Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowotny Maciej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowotny Maciej. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 lipca 2011

Ivo Perelman / Matthew Shipp / Joe Morris / Gerald Cleaver "The Hour of the Star", Leo Records, 2011


Ivo Perelman - saxophone
Matthew Shipp - piano
Joe Morris - bass
Gerald Cleaver - drums

Wytwórnia: Leo Records
Rok wydania: 2011





Tłumaczenie z tłumaczenia, ale nie ma rady, nie czytam po portugalsku, w którym to języku pisała Clarice Lispector:
„Nie oczekujcie gwiazd, gdzie nie ma niczego, co mogłoby błyszczeć. Z ciemnej materii stworzone jest to, co ze swej natury przez wszystkich jest odrzucane. Ta opowieść nie ma w sobie żadnej melodii, która byłaby cantabile. Rytm nieuporządkowany ma często. (…) Słowa są dźwiękami pomieszanymi z cieniami, które przecinają się pod nierównymi kątami, są stalaktytami, tkanymi koronkami, przetworzoną muzyką na dudniące organy. Przyznaję, z trudem znajduję słowa, by opisać ów wzór, wibrujący, bogaty i niezdrowy, niejasny, jego  kontrapunktem głęboki  będzie bas smutku. Allegro con brio. Złota spróbuję dobyć z tych węgli…”.

czwartek, 5 maja 2011

Grachan Moncur III "Evolution", Blue Note, 1963


Grachan Moncur III - tb
Bob Cranshaw - b
Tony Williams - dr
Jackie McLean - as
Lee Morgan - tp
Bobby Hutcherson - vib

Wytwórnia: Blue Note
Rok wydania: 1963



Łacińskie przysłowie "Ars longa, vita brevis" można przetłumaczyć na polski "Życie krótkie, a nauka długa". Tyle jest rzeczy na świecie wartych poznania, wręcz niezbędnych ku temu, by dobrze zrozumieć to i owo, a czasu mało, zbyt mało. Nie inaczej jest z jazzem, chcieć poznać wszystko to droga donikąd, zanim człowiek dojdzie do końca, to po pierwsze osiwieje ze zmartwienia i starości, umrze z głodu, a przede wszystkim w międzyczasie i tak nagrają tyle płyt, że okaże się ten wysiłek syzyfową pracą. Dlatego jeśli chcecie poznać dobrze jazz, uchwycić jego esencję, a jednocześnie dobrze się bawić, to warto się skoncentrować na muzyce, która powstała w okresie przemian w jazzie, wyznaczała nowe kierunki, odświeżała atmosferę.

Recepta wydaje się prosta, ale wcale nie tak łatwo wprowadzić ją w życie! Bo na przykład zadam pytanie: co dzisiaj jest nośnikiem zmian w jazzie? Kto pcha go na nieznane tory? Co należy posłuchać, żeby otworzyć sobie nowe horyzonty i jednocześnie zachwycić się pięknem? Oj, nie jest łatwo odpowiedzieć na to pytanie, może jakieś sugestie? Odpowiedzieć nie jest łatwo, bo zmiany w jazzie następują najczęściej na zasadzie ewolucyjnej (oczywiste nawiązanie do tytułu albumu Moncura), to znaczy, zmiany te są prawie niezauważalne, z wolna kumulują się i, często niepostrzeżenie, pojawia się nowa jakość!

Nie inaczej jest z tym fantastycznym albumem jaki Grahan Moncur III nagrał w 1963 roku dla Blue Note. Po pierwsze, Moncur jest puzonistą, a dźwięk tego instrumentu nie jest znów aż taki częsty w jazzie. Pamiętamy oczywiście takie nazwiska jak Curtis Fuller, Steve Turre, Roswell Rudd czy Bob Brookmeyer, ale Grahan Moncur ma z ich wszystkich nabardziej przestrzenny ton, najlepiej udało mu się opanować twardą i ostrą naturę dźwięku jaki wydaje puzon i wkomponować go w grę innych instrumentów, a nawet w ciszę...

Po drugie, oprócz Moncura na tej płycie pojawia się towarzystwo jakim nie pogardziłby żaden jazzman na tym globie, bo na trąbce gra niezrównany Lee Morgan, na alcie Jackie McLean (to właśnie dzięki jest kapitalnej płycie "Destination Out!" zwróciłem niegdyś uwagę na pojawiającego się na niej Moncura), zjawiskowy Bobby Hutcherson (który udowadnia tu, że wyśmienity wibrafonista może swobodnie zastąpić wydawałoby się nieodzownego pianistę w klasycznym składzie jazzowego kwintetu), solidny Bob Crenshaw na basie i Tony Williams, podówczas niespełnia 18-letni, którego zaraz po tym nagraniu ukradł Moncurowi sam Davis (z którym nagrał wydaną w tym samym roku płytę "Seven Steps To Heaven").

Po trzecie i najważniejsze, muzyka na tej płycie, podobnie jak na "Birth Of The Cool", "Kind Of Blue, "Bitches Brew" Milesa Davisa, "A Love Supreme", "Ascension" Johna Coltrane'a, "Free Jazz" Ornette'a Colemana, "Out To Lunch" Erica Dolphy'ego czy "Free Fall" Jimmy'ego Giuffre odzwierciedla DOKŁADNIE ten moment zmiany, gdy jazz zrzucał skórę i spod starej, która jeszcze jest obecna, widać już nową, wilgotną, miękką, która będzie przyszłością tej muzyki. W przypadku tej płyty muzycy opuszczają dobrze nam znane hardbopowe tory, by otworzyć przed nami szeroki widnokrąg muzyki free, ale właśnie najciekawsze jest to, że słychać dobrze JEDNO I DRUGIE. Koniecznie posłuchajcie tej muzyki!

Maciej Nowotny
http://kochamjazz.blox.pl/

piątek, 22 kwietnia 2011

Podsumowanie pierwszego kwartału 2011 w polskim jazzie

Jako samozwańczy Kadłubek polskiego jazzu publikuję dla naszych czytelników krótkie resume tego, co się zadziało w polskim jazzie w pierwszym kwartale burzliwego 2011 roku. Skupiam się jedynie na wydawnictwach płytowych, dowodząc tym samym, że pomimo pozorów nowoczesności, jestem w istocie człowiekiem z epoki kamienia łupanego.

Końcówka 2010 roku była wprost niesamowicie dobra dla polskiego jazzu, nie pamiętam takiej od wielu, wielu lat, do tego stopnia, że jedną z płyt, która ukazała się w tym okresie, postanowiłem przerzucić na rok obecny. Jest to płyta "Zomo Hall" zespołu Foton Quartet, bardzo pozytywnie oceniona tak w Polsce, jak i na świecie. W skład zespołu wchodzą Gerard Lebik, Artur Majewski, Jakub Cywiński, Wojciech Romanowski i jeśli ktoś z Was zna wysoki poziom płyty Mikrokolektywu "Revisit" z zeszłego roku, to tutaj mamy materiał co najmniej równie ambitny i dobry jak na tamtej płycie, choć zgoła odmienny stylistycznie. Brawo!

Poza "Zomo Hall", do najciekawszych płyt początku tego roku należały głównie dokonania naszej awangardy, kompletnie niedocenianej niestety zarówno przez opiniotwórcze środowiska jazzowe (jak Jazz Forum), jak i nieświadomą jej obecności publiczność. Odnotujmy tu dwie kapitalne płyty, wydane przez kultową polską wytwórnię Not Two: "Kafka In Flight" The Resonance Ensamble nagraną oczywiście przez Kena Vandermarka z udziałem m.in. Mikołaja Trzaski i Wacława Zimpela oraz doskonałe "Last Train To The First Station", także w wykonaniu wymienionych wyżej muzyków, ale w ramach zespołu o nazwie Reed Trio.

Mnie osobiście natomiast najbardziej podobała się płyta wydana przez inne doskonałe wydawnictwo, to jest Multikulti, zatytułowana "Nuntium" - z udziałem Roberta Kusiołka, Antona Sjarova, Klausa Kugela i Ksawerego Wójcińskiego. Wyrafinowana, intelektualna, niezwykle głęboka muza rozgrywająca się na minimalistycznym i pełnym ciszy tle.

Dobrze było po awangardowej stronie jazzu, ale i mainstream trzymał się mocno. Sam początek roku okazał się być bardzo obiecujący, a to dzięki wydawnictwu Allegro, które wypuściło dwie bardzo ciekawe płyty: "A’freak-An Project" Wojciecha Staroniewicza i "Facing The Challenge" Krzysztofa Pacana. Obaj jazzmani, znani jako wspaniali sajdmeni, wyżej wymienionymi płytami zgłaszają akces do absolutnej czołówki polskiego mainstreamu, przy czym dla Staroniewicza jest to już kolejna udana autorska płyta (ostatnia z nich to kapitalne "Alternations" wydane w 2008 roku), a dla Pacana to debiut, ale świetny!

Wszystkie te płyty, chociaż doskonałe, nie należały jednak do tych najbardziej oczekiwanych przez publiczność, zatem przechodzę teraz do nagrań, o których z góry było wiadomo, że odbiją się w muzycznym światku szerokim echem. A były to:

- Roberta Majewskiego płyta "My One And Only Love", ze składem - marzeniem w osobach: Joeya Barona, Bobo Stensona i Palle Danielssona; która okazała się niestety rozczarowaniem. Nie przyniosła bowiem nic specjalnego poza zbiorem dość jednostajnie brzmiących ballad, zagranych, co prawda, na kosmicznie wysokim poziomie.

- RGG - moje ulubione polskie cool jazz trio w osobach: Przemysława Raminiaka, Macieja Garbowskiego i Krzysztofa Gradziuka, których płytę "Unfinished Story", poświęconą Mieczysławowi Koszowi, uważam za jedno z arcydzieł polskiego jazzu; nagrało album "One". Jest on, otwarcie mówiąc, słaby, jeśli go porównać z tym, co grali jeszcze kilka lat temu. Pomimo tego uważam ten album za pozycję obowiązkową dla każdego wielbiciela polskiego jazzu, a część słuchaczy, która bardziej lubi klimaty lżejsze i melodyjne w jazzie, będzie nią po prostu zachwycona.

- Trio Marcina Wasilewskiego, nagrywa dla legendarnego wydawnictwa ECM i jest najbardziej znanym polskim zespołem jazzowym (Tomasz Stańko to zupełnie osobna historia). Płyta "Faithful" jest krokiem do przodu w stosunku do ich poprzednich dokonań, podjęciem bardzo subtelnego flirtu z jazzową awangardą i, choć nie jest to może "giant step", tym niemniej mnie się ta płyta podoba.

- Contemporary Noise Sextet braci Kapsa jest bez wątpienia jednym z najciekawszych zespołów około-jazzowych. Niestety najnowszy – trzeci album tej formacji pt: "Ghostwriter's Joke", niezbyt przypadł mi do gustu, z racji czytelnych nawiązań do postpunkowej stylistyki innego zespołu, jaki tworzyli niegdyś muzycy tej formacji, czyli Something Like Elvis. Znacznie bardziej wolę ich wcześniejsze dokonania, to jest "Pig In Gentleman" i "Unaffected Thought Flow" - przy czym, podkreślam, jest to typowo jazzowy punkt widzenia starego ramola.

- Wojtek Mazolewski, w ramach swojego kwintetu, nagrał płytę "Smell Like Tape Spirit", na którą wielu kręci nosem, podobnie jak na ostatnią płytę "Monster Of Jazz" innej formacji tego niezwykle uzdolnionego muzyka, czyli Pink Freud. Natomiast w mojej opinii jest to bardzo dobry album , bo przynosi kolejny krok naprzód w rozwoju Mazolewskiego, który konsekwentnie rozszerza pole swoich muzycznych zainteresowań, tym razem eksplorując czysto jazzowe, wręcz bopowe klimaty.

I tyle! Ciekawi mnie jak ocenicie początek tego roku: czy działo się dużo czy zbyt mało? Jedno jest pewne: Polish jazz is not dead!

Maciej Nowotny
kochamjazz.blox.pl

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Contemporary Noise Sextet, Poznań, Blue Note, 8.04.2011

Kuba Kapsa – piano
Wojtek Jachna – trumpet
Tomek Glazik – tenor & baritone saxes
Kamil Pater – guitar
Patryk Węcławek – double bass
Bartek Kapsa – drums

Losy zawiodły mnie do Poznania, w którym spędziłem dwa fantastyczne dni, w przemiłym towarzystwie, a tak zwaną wisienką na torcie miał być piątkowy występ Contemporary Noise Sextet. Miejsce fantastyczne: klub Blue Note znajduje się w dawnej kotłowni świeżo odnowionego Zamku Cesarskiego w Poznaniu. Otwarty  w roku 1998, przez lat 12 był areną ponad 1500 koncertów, a świadczy o tym znajdująca się na zapleczu kolekcja afiszów, z których zerkają na nas sławy tej miary, co Jack DeJohnette, Brad Mehldau czy Dave Douglas.
Przez Dziedziniec Różany, na którym znajduje się Fontanna Lwów, której pierwowzór znajduje się hiszpańskiej Alhambrze, udaję się do klubu, betonowej kiszki, rozłożonej częściowo na dwóch kondygnacjach, z malutką sceną upchaną za znajdującym się na parterze barem. I tam właśnie przebijam się z trudem, przez tłumnie zgromadzoną publiczność, by zamówić martini, gin i wódkę (Lillet to było już zbyt duże wyzwanie), koniecznie wstrząśnięte, lecz nie zmieszane. Ledwo zdążyłem odebrać kieliszek z rąk barmana i rzucić okiem na jedną czy drugą piękną dziewczynę, w które - jak się miałem okazję przekonać -obfituje gród nad Wartą, a już muzycy dynamicznie wtargnęli na scenę, a ja popędziłem do stolika, jednego z najbliższych sceny, aby oczywiście jak najwięcej i dobrze usłyszeć.
Program koncertu wiernie podąża za muzyką, jaką zawiera niedawno wydany, czwarty w historii tego zespołu, krążek zatytułowany "Ghostwriter's Joke". Podejrzewam, że zapoznaliście się z płytą, wiecie zatem, że jej początek jest bardzo dynamiczny i nie inaczej było na koncercie. Moje zainteresowanie wszakże szybko przerodziło się w zdziwienie, następnie w osłupienie, a w końcu w bezmierną irytację. Przyszedłem bowiem na koncert sekstetu, a tymczasem na scenie grał chwilami tercet, czasami kwartet, a najczęściej - o zgrozo! - septet. Jak to możliwe?
Na zaproszeniu nie było tej informacji, ale nieproszonym gościem na koncercie była koszmarna akustyka i wołający o pomstę do nieba system nagłaśniający. Grającego na klawiszach Kuby Kapsy właściwie w ogóle nie słyszałem. Patryk Węcławek dbający o puls na kontrabasie i gitarze basowej był zmuszony tak przesterować dźwięk swoich instrumentów, że towarzyszyło im nieprzerwane "hrrrr". Bartek Kapsa walił z całych swoich sił w bębny, jakby chciał ze złości wytworzyć wystarczająco silną falę dźwiękową, która na strzępy rozwali to - tak niegościnne dla wyrafinowanych dźwięków - miejsce.
W tym ogłuszającym harmiderze, sekcja dęta była skazana na niepowodzenie: żal było patrzeć, jak się męczy wspaniały na trąbce Wojtek Jachna, który - pomimo całej katastrofy - błyszczał w tych nielicznych momentach, gdy cichł ów nieznośny hałas. Tomek Glazik na saksofonie, z przerażeniem w oczach, zawziął się, by przekrzyczeć cały ten zgiełk, a wydaje mi się, że lepiej by zrobił, wyrywając po prostu kable nagłośnienia z gniazdek i tym samym pozwalając zespołowi grać "unplugged".
Najbardziej jednak szkoda mi Kamila Patera, grającego na gitarze, bo jest w życiowej formie. Jego gra przyprawiała nie tylko mnie o ciarki na plecach, a jego solówki były najjaśniejszym punktem tego mrożącego krew w żyłach wieczoru.
Jak mam podsumować to wszystko? Podczas, gdy publiczność szalała, a muzycy niechętnie pojawiali się, by zagrać bis, ja chyłkiem opuszczałem "Blue Note". Gdy znalazłem się na zewnątrz, z ulgą słuchałem ciszy i rozbrzmiewającego w niej wiatru. To, że wytrwałem tak długo jest zasługą wielkiej sympatii dla członków tego zespołu i muzyki, jaką grali na swych poprzednich płytach "Pig In Gentleman" i "Unaffected Thought Flow". Gdyby grała jakaś inna formacja, wyszedłbym już po pierwszym utworze, a człowieka, który zajmował się nagłośnieniem tego koncertu, należałoby po prostu rozstrzelać. Masakra...

Maciej Nowotny

środa, 6 kwietnia 2011

Mary Halvorson Quintet "Saturn Sings", Firehouse 12, 2010


Mary Halvorson: guitar
Jonathan Finlayson: trumpet
Jon Irabagon: alto saxophone
John Hebert: bass
Ches Smith: drums

Wytwórnia: Firehouse 12
Rok wydania: 2010




Dawno temu, w Izraelu, kiedy człowiek czuł, że jego ciało albo duch są chore, udawał się do kapłana i wręczał mu w ofierze dwa gołębie, z których jednego poświęcano na ołtarzu, a drugiego puszczano wolno, aby w ten sposób przebłagać gniew Boga. Dzisiaj tym drugim ptakiem jest właśnie muzyka free. Wszystko inne jest powoli zabijane w telewizorze ku uciesze gawiedzi: kino, pop, kultura - wszystko się sypie i pruje jak stary szlafrok przeżarty przez mole, bo odprawiają nad nimi swój chocholi taniec kapłani Mamony.
Ale my zacznijmy od Johnny Smitha: jego gwiazda zabłysła na krótko w roku 1952, gdy z towarzyszeniem  Stana Getza nagrał „Moonlight in Vernon”. Nie był postacią na miarę tytanów jazzowej gitary, jakimi byli Charlie Christian czy Django Rheinhardt, ale jego stonowany, melodyjny i ciepły dźwięk utkwił mi na zawsze w pamięci. Kojarzy mi się, razem z grającymi w podobnej stylistyce, chociaż na innych instrumentach, Paulem Desmondem (alt),  Miltonem Jacksonem (wibrafon) czy Chetem Bakerem (trąbka), z tym, co  najlepsze w cool jazzie. Ale było w jego brzmieniu coś jeszcze, mianowicie odrobinę zaśpiewu tak charakterystycznego dla muzyki country, coś co łączyło go z takim na przykład Chetem Atkinsem.
Zacząłem od Johnny Simitha, a chcę kilka słów powiedzieć o najnowszej płycie młodej awangardowej gitarzystki Mary Halvorson. Wcześniej była znana ze  współpracy z Anthonym Braxtonem, a nadto z duetu z Jessiką Pavone. Udzielała się również w nagraniach innych muzyków, takich jak  Kevin Shea, Trevor Dunn czy Marc Ribot. Dopiero niedawno uformowała swój pierwszy zespół: trio z Johnem Hebertem na basie i Chesem Smithem na perkusji, z którymi nagrała w 2008 roku dobry album „Dragon’s Head”. Ku mojemu zaskoczeniu brzmienie jej gitary na tej płycie bardzo przypominało sound zapomnianego już mistrza, jakim był Johnny Simith, chociaż było przetworzone całkowicie na awangardową modłę i umieszczone na zupełnie innym, bardzo nowoczesnym tle niezwykle kreatywnej sekcji rytmicznej.
Rok później do swego zespołu zaprosiła grających na trąbce - Jonathana Finlaysona i  na saksofonie altowym - Jona Irabogana , co otwarło kompletnie nowe możliwości przed zespołem. Wędrująca pośród modnych mikrotonalności, puknięć, szarpnięć, szelestów, świstów i jęków wytwarzanych przez sekcję rytmiczną, swingująca jak pijany zając w polu, gitara Halvorson zyskała teraz wsparcie hardbopowo brzmiących instrumentów dętych. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, muzyka nabrała oddechu, a jej język może być zrozumiały i atrakcyjny także dla wielbicieli mainstreamu, mimo że zachowuje świeżość awangardy najwyższych lotów.
Płyta zyskała doskonałe recenzje na świecie, a z mojego tekstu wynika, że ja także należę do  jej entuzjastów. Słucham jej po raz nie wiem który i nie nuży mnie ani odrobinę, bo każdy utwór to mikrokosmos, w każdym ukryta jest jakaś myśl, jakaś kolejna bariera do przełamania. Ale nawet jeśli do tej pory nie przepadaliście za awangardą, a po prostu kochacie jazz (albo szerzej dobrą muzykę) i chcecie doświadczyć czegoś całkowicie nowego, to włóżcie płytę do odtwarzacza CD, zadbajcie o to, by mieć czas i ciszę po, by mogła ona dla Was wybrzmieć i pamiętajcie o gołębiach, kiedy już zaczną płynąć pierwsze dźwięki.

Maciej Nowotny
kochamjazz.blox.pl

środa, 9 marca 2011

David Binney "Graylen Epicenter", Mythology Records, 2011

David Binney: as, ss, voc; Gretchen Parlato: voc; Ambrose Akinmusire: tp; Chris Potter: ts; Craig Taborn: p; Wayne Krantz: gu; Eivind Opsvik: b; Brian Blade: dr; Dan Weiss: dr; Kenny Wollesen: perc., vibes; Rogerio Boccato: perc.; Nina Geiger: voc. harmony (10)

Wytwórnia: Mythology Records
Rok wydania: 2011



Królowie saksofonu! To w dużej mierze dzięki nim mamy jazz taki, jaki dzisiaj kochamy, to oni nadawali kierunki, w jakich on się rozwijał, określali jego tożsamość na nowo, dostosowując go do danej epoki i zmieniających się czasów. Charlie Parker, właściwie jego alt, stworzył ten sposób improwizacji na saksofonie, który kojarzymy z bopem, a później, niemal wszyscy, mniej lub bardziej naśladowali jego styl. Jego ścieżką poszedł John Coltrane, ale w pewnym momencie znalazł swój własny niepowtarzalny sound (przypomnijmy: grał na tenorze), potem zaś współtworzył nową free jazzową estetykę z następnym gigantem tego instrumentu, jakim był Ornette Coleman. Coleman nagrywa do dzisiaj (jego album „Sound Grammar” z 2006 jest po prostu świetny!), a gdyby chcieć traktować historię jazzu linearnie, jak przecież wielu sobie życzy, chociażby piszący tutaj niekiedy (zbyt rzadko!) Paweł Baranowski, to następni powinni być Albert Ayler i Archie Shepp. Bóg Ojciec, Duch Święty i Syn – jak ktoś nazwał ich kiedyś żartem (chociaż wielu za tego ostatniego uważa raczej Pharoaha Sandersa).
Ale przecież na rozwój jazzu można patrzeć nie tylko chronologicznie, ale jak na drzewo, które wypuszcza gałęzie w różne strony i wcale nie jest jasne, która sięgnie najwyżej, ku światłu. Bo czyż można pominąć w historii jazzowego saksofonu takie postaci, jak Wayne Shorter, Micheal Becker (kapitalne przeróbki jego utworów prezentuje ostatnio w krakowskim Piecarcie Paweł Kaczmarczyk) czy David Sanborn? Każdy z nich wywarł na jazz wpływ olbrzymi, nie do przecenienia, nawet jeśli nieraz ich artystyczna droga kończyła się ślepym zaułkiem.
A dzisiaj kto może aspirować do takiej roli? Wielu wskaże Kena Vandermarka, o którego znaczeniu pisałem niedawno przy okazji płyty trio Free Fall „Grey Scale”, gdzie jego kreatywność przypomniała mi znane z fizyki „ruchy Browna”. Ale dla wielu Vandermark będzie zbyt nieokiełznany i wskażą raczej Chrisa Pottera, którego pełno wszędzie i to nie tylko po free jazzowej, ale głównie po mainstreamowej stronie jazzu. Wszakże właśnie przez tę swoją kompromisowość i pociąg ku komercyjnym projektom dla wielu będzie niestrawny, podobnie jak choćby taki Joshua Redman czy Branford Marsalis, którzy mimo marketingowego zgiełku, który ich otacza,  miejsca wśród wielkich moim zdaniem raczej nie zajmą.
Może zatem warto, abyście zwrócili uwagę na Davida Binneya, który jest jednym z najbardziej kreatywnych saksofonistów młodego pokolenia i jednym z nielicznych, którzy pokazują, że można iść ścieżką jazzowej awangardy, a jednocześnie zachować kontakt z szeroką publicznością.
Moje pierwsze z nim spotkanie miało miejsce przy okazji przesłuchania płyty „Welcome To Life”,  wydanej w 2004 roku, która to płyta wywarła na mnie niezatarte wrażenie. Nigdzie i nigdy nie słyszałem, żeby jakiś jazzman potrafił wykreować podobny nastrój: opisałbym go jako mieszankę niepewności i rezygnacji, a jednocześnie niezrównanego, metafizycznego piękna. Jest to bardzo rzadkie połączenie emocji szalenie trudnych do wyrażenia w muzyce, a płyta w mojej opinii ociera się o status arcydzieła. Od tamtej pory skaczę to w tył, to w przód, eksplorując cierpliwie liderski dorobek Binneya i nie znalazłem żadnej słabej płyty (jeszcze jedna cecha, która łączy go z największymi).
Zresztą ci najwięksi bardzo mu pomogli, bo pobierał nauki u boku Phila Woodsa, George’a Colemana czy Davida Liebmana (jak nasz młody pianista Mateusz Kołakowski), a na jego płytach znaleźć można nazwiska takich tuzów, jak Uri Caine czy Bill Frisell. Ale od tych wielkich postaci może nawet istotniejsze są  nazwiska jego rówieśników, bo to creme de la creme nowojorskiej awangardy. I właśnie na jego najnowszym krążku, zatytułowanym „Graylen Epicenter”, towarzyszą mu między innymi Craig Taborn (grywa ostatnio w Nowym Jorku z Tomaszem Stańko), Wayne Krantz, Chris Potter, Brian Blade, pojawia się nawet wokal niezrównanej Gretchen Parlato.
Tak, „Graylen Epicenter” Davida Binneya, wydana pod koniec stycznia tego 2011 roku, to dokładnie epicentrum światowego jazzu, kompas wskazujący kierunek, co powinno dać wiele do myślenia naszym pięknie swingującym młodym muzykom. Bo najpiękniejszy jazz, śmiem twierdzić, rodzi się, gdy artysta potrafi, jak niegdyś rzymski bóg Janus, patrzeć jednocześnie za i przed siebie…

Maciej Nowotny
http://kochamjazz.blox.pl

poniedziałek, 21 lutego 2011

Joachim Kühn / Majid Bekkas / Ramon Lopez + Guests "Out of the Desert", ACT, 2009


Joachim Kühn - piano, alto saxophone
Majid Bekkas - vocals, guembri, kalimba, molo
Ramon Lopez - drums, tabla
& guest musicians from Morocco, Benin and the Sahara Desert

Wytwórnia: ACT
Rok wydania: 2009





Kilkanaście kilometrów dzielące egipską Tabę od jordańskiej Akaby pokonuje się w pół dnia. Dlaczego? Bo po drodze jest Izrael. Przejście graniczne po egipskiej stronie to cały ten kraj w pigułce: piękne krzewy i drzewa, a na nich pachnące nieziemsko kwiaty, w których tonie posterunek wyglądający, jakby miał się zaraz zawalić. Izrael to zupełnie inna bajka. Wszystko tu nowoczesne i dobrze zorganizowane, jak na amerykańskim lotniskowcu, który jakimś cudem zarył dziobem w środku najbardziej suchej z arabskich pustyń. Kiedy wreszcie po długich godzinach oczekiwania w bezczynności, rewizjach i pytaniach o cel wyprawy, dotarliśmy do Akaby, przygniótł nas tak potworny upał, że aż zatykało dech w piersiach. Bo Akaba to jedno z najgorętszych miejsc na Ziemi. Temperatura przekraczała 50 stopni. Przeszedłem w inny stan skupienia. Przestałem być białym człowiekiem. Musiałem odrzucić tę rasową tożsamość. Powyżej 50 stopni okazała się ona fikcją.
W czasie, gdy reszta wycieczki zaszyła się w hotelu, a dokładniej pod prysznicem - jedynym działającym urządzeniem  przynoszącym złudzenie ochłody, ja udałem się na bazar. Nie mogłem usiedzieć w miejscu, wzywała mnie pustynia. Wiem, brzmi śmiesznie, ale tak było. Oczami wyobraźni widziałem, jak T.E. Lawrence zbiega tu z gór, prowadząc korowód wielbłądów w karmazynowych czaprakach.
Postanowiłem napić się kawy. Dostałem filiżankę świeżo zmielonej arabiki z obfitą domieszką kardamonu. Upał i ta upiornie mocna kawa wyostrzyły moje zmysły do ostateczności: wtedy usłyszałem muzykę… Cały bazar nią rozbrzmiewał, każdy sklep był pełen dźwięków niczym miniaturowa muszla koncertowa, chodziłem od jednego do drugiego, łowiąc dźwięki. Szybko uznano mnie za szaleńca, który stracił rozum pod wpływem tego nieznośnego upału. Zamiast bowiem targować się o cenę chlebów, przypraw, koszul czy butów, pytałem sprzedawców, co za muzyka rozbrzmiewa z ich straganów i gotów byłem słono płacić za należące do nich kasety i płyty CD.
Zewsząd dobiegały mnie zmieszane ze sobą dźwięki arabskiej perkusji, wprawiającej moją duszę w przypominający taniec derwiszów transowy wir, oraz dudnienie muzyki ludów z Czarnego Lądu, której ekstatyczny charakter przyprawiał mnie o zawrót głowy. Pod sklepieniem nieba zaczęły drżeć błyskawice, nadchodziła tak rzadka na pustyni burza. Tylko w mojej głowie rozbrzmiewał jeszcze jeden niezwykły dźwięk, wśród tej bujnej jak dżungla i gorącej jak pustynia rytmicznej wegetacji – zimny jak lód fortepian.
Kiedy  wracałem do Sharm-EL-Sheikh, izraelska straż graniczna skonfiskowała cały, z takim trudem zdobyty zapas muzycznych skarbów z akabańskiego bazaru. Nie spodobały im się arabskie napisy na płytach i kasetach, może podejrzewali, że jestem kurierem Al-Kaidy? Wrażenia tej niezwykłej chwili uleciały- jak mi się zdawało- na zawsze. Aż do niedawna, gdy w moim odtwarzaczu znalazła się wydana w 2009 roku płyta niemieckiego pianisty Joachima Kühna „Out of Desert”.
Nagrana z towarzyszeniem marokańskiego wirtuoza oud i guembri Majida Bekkasa i hiszpańskiego perkusisty Ramona Lopeza, jest ogromnym krokiem naprzód Kühna  po pierwszym albumie tego trio, czyli wydanej w 2007 roku „Kalembie” i po wcześniejszym „Journey To the Centre of the Egg”, nagranym z udziałem Libańczyka Rabiha Abou-Khalila w 2006, które i tak były już świetne. Przełomem jest sięgnięcie przez Kühna nie tylko po muzyków arabskich, ale i głębiej, do dźwięków Afryki subsaharyjskiej, reprezentowanej tu przez pochodzącego z Beninu Bessana Josepha Kouassi i jego towarzyszy. Płyta ta udowadnia, że Kühn osiągnął status artysty wyjątkowego, tworzącego własną muzykę, mającego za nic granice gatunków i nadawane przez krytyków etykietki. Jest równie inspirujący, gdy - jak tutaj - przetwarza to, co zwykle kojarzymy z world music, czy kiedy idzie pod rękę z awangardą w swoich płytach nagranych z udziałem Daniela Humaira, Tony Malaby’ego czy w niezapomnianym duecie z Ornettem Colemanem. Ale równie dobry jest także, gdy płynie bliżej głównego nurtu, jak na płytach w trio z Michaelem Wollnym i Heinzem Sauerem czy wreszcie wtedy, gdy daje wyraz swojej miłości do muzyki klasycznej, jak na solowym „Allegro Vivace”. Krótko mówiąc, album z tych, które - gdy ich słuchasz-wywołują myśl: chciałbym być tam, gdzie ci chłopcy grali i tańczyć!

Maciej Nowotny

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Rafal Mazur / Keir Neuringer "Unison Lines", Not Two, 2010




Rafal Mazur - acoustic bass guitar
Keir Neuringer - alto saxophone

Wytwórnia: Not Two
Rok wydania: 2010





Kiedy miałem jakieś 10 lat, ojciec zabrał mnie do kina na film fantastycznonaukowy zatytułowany „Spotkanie na Kasjopei”. Oto fabuła: grupa radzieckich pionierów leci w kosmos , aby udzielić internacjonalistycznej pomocy kasjopejczykom. Kiedy docierają na miejsce, zamiast nich spotykają jednak tylko roboty przypominające nieco hippisów w spodniach z rozszerzanymi nogawkami i metalowym afro na głowach, które - jak się okazało - przejęły w międzyczasie władzę nad globem. Jak udało im się tego dokonać? Otóż wybudowały na planecie coś w rodzaju pułapek mamiących tubylców muzyką. Kto raz jej posłuchał, nie był w stanie jej się oprzeć i ginął przepojony złudnym poczuciem szczęścia. „Co to za muzyka?” – zadałem szeptem pytanie ojcu. „To jazz” - odpowiedział.
Skąd te wszystkie skojarzenia? Z powodu płyty amerykańskiego saksofonisty Keira Neuringera i polskiego basisty Rafała Mazura, zatytułowanej „Unison Lines”. Mam ją od początku grudnia zeszłego roku, ale zamiast przesłuchać i od razu napisać recenzję, wpadłem w Czarną Dziurę. Podzieliłem los mieszkańców Kasjopei, muzyka przejęła nade mną władzę, weszła ze mną w relację na tyle  głęboką, że nie chciałem się nią z nikim dzielić. Kiedy największym wysiłkiem woli oderwałem się w końcu od niej (być może mam jednak w sobie coś z radzieckiego pioniera!), postanowiłem jakoś odnotować fakt istnienia tak niezwykłej płyty.
Kiedyś zadano Billowi Evansowi pytanie: co to jest jazz? Na co ten odparł, że szukając odpowiedzi nie trzeba pytać, „czym jest jazz” tylko „jak się go tworzy”. Z punktu widzenia „jak” muzyka grana przez Neuringera i Mazura to bez wątpienia jazz: świeża, kreatywna, stanowiąca wyzwanie dla słuchacza, a przede wszystkim ich własna. To free jazz ostry jak skalpel, równie jak on bezkompromisowy i wymagający, którym twórcy tej płyty, niczym para chirurgów-czarnoskiężników ze słynnej książki Jurgena Thorwalda, błądzą po ludzkim ciele w poszukiwaniu duszy. I odsłaniają w nas to, co najpiękniejsze: wewnętrzne światło, dzięki któremu każdy człowiek może nawiązać bezpośrednią więź z niematerialnym, duchowym, transcendentnym. Muzyka ta wpisuje się doskonale w tradycję wielkich mistycznych polskich płyt, takich jak  kiedyś „Matka Joanna Od Aniołów” Tomasza Stańki, „Salve Regina” Piotra Barona czy niedawno „The Passion” Undivided czy „Hera” Wacława Zimpela.
Z poziomem muzycznym koresponduje rewelacyjny design artystyczny wydawnictwa autorstwa Piotra Jakubowicza z RedBoxDesign i mecenat Marka Winiarskiego z dumy polskiego jazzu jaką stało się wydawnictwo Not Two. Krótko mówiąc, obowiązkowa płyta w katalogu każdego wielbiciela free jazzu.

Maciej Nowotny
(kochamjazz.blox.pl)

środa, 12 stycznia 2011

Free Fall (Ken Vandermark / Ingebright Haker-Flaten / Havard Wiik) "Grey Scale", Smalltown Superjazz 2010


Ken Vandermark - cla
Ingebrigt Haker-Flaten - b
Havard Wiik - p

Wytwórnia: Smalltown Superjazz
Rok wydania: 2010






Jeśli spojrzeć na jakąś ciecz pod mikroskopem, okaże się, że cząsteczki wody przemieszczają się w niej z ogromną prędkością we wszystkich kierunkach. Gwałtowność tych ruchów wyznacza temperatura danej cieczy, im ona wyższa tym szybszy ruch cząstek. Tę aktywność nazywa się „ruchami Browna” i mam wrażenie, że Ken Vandermark, amerykański saksofonista free jazzowy, jest właśnie takim czynnikiem podnoszącym poziom entropii w jazzowym światku. Po zetknięciu z niemal każdą jego płytą, wyobraźnia słuchaczy nabiera dodatkowej energii niczym cząstki elementarne w podgenewskim zderzaczu hadronów, i wraz z nim odkrywa nowe muzyczne światy i tajemnice.
Tak przynajmniej było w moim przypadku, bo chociaż Vandermark kojarzy się głównie z muskularnym, asertywnym i nieokiełznanym improwizowaniem na saksofonie (najczęściej tenorowym), to tym razem zabiera on nas w podróż w zupełnie innym kierunku. Cofamy się do roku 1962 i płyty „Free Fall” innego trio w składzie Jimmy Giuffre (klarnet), Paul Bley (fortepian) i Steve Swallow (kontrabas). Co jest w tym albumie na tyle wyjątkowego, że tak wybitni muzycy jak Ken Vandermark (klarnet, klarnet basowy), Havard Vikk (fortepian) i Ingebrit Haken Flaken (kontrabas) postanowili nadać stworzonemu przez siebie w roku 2001 zespołowi nazwę zaczerpniętą z jego tytułu?
Żeby w pełni docenić „Free Fall” Giuffrego warto sięgnąć do wcześniejszej o rok, wydanej dla ECM płyty „1961”. Większa jest przepaść między tymi wydanymi rok po roku albumami niż między „Free Fall” nagranym w 1962 a „Gray Scale” w 2010. Jeśli chcecie na własne uszy usłyszeć, jak elegancki i dyskretny cool jazz zrzucał skórę, by stać się free jazzem, nie ma lepszego sposobu niż wysłuchać tych płyt, jedna po drugiej. Na „1961” Giuffre, Bley, Swallow raczą nas muzyką elegancką i wytworną jak kieliszek schłodzonego Martini serwowany pośrodku rozbuchanej gorącem Sahary. A na „Free Fall” muzycy rozwiązują sobie ręce, odpinają liny zabezpieczające i kontynuują marsz na jazzowy Everest tylko z przypiętymi do ramion skrzydłami. Ich improwizacje są lekkie jak płatki śniegu, tak samo chłodne i tak samo niepowtarzalne. Jedyny mankament tej płyty był taki, że jej doskonałość nie zostawiała wiele miejsca dla naśladowców, zatem wyznaczony przez nią kierunek niewielu miał kontynuatorów.
Tym większa wdzięczność dla Vandermarka oraz jego kolegów, którzy kolejnymi płytami trio Free Fall („Furnace” nagrana w 2002, „Amsterdam Funk” w 2004 i „The Point in a Line” w 2006) kierują naszą uwagę ku tej cennej, a nieco pominiętej tradycji rozkwitającego free jazzu. Zresztą podróż w głąb nie kończy się bynajmniej na samym Giuffrem. Jeśli chcemy ją kontynuować po to, by odkryć europejskie korzenie awangardy, to możemy, a może i powinniśmy po wyżej wspomnianych płytach sięgnąć po utwory na klarnet autorstwa Schoenberga i Weberna. 
Zacząłem od ruchów Browna, rosnącej temperatury i chaosu. Jednak po przesłuchaniu wyżej wymienionych płyt ogarnia mnie poczucie wielkiej harmonii, towarzyszącej zwykle obcowaniu z dziełami najwyższej jakości. Tekst zbliża się do swojej puenty i nie muszę się już wysilać, by rozumieć i oceniać,  poddaję się grawitacji, uspokajam oddech, patrzę w dal. Muzyka wywołuje skojarzenia związane ze swobodnym lotem, szybowaniem, nieważkością i wyobrażam sobie, że jestem astronautą zagubionym w ciszy na odległej okołoziemskiej orbicie (mam nadzieję, że pamiętacie wspaniały utwór E.S.T. zatytułowany ”From Gagarin Points of View”).  Z tamtej perspektywy wszystkie doczesne hałasy i zmartwienia układają się we wzór tyleż  nieuporządkowany, co piękny jak ta muzyka…


Maciej Nowotny
kochamjazz.blox.pl
kochamjazz.blogspot.com

niedziela, 2 stycznia 2011

Tiziano Tononi / William Parker / Emanuele Parrini "Vertical Invaders", Cam Jazz 2010


Tiziano Tononi: drums, percussion, gongs, udu drum
William Parker: double bass, shakuhachi flute, shenai
Emanuele Parrini: violin, viola

Wytwórnia: Cam Jazz
Rok wydania: 2010






W poprzedniej notce pisałem na temat płyty „7”, nagranej przez formację Der Rote Bereich z  grającym na perkusji Oliverem Stiedle, dla którego finezji po prostu nie byłem w stanie znaleźć słów. A teraz chciałbym zwrócić Waszą uwagę na kolejną płytę, na której perkusja jest w roli głównej, tylko że tym razem gra na niej Tiziano Tononi.  I tu jazz, i tam jazz, free, improwizacja, awangarda z najwyższej półki, ale jakże kompletnie różne podejścia do rytmu! U Stiedla rytmy są postrzępione jak pajęczyny u schyłku babiego lata, u Tononiego ustrukturyzowane, uporządkowane jak w fabryce Forda. A wydawałoby się to zupełnie niezgodne z ich narodowymi charakterami! Co za perkusiści, co za jazz, co za odmienne podejścia do bębnów we free!
Oczywiście to nie wszystko, co czeka Was na tej płycie. Otóż są w jazzie nazwiska, które działają na mnie jak czerwona płachta na byka. Pharoah Sanders, Wadada Leo Smith,  David S. Ware, William Parker. Mój Boże! Od wielu już lat atakuję niemal każdą ich płytę w nadziei, że w tych doskonałościach znajdę wreszcie jakąś rysę. Ale nic z tego! Zwykle po kilku przesłuchaniach leżę i kwiczę z podziwu, jak byk przebity srebrną klingą szpady torreadora, ukarany przez Muzy za mą nadmierną pychę. Czy tym razem będzie podobnie, bo przecież wymienionemu przeze mnie wyżej Tiziano Tononiemu i młodemu skrzypkowi włoskiemu Emanuele Parriniemu towarzyszy  grający na kontrabasie sam wielki William Parker właśnie?
Jeśli chodzi o muzykę, jaka znajduje się na tej płycie, to punktem wyjścia dla niej jest Leroy Jenkins, dla którego album ten jest rodzajem trybutu. Jenkins to legendarny amerykański skrzypek jazzowy, który działał na awangardowej scenie chicagowskiej, był w AACM, grał z Anthony Braxtonem, założył formację z udziałem Anthony Davisa i Andrew Cyriila, a potem koncertował z Cecilem Taylorem. Szukając inspiracji, skrzypkowie często oglądali się na dominujących w jazzie saksofonistów, a niektórzy, jak chociażby nasz Zbyszek Seifert, łączyli grę na obu instrumentach. Jednak Jenkins, idąc śladem Trane’a, nawiązywał głównie do tego okresu jego twórczości, gdy ten  współtworzył free jazz. To właśnie dlatego na płycie tej, obok oczywistych nut bopowych (zwłaszcza w pracy perkusji), pełno jest brzmień coltranowskich z tamtego okresu, muzyki transowej, pełnej niczym nie skrępowanych improwizacji, akcentów folkowych, w tym szczególnie tych z muzyki orientalnej. Ostatnim źródłem inspiracji, które ma niebagatelne znaczenie dla brzmienia muzyki na tej płycie, są włoskie tradycje muzyki improwizowanej, uosabiane tutaj przez takie formacje, jak Nexus i Italian Instabile Orchestra. W ogóle Włosi byli bardzo gościnni wobec amerykańskich jazzmanów, nie tylko tych zajmujących się muzyką improwizowaną, umożliwiając im przetrwanie w trudnych latach 70tych i 80tych, gdy w USA królowała czarna muza spod znaku Motown Records, a potem rapu. Katalogi  takich małych, rodzinnych, włoskich wytwórni jazzowych, jak Red, Black Saint, Soul Note, Philology, CAMjazz czy słynny Splas(h), by wymienić tylko kilka najbardziej znanych, kryją prawdziwe perły… amerykańskiego jazzu! Włoska awangarda powstała pod wpływem nagrywających w Italii muzyków zza Oceanu, a płyta ta jest rodzajem hołdu dla trwających wiele już lat związków między jazzem amerykańskim a włoskim. Hołdem najlepszym z możliwych, bo wyrażonym muzycznym językiem dnia dzisiejszego, inspirowanym tradycją, ale spoglądającym w przyszłość.
No to może na zakończenie jeszcze słów kilka o obecności Wiliama Parkera na tej płycie? Cóż, leżąc na boku, w kałuży krwi, na wysypanej białym, morskim piaskiem arenie, słyszę grzmoty oklasków i wiwaty na jego cześć. Od potężnego, zwieńczonego rogami ciała odrywa się moja dusza, mówiąc słowami Hadriana, „animula vagula blandula”, której wznoszeniu się ku Niebu („Ascension”…) oprócz smutku towarzyszy jednak zachwyt, zwłaszcza gdy słucham niezwykłej wersji „Naimy” Coltrane’a, którą znajdziecie ukrytą, jak perłę w muszli, w utworze czwartym na tej godnej uwagi płycie.

Maciej Nowotny
kochamjazz.blogspot.com
kochamjazz.blox.pl

poniedziałek, 27 grudnia 2010

DER ROTE BEREICH "7", Intakt, 2010


Frank Möbus - guitar
Rudi Mahall - bass clarinet
Oliver Steidle - drums

Wytwórnia: Intakt
Rok wydania: 2010







W listopadzie miała premierę siódma płyta działającej  od 1992 w różnych konfiguracjach i składach niemieckiej grupy Der Rote Bereich.  Osiemnaście lat wspólnego grania? Wow! To robi wrażenie, pozwólcie zatem, że zanim przejdę do muzyki, zatrzymam się chwilę przy tworzących trio muzykach, którzy, kto wie, czy są  Wam znani, bo tak to już niestety z jazzem jest, że im jest lepszy, tym trudniej do niego dotrzeć i tym mniej ludzi go słucha.
Gitarzysta Frank Mobüs jest jednym z dwóch muzyków tworzących grupę od samego początku, na płycie dominują właśnie jego kompozycje, a dźwięk jego instrumentu w dużej mierze nadaje osobowość muzyce. Kształcił się w Bostonie, w Berklee College of Music, który jest dla muzyków jazzowych mniej więcej tym czym dla Harry’ego Pottera i jego kumpli Hogwart. Prywatne lekcje dawał mu Jerry Bergonzi, grający dekadę z Dave’m Brubeckiem, co tylko potwierdza zauważaną nie tylko przeze mnie prawidłowość, że aby grać dobrze i długo free trzeba mieć solidne podstawy muzyczne, najlepiej zarówno klasyczne jak i jazzowe. Nota bene z Bergonzim nagrali w tym roku świetną płytę pt. Three Point Shot nasi Piotr Lemańczyk i Jacek Kochan, który to album jest niedostępny w Polsce – jeden z wielu nonsensów w jakie obfituje dystrybucja muzyki jazzowej w Polsce. Ponieważ zbytnio się rozpisałem to podsumuję wątek Mobüsa jednym zdaniem: nagrywał bądź koncertował z całą śmietanką awangardy po obu stronach Atlantyku, a obecnie uczy w Berlińskim Instytucie Jazzowym u boku takich postaci jak Kurt Rosenwinkel czy John Hollenbeck (gdybym był młodym polskim jazzmanem kochającym free zrobiłbym wszystko, żeby dostać stypendium na tej uczelni).
Poza Mobüsem, drugim muzykiem współtworzącym tę formację od samego początku jest klarnecista Rudi Mahall. Zawsze miałem słabość do chłopaków grających na tym instrumencie i kiedy wszyscy zachwycali się grą Charlie Parkera, mnie bardziej podobał się „sound” Paula Desmonda, który co prawda też grał na alcie, ale dobywał z niego dźwięk bardzo podobny właśnie do klarnetu (od którego jak się potem dowiedziałem zaczynał swoją muzyczną edukację). Potem przyszła fascynacja Ericiem Dolphym, którego Out To Lunch chyba nie tylko ja uważam za jedną z najlepszych płyt w historii jazzu? Brzmienie Mahalla bardzo mi się podoba, w zadziwiający sposób potrafi on równie dobrze odnaleźć się w ciszy jak i atakować kaskadą dźwięków, tak że jego granie przypomina mi z jednej strony takich wybitnych klarnecistów jak Jimmy Giuffrie czy Don Byron, ale z drugiej i Petera Brotzmanna, chociaż maniery wymienionych muzyków bardzo różnią od siebie.
Grającego na perkusji Olivera Stiedle znam najmniej, dlatego studiując jego biografię, ze zdziwieniem znalazłem informację, że grał z Tomaszem Stańko? Gdzie i kiedy? Wie ktoś może? Wszakże nawet gdybyśmy nie wiedzieli z kim grał i tak jedno przesłuchanie płyty wystarczyłoby nam, aby się przekonać o tym, że jest muzykiem nieprzeciętnym, grającym no właśnie jak?
W ten sposób przeszliśmy do samej muzyki, o której chciałbym powiedzieć, że ma przede wszystkim styl. Narażę się pewno w tym momencie wielu kolegom piszącym o free jazzie, ale uważam, że większość kapel grających free nie ma stylu. Nie sposób jednej od drugiej rozróżnić po brzmieniu, ponieważ są do siebie podobne jak miliard Chińczyków. Otóż brak stylu oznacza brak klasy i owocuje nudą, bo żeby się dopracować swojego stylu trzeba mieć po prostu duszę artysty, naśladownictwo, nawet najbieglejsze nie wystarczy. I tę oryginalność w muzyce Der Rote Bereicht bardzo wyraźnie słychać, a jej cechą wyróżniającą jest umiejętne łączenie ekspresji i samokontroli, ekstrawersji i introspekcji, pewności siebie i autoironii: jest to styl kamikadze, który dociska pedał gazu w swoim Mitsubishi Zero do deski i pod którego zmrużonymi oczami usłyszycie pisk opon.

Maciej Nowotny
(kochamjazz.blox.pl, kochamjazz.blogspot.com)

wtorek, 14 grudnia 2010

Piotr Wyleżoł "Piano Trio" (2006), "Children's Episodes" (2009), "Live" (2010)

Polscy pianiści jazzowi mają nazwiska trudne do wymówienia dla obcokrajowców: Lesław Możdżer, Paweł Kaczmarczyk czy Piotr Wyleżoł. To chyba jedyny powód, dla którego nie są równie znani i doceniani w jazzowym świecie jak ich - mający nieco łatwiejsze nazwiska - zagraniczni koledzy w rodzaju Enrico Pieramuziego, Esbjorna Svenssona czy Brada Mehldau’a. Odnotujmy więc, że Piotr Wyleżoł, artysta którego sylwetkę chcę dzisiaj nakreślić, nagrał niedawno płytę dla wydawnictwa Fresh Sounds, która od lat wydaje płyty właśnie Mehldau’a, najjaśniejszej chyba młodej gwiazdy amerykańskiego mainstreamu. Wielki sukces, a co najważniejsze nieprzypadkowy, bo będący efektem wielu lat wytrwałej pracy, której owoców bez trudu możecie skosztować, jeśli przeczytacie ten post do końca, a następnie poprosicie św. Mikołaja o stosowne podarunki…

Najpierw parę słów o ludziach, którzy siódmego dnia pomogli Panu Bogu stworzyć ten jazzowy światek: Bill Evans – bez niego nie wyobrażam sobie cool jazzu, a przede wszystkim kwintesencji jazzowej elegancji, jaką jest trio: fortepian, kontrabas i perkusja. Evans, LaFaro, Motian – Mane, Tekel, Fares – synonim równowagi, harmonii proporcji, pełni. No i nasz Mietek Kosz z jego nieznośną lekkością improwizacji, uderzeniem delikatnym jak skrzydła motyla o poranku wśród gasnących gwiazd. Ale do rzeczy, bo te wszystkie wolne skojarzenia prowadzą nas nieuchronnie do drugiej płyty w dorobku Piotra Wyleżoła zatytułowanej po prostu Piano Trio (do pierwszej, o tytule Yearning niestety nigdy nie udało mi się dotrzeć). Nagrana z towarzyszeniem najwyższej jakości muzyków w osobach: grającego na kontrabasie Michała Barańskiego i na perkusji Łukasza Żyty przypomniała nam, że polska pianistyka jazzowa nie tylko samym Marcinem Wasilewskim stoi. Jedna po drugiej, kompozycje Piotra Wyleżoła (kapitalny Dr Holmes!!!), przeróbka Steve Wondera (Taboo To Love), kompozycja Bronisława Suchanka (Lonesome Dancer) i absolutnie rewelacyjne, monkowskie w klimacie Double Exposure samego Herbie Nicholsa sprawią, że prędzej pożegnacie się z pieniędzmi, samochodem czy licznymi kochankami niż z tą rewelacyjną płytą, skoro raz zawita do Waszej kolekcji. A przecież to dopiero początek.

Po niej następuje wspomniany wyżej, ubiegłoroczny, bardzo ważny debiut dla Fresh Sound zatytułowany Children’s Episodes, na której to płycie Piotr i jego wspaniali kompani ani na moment nie obniżają lotów, a jak trudno jest po znakomitej płycie nagrać jeszcze lepszą - tego nie muszę nikomu chyba tłumaczyć. Wyróżnikiem muzyki Wyleżoła są bardzo melodyjne kompozycje, prawdziwe wampy, zgrabne i pełne seksapilu, jak piękne warszawianki, przemykające latem gdzieś między Ogrodem Saskim a Marszałkowską. Nie sposób oczu od nich oderwać i kiedy śmigają po stołecznych chodnikach tak lekko, jak wspomniane wyżej motyle, to chciałoby się rzec, że tańczą tak, jak nutki w tych piosenkach, jakie komponuje dla nas Piotr (na przykład Nicholas Patu, Dr Holmes czy Snake). Ale nie brakuje też momentów pełnych powagi, refleksji i głębi, jak w tytułowym Children’s Episodes (pióra Davida Dorouzki) czy szaleństwa, jak w improwizacji na temat Introspection Theloniusa Monka.

Trzecia płyta Wyleżoła, którą musicie mieć, póki nie znikną one z dystrybucji, a wtedy będziecie sobie z żalu długo i boleśnie pluć w brodę, to nagrany w tym roku, tak wspaniałym dla polskiego jazzu, album zatytułowany po prostu Live. Album ten to niestety porażka roku, na szczęście tylko pod względem edytorskim. Okładka brzydka i kompletnie bez związku z muzyką na płycie, a to niestety nie wszystko: krzywo wydrukowany tekst z tytułami utworów, w tytule Dr Holmes z kropką czyli kłania się znajomość ortografii i wreszcie pomyłka na liście utworów, gdzie bonus track to właśnie rzeczony Dr Holmes, a nie Snake, jak wydrukowano na okładce. Wszakże poza tymi qui pro quo ta płyta to sam miód, bo po raz pierwszy od lat Piotr staje na czele formacji innej niż trio i pojawia się tu w kwintecie z Adamem Pierończykiem (saksofon tenorowy i altowy), Davidem Dorouzką (gitara), Adamem Kowalewskim (kontrabas) i Krzysztofem Dziedzicem (perkusja). Wszyscy muzycy na tej płycie grają zjawiskowo: Pierończyka po prosu nie poznacie, gra miękko i lirycznie, jak sam Coleman Hawkins; Dorouzka to wielki talent, gra bezpretensjonalnie, jak niegdyś Jim Hall czy – obecnie - John Abercrombie; Adam Kowalewski ma głęboki i mocny bas, który nie raz przyprawi Was o ciarki na plecach; a gra Krzysztofa Dziedzica to po prostu poezja, jak mawiają Francuzi, chapeau bas! I tym optymistycznym akcentem pozwolę sobie zachęcić Was do przesłuchanie wszystkich wyżej opisanych płyt.



Maciej Nowotny
http://kochamjazz.blogspot.com/
http://kochamjazz.blox.pl/

środa, 1 grudnia 2010

Leszek Kułakowski Ensemble Piccolo "Code Numbers", Fonografika, 2010


Leszek Kułakowski - fortepian
Krzysztof Gradziuk - perkusja
Piotr Kułakowski - kontrabas

Wytwórnia: Fonografika
Rok produkcji: 2010






Ten tekst noszę w sercu od dłuższego jazzu, bo o płycie tej klasy, co najnowszy album pianisty Leszka Kułakowskiego zatytułowany Code Numbers, trzeba napisać coś, co wykracza poza zbyt oczywiste przymiotniki w rodzaju: najlepsza, doskonała, wybitna. Kolejny zatem raz siadam do pisania o tej płycie, ale chyba wreszcie znalazłem klucz do tej muzyki.
Pamiętacie może teorię strun, jedną z najpiękniejszych teorii wszystkiego, jaką kiedykolwiek stworzono? Podobnie jak najnowsza płyta Kułakowskiego, teoria strun pełna jest liczb, które podobno wyjaśniają wszelkie tajemnice budowy naszego świata. Wg niej struny to jednowymiarowe struktury o wielkości 10¯³¹ metrów, z których składają się dwuwymiarowe membrany wibrujące w dziesięciowymiarowej przestrzeni, stanowiące budulec wszystkich znanych nam cząstek elementarnych.
To nieważne, że nic z tego nie rozumiem, nie wiadomo, czy to wszystko jest czymś więcej niż ślepą uliczką, w którą zabrnęli fizycy w poszukiwaniu współczesnego Graala. Wszakże pamiętam, że w VI wieku p.n.e Pitagoras, badając dźwięki greckiej liry odkrył, że harmonii brzmienia drgających strun o różnej długości odpowiada przejrzystość łączących je stosunków matematycznych (½, ⅔, ¾ itd.) . To odkrycie było początkiem teorii muzyki i tak mocno wpłynęło na światopogląd Pitagorasa, że sformułował on pojęcie „harmonii sfer”, podjęte później przez Platona, zgodnie z którym u podstaw całej rzeczywistości tkwi jakaś podstawowa idea, logiczna i niepodważalna, zatem możliwa do wypowiedzenia tak językiem matematyki, jak muzyki, filozofii, a nawet religii.
Jest w tym jakieś szaleństwo bez wątpienia, ale jednocześnie wzlot ducha na niespotykaną skalę i taka też jest muzyka Leszka Kułakowskiego, nie tylko na tej płycie. W kraju pełnym wybitnych pianistów jazzowych (bo gdzie indziej w jednym pokoleniu współistnieją talenty tej miary co Leszek Możdżer, Marcin Wasilewski, Paweł Kaczmarczyk, Piotr Wyleżoł i wielu innych), Leszek Kułakowski zajmuje pozycję kogoś w rodzaju polskiego Theloniusa Monka, Cecila Taylora albo Cedara Waltona, przy czym nie mówię tu o pokrewieństwie brzemienia, lecz o osobowości i twórczym temperamencie. Outsider z natury, ale może i z upodobania, podąża ścieżką rzadziej uczęszczaną, traktem porośniętym burzanem i chwastem. W dziele tym wspaniale go wspomagają jego syn Piotr Kułakowski na basie i Krzysztof Gradziuk na perkusji, którego podziwiamy bardzo za grę w RGG Trio.
I właśnie do stylu tej ostatniej formacji - muzyka ta ma najwięcej podobieństw: wyrafinowana, chłodna, otwarta, improwizująca, rozbrzmiewająca w ciszy impresjonistycznie ledwie naszkicowanej. Nie do pominięcia, jeśli w Waszym krwiobiegu płynie chociaż jedna kropla jazzu.

Maciej Nowotny

niedziela, 28 listopada 2010

Komeda 2010

Jazz jest rodzajem melancholii z dużą domieszką nonszalancji i autoironii, której nikt w Polskim Jazzie nie uosabiał pełniej niż Krzysztof Komeda Trzciński. Jego wpływ wykraczał daleko poza muzykę, był fenomenem, który dostrzegło bystre oko Andrzeja Wajdy i uwieczniło w znanym filmie Niewinni Czarodzieje. Bo przecież Tadeusz Łomnicki z blond włosami, śmigający lambrettą po Krakowskim Przedmieściu to nikt inny jak Komeda właśnie. Co najmniej od roku 1997, w którym ukazał się album Tomasza Stańki Litania poświęcony Komedzie, obserwujemy renesans zainteresowania muzyką tego wybitnego jazzmana, i to tak w kraju, jak i za granicą. A ponieważ koniec roku się zbliża, postawmy pytanie: jakie płyty „Komedowskie” nagrane w tym roku warto umieścić w swojej kolekcji?

Po pierwsze zwróćcie uwagę na NBS Trio. Rozumiem Wasze zdziwienie, bo mi także ta nazwa nic nie mówiła. I nic dziwnego, bo zespół tworzą Klaudius Kovac (fortepian), Robert Ragan (bas) i Peter Solarik (perkusja) ze Słowacji. NBS znaczy Nothing But Swing i - jak sama nazwa wskazuje - że grają jazz nawiązujący do złotych lat 50tych i 60tych, przy czym ich wycieczka w stronę Komedy siłą rzeczy powoduje, że na płycie więcej jest cool jazzu, którego Komeda był jednym z najważniejszych eksponentów na Starym Kontynencie. W ogóle trzeba wyrażać się o tej płycie z najwyższym uznaniem! Jej poziom muzyczny jest niesamowicie wysoki, a i Komeda jest tu zarazem tym Komedą, którego kochamy, rozpoznawalnym, czytelnym, znajomym, a jednocześnie zagranym tak świeżo, bezpretensjonalnie i z takim urokiem, że po prostu dawno nie pamiętam tak świetnej komedowskiej płyty, a przecież nie brakuje ich bynajmniej.

Druga płyta to krążek formacji Kattorna o tytule Straying To The Moon, płyta nagrana przez bardzo młody, polsko-duński skład w osobach Dawida Główczeskiego (saksofon altowy i tenorowy), Grzegorza Rogali (puzon), Łukasza Pawlika (fortepian), Maxa Nauty Simonsena (bas) i Krzysztofa Szmańdy (perkusja). Jest to płyta kompletna, jakich nie tak dużo na naszym rynku muzycznym, bo oprócz rewelacyjnej - moim zdaniem - warstwy muzycznej, wyróżnia się i projekt graficzny płyty, za który należy pochwalić Kubę Karłowskiego. A oto, co widzimy na okładce: bezwietrzna noc, nagi mężczyzna, być może lunatyk, do połowy zanurzony w ciemnej, spokojnej i gęstej jak ołów wodzie, przyciągany jak przez magnes ku wiszącemu nad ciemnym lasem Księżycowi w pełni. Kto zna biografię Komedy, jego obsesje i lęki, ten wie, że żaden szczegół w tym obrazie nie jest przypadkowy. Dalej jest tylko jeszcze lepiej (oczywiście muzycznie). Doprawdy, trudno byłoby mi ułożyć się spokojnie do snu z myślą, że nie mam tej płyty w swojej kolekcji.

Ale najsmakowitszy kąsek zachowałem dla Was na koniec: to najnowsza, wydana zaledwie kilka dni temu płyta Adama Pierończyka, zatytułowana nie inaczej jak Komeda – Innocent Sorcerer i nagrana z takimi muzykami jak Gary Thomas (saksofon tenorowy), Nelson Veras (gitara), Anthony Cox (kontrabas) i Łukasz Żyta (perkusja). Zdziwiłbym się, gdyby nagranie to nie spowodowało sporego szumu na naszej scenie jazzowej, bo w muzyce, jaką usłyszeć można na tej płycie, ogniskuje się jak w soczewce wszystko to, co w nowoczesnym jazzie wydaje mi się najważniejsze: szacunek dla tradycji, odwaga do awangardowych eksperymentów, witalność i dodatkowo śmiałość, by z tym genialnym Polskim Jazzem pchać się w świat. Płyta roku? Muzyk roku? Kto wie?

Maciej Nowotny
http://kochamjazz.blox.pl/

wtorek, 23 listopada 2010

Adam Pierończyk "El Buscador", Jazzwerkstatt, 2010


Adam Pierończyk - saksofon sopranowy, tenorowy
Adrian Mears - puzon
Anthony Cox - bas
Krzysztof Dziedzic - perkusja

Wytwórnia: Jazzwerkstatt
Rok Wydania: 2010




Ok, czas napisać szczerze co się myśli: mam już po dziurki w nosie tych jazzowych Szopenów, od których uginają się w tym roku półki sklepów muzycznych. Czy tylko ja jeden słyszę w tym prowincjonalność, sztampowość i zaściankowość? Kolejny raz, z uporem ćmy obijającej się o żarówkę, eksploatujemy tylekroć przeorane pole, doprawdy czyniąc krzywdę temu geniuszowi, któremu tak bliski był przecież duch improwizacji i nieogarniona kreatywność. Mam zatem mocne postanowienie znaleźć inną muzykę: niecodzienną, bezkompromisową, lecz piękną i szczęście mi sprzyja, bo na wspaniałym portalu http://freejazz-stef.blogspot.com przeczytałem notkę o wydanej, w zacnym niemieckim wydawnictwie Jazzwerkstatt, najnowszej (do niedawna…) płycie Adama Pierończyka zatytułowanej „El Buscador”.
Oprócz lidera grającego na saksofonach tenorowym i sopranowym, na płycie grają puzonista Adrian Mears, basista Anthony Cox i perkusista Krzysztof Dziedzic. Nie ma tu miejsca na rozbudowane wizytówki tych panów, ale wierzcie mi, to najwyższa jazzowa półka, po którą, słuchając Polski Jazz, chciałoby się sięgać jak najczęściej. Najbardziej podoba mi się duch tej płyty: ryzykancki, awanturniczy, przypominający podróż w nieznane. I rzeczywiście muzycy igrają z etnicznymi klimatami, o czym świadczą także tytuły utworów: tu buddyjski monastyr gdzieś na Syberii, tam andaluzyjski ogród, ówdzie Marrakesz, a wreszcie i krakowski klub „U Muniaka”. Nie dajmy się jednak zwieść poetyce tych tytułów, bowiem najważniejszy tu jest jazz, i nigdy nie przestaje być to jazzem.
Ten jazz nawiązuje to wielkiej tradycji takich muzyków jak późny John Coltrane, który w muzyce Wschodu, w jego żywej tradycji, szukał autentycznej duchowości, oświecenia, a może i nirwany. Naprawdę rzadko nam się w Polszcze zdarzają akcje tego typu, oczywiście od razu przypomina nam się legendarny Stańkowski „Music from Taj Mahal and Karla Caves” i być może „EL Buscador” po latach będzie się wymieniać jednym tchem z tym kultowym nagraniem.
Krótko mówiąc, transowe rytmy, awangardowa drapieżność, etniczna świeżość i jeszcze, a jakże!, nieco mainstreamowa przystępność, wszystko to sprawia, że mamy tu doprawdy do czynienia z wydawnictwem wyjątkowym.

Maciej Nowotny
http://kochamjazz.blox.pl

niedziela, 21 listopada 2010

Tomek Sowiński and the Collective Improvisation Group "Synergy" oraz Arek Skolik "Detour Ahead"


Darek Herbasz
: ts, Jerzy Małek: tp, Piotr Mania: p, Pio Pawlak: g, Adam Żuchowski: b, Łukasz Ruszkowski: perc, Tomek Sowiński: dr

Wytwórnia: Multikulti
Rok Wydania: 2010





Nie tak dawno, z jednym z moich przyjaciół, mieliśmy okazję prowadzić długą rozmowę na temat jazzu, na trasie Warszawa – Jastrzębia Góra i z powrotem. Zadałem wtedy pytanie, gdzie są polscy perkusiści podobnego kalibru jak niegdyś Art Blackey, potem Jack DeJohnette, a obecnie Jim Black czy Jeff „Tain” Watts. Nie było nam łatwo znaleźć podobne typy na scenie polskiej lat minionych i obecnych. W końcu jeden z nas powiedział: „A Jacek Olter?” No tak, przed Jackiem wszystkie drogi były otwarte, ale samobójcza śmierć sprawiła, że nie ma już go między nami. Kto zatem jeszcze? – pytaliśmy rozglądając się bezradnie wokół.
A tu zaraz po powrocie, w moim ulubionym Empiku w Domach Towarowych Centrum w Wawie, gdzie istnieje jedyna chyba w Polsce póła z wyłącznie polskim jazzem (czy w innych miastach istnieją takie enklawy?) znajduję dwa te oto wydawnictwa, na których to właśnie perkusiści wiodą rej i to w wielkim stylu!
Zacznę od płyty „Synergy” perkusisty Tomka Sowińskiego, któremu towarzyszy prawdziwa śmietanka polskiego młodego jazzu w osobach Darka Herbasza grającego na saksofonie tenorowym, Jerzego Małka – na trąbce i instrumentach pokrewnych, Piotra Manii – na fortepianie, Piotra Pawlaka – na gitarze, Adama Żuchowskiego – na basie i Łukasza Ruszkowskiego szalejącego na różnych instrumentach perkusyjnych o etnicznej proweniencji. Doprawdy groove w tej muzie silny jest jak kiedyś moc w rodzinie Skywalkerów! Grupa ta nazwała się bardzo pięknie The Collective Improvisation Group i można o nich powiedzieć tylko i aż to, że to prawdziwych siedmiu wspaniałych, siedmiu samurajów, których granie jest dynamiczne i ostre jak miecz Musashiego, uciszający ostatecznie wszystkich maruderów, którzy zdają się wątpić, że modern jazz może być jednocześnie awangardowy i posiadać sex appeal! Zresztą staje się to powoli polską specjalnością, o czym świadczą wspaniałe płyty Audiofeeling Band Pawła Kaczmarczyka i Contemporary Noise Quintet/Sextet.
A ponieważ internetowa notka nie powinna być zbyt długa, na koniec chcę podkreślić rolę jaką odegrał w nagraniu Piotr Mania. Jego styl przypomina mi nieco sposób w jaki grał Kenny Drew, jak tamten Mania potrafi pozostając na drugim planie, zachować swoją wyrazistą indywidualność i subtelnie acz czujnie podąża za najlżejszymi zmianami rytmu w jakie obfituje ta wspaniała muzyka. Płyta warta nie tylko złamanego szeląga!


Arek Skolik: Drums
Kuba Płużek: Piano
Max Mucha: Bass

Wytwórnia: Multikulti
Rok Wydania: 2010





Drugie wydawnictwo, na które chciałbym zwrócić Waszą uwagę to album „Detour Ahead”, na której gra trio muzyków pod wodzą kolejnego perkusisty Arka Skolika. O ile na pierwszej płycie słuchamy obecnej śmietanki polskiego młodego jazzu, to na tej kto wie czy nie słuchamy przyszłej śmietanki. O ile bowiem Arek Skolik to muzyk znany nam od lat, którego klasa nie podlega dyskusji, to towarzyszący mu na fortepianie Kuba Płużek i na kontrabasie Max Mucha to absolutni debiutanci (przynajmniej tak mi się zdaje!), których do tej pory mogliśmy słyszeć tylko na płycie „Lilla Chezquiz” kwartetu Jarka Bothura, płycie znakomitej zresztą.
Repertuar tego CD złożony jest z samych standardów jak choćby Nobody Else But Me (J. Kern), Detour Ahead (H. Ellis, J. Frigo, L. Carter), Five Brothers(G. Mulligan), 9:20 (C. Basie) czy September Second (M. Petrucciani), ale swinguje to jak biodra pięknych dziewczyn w niezapomnianym Along Come Betty Arta Blackeya. Talent Kuby Płużka jest niezmierzony, bas Maxa Muchy obiecujący, a rola Arka Skolika nie do przecenienia, bo jak kiedyś Miles Davis czy później nasz Tomasz Stańko wziął pod swoje skrzydła muzyków, z których jazz może mieć wiele pożytku w przyszłości.
Podsumowując, wypada się przyznać do błędu: okazuje się bowiem, że rok obecny udowadnia nam, że w polskim jazzie mamy perkusistów wybitnych, o wyrazistym liderskim potencjale. Dzięki nim możemy cieszyć dwoma wyśmienitymi nagraniami, pierwszym z domieszką awangardy, drugim o bardziej klasycznym brzmieniu, które jednak powinny się znaleźć wśród najlepszych płyt tego doskonałego jazzowego rocznika Anno Domini 2010.

Maciej Nowotny
http://kochamjazz.blogspot.com