy. 6.2 to ekspedycja w ekstrema rejestrów i możliwości sonorystycznych, proces abstrahowania brzmień, zrzucania gorsetu sonicznych możliwości i wykonawczych kagańców. Kolejne utwory utrwalają wrażenia poszukiwania meta-dźwięku na rubieżach tradycyjnych technik wykonawczych. Faktura utworów zagęszcza się, świat dysonansów tworzy własną, uwodzicielską aurę muzycznych abstrakcji. Finałowy utwór znów zasadza się na kontrabasie, wokół którego pozostali wykonawcy budują swoiste unisono partii solowych, bez prób dominacji i prób powrotu w bardziej rozpoznawalne muzycznie konteksty. Następuje niemal naturalna symbioza dźwięków wyobcowanych. Niepokojąca i zaskakująco spójna. Muzyczny odpowiednik wypraw w podwodne światy Jacques-Yves’a Cousteau. Atrakcyjny i barwny, choć w pewien sposób obcy.
Bay / Oslo Mirror Trio to również sekstet, choć zgodnie z tytułem będący zestawieniem dwóch instrumentalnie lustrzanych formacji: Guro Skumsenes Moe, Havard Skaset and Kyrre Laastad (bas, gitara perkusja) reprezentują Oslo, Tony Dryer, Ava Mendoza i Jacob Felix Heule pochodzą z Kalifornii. Płyta jest bardziej monolityczna brzmieniowo, choć nadal instrumentem formującym zręby kompozycji jest bas. Tak jest w otwierającym całość utworze H1, podobnie w kolejnym V3. W H3 instrumenty perkusyjne ingerują w ustaloną percepcję słuchacza sekwencjami nieokreślonych dźwięków, dominując całkowicie. To ścieżka perkusyjnych tyrad wydeptana przez Paula Lyttona i Tony Oxley’a. Budowanie struktur rytmicznych schodzi na dalszy plan, z korzyścią dla eksponowania barw i unikalnych zestawień fakturalnych. Gitary tworzą ciekawy brzmieniowo kontrapunkt, zresztą fakt dublowania obsady instrumentalnej jest źródłem napięcia i twórczej inspiracji na całym krążku. Finałowy V5 to utwór znacznie dłuższy od wszystkich poprzedzających go stosunkowo krótkich, 2-4 minutowych, mocno skompresowanych kompozycji. Rozpoczyna się wolnym tempem, stopniowo zagęszczając. Czas jest tu wykorzystywany w zupełnie inny sposób, dając wrażenie większej przestrzeni i zapewniając jednocześnie nieco surrealistyczny relaks. Wybrzmiewa stopniowo, pozostawiając wrażenie odnalezienia przez muzyków improwizacyjnej mantry, ukształtowania spójnego świata dźwięku na przecięciu z kalifornijskich i norweskich ingrediencji.
Obie płyty łączy nieodparta chęć poszukiwania muzycznych światów równoległych, nowych rzeczywistości, kreowanych wskutek zderzenia odmiennych wyobraźni w procesie wspólnego „muzykowania”, kiedy nie możesz być pewien własnych reakcji na muzyczną ekspresję partnera. To improwizacyjne science fiction, którego wielkim urokiem jest możliwość podglądania procesu powstawania. Warto.
Olaf Piotrowski

Sekstett tworzą muzycy skandynawscy, z których najbardziej znanym jest saksofonista i klarnecista Frode Gjerstad. Na tej płycie gra wyłącznie na klarnetach. Zresztą instrumentacja tego nagrania to pierwsze zaskoczenie: Håvard Skaset (gitara), Lene Grenager (wiolonczela), Hild Sofie Tafjord (rożek francuski) Børre Mølstad (tuba) i Guro Skumsnes Moe (kontrabas) to pełny skład tego osobliwego sekstetu, którego twórcy, numerując utwory w konwencji 6.1 – 6.5, wykluczyli grę w tytułowe skojarzenia. Kolejność utworów nie jest jednak przypadkowa, płyta ma czytelną dramaturgię, budowaną na stopniowym zagęszczaniu muzycznej faktury. 6.1 zasadza się na przestrzennym rusztowaniu ze strun kontrabasu, na którym lokują się pozostałe instrumenty, eksponując własne barwy. 6.2 to ekspedycja w ekstrema rejestrów i możliwości sonorystycznych, proces abstrahowania brzmień, zrzucania gorsetu sonicznych możliwości i wykonawczych kagańców. Kolejne utwory utrwalają wrażenia poszukiwania meta-dźwięku na rubieżach tradycyjnych technik wykonawczych. Faktura utworów zagęszcza się, świat dysonansów tworzy własną, uwodzicielską aurę muzycznych abstrakcji. Finałowy utwór znów zasadza się na kontrabasie, wokół którego pozostali wykonawcy budują swoiste unisono partii solowych, bez prób dominacji i prób powrotu w bardziej rozpoznawalne muzycznie konteksty. Następuje niemal naturalna symbioza dźwięków wyobcowanych. Niepokojąca i zaskakująco spójna. Muzyczny odpowiednik wypraw w podwodne światy Jacques-Yves’a Cousteau. Atrakcyjny i barwny, choć w pewien sposób obcy.
Bay / Oslo Mirror Trio to również sekstet, choć zgodnie z tytułem będący zestawieniem dwóch instrumentalnie lustrzanych formacji: Guro Skumsenes Moe, Havard Skaset and Kyrre Laastad (bas, gitara perkusja) reprezentują Oslo, Tony Dryer, Ava Mendoza i Jacob Felix Heule pochodzą z Kalifornii. Płyta jest bardziej monolityczna brzmieniowo, choć nadal instrumentem formującym zręby kompozycji jest bas. Tak jest w otwierającym całość utworze H1, podobnie w kolejnym V3. W H3 instrumenty perkusyjne ingerują w ustaloną percepcję słuchacza sekwencjami nieokreślonych dźwięków, dominując całkowicie. To ścieżka perkusyjnych tyrad wydeptana przez Paula Lyttona i Tony Oxley’a. Budowanie struktur rytmicznych schodzi na dalszy plan, z korzyścią dla eksponowania barw i unikalnych zestawień fakturalnych. Gitary tworzą ciekawy brzmieniowo kontrapunkt, zresztą fakt dublowania obsady instrumentalnej jest źródłem napięcia i twórczej inspiracji na całym krążku. Finałowy V5 to utwór znacznie dłuższy od wszystkich poprzedzających go stosunkowo krótkich, 2-4 minutowych, mocno skompresowanych kompozycji. Rozpoczyna się wolnym tempem, stopniowo zagęszczając. Czas jest tu wykorzystywany w zupełnie inny sposób, dając wrażenie większej przestrzeni i zapewniając jednocześnie nieco surrealistyczny relaks. Wybrzmiewa stopniowo, pozostawiając wrażenie odnalezienia przez muzyków improwizacyjnej mantry, ukształtowania spójnego świata dźwięku na przecięciu z kalifornijskich i norweskich ingrediencji. Obie płyty łączy nieodparta chęć poszukiwania muzycznych światów równoległych, nowych rzeczywistości, kreowanych wskutek zderzenia odmiennych wyobraźni w procesie wspólnego „muzykowania”, kiedy nie możesz być pewien własnych reakcji na muzyczną ekspresję partnera. To improwizacyjne science fiction, którego wielkim urokiem jest możliwość podglądania procesu powstawania. Warto.
Olaf Piotrowski
niedziela, 20 marca 2011
Correction [Sebastian Bergström / Joacim Nyberg / Emil Astrand-Melin] - Two Nights in April, Ayler Records, 2010
Sebastian Bergström: piano
Joachim Nyberg: bass
Emil : drums
Wytwónia: Ayler
Rok wydania: 2010
Muzyka tria Correction to otwarta free jazzowa formuła. Niewiele jednak ma wspólnego z totalną pianistyką spod znaku Cecila Taylora. To jakby poszukiwanie nowych ścieżek w istniejącej już i nazwanej (określonej) muzyce niż poszukiwanie nowych rozwiązań i wytyczanie (przesuwanie) nowych granic. Brak preparacji fortepianu oraz wyraźnie wpływy jazzowej tradycji - od bopu, a nawet swingu (podobnymi odczuciami dzieli się Mats Gustafsson w dołączonym do płyty liner notes) do free - sytuują ją zdecydowanie w kategorii jazz. Nie ma jednak również wiele wspólnego ze skandynawską pianistyką, ani grama kompozycji, momentami tylko motoryka jak z muzyki EST - poza tym kreatywna wyobraźnia i myślenie o muzyce nie w kategorii jednego taktu, ale formy utworu. Pisanie o "telepatycznym porozumieniu wewnątrz zespołu" to w tym przypadku nonsens. Choćby dlatego, że zawsze mają oni jakiś wspólny pomysł na formę utworu, jakby mieli to z góry ustalone lub przedyskutowane, chociażby w małym stopniu (może to być ustalona struktura utworu). Nikt tu bowiem nikomu nie narzuca formy (chociaż prymat pianisty można wychwycić), a nie wydaje się wprost możliwe by tak skończone i zamknięte perełki rodziły w toku kompletnie wolnej improwizacji. Przy tym wszystkim muzyka wciąż potrafi zaskakiwać i w efekcie brzmi jak freejazzowe standardy. Świetne, odkrywcze nagranie, zarejestrowane podczas dwóch koncertów zespołu w kwietniu 2009 roku.
Marcin Jachnik
multikultiproject.blogspot.com
niedziela, 13 marca 2011
Johannes Haage Trio [Johannes Haage / Andreas Lang / Sebastian Merk] "Plays Marlene Dietrich", Meta Records, 2010
Johannes Haage: elektric and acoustic guitar, loops, effects
Andreas Lang: doublebass
Sebastian Merk: drums, electronics, fender rhodes
Wytwórnia: Meta Records
Rok wydania: 2010
Ernest Hemingway powiedział o Marlenie Dietrich: "Gdyby nie miała nic prócz głosu, i tak by ci złamała serce" Niemiecka femme fatalle, nie ukrywała swojej słabości do kobiet fascynując jednocześnie tysiące mężczyzn. Jednym z nich jest niemiecki gitarzysta Johannes Haage. Urodził się i wychował w Hamburgu, już w wieku 5 lat zaczął naukę gry na skrzypcach, dość szybko jednak przeniósł swoje zainteresowania na gitarę i tak już pozostało do dzisiaj.
Współpracował z muzykami tej miary co Bill Frisell, Brad Shepik, Ben Monder, Mark Turner, Dave Douglas, Drew Gress, Ralph Alessi.
Johannes Haage Trio w składzie: Andreas Lang na kontrabasie i Sebastian Merk na perkusji to dzisiaj jeden z najciekawszych europejskich składów. Wydany właśnie ich debiutancki album "Johannes Haage trio plays Marlene Dietrich" to rzadki przykład jazzowej interpretacji pieśni wykonywanych przez Marlenę Dietrich. Ze znanych muzyków chyba tylko amerykański saksofonista Sonny Rollins włączył do swojego repertuaru jej szlagiery.
Prawie wszystkie prezentowane utwory zaaranżowane są jako ballady, przewaznie z wykorzystaniem miękkiego brzmienia gitary akustycznej lub elektrycznej. Jednak zawiedzie się ten kto szukać tu będzie "bezproblemowych balladek", lider prezentuje się jako muzyk niesłychanie sprawny, ale także bardzo wrażliwy. Grając na gitarze elektrycznej zachwyca motoryką i brzmieniem. Muzyka tego tria zyskuje z każdym kolejnym słuchaniem. Jest niezwykle wysmakowana, skupiona i może nawet niezbyt efektowna przy pierwszym słuchaniu, ale każdy dźwięk ma naprawdę duże znaczenie i zaczyna się to dostrzegać później. Dodatkowo prawdziwie audiofilska realizacja sprawia, że jest to wydawnictwo wyjątkowe.
Andrzej Majak
multikultiproject.blogspot.com
wtorek, 15 lutego 2011
Peter Evans / Mats Gustafsson / Agustí Fernández "Kopros Lithos", Multikulti 2010
Peter Evans - trumpet
Mats Gustafsson - baritone sax and alto fluteophone
Agustí Fernández - piano
Wydawnictwo: Multikulti
Rok wydania: 2010
Rozpatrując „Kopros Lithos” w kategoriach jazzu można sobie zrobić krzywdę, choć takie podejście poniekąd usprawiedliwia muzyczna proweniencja artystów. Wszelkie wątpliwości rozwiewane są już na starcie przez psychopatyczny wrzask Gustafssona i następujący po nim atak nerwowo wydobywanych dźwięków, więc nikt nie może stwierdzić, że nie został ostrzeżony. Trio oddaje hołd skrajnie intuicyjnemu podejściu do generowania muzycznych struktur, traktując improwizację jako rytuał wymiany energii, duchowego zjednoczenia, muzyczny ekwiwalent seksu. Aby to było możliwe, konieczne jest całkowite otwarcie na strumień doświadczeń i odrzucenie jakiejkolwiek cenzury emocji. Dlatego też zawartość albumu jest daleka od inteligenckiego pitu pitu akademickiej muzyki współczesnej, choć muzycy kierują się tu podobnymi pobudkami – poszukiwaniem możliwości ucieczki z terenów przynależących do klasycznych stylistyk. Destruktywne uczucia występują tu na takich samych prawach co filozoficzne refleksje – nic, co ludzkie nie jest im obce.
Najbardziej fascynujące są momenty największego stężenia agresji. Momentami trudno uwierzyć, że to, co brzmi jak występ Merzbowa w MTV Unplugged jest efektem gry na akustycznym zestawie: fortepian + trąbka + saksofon. Przeraźliwe ryki i kąśliwe świsty obu dęciaków osiągają maksimum siły rażenia pozbawione towarzystwa charakterystycznych dla hałaśliwego free-jazzu pochodów perkusji. Jej brak znakomicie kompensuje gra Agustiego Fernandeza produkującego industrialną rytmikę i wypełniającego niższe rejestry podszczypywaniem strun i obijaniem obudowy fortepianu. Zarówno kwaśne drony jak i bardziej wyrozumiałe dla uszu fragmenty utworów pełne są smaczków, których obecność ciężko jest umieścić w schemacie przyczyn i skutków – niemożliwe jest określenie, czy mamy do czynienia ze świadomymi bądź nieświadomymi nawiązaniami ze strony muzyków, czy tylko z fanaberiami wyobraźni podejmującej desperackie próby porządkowania nadmiaru informacji płynących z przypadkowych zestawień abstrakcyjnych dźwięków. Ujawniające się w sonicznej mgle formy potrafią przywoływać tak różne skojarzenia jak blues, ścieżka dźwiękowa czarno-białego thrillera, zmutowany breakbeat, odgłosy zarzynanych zwierząt czy zabawa zdezelowaną wiolonczelą. Świadomość daje się porwać dzięki balansowaniu pomiędzy skrajnościami niedopowiedzeń i ekstatycznego noise’u.
Na koniec wątek patriotyczny. Warto podkreślić, że płyta została wydana w Polsce i nie jest to efekt przypadku, lecz wytrwałej pracy wielu ludzi, którym leży na sercu dobro muzyki improwizowanej. „Kopros Lithos” to zapis koncertu, który odbył się w Poznaniu, ale każde większe polskie miasto może się pochwalić klubem, do którego regularnie zapraszane są gwiazdy zza granicy. Te przyjeżdżają chętnie, wiedząc, że zawsze mogą liczyć na gorące przyjęcie ze strony zazwyczaj licznej publiki. Nie bez znaczenia jest także reklama, jaką robią rodzimi instrumentaliści oraz liczące się sporym uznaniem wytwórnie, jak choćby Not Two czy odpowiedzialne za omawiane wydawnictwo Multikulti. To dzięki nim wszystkim dorobiliśmy się nad Wisłą sceny, która rodzi tak znakomite nagrania.
Mateusz Krakwczyk
(screenagers.pl)
sobota, 5 lutego 2011
Bruce Eisenbeil / Klaus Kugel / Perry Robinson / Peter Evans / Hilliard Green "Carnival Skin", Nemu Records, 2006
Klaus Kugel drums, percussions
Hilliard Greene - double bass
Bruce Eisenbeil - acoustic and electric guitars
Peter Evans - trumpet, piccolo trumpet, slide trumpet
Perry Robinson - clarinets
Wytwórnia: Nemu Records
Rok wydania: 2006/2010
Rok 2010 będę wspominał głównie jako rok trębaczy. Tylor Ho Bynum, Nate Wooley i Peter Evans zaoferowali nam z końcem dekady wiele przyjemności w naprawdę różnych wariantach. I o ile Ho Bynum jest dla mnie ewidentną gwiazdą 2010, o tyle Peter Evans najmocniej mnie zaintrygował. Nic więc dziwnego, że rozpocząłem małe poszukiwania, których wynikiem było znalezienie nagrania Carnival Skin - oryginalnie wydane w 2006 roku, zaś w naszym kraju dostępne od kwietnia 2010.
Zespół Carnival Skin został powołany z inicjatywy gitarzysty Bruce'a Eisenbeila i perkusisty Klausa Kugela, a na prestiż nagrania wpłynęło zaproszenie takich legend, jak Perry Robinson i Hilliard Greene. Peter Evans jako zupełnie młody, acz znany już wtedy ze swojej wszechstronności i innowacyjności, stanowi swoistą wisienkę na torcie.
Rzadko kiedy widzi się takie równouprawnienie w kwintecie, aby każdy muzyk miał możliwość zaoferowania własnej kompozycji. Utwór szósty sygnowany jest wszystkimi pięcioma nazwiskami. Mogłoby to prowadzić do konkluzji, że płyta będzie nierówna bądź dryfująca po skrajnie różnych obszarach muzyki improwizowanej. Otóż tak nie jest.
Za jej równy poziom odpowiada rewelacyjna atmosfera lat siedemdziesiątych zbudowana przez gitarzystę Bruce'a Eisenbeila. Sięgnął on po inspiracje u takich gitarzystów, jak Robert Fripp czy Chris Spedding, przez co momentami miałem skojarzenia z albumem "Islands" King Crimson oraz z pierwszymi płytami Nucleusa. Nie chciałbym jednak nikogo wprowadzić w błąd. Po album nie powinni sięgać ci fani In The Court In The Crimson King, którzy przewijają abstrakcyjną improwizację w utworze "Moonchild", oraz ci Nucleusowcy, którzy cierpią, gdy Spedding wdaje się długie, niepodparte wyraźnym rytmem i melodią wymiany z pozostałymi członkami Nucleusa. Carnival Skin jest mocno improwizowane, tyle że dzięki wewnątrz zespołowemu równouprawnieniu improwizacje te są bardzo zróżnicowane.
Każdy z sześciu utworów ma swój sznyt i wcale nie jest tak, że koreluje on bezpośrednio z tym, czego moglibyśmy od danego autora oczekiwać. Szczególnym szokiem jest utwór Evansa, którego podejrzewałbym o różnego rodzaju eksperymenty, ale przede wszystkim o młodzieńczą brawurę, tymczasem otrzymaliśmy wspaniałą, snującą się kompozycję, trącącą pamiętną płytą "Linear B" Po Music Joe McPhee. Dobitna, prowadząca linia basu wraz z wariacjami gitary (z jednej strony przypominającymi Raymonda Boni, z drugiej Frippa) i pięknymi improwizacjami zmierzającymi do kulminacji, dały rezultat absolutnie wyjątkowy, a przy tym bardzo przystępny.
Doskonale brzmi kompozycja Hilliarda Greene'a, który postawił najmocniej na swoiste (ciekawe czy przypadkowe) nawiązanie do klimatu King Crimson i Nucleusa. Niektóre partie gitary Eisenbeila są jak żywcem wyjęte z płyt tych cudownych zespołów, a wiodące solo grane smykiem na kontrabasie wprowadza melancholijny nastrój, by po chwili skierować balladę ku natchnionej zbiorowej eksplozji.
Ważne aby pamiętać, że Carnival Skin to jednak pozycja stricte freejazzowa, a skojarzenia którymi się tu dzielę dotyczą głównie pewnego nastroju i brzmienia. Na pewno warto po nią sięgnąć także ze względu na udział Perry Robinsona - trochę, wbrew swojej pozycji, niedostrzeganego przez naszą polską publiczność, oraz Bruce'a Eisenbeila, który może być, zupełnie niezasłużenie, gitarzystą w ogóle nieznanym.
Jedyny mały minusik dotyczy realizacji nagrania, które w chwilach improwizowanych kulminacji staje się mało selektywne.
Marcin Kiciński
poniedziałek, 31 stycznia 2011
Rafal Mazur / Keir Neuringer "Unison Lines", Not Two, 2010
Rafal Mazur - acoustic bass guitar
Keir Neuringer - alto saxophone
Wytwórnia: Not Two
Rok wydania: 2010
Kiedy miałem jakieś 10 lat, ojciec zabrał mnie do kina na film fantastycznonaukowy zatytułowany „Spotkanie na Kasjopei”. Oto fabuła: grupa radzieckich pionierów leci w kosmos , aby udzielić internacjonalistycznej pomocy kasjopejczykom. Kiedy docierają na miejsce, zamiast nich spotykają jednak tylko roboty przypominające nieco hippisów w spodniach z rozszerzanymi nogawkami i metalowym afro na głowach, które - jak się okazało - przejęły w międzyczasie władzę nad globem. Jak udało im się tego dokonać? Otóż wybudowały na planecie coś w rodzaju pułapek mamiących tubylców muzyką. Kto raz jej posłuchał, nie był w stanie jej się oprzeć i ginął przepojony złudnym poczuciem szczęścia. „Co to za muzyka?” – zadałem szeptem pytanie ojcu. „To jazz” - odpowiedział.
Skąd te wszystkie skojarzenia? Z powodu płyty amerykańskiego saksofonisty Keira Neuringera i polskiego basisty Rafała Mazura, zatytułowanej „Unison Lines”. Mam ją od początku grudnia zeszłego roku, ale zamiast przesłuchać i od razu napisać recenzję, wpadłem w Czarną Dziurę. Podzieliłem los mieszkańców Kasjopei, muzyka przejęła nade mną władzę, weszła ze mną w relację na tyle głęboką, że nie chciałem się nią z nikim dzielić. Kiedy największym wysiłkiem woli oderwałem się w końcu od niej (być może mam jednak w sobie coś z radzieckiego pioniera!), postanowiłem jakoś odnotować fakt istnienia tak niezwykłej płyty.
Kiedyś zadano Billowi Evansowi pytanie: co to jest jazz? Na co ten odparł, że szukając odpowiedzi nie trzeba pytać, „czym jest jazz” tylko „jak się go tworzy”. Z punktu widzenia „jak” muzyka grana przez Neuringera i Mazura to bez wątpienia jazz: świeża, kreatywna, stanowiąca wyzwanie dla słuchacza, a przede wszystkim ich własna. To free jazz ostry jak skalpel, równie jak on bezkompromisowy i wymagający, którym twórcy tej płyty, niczym para chirurgów-czarnoskiężników ze słynnej książki Jurgena Thorwalda, błądzą po ludzkim ciele w poszukiwaniu duszy. I odsłaniają w nas to, co najpiękniejsze: wewnętrzne światło, dzięki któremu każdy człowiek może nawiązać bezpośrednią więź z niematerialnym, duchowym, transcendentnym. Muzyka ta wpisuje się doskonale w tradycję wielkich mistycznych polskich płyt, takich jak kiedyś „Matka Joanna Od Aniołów” Tomasza Stańki, „Salve Regina” Piotra Barona czy niedawno „The Passion” Undivided czy „Hera” Wacława Zimpela.
Z poziomem muzycznym koresponduje rewelacyjny design artystyczny wydawnictwa autorstwa Piotra Jakubowicza z RedBoxDesign i mecenat Marka Winiarskiego z dumy polskiego jazzu jaką stało się wydawnictwo Not Two. Krótko mówiąc, obowiązkowa płyta w katalogu każdego wielbiciela free jazzu.
Maciej Nowotny
(kochamjazz.blox.pl)
niedziela, 30 stycznia 2011
Jason Moran "Ten", Blue Note 2010
Jason Moran: piano;
Tarus Mateen: bass;
Nasheet Waits : drums
Wytwórnia: Blue Note
Rok wydania: 2010
Jak pokazały praktycznie wszystkie jazzowe podsumowania, miniony rok miał jedną twarz: Jasona Morana. Nie tylko jego autorska płyta "Ten" triumfowała w zestawieniach niezliczoną ilość razy (m.in. NY Times, LA Times, JazzTimes, The Village Voice) ale w rankingu tego ostatniego płyty z udziałem młodego pianisty zajęły miejsca 1, 2, 4 i 10.
Choć rodzice Morana katowali go jazzem w samochodzie, a nawet, na dwa dni przed rozwiązaniem, zabrali go (jeszcze w fazie płodowej) na koncert Pharoah Sandersa, naturalnym językiem chłopaka z Houston przełomu lat 80/90 był rap. Stąd też cytowana już przeze mnie historia opowiedziana Maciejowi Karłowskiemu (Jazz Forum) przez Macieja Obarę:
"JF: Miałeś z nim zajęcia?
MO: Tak, z jego zespołem. I powiem szczerze, były to zajęcia, po których można dostać zawrotu głowy. Zaczęły się trochę nietypowo i zaskakująco, jak dla mnie. Moran przyniósł ze sobą kilka płyt. Zagrał fragmenty każdej, po czym wyłączył sprzęt i powiedział jasno „To jest moja kultura! W otoczeniu takiej muzyki się wychowałem. Taka muzyka jest dla mnie ważna. Jest ona częścią mnie i reprezentuje moim zdaniem to, co dzisiaj jest żywe w muzyce Afroamerykanów”. Z głośników popłynęły natomiast nagrania jego kolegów raperów, którzy przeklinali siarczyście i opowiadali w swoich tekstach bardzo groźne rzeczy. O większości nie słyszałem nigdy i pewnie nigdy więcej nie usłyszę. To było trochę szokujące.
JF: To, że przyznał się otwarcie, że hip-hop jest dla niego ważny?
MO: Nie to, choć po części też. My, znając go z płyt czy koncertów, zwykliśmy postrzegać go jako bardzo utytułowanego, bardzo ważnego i wyśmienitego pianistę jazzowego. A tu słowo jazz przez dłuższy czas wcale nie padło. Szokujące najbardziej było to, że ani przez chwilę w ustach Morana nie pojawiło się zwątpienie, że najważniejsze jest być w muzyce jak najbardziej uczciwym wobec siebie. Wychowałeś się na Bronksie, to nie udawaj, że to nie twoja muzyka i nie twoja kultura.”
Moran szybko jednak zasłuchał się także w muzyce Theloniousa Monka. Uznał, że to właśnie w jego grze wszystko jest tak, jak być powinno. Ponieważ zaś wychowywał się w domu, w którym sztuka i artyści pojawiali się na porządku dziennym, równolegle do jazzu zajmowało go XX wieczne malarstwo. Chociaż mówi o sobie: uzależniony od komputera Teksańczyk, który gra na pianinie, obie pasje pozostały w nim do dziś. Na jego kolejnych płytach znaleźć można nawiązania do dzieł Basquiata (utwór "JAMO meets SAMO" z płyty "Soundtrack for a Human Motion"), Egona Schiele czy teorii amerykańskiego artysty interdyscyplinarnego Roberta Rauchenberga (kolażowa konstrukcja albumu "Black Star").
Jego trio, z którym gra do dziś pod szyldem "The Bandwagon" (Tarus Mateen na basie i Nasheet Waits na perkusji) zadebiutowało na rynku płytą "Soundtrack to Human Motion" w 1999 roku. Zespół z miejsca stał się jednym z najgorętszych składów amerykańskiej sceny. Przez kolejne dwa lata powstały "Facing left" i "Black Star" z udziałem legendarnego multiinstrumentalisty free jazowego Sama Riversa. Liczba nagród jakie zebrały te nagrania (Stowarzyszenia jazzowych krytyków amerykańskich JJA, opiniotwórczych gazet) jest zbyt długa by ją tu cytować. Wspomnę tylko o jednym wyróżnieniu: przyznanym Moranowi MacArthur Fellowship, zwanym Genius Award - to mówi samo za siebie.
Konsekwencją tych sukcesów były zaproszenia płynące pod adresem pianisty z najróżniejszych instytucji. Kilkakrotnie gościł już np. w legendarnym MoMA (Museum of Modern Arts, NYC). Ostatnio wspólnie z Glennem Ligonem stworzył film "Śmierć Toma" w ramach wystawy poświęconej pionierom amerykańskiej kinematografii. Obraz z muzyką Morana nawiązuje do końcowych scen filmu Thomasa Eddisona "Chata wuja Toma" z 1901 roku. Ostatnio "The Bandwagon" nagrał ścieżkę dźwiękową do filmu dokumentalnego, opisujcego wizytę Roberta Kennedyego w RPA w czasie apartheidu. Film nosi tytuł "Szmer Nadziei". Innym, mniej politycznie zaangażowanym przedsięwzięciem, do którego zaproszono młodego pianistę było "In My Mind: Monk at Town Hall, 1959" - multimedialny projekt nawiązujący do słynnej płyty Theloniousa Monka. W swoim dorobku ma także Moran muzykę do przedstawienia baletowego pt. "Refractions", wielu instalacji wideo a w tym roku powinna objawić się światu jego wspólna praca z Mshell Ndgeochello poświęcona muzyce Fatsa Wallera.
W przerwie od studyjnego grania z trio Moran nagrał albumy: solowy pt. "Modernistic", studium nad bluesem pt. "Same mother" (bo jazz i blues mają wspólną matkę, ale różnych ojców), "Artist in Residence" zbierającą jego "prace zlecone", będące często ponad-gatunkowymi, multimedialnymi eksperymentami a także zarejestrował koncertowy album swego trio "The Bandwagon life at Village Vanguard". Obok pracy jako leader, przez ostatnie lata Moran zasilał swoim talentem zespoły wielu mistrzów, takich jak Charles Lloyd ("Rabo de Nube", "Mirror", wspólnie wystąpili w zeszłym roku we Wrocławiu), Rudresh Mahanthappa i Bunky Green ("Apex"), Paul Motian ("Lost in dream"), Christian McBride ("Live at Tonic"), Steve Coleman, Lee Konitz, Don Byron czy Cassandra Wilson.
Po pracy Moran wraca do pięknej żona sopranistki Alice Hall Moran (z którą czasem spotyka się również na scenie) oraz do dwóch, małych jeszcze, bliźniaków. W wolnym czasie dokupuje kolejne okazy do swojej kolekcji dizajnerskich mebli. W trasę zabiera ze sobą zawsze, stołeczek do fortepianu, wymyślony specjalnie dla niego przez duńską projektantkę Susanne Forsgreen.
"TEN"
Płyta "Ten" czyli dziesięć, nazywa się tak dla uczczenia dekady wspólnego grania Morana, Mateena i Waitsa, a za razem jest to ich powrót do studia po ośmiu latach od "Black Star".
Okładka albumu nawiązuje do prostych, oszczędnych wydań nagrań Blue Note sprzed lat. Zaprojektował ją Adam Pendelton. 10 kropek w ruchu, skierowanych w określonym kierunku. Z boku napis "Jason Moran". Bez zbędnych wariacji, nawet bez tytułu płyty.
Na krążku zaś 13 kompozycji. Jak na płytę "jubileuszową" przystało, istotną część albumu stanowią hołdy złożone wielkim nauczycielom Morana - Andrew Hillowi ("Play to live"), Theloniousowi Monkowi ("Crepuscule With Nellie") czy mniej znanemu kompozytorowi Conlonowi Nancarrowowi ("Study no. 6"), który jako jeden z pierwszych pisał utwory na pianolę, wykorzystując potencjał maszyny jako wykonawcy, w miejsce żywego pianisty. Poza tym na płycie znaleźć można temat z wspomnianego już filmu dokumentalnego "RFK in the Land of Apartheid", utwór napisany do przedstawienia baletowego ("Pas De Deux-Lines Ballet"), do tego znany z wcześniejszych albumów basquiat'owski "Gangsterism" a także garść zupełnie nowych kompozycji. Jak powiedział w jednym z wywiadów sam Moran o kluczu repertuarowym "Ten" "Czasami najlepiej jest po prostu grać".
Trudno do płyty tak obsypanej nagrodami nie podejść z wielkimi oczekiwaniami. Moran jednak nie stara się tu wcale wymyślić cudów. To rzeczywiście zbiór jego imponującego dorobku artystycznego i mapa muzycznych poszukiwań. Album jest wręcz zaskakująco przystępny i melodyjny, jednak pod tą powierzchnią znajduje się wirtuozeria i polot świetnie rozumiejących się muzyków. Do tego Moran wie, że może sobie pozwolić np. na wstęp do utworu "Old Babies" wykonany przez niego na fortepianie oraz jego śpiewająco-podgadujące, niemówiące jeszcze bliźniaki.
Wydaje się, że topowi pianiści amerykańscy tacy jak Moran czy Vijay Iyer idą w pewien sposób podobną drogą - bardzo świadomi pochodzenia i historii muzyki improwizowanej (obaj są uczniami Andrew Hilla), przetwarzają ją, wzbogacając język jazzu o swój, czy to południowy akcent i miłość do hip hopu Morana czy to hinduskie korzenie i muzyczne dorastanie przy Michaelu Jacksonie Iyera. Na swoich płytach opowiadają jednak odrębne, osobiste, autobiograficzne historię.
Kajetan Prochyra
(http://klimatumiarkowanycieply.blogspot.com/)
czwartek, 27 stycznia 2011
Foton Quartet "Zomo Hall", Not Two, 2010
Gerard Lebik - ts, contra alto clarinet
Artur Majewski - tp
Jakub Cywiński - b
Wojciech Romanowski - dr
Wydawnictwo: Not Two
Rok wydania: 2010
Już dawno żadna płyta nie sprawiła mi tylu problemów. Słucham jej namiętnie, wracam regularnie, zachwycam się notorycznie, ale zupełnie nie wiem, co napisać. Recenzencka niemoc jest dla mnie samego konsternująca, ale dla płyty stanowi nie lada pochwałę, bo przecież jeśli nie wiem, co z czego, to może znaczyć, że mamy z czymś nowym do czynienia. I choć to trudne do przełknięcia, bo przecież z naszego to podwórka, mimo nieładu w mojej głowie, chyba zaryzykuję i pokłonię się przed Foton Quartet.
Bo grają tak, jak się powinno opowiadać. Snują historie, pełne dygresji i ozdobników. Wyobraźnia podsuwa kolejne anegdoty, ale warsztat językowy pilnuje równowagi, co by z tego elaboratu zamiast bełkotu i nudy wyszła wzorowa wypowiedź. Więc pojawia się temat za tematem, jest akcja i jej zwroty - te gwałtowne i subtelne, i mnóstwo się dzieje wokół tych tematów, zwłaszcza że mówców jest czterech, a czas jeden. Ale nikt się specjalnie czasem nie przejmuje, wręcz drwi z niego. Opowieść zaprzecza czasowi i przeciąga chwile, lub zwalniając hamulec, uruchamia lawinę zdarzeń...
I gdy już tak siedzę i słucham po raz kolejny tego wielogłosu, to znowu stwierdzam, że mimo iż już coś rozpoznaję, to ciągle nie czuję, że jestem bliski poznania. Piszę "znowu", choć bywało różnie, czyli właściwie też zupełnie odwrotnie: kolejny raz słuchałem, a zupełnie inne wątki mnie pochłaniały i od tematu odwodziły, przez co tym bardziej obco się czułem, ale przy tym bardziej zaciekawiony. Pytanie, co wygra: poznanie i pewność czy obcość i zaciekawienie. Jeśli Foton Quartet jest tak dobry, jak mi się wydaję, to w tej walce nie będzie rozstrzygnięcia.
Marcin Kiciński
niedziela, 23 stycznia 2011
Marcin Masecki “John”, Lado ABC, 2010
Marcin Masecki - piano
Wytwórnia: Lado ABC
Rok wydania: 2010
Marcin Masecki to jedna z najbardziej barwnych postaci stołecznej sceny improwizowanej. Ten wykształcony pianista, który doskonalił swoją grę na studiach w Bostonie, umiejętnie porusza się na granicy sztuki wysokiej i niskiej. Albo inaczej: poddaje w wątpliwość podział, który wielu już mierzi, drażni albo uznaje za sztuczny i wymuszony; coś, co jest kwestionowane także przez wielu innych artystów. W wywiadach opowiada o tym, że woli grać dla ludzi z otwartymi głowami, zwolenników braku istotnych granic między stylami, konwencjami, muzyką gorszą czy lepszą. A do tego nie wybiera sobie ciepłej posadki nadwornego pianisty wszystkich Polaków, a przecież mógłby - umiejętnościami nie odbiega od Leszka Możdżera. Masecki ma jednak inna wizję: godną szacunku i nieustannego wspierania. „John” uwypukla zresztą ten obraz: wskazuje, że mamy do czynienia z klasycznym instrumentalistą, który na koncertach gra muzykę niemiecką z XVIII wieku i fascynuje się Bachem. Nie jest jednak mentalnym ramolem, którego krępują konwenanse. Na następcy „Boba” pomysłowość, twórcze podejście do zabawy dźwiękiem i odpowiednie mieszanie konwencjami, biorą górę nad chłodną kalkulacją. Masecki wyznaje zasadę lo-fi - na płycie zamieszcza impresje, mniej lub bardziej domknięte formy, schodzi z trajektorii wytyczonych przez daną linię melodyczną, by celowo zaskoczyć dysonansem rozstrojonego fortepianu. Mógłby nagrać ten album w filharmonii, przy udziale nadętych elegancików w długich frakach. Wybiera jednak inną drogę. I pokazuje przy okazji, że jeszcze wiele dobrego możemy się po nim spodziewać.
Piotr Wojdat
wtorek, 18 stycznia 2011
Mulatu Astatke "Mulatu Steps Ahead", Strut, 2010
Mulatu Astatke
"Mulatu Steps Ahead"
Wytwórnia: Strut
Rok wydania: 2010
Eteryczny temat otwierającego „Radcliffe” snuje się przez niemal osiem minut, pozostawiając słuchacza w otępieniu, któremu daleko do uczucia błogości; na zbudowanej z brzmienia fletu podstawie, leniwa trąbka wygrywa niezorganizowaną melodię. Niby wszystko jest tu senne, niekonkretne i rozmyte do postaci egzotycznej halucynacji, ale już od pierwszych nut „Mulatu Steps Ahead” wyraźnie słychać, że etiopski muzyk tym razem postawił na maksymalnie skoncentrowany materiał, który stawia go w pierwszym rzędzie współczesnych kompozytorów z pogranicza jazzu i Bóg-wie-czego-jeszcze. Wierzcie lub nie, ale ten 67-letni cwaniak naprawdę dokonał znakomitego samorozwoju.
Astatke, legenda afrykańskiej muzyki ostatniego półwiecza, bardziej doceniany niż znany, po zeszłorocznym, doskonałym albumie nagranym w towarzystwie Heliocentrics, w końcu ma szanse wyłożyć swoje najlepsze karty. Oczywiście już „Inspiration Information” potwierdziła, że artysta jest w formie, która pozwala mu bez trudu dyskontować dokonania młodości, ale dopiero „Mulatu Steps Ahead” wydaje się w pełni świadomym i opanowanym etapem tej nowej drogi twórczej. Tam, gdzie „Inspiration…” porażała świeżością i odwagą, „Mulatu Steps Ahead” paradoksalnie wykonuje krok w tył – etiopski kompozytor sięga do swoich korzeni. Z jednej strony przywołuje ducha nagrań, które odkryły go dla świata (dziś można ich posłuchać za pośrednictwem przeglądowego wydawnictwa „New York-Addis-London: The Story of Ethio Jazz 1965-1975”, również z 2009 r.), z drugiej odstępuje od hermetycznego języka etio-jazzu i zapuszcza się głęboko w gąszcz współczesnej muzyki ilustracyjnej. Astatke, który przez pół wieku zwiedził znaczną część świata, teraz w pełni oddaje potencjał wypełniających go inspiracji.
Historia Mulatu Astatke i muzyki Etiopii w ogóle jest kluczem niezbędnym dla zrozumienia fenomenu „Mulatu Steps Ahead” i wcześniejszych, zapomnianych albumów kompozytora z Addis Abeby. Miles Cleret w swoim eseju poświęconym twórczości Astatke, zwracając uwagę na kulturalną i cywilizacyjną izolację kraju Hajle Selasje, pisze: Żadna z wielkich egzotycznych, współczesnych form nie wykształciła się w pełni autonomicznie (…) Aczkolwiek transatlantyckie, muzyczne szlaki, które transportowały pomysły w tę i z powrotem, nie sięgały wyżyn Etiopii (…). Gdy w tym samym czasie w innych, kolonialnych państwach Afryki, obsługujące białą klientelę, czarne jazzbandy powstawały jeden za drugim, Etiopia pozostawała w znacznej mierze nieskażona popkulturowym pierwiastkiem. Dlatego rola Mulatu Astatke w rozwoju muzyki swojego kraju jest tak ogromna; Astatke opuścił Afrykę w wieku lat 16, by przez Europę trafić do Ameryki. Szybko porzucił zaplanowaną dla niego ścieżkę edukacji i oszołomiony światem jazzu, który poznał w londyńskim Soho, rozpoczął eksperymenty nad autorskim stylem – etio-jazzem – opartym o tradycyjne etiopskie melodie i zachodnią harmonikę oraz instrumentację. Gdy wypróbowawszy w Nowym Jorku swój fascynujący pomysł, powrócił do ojczyzny, z miejsca stanął na czele nowej (pop)kulturowej rewolucji ostatnich lat reżimu Selasje. I choć był dla swojego kraju kimś takim jak Antonio Carlos Jobim dla Brazylii, Mulatu Astatke aż do ponownego odkrycia go za pośrednictwem słynnych już składanek „Ethiopiques”, zdołał zrealizować przez lata ledwie kilka zapomnianych albumów i napisać garść popularnych w Etiopii piosenek.
„Mulatu Steps Ahead” jest zatem płytą, na której nagranie Astatke czekał całe swoje artystyczne życie (a przynajmniej od czasu „Yekatit” z ’74 r.). Ukazuje tego muzycznego wagabundę jako niezwykle kompetentnego kompozytora u szczytu twórczych możliwości. Uszyta z gęstych melodii, pozornie nieprzystępna powłoka albumu jest wysoce ornamentowanym dziełem zapatrzonym w dokonania tuzów jazzowej orkiestracji – od Ellingtona, przez Mingusa, na tych „prostszych” (Badalamenti?) skończywszy. Mulatu sięga po klasyczne, archaiczne nawet środki wyrazu, ale jego muzyka ani na chwilę nie traci waloru dzieła uniwersalnego, zawieszonego poza modą i czasem (pochodzące z 1966 r., a nagrane tu na nowo „I Faram Gami I Faram” wciąż brzmi jak nic, co dotąd mieliście okazję słyszeć). Jest to skomplikowana struktura, która na pozór może wydać się nieprzenikalną – tym bardziej, że w porównaniu z silnie zrytmizowanym „Inspiration Information, „Mulatu…” jest albumem sennym i otępiającym – jednak, gdy porzucić oczekiwanie prostych, zażerających fraz, a w ich miejsce przyjąć powolny rozwój akcji charakterystyczny dla jazzu spod znaku „Kind Of Blue”, nowa płyta Astatke ma wiele do zaoferowania. Gdy młody Etiopczyk w Nowym Jorku zakładał swój pierwszy zespół, przyświecała mu szczytna idea równoprawnego zestawienia ze sobą dwóch zupełnie obcych kultur. 40 lat później, „Mulatu Steps Ahead” zdaje się być kontynuacją pomysłu, że kultury ucierać można na równych prawach, nie traktując żadnej z nich jako pretekstu, ale obie jako okazję.
Paweł Sajewicz
(Screenagers.pl)
Chris Lightcap's Bigmouth "Deluxe", Clean Feed, 2010
Andrew D'Angelo (as),
Chris Cheek (ts),
Chris Lightcap (b),
Craig Taborn (p),
Gerald Cleaver (d),
Tony Malaby (ts),
Wytwórnia: Clean Feed
Rok wydania: 2010
Zarówno nastawione na awangardę rankingi europejskich blogerów jak i zupełnie mainstreamowe amerykańskie zestawienia Village Voice czy AllAboutJazz uznały, że miniony rok należał w dużej mierze do artystów związanych z wytwórnią Clean Feed. Albumy ze znakiem tego portugalskiego wydawnictwa, choć prawie nad Wisłą niedostępne, mają u nas coraz większe grono miłośników, by nie powiedzieć "wyznawców". Długo zastanawiałem się który tytuł z ich katalogu wybrać (na początek) na naszą płytę tygodnia. Fenomenalny koncert grupy Angles pt. "Epileptical West" czy też wielokrotnie oklaskiwany dwupłytowy album Adam Lane's Full Throttle Orchestra pt. "Ashcan Rantings". W końcu zdecydowałem się na papierek lakmusowy nowej amerykańskiej sceny jazzowej: Chris Lightcap's Bigmouth i album "Deluxe".
Dlaczego papierek lakmusowy?
Choć może nazwisko leadera - kontrabasisty Chrisa Lightcapa - nie budzi jeszcze zbyt wielu skojarzeń, to jego koledzy - Craig Taborn i Gerald Cleaver już powoli powinni. Pierwszy jest za oceanem nowym, choć już nie takim bardzo młodym, talentem jazzowego fortepianu (tradycyjnego a częściej elektrycznego). Miarą jego potencjału mogą być chociażby wspólne płyty z Roscoe Mitchellem (na ostatniej, "Far side", grał na klawiszach obok Vijay'a Iyera). W tym roku nakładem ECMu ukaże się jego pierwsza płyta solo.W międzyczasie pracuje z Tomaszem Stańko i jego nowym, arcyciekawym zespołem (jeden Fender-Rhodes Taborn, drugi Dominik Wania, Sławomir Kurkiewicz na kontrabasie, Joey Baron na perkusji i Stańko.. na trąbce). Gerald Cleaver to częsty towarzysz Taborna za zestawem perkusyjnym, ogromnie lubiany przez muzycznych cudownych szaleńców takich jak Marilyn Crispell, David Torn, Henry Threadgil czy William Parker. .
Skład Bigomuth dominują jednak saksofony: dwa tenorowe - Chris'a Cheeka i Tony'ego Malaby'ego oraz alt Andrew D'Angelo. Pierwszy z nich pojawił się na przeszło 60 albumach, m.in. Paula Motiana czy Charlie Haden Liberation Music Orchestra. Wydał także trzy autorskie albumy dla Fresh Sound. Malaby to doświadczony muzyk, jedna z gwiazd Clean Feed, w minionym roku wydał studyjny i koncertowy album swojego trio Tamarindo z Williamem Parkerem na kontrabasie i Nasheetem Waitsem na bębnach (tym samym, z którym Maciej Obara nagrał album "Four").
Sam Lightcap grywał wcześniej z muzykami od Reginy Carter po Marca Ribota i Anthony Colemana.
Panowie w tym składzie wydali wcześniej album pod tytułem "Bigmouth" w ekstraklasie juniorów, czyli serii wydawniczej Fresh Sound New Talent (tej samej, w której dwa lata temu ukazał się krążek "Children's Episode" tria Piotra Wyleżoła). Obecnie jego zespół można usłyszeć w klubie "The Stone" Johna Zorna.
Zagęszczenie nazwisk, tytułów płyt i wydawnictw na jeden akapit jest oczywiście absurdalnie duże, z drugiej jednak strony kolejne odsłony wydawnicze Clean Feed zdają się zachęcać do googlowania i szukania wzajemnych muzycznych powiązań artystów. Portugalczycy przedstawiają fascynujący świat brzmień, absolutnie poza obiegiem głównego nurtu, odsłaniający prawdziwe muzyczne życie Nowego Jorku, USA, Europy i reszty świata...
Co znajdziemy na "Deluxe"?
Przede wszystkim melodie, bogate brzmienie i energię. Fantastycznie współbrzmi ze sobą sekcja rytmiczna wraz z organami Taborna wespół z trzema, raz przeplatającymi się, raz przekrzykującymi, a raz grającymi jak orkiestra saksofonami. Właściwie każdy utwór jest świetny - od otwierającego płytę elektrycznego, nu-jazzowego "Platform", przez kapitalną balladę "Silvertone", której ostatnia część to pierwszorzędny koncert na trzy saksofony, melodyjny "Ting", nastrojowy, oszczędny "Year of the Rooster" czy w zupełnie inny sposób nostaligiczny "The Clutch" lub improwizowany, krzykliwy "Fuzz".
Trudno jasno uznać kto nadaje ton tej małej orkiestrze, tak świetnie uzupełniają się ze sobą muzycy: czy to otwierający groovowym pochodem Lightcup z Cleaverem, czy elektryzujący Taborn, czy fenomenalni saksofoniści. Płyta jest z jednej strony bardzo łagodna, miła i przyjemna, z drugiej na każdym rogu czai się porządny jazzowy pazur. Album z charakterem.
Kajetan Prochyra
http://klimatumiarkowanycieply.blogspot.com/
Chris Cheek (ts),
Chris Lightcap (b),
Craig Taborn (p),
Gerald Cleaver (d),
Tony Malaby (ts),
Wytwórnia: Clean Feed
Rok wydania: 2010
Zarówno nastawione na awangardę rankingi europejskich blogerów jak i zupełnie mainstreamowe amerykańskie zestawienia Village Voice czy AllAboutJazz uznały, że miniony rok należał w dużej mierze do artystów związanych z wytwórnią Clean Feed. Albumy ze znakiem tego portugalskiego wydawnictwa, choć prawie nad Wisłą niedostępne, mają u nas coraz większe grono miłośników, by nie powiedzieć "wyznawców". Długo zastanawiałem się który tytuł z ich katalogu wybrać (na początek) na naszą płytę tygodnia. Fenomenalny koncert grupy Angles pt. "Epileptical West" czy też wielokrotnie oklaskiwany dwupłytowy album Adam Lane's Full Throttle Orchestra pt. "Ashcan Rantings". W końcu zdecydowałem się na papierek lakmusowy nowej amerykańskiej sceny jazzowej: Chris Lightcap's Bigmouth i album "Deluxe".
Dlaczego papierek lakmusowy?
Choć może nazwisko leadera - kontrabasisty Chrisa Lightcapa - nie budzi jeszcze zbyt wielu skojarzeń, to jego koledzy - Craig Taborn i Gerald Cleaver już powoli powinni. Pierwszy jest za oceanem nowym, choć już nie takim bardzo młodym, talentem jazzowego fortepianu (tradycyjnego a częściej elektrycznego). Miarą jego potencjału mogą być chociażby wspólne płyty z Roscoe Mitchellem (na ostatniej, "Far side", grał na klawiszach obok Vijay'a Iyera). W tym roku nakładem ECMu ukaże się jego pierwsza płyta solo.W międzyczasie pracuje z Tomaszem Stańko i jego nowym, arcyciekawym zespołem (jeden Fender-Rhodes Taborn, drugi Dominik Wania, Sławomir Kurkiewicz na kontrabasie, Joey Baron na perkusji i Stańko.. na trąbce). Gerald Cleaver to częsty towarzysz Taborna za zestawem perkusyjnym, ogromnie lubiany przez muzycznych cudownych szaleńców takich jak Marilyn Crispell, David Torn, Henry Threadgil czy William Parker. .
Skład Bigomuth dominują jednak saksofony: dwa tenorowe - Chris'a Cheeka i Tony'ego Malaby'ego oraz alt Andrew D'Angelo. Pierwszy z nich pojawił się na przeszło 60 albumach, m.in. Paula Motiana czy Charlie Haden Liberation Music Orchestra. Wydał także trzy autorskie albumy dla Fresh Sound. Malaby to doświadczony muzyk, jedna z gwiazd Clean Feed, w minionym roku wydał studyjny i koncertowy album swojego trio Tamarindo z Williamem Parkerem na kontrabasie i Nasheetem Waitsem na bębnach (tym samym, z którym Maciej Obara nagrał album "Four").
Sam Lightcap grywał wcześniej z muzykami od Reginy Carter po Marca Ribota i Anthony Colemana.
Panowie w tym składzie wydali wcześniej album pod tytułem "Bigmouth" w ekstraklasie juniorów, czyli serii wydawniczej Fresh Sound New Talent (tej samej, w której dwa lata temu ukazał się krążek "Children's Episode" tria Piotra Wyleżoła). Obecnie jego zespół można usłyszeć w klubie "The Stone" Johna Zorna.
Zagęszczenie nazwisk, tytułów płyt i wydawnictw na jeden akapit jest oczywiście absurdalnie duże, z drugiej jednak strony kolejne odsłony wydawnicze Clean Feed zdają się zachęcać do googlowania i szukania wzajemnych muzycznych powiązań artystów. Portugalczycy przedstawiają fascynujący świat brzmień, absolutnie poza obiegiem głównego nurtu, odsłaniający prawdziwe muzyczne życie Nowego Jorku, USA, Europy i reszty świata...
Co znajdziemy na "Deluxe"?
Przede wszystkim melodie, bogate brzmienie i energię. Fantastycznie współbrzmi ze sobą sekcja rytmiczna wraz z organami Taborna wespół z trzema, raz przeplatającymi się, raz przekrzykującymi, a raz grającymi jak orkiestra saksofonami. Właściwie każdy utwór jest świetny - od otwierającego płytę elektrycznego, nu-jazzowego "Platform", przez kapitalną balladę "Silvertone", której ostatnia część to pierwszorzędny koncert na trzy saksofony, melodyjny "Ting", nastrojowy, oszczędny "Year of the Rooster" czy w zupełnie inny sposób nostaligiczny "The Clutch" lub improwizowany, krzykliwy "Fuzz".
Trudno jasno uznać kto nadaje ton tej małej orkiestrze, tak świetnie uzupełniają się ze sobą muzycy: czy to otwierający groovowym pochodem Lightcup z Cleaverem, czy elektryzujący Taborn, czy fenomenalni saksofoniści. Płyta jest z jednej strony bardzo łagodna, miła i przyjemna, z drugiej na każdym rogu czai się porządny jazzowy pazur. Album z charakterem.
Kajetan Prochyra
http://klimatumiarkowanycieply.blogspot.com/
poniedziałek, 17 stycznia 2011
Angles "Epileptical West: Live in Coimbra", Clean Feed, 2010
Mattias Ståhl – vibraphone
Magnuss Broo – trumpet
Mats Äleklint – trombone
Martin Küchen – alto saxophone
Kjell Nordeson – drums
Johan Berthling – double bass
Wytwórnia: Clean Feed
Rok wydania: 2010
Angles. Łatwo pomylić się w pisowni tej nazwy. Tym bardziej, że słuchając tak wyśmienitej muzyki pokusa przemianowania ich na anioły jest trudna do odparcia. Zawarte na „Epileptical West” dźwięki są jednak nie tyle niebiańskie, co mocno zakorzenione w często bolesnej rzeczywistości. We wkładce do albumu, Martin Küchen przywołuje świadectwa z terenów ogarniętych wojną, przypominające o ogromie ludzkiego cierpienia na świecie. Sama muzyka również posiada siłę i intensywność płynące tylko z autentycznego zaangażowania w bieżące wydarzenia. Saksofon lidera na przemian ciska gniewnie gromy lub refleksyjnie pogrąża się w zadumie; słuchając jego gry w duchu myślę sobie: on naprawdę się przejmuje…
Küchen należy przy tym do najbardziej aktywnych muzyków obecnych czasów, co roku wydając po kilka płyt, zarówno w tradycji jazzowej (Exploding Customer, Trespass Trio), jak i w ramach nurtu free-improv (solo oraz w rozmaitych kolaboracjach). Nie wszystkie soniczne eksploracje w jego wykonaniu jestem w stanie przyswoić, ale dokonania jazzowe bez wyjątku uwielbiam. W szczególności właśnie Angles, które – z trzema dęciakami na przedzie oraz sekcją rytmiczną wzbogaconą o wibrafon – osiąga niesamowity poziom energii i mocy. Drugi album formacji, nagrany podczas trzech koncertów w ramach festiwalu Jazz ao Centro w Portugalii, doskonale to ilustruje. Całości brak może trochę zwartości i skupienia znanych z pierwszego krążka, ale spontaniczny charakter występów pozwala zaprezentować się grupie w bardziej zróżnicowanym repertuarze niż na studyjnym debiucie. Zaczynają od długiego i niezwykle transowego kawałka zatytułowanego „Present Absentees/Pygmi”, by następnie przejść do przejmującego „Today is better than tomorrow”. To jeden z najmocniejszych numerów na płycie. Muzycy przechwytują od siebie grane frazy i przedłużają je, potęgując napięcie i emocjonalną intensywność utworu niemal do granic wytrzymałości! Po tym smutnym, ale nader pięknym momencie muzyka nabiera większej lekkości, momentami stając się wręcz zabawowa: w „Epileptical West” niespodziewanie przeskakuje pomiędzy gwałtownym atakiem dźwięków a wyluzowanym groove, natomiast w „En Svensk Brownie” prosty temat staje się punktem wyjścia do budowanych wokół niego wariancji. Dynamiczny utwór tytułowy z poprzedniej płyty, w rozbudowanej wersji koncertowej robi potężne wrażenie, całość kończy zaś epicki „Let’s tear the threads of trust”, stanowiący godne zwieńczenie tego wyśmienitego albumu.
W ubiegłym roku wyszło sporo bardzo dobrych płyt, ale „Epileptical West” jest dla mnie poza wszelką konkurencją. Nad całością unosi się rebeliancki duch lat 60., kolejne utwory zarażają swą energią, pasją, politycznym gniewem, ale również melodyką, liryzmem, wrażliwością. Küchen posiada zdolność pisania świetnych i wpadających w ucho tematów, natomiast doborowy skład muzyków jest gwarancją wysokiego poziomu interakcji i improwizacji. Muzyka zaangażowana i angażująca – to właśnie w jazzie cenię najbardziej.
Artur Szarecki
środa, 12 stycznia 2011
Free Fall (Ken Vandermark / Ingebright Haker-Flaten / Havard Wiik) "Grey Scale", Smalltown Superjazz 2010
Ken Vandermark - cla
Ingebrigt Haker-Flaten - b
Havard Wiik - p
Wytwórnia: Smalltown Superjazz
Rok wydania: 2010
Jeśli spojrzeć na jakąś ciecz pod mikroskopem, okaże się, że cząsteczki wody przemieszczają się w niej z ogromną prędkością we wszystkich kierunkach. Gwałtowność tych ruchów wyznacza temperatura danej cieczy, im ona wyższa tym szybszy ruch cząstek. Tę aktywność nazywa się „ruchami Browna” i mam wrażenie, że Ken Vandermark, amerykański saksofonista free jazzowy, jest właśnie takim czynnikiem podnoszącym poziom entropii w jazzowym światku. Po zetknięciu z niemal każdą jego płytą, wyobraźnia słuchaczy nabiera dodatkowej energii niczym cząstki elementarne w podgenewskim zderzaczu hadronów, i wraz z nim odkrywa nowe muzyczne światy i tajemnice.
Tak przynajmniej było w moim przypadku, bo chociaż Vandermark kojarzy się głównie z muskularnym, asertywnym i nieokiełznanym improwizowaniem na saksofonie (najczęściej tenorowym), to tym razem zabiera on nas w podróż w zupełnie innym kierunku. Cofamy się do roku 1962 i płyty „Free Fall” innego trio w składzie Jimmy Giuffre (klarnet), Paul Bley (fortepian) i Steve Swallow (kontrabas). Co jest w tym albumie na tyle wyjątkowego, że tak wybitni muzycy jak Ken Vandermark (klarnet, klarnet basowy), Havard Vikk (fortepian) i Ingebrit Haken Flaken (kontrabas) postanowili nadać stworzonemu przez siebie w roku 2001 zespołowi nazwę zaczerpniętą z jego tytułu?
Żeby w pełni docenić „Free Fall” Giuffrego warto sięgnąć do wcześniejszej o rok, wydanej dla ECM płyty „1961”. Większa jest przepaść między tymi wydanymi rok po roku albumami niż między „Free Fall” nagranym w 1962 a „Gray Scale” w 2010. Jeśli chcecie na własne uszy usłyszeć, jak elegancki i dyskretny cool jazz zrzucał skórę, by stać się free jazzem, nie ma lepszego sposobu niż wysłuchać tych płyt, jedna po drugiej. Na „1961” Giuffre, Bley, Swallow raczą nas muzyką elegancką i wytworną jak kieliszek schłodzonego Martini serwowany pośrodku rozbuchanej gorącem Sahary. A na „Free Fall” muzycy rozwiązują sobie ręce, odpinają liny zabezpieczające i kontynuują marsz na jazzowy Everest tylko z przypiętymi do ramion skrzydłami. Ich improwizacje są lekkie jak płatki śniegu, tak samo chłodne i tak samo niepowtarzalne. Jedyny mankament tej płyty był taki, że jej doskonałość nie zostawiała wiele miejsca dla naśladowców, zatem wyznaczony przez nią kierunek niewielu miał kontynuatorów.
Tym większa wdzięczność dla Vandermarka oraz jego kolegów, którzy kolejnymi płytami trio Free Fall („Furnace” nagrana w 2002, „Amsterdam Funk” w 2004 i „The Point in a Line” w 2006) kierują naszą uwagę ku tej cennej, a nieco pominiętej tradycji rozkwitającego free jazzu. Zresztą podróż w głąb nie kończy się bynajmniej na samym Giuffrem. Jeśli chcemy ją kontynuować po to, by odkryć europejskie korzenie awangardy, to możemy, a może i powinniśmy po wyżej wspomnianych płytach sięgnąć po utwory na klarnet autorstwa Schoenberga i Weberna.
Zacząłem od ruchów Browna, rosnącej temperatury i chaosu. Jednak po przesłuchaniu wyżej wymienionych płyt ogarnia mnie poczucie wielkiej harmonii, towarzyszącej zwykle obcowaniu z dziełami najwyższej jakości. Tekst zbliża się do swojej puenty i nie muszę się już wysilać, by rozumieć i oceniać, poddaję się grawitacji, uspokajam oddech, patrzę w dal. Muzyka wywołuje skojarzenia związane ze swobodnym lotem, szybowaniem, nieważkością i wyobrażam sobie, że jestem astronautą zagubionym w ciszy na odległej okołoziemskiej orbicie (mam nadzieję, że pamiętacie wspaniały utwór E.S.T. zatytułowany ”From Gagarin Points of View”). Z tamtej perspektywy wszystkie doczesne hałasy i zmartwienia układają się we wzór tyleż nieuporządkowany, co piękny jak ta muzyka…
Maciej Nowotny
kochamjazz.blox.pl
kochamjazz.blogspot.com
Jason Stein's Locksmith Isidore "Three Kinds of Happiness", Not Two, 2010
Jason Stein - bass clarinet
Jason Roebke - bass
Mike Pride - drums
Wytwórnia: Not Two
Rok wydania: 2010
Jasona Steina pamiętam z koncertu Bridge 61 (Vandermark/Stein/McBride/Daisy) w Poznaniu. Pamiętam, bo - ten jeszcze zupełnie nieznany mi muzyk - zrobił na mnie spore wrażenie jako doskonały partner dla Vandermarka. Minęło pięć lat, a ja w tym czasie nie sięgnąłem po żadną płytę tego pana. Bynajmniej nie dlatego, że nie chciałem. Chyba po prostu się nie złożyło. Tym bardziej ucieszyłem się na widok premier płytowych 2010, wśród których Stein zadebiutował na łamach naszego rodzimego wydawnictwa. Radość tym większa, że format tercetu z dęciakiem, basem i perkusją, który wybrał dla tej płyty, należy do moich ulubionych zestawień instrumentalnych.
Jazzowe tria dzielę na te, gdzie instrument melodyczny prowadzi utwór, a sekcja próbuje za nim nadążać, oraz te, w których występuje absolutnie równouprawnienie mocno osadzone w zdrowym podziale ról, wynikającym często z samej kompozycji lub może przede wszystkim z mentalności muzyków. W obu wariantach dęciak jest na pierwszym planie, ale zasadnicza różnica pojawia się w ilości miejsca, które pozostawia on pozostałym instrumentom. Chodzi o przestrzeń, o narzucone tempo, dzięki którym zarówno basista, jak i perkusista, mogą się wykazać nie tylko na polu wynikającym ze swojej podstawowej - rytmicznej roli, ale także w mikroświecie każdego pojedynczego dźwięku.
Zarówno Pride jak i Roebke idealnie wpasowali się w wysublimowany wariant uważnego wielogłosu i to bez względu na to, czy dialog toczył się według względnie sztywnego scenariusza, czy też przypominał swego rodzaju burzę mózgów. Przyznać jednak należy, że zdecydowanie więcej znajduje się na tej płycie uporządkowanych form.
Stein postawił na melodie osadzone w tradycji, blues i niesamowity feeling, który na prawdę rzadko są w stanie zaserwować nam biali jazzmani. Momentami muzyka przypomina holenderskie podejście do free, o którym pisałem przy okazji recenzji trio BraamDeJoodeVatcher, czasem przebija się bardziej chicagowska stylistyka spod znaku Dragons 1976. Zdecydowana większość utworów nie przekracza granicy komunikatywności, która tak często dzieli poprawnych wyznawców żelaznego mainstreamu i chorobliwych maniaków świata muzyki improwizowanej. Moim zdaniem jest to jedna z tych płyt, która znalazła swój przyczółek dokładnie w strefie granicznej, co z jednej strony może jej przysporzyć rzeszy fanów z obu skłóconych obozów, z drugiej może skazać na obustronną wrogość i wieczne zapomnienie.
Ja zdecydowanie rzucam się w wir poszukiwań kolejnych albumów Jasona Steina, a jak się okazało, sam projekt Locksmith Isidore wydał wcześniej już dwa.
Marcin Kiciński
Veronique Dubois / Francois Carrier "Beeing with", Leo Records, 2010
Veronique Dubois - głos
Francois Carrier - saksofon
Wytwórnia: Leo Records
Rok wydania: 2010
"Being with” to kolejny duet wokalno-instrumentalny zrealizowany dla Leo Records w 2010 roku. Tym razem wokaliza współpracuje głównie z saksofonami altowym i sopranowym oraz z tak zwanymi obiektami – efekt niezmiernie interesujący. O pani Weronice do tej pory nie wiedziałem nic – teraz wiem, że to niezwykle utalentowana, dowcipna i kreatywna wokalistka obdarzona pięknym, momentami groźnym brzmieniem głosu. Obrazowo rzecz ujmując: ustawmy Namtchylak z jednej, P. Mintona z drugiej strony a w środku, po uporczywym wpatrywaniu się, zobaczymy ( usłyszymy ) Veronique Dubois – towarzystwo pierwsza klasa. Saksofonista Francois Carrier to postać znana ze współpracy z takimi muzykami jak Paul Bley, Gary Peacock, Mat Maneri, Jean-Jacques Avenel, Dewey Redman… - by wymienić tylko tych szerzej znanych. Brzmienie jego saksofonów, bardzo liryczne, niejako otula swym ciepłem wokalizę od czasu do czasu wchodząc z nią w pełne wrażliwości dialogi. Wiele tu poetyckiego snucia się, mnóstwo powietrza, przestrzeni, momentami tylko muzyka nabiera zadziornej chropowatości, mocniejszych akcentów, delikatnych przedęć itp. Na płytę składa się trzynaście całkowicie improwizowanych utworów autorstwa duetu. Słucha się tego wybornie, oczywiście pod warunkiem, że tego rodzaju eksperymenty leżą w orbicie naszych zainteresowań – ja, po kilkukrotnym wysłuchaniu tego materiału wciąż jestem zauroczony. Serdecznie polecam.
Andrzej Podgórski
środa, 5 stycznia 2011
Fight the Big Bull "All is Gladness in the Kingdom", Clean Feed 2010
J.C. Kuhl (ts), Bob Miller (t), Brian Jones (perc), Bryan Hooten (tb), Cameron Ralston (b), Matt White (g), Pinson Chanselle (Trap Kit)
+ Steven Bernstein (tp)
Wytwórnia: Clean Feed
Rok wydania: 2010
Nieco już się do tego przyzwyczaiłem, ale pewnie jeszcze z dwadzieścia lat temu, gdybym słuchał takiej płyty nie mógłbym wyjść z podziwu. Otóż od kilku ładnych już lat stosunkowo mniejsze zespoły osiągnęły intensywność brzmienia niegdysiejszych big bandów. W czasach świetności Ellingtona, czy Basiego, by grać muzykę tak pełnym brzmieniem trzeba było sięgnąć po cały arsenał muzyków. Potem - ponoć głównie z przyczyn ekonomicznych wielkie zespoły przestały być już popularne. Potem jeszcze były lata, kiedy to orkiestry jazzowe służyły eksperymentom. Tak, czy inaczej osiągnąć wrażenie, że gra zespół o wiele większy niż w rzeczywistości udaje się - myślę - od mniej więcej połowy lat 90, kiedy to zmieniło się podejście niektórych muzyków do kompozycji i aranżacji jazzowej.
W przypadku Fight the Big Bull wrażenie mam dokładnie właśnie takie. Inna sprawa, że zespół jest tu całkiem spory. Trudno jednak powiedzieć, by był to big band. A brzmi!
No właśnie. Pierwsze, co po którymś już przecież przesłuchaniu w dalszym ciągu mnie w tej muzyce absorbuje, to brzmienie. Olbrzymia kapela, potężne brzmienia dęciaków, osadzone na rytmicznej maszynie. No, fakt - trudno zapomnieć, że pojawia się tu jeszcze gitara lidera. Potężne, wielkie brzmienie, jakie towarzyszyło moim najmłodszym latom, kiedy - chcąc, nie chcąc - słuchałem właśnie wspomnianych wcześniej orkiestr swingowych.
Dopiero dziś przyszła druga refleksja. Ta muzyka nie tylko potęgą brzmienia nawiązuje do tamtych wielkich orkiestr. W tamtej muzyce była też wielka witalność i olbrzymia komunikatywność. Fakt, przecież była to - jeśli już w późniejszym okresie nie wprost - to na pewno u swego początku muzyka taneczna. Musiała porywać i serca i dusze i przede wszystkim nogi. Te, w rytm połamańców Krupy, czy Bellsona musiały się po prostu do tańca rwać. W zalewie różnych intelektualnych łamigłówek serwowanych nam z wielu miejsc, muzyka Fight the Big Bull jest właśnie bardzo komunikatywna. Trudno mi byłoby jednak twierdzić, że jest ona na wzór swingowych big bandów muzyką taneczną. Tak daleko nie idę w swych sądach. Na stronie Clean Feed, która tę płytę (podobnie zresztą jak poprzednią) wydała pojawia się odniesienie do "The Black Saint and the Sinner Lady" Mingusa. Osobiście w większym stopniu, być może z uwagi na brzmienie trąbki Bernsteina, nagrania te przywołują w mej pamięci to, co przez wiele lat ów trębacz wraz z Johnem Lurie czynili w The Lounge Lizards. Być może po wycofaniu się tego ostatniego z grania muzyki, pojawiła się właśnie grupa, w której koncepcje The Lounge Lizards jednak odżyją? Piszę to z pewną nadzieją, bowiem - według mnie - brakuje współczesnych zespołów, grających jazz, który byłby z jednej strony niebanalny, z drugiej zaś na tyle witalny, komunikatywny, że przyciągnąć by do siebie mógł znaczną ilość słuchaczy.
Świetna, witalna muzyka, skrząca się pomysłami, z masą trąbek, dowcipnych solówek, mocno oparta rytmicznie. Dla wszystkich, którzy w jazzie nie tylko szukają ekspresji i intelektualnej podniety, ale i dla tych, którzy chcą po prostu posłuchać muzyki dającej wiele przyjemności dla niej samej.
Cóż... karnawał czas zacząć!
Paweł Baranowski
pavbaranov.blogspot.com
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















