Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wooley Nate. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wooley Nate. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Peter Evans / Nate Wooley "High Society", Carrier Records, 2011



Peter Evans - trumpet, electronics
Nate Wooley - trumpet, electronics

Wytwórnia: Carrier Records
Rok wydania: 2011





Żarty się skończyły. Czas odstąpić od retro-inspiracji, klasycznej wirtuozerii, delikatnych zabaw z elektroniką i chwycić się w końcu ze współczesnością za bary. Peter Evans i Nate Wooley przyzwyczaili nas do swojego względnie przystępnego grania. Tym razem jednak nie pozostawiają złudzeń, że mają też drugie, znacznie bardziej hałaśliwe oblicze.

piątek, 25 marca 2011

Daniel Levin Quartet [Daniel Levin / Nate Wooley / Matt Moran / Peter Bitenc] "Organic Modernism", Clean Feed, 2011


Daniel Levin: cello
Nate Wooley: trumpet
Matt Moran: vibraphone
Peter Bitenc: bass

Wytwórnia: Clean Feed
Rok wydania: 2011





Daniel Levin wraz ze swoim kwartetem nie zwalnia tempa - jeszcze dobrze nie ochłonęliśmy po koncertowym albumie, który ukazał się w drugiej połowie ubiegłego roku nakładem Clean Feed-u, a już portugalska oficyna zaskakuje kolejnym nagraniem Zespołu. Po nagraniu "live" przyszedł czas na zmiany - najnowsza płyta "Organic Modernism" ma zupełnie odmienny charakter. Levin w liner notes dołączonym do płyty przywołuje słowa Strawińskiego o tym, że muzyka "powinna być niczym więcej jak tylko samymi dźwiękami". I rzeczywiście muzyka kwartetu ma tym razem aspiracje bycia afirmacją dźwięku. Levin wciąż jest tu kompozytorem - tym razem jednak tylko kilku utworów i są tylko szkice. Ponad połowa materiału to kwartetowe improwizacje. Odeszły gdzieś swingujące frazy kwartetu oparte na współbrzmieniu partii wiolonczeli i wibrafonu. Zamiast tego mamy powolne budowanie współbrzmienia, które w efekcie często i tak prowadzi do porozumienia i, zgodnie z założenia ICP, kompozycji. Muzyka jest zupełnie abstrakcyjna, w poszczególnych utworach nie oparta na jednolitym metrum oraz nie ma ciągłości w formule kwartetu. Ciągle się zmienia wraz z aktywnością poszczególnych improwizatorów w ramach zespołu. Wyodrębniają się więc różne składy - duety i tria, które swobodnie rozwijają narrację prowadzoną wcześniej przez zupełnie odmienny skład. Płyta jest ciągłym zaskoczeniem, ale potrafią jej formułę docenić ci, którzy włożą w obcowanie z tą muzyką niemały wysiłek - potrafią się skupić na blisko sześćdziesiąt minut. Ja polecam gorąco.

Marcin Jachnik
multikultiproject.blogspot.com

piątek, 11 marca 2011

Pete Robbins's Unnamed Quartet [Pete Robbins / Nate Wooley / Daniel Levin / Jeff Davis] "Live In Brooklyn", NotTwo 2011


Pete Robbins: alto saxophone
Nate Wooley: trumpet
Daniel Levin: cello
Jeff Davis: drums

Wytwórnia: Not Two
Rok wydania: 2011





Pete Robbins, nowojorski muzyk, jest wciąż jeszcze saksofonistą "na dorobku", chociaż grywał i nagrywał z gigantami jazzowej sceny - Johnem Zornem, Markiem Dresserem, Craigiem Tabornem, Mario Pavone czy Kennym Wollesenem. Muzyczną edukację rozpoczął bardzo wcześnie - w wieku sześciu lat rozpoczął naukę gry na fortepianie, gdy miał lat dziewięć - na klarnecie, gdy miał jedenaście chwycił za gitarę, a altowy saksofonu ujął po raz pierwszy rok później. Studiował w Phillips Academy, Tufts University i w końcu w New England Conservatory pod kierunkiem m.in. Paula Bleya, George'a Garzone i George'a Russella. Założył własną wytwórnię płytową - Hate Laugh, chociaż publikuje także w innych labelach. Najnowszą płytę wydało krakowskie NotTwo.
Unnamed Quartet to zespół iście gwiazdorski - prócz lidera grają tu świetnie znani miłośnikom gatunku i niezwykle cenieni muzycy: wiolonczelista Daniel Levin oraz trębacz Nate Wooley oraz ceniony jako muzyk sesyjny perkusista Jeff Davis (nagrywający także w kilku składach dla portugalskiego Clean Feedu). I chociaż "nazwiska nie grają", to płyta zespołu spełnia wszelkie nadzieje, jakie w niej pokładałem. Wszyscy muzycy świetnie odnajdują się formule kwartetowej, wolnej improwizacji, chociaż mam wrażenie, że najmniej pewnie czuje się w niej Levin. Nawet we własnych zespołach najbardziej interesująco brzmią jego kompozycje - jak nikt potrafi on operować harmonią, współbrzmieniem instrumentów. Gdy jednak dochodzi do improwizowanego grania w trio czy kwartecie, czasem jakby brakowało mu doświadczenia. Tutaj dwóch frontmenów (Robbins-Wooley) nieco spycha do roli członka rytmicznej sekcji, chociaż i w jego grze sporo jest interesujących partii. Nate Wooley natomiast to - nie tylko w tym zespole - postać pierwszoplanowa. Muzyk nagrywający solowe płyty free improv, ale także znakomicie odnajdujący się w bardziej konwencjonalnych czy nawet komponowanych formach, tutaj błyszczy i jest - w moim odczuciu (za sprawą olbrzymiej muzykalności i bogatego doświadczenia) - autentycznych liderem zespołu. Znakomicie przy tym rozumie się z Robbinsem, zepchniętym nieco w cień, jakby odsuniętym z nominalnej funkcji szefa kwartetu. Zdaje się być sprawnym wielce instrumentalistą, ale nie kreatorem formy utworów. Tu - w moim odczuciu - dominuje trębacz. Muzyka ma porwaną, zmienną strukturę. Kwartet, moim zadaniem, najciekawiej wypada, gdy udaje im odnaleźć jakieś wyciszenie, gdy nie starają się utrzymać żywiołowego tempa, ale znajdują chwilę by pomedytować nad dźwiękiem, rozsmakować się barwie brzmień i niuansów, szmerów i drgnięć powietrza. A trochę takich momentów tu jest i można się nich zasłuchać bez reszty.

Marek Zając
http://multikultiproject.blogspot.com/

wtorek, 31 sierpnia 2010

Daniel Levin Quartet "Blurry" - czyli cudowne wyciszenie



Daniel Levin: cello;
Nate Wooley: trumpet;
Matt Moran: vibraphone;
Joe Morris: double bass.

wytwórnia: Hatology
rok wydania: 2007



Każdy ma wiele sprawdzonych sposobów na odprężenie lub zresetowanie umysłu. Ja czasem wracam do opartego na żelaznym sentymencie pewniaka sprzed lat (King Crimson "Island"!) lub wyciskacza łez (Portishead forever!), innym razem paradoksalnie katuję się japońskim noisem (Keiji Haino) lub chorym free jazzem (Parker/Guy/Lytton). Za każdym razem chodzi mi jednak o oddanie się w ramiona emocji, które na tyle silnie mną zawładną, żeby zmęczony umysł mógł odpocząć od natłoku myśli.
Tego, z lekka, ucieczkowego zadania, nigdy wcześniej nie udało mi się zrealizować z płytą dla mnie nową, zawsze wykorzystywałem coś ze stałego repertuaru wyciszaczy czy knockouterów. Z "Blurry" się udało.
Już po pierwszych dźwiękach poczułem, że jej ulegam, że układa mnie do pozycji horyzontalnej i z pomocą sprawdzonej repetytywności kontrabasu wprowadza w stan lekko hipnotyczny. Błyskawicznie okazało, się że jest to dopiero początek przygody, bo kiedy tylko poczułem więź z muzyką, zaatakowała mnie cała feeria środków stosowanych przez pozostałych instrumentalistów. Było psychodelicznie, ilustracyjnie, surrealistycznie i abstrakcyjnie, a każdy z muzyków miał ogromny wkład w bogactwo wymienionych stanów. Słowa uznania należą się Wooleyowi, który dysponując niebywałą sonorystyczną zręcznością, odpowiadał za niespotykany klimat tej płyty. Bardzo zdziwił mnie wibrafon, za którym raczej nie przepadam, a tu sprawdził się wyjątkowo dobrze, dodając muzyce bajecznej aury. No i oczywiście wielkie brawa dla lidera Daniela Levina, który nie dość, że to wszystko gdzieś w wyobraźni zestawił, to jeszcze wspaniale wzbogacił pięknymi partiami wiolonczeli.

Najważniejsze jednak, że po raz pierwszy nie musiałem być targany emocjami, aby umysł odpoczął. "Blurry" po prostu przełączyła mnie w inny tryb, uruchamiając ważną funkcję, która przy okazji zadziałała kojąco: wyobraźnię.

Marcin Kiciński