Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Daisy Tim. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Daisy Tim. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 28 października 2012
wtorek, 17 stycznia 2012
Aram Shelton Arrive (Jason Roebke, Jason Adasiewicz, Tim Daisy) "There Was..." Clean Feed, 2011
Aram Shelton - as
Jason Roebke - b
Jason Adasiewicz - vib
Tim Daisy - dr
Wytwórnia: Clean Feed
Rok wydania: 2011
Długo zbierałem się do napisania o tej płycie, mimo że jest ona jednym z nielicznych tegorocznych wydawnictw, do którego wracam regularnie i z niesłabnącym zachwytem. Shelton zwrócił moją uwagę swoim unikalnym, bardzo lirycznym językiem już w trio Dragons 1976. O ile jednak tamten zespół miał lekko „garażowy” charakter, tak kwartet Arrive tchnie dojrzałością i dopracowanym brzmieniem. Wyraźnie słychać także, że muzyk ten rozwinął się kompozycyjnie. Prostota i melodyjność tematów, uzupełniona nienachalnymi zwrotami dynamiki, pozostawia dużo miejsca dla swobodnej wypowiedzi zarówno samego lidera, jak i pozostałych członków zespołu. Nie ma tu żadnych napięć, raczej skupiona współpraca, która udaje się zazwyczaj, gdy zebraną grupkę osób cechuje podobna, w tym wypadku dość złożona osobowość. Przeważa liryczna zaduma, która chwilami przeradza się w lekko freejazzowe partie. Moją uwagę zwraca wibrafonista Jason Adasiewicz, który ze swojego - do niedawna uważanego przeze mnie za bezduszny (do czasu zanurzenia się w cudowny świat Bobby Hutchersona czy Walta Dickersona) - instrumentu potrafi z odpowiednią delikatnością wydobyć partie, decydujące w głównej mierze o onirycznym charakterze większości kompozycji, spośród których wyróżnia sie utwór „Frosted” - zachwycająca ballada, łącząca cudowne wybrzmiewanie instrumentów z lekką, melancholijną melodią.
Na „There Was…” doskonale pracuje sekcja. Pamiętam swój zachwyt nad Timem Daisy, gdy wraz ze swoim pojawieniem się w szeregach Vandermark 5 wniósł sporo brzmieniowej lekkości i inwencji. Od tego czasu pojawiło się wiele płyt z jego udziałem, płyt lepszych i gorszych, i po czasie zacząłem odnosić wrażenie, że powoli bębniarz ten popada w słyszalną, niestety, rutynę. Wyjątkiem była jego współpraca Sheltonem i tym razem również nie zawodzi. Już dawno nie słyszałem go w takiej formie, mimo że porusza się tu w bardzo stonowanych rejestrach. Jason Roebke może niczym nie zaskakuje, ale jest to też muzyk, którego najmniej znam. Na pewno jednak dobrze się wkomponowuje w obraną stylistykę i uzupełnia zespół dość oszczędnym, lecz bardzo trafionym basem.
„There Was…” jest płytą szczególną - mimo że w kilku miejscach wyraźnie nawiązuje do klasycznych rozwiązań, to robi to w sposób intelektualnie i emocjonalnie koherentny z teraźniejszością. Wyraźnie słyszalny sentyment nie wyraża tęsknoty za czymś konkretnym, przez co bardziej stanowi deklarację własnego umiejscowienia we współczesności, opartego na zrozumianym i zaakceptowanym niedopasowaniu.
Marcin Kiciński
P.S. Warto zwrócić uwagę na pozostałe tegoroczne płyty Sheltona i z jego udziałem– duet z Kjellem Nordesonem „Incline” (Singlespeed Music), a także album „gwiazdorskiego” kwartetu Darrena Johnstona „Cylinder”, nagrany dla Clean Feedu.
czwartek, 21 kwietnia 2011
Dave Rempis Percussion Quartet „Montreal Parade”, 482 Music, 2011
Dave Rempis (alto / tenor / baritone saxes)
Tim Daisy (drums)
Ingebrigt Haker Flaten (bass)
Frank Rosaly (drums)
Wytwórnia: 482 Music
Rok wydania: 2011
W ciągu ostatnich kilku tygodni z Davem Rempisem „spotkałem się” aż trzykrotnie. Pierwsze zetknięcie miało miejsce podczas niedawnego koncertu w OPT we Wrocławiu (w duecie z Frankiem Rosaly na perkusji – krótką, acz mocno krytyczną recenzję z tego koncertu możecie Państwo przeczytać poniżej) i dość mocno mnie rozczarowało – mówiąc krótko: za mało muzyki przy dość osobliwym nadmiarze kuglarstwa…
Drugie to „Cyrillic”, płyta tegoż duetu zrealizowana w 2009 roku przez wytwórnię 482 Music - poznałem ją dopiero teraz i, cóż, bez porywu (definicja pojęcia porywu brzmi: Coltrane/Ali, Hemingway/Butcher, Butcher/Nilssen-Love, McPhee/Nilssen-Love etc., etc.)…
„Do trzech razy sztuka” – powiada porzekadełko i porzekadełko nie kłamie. Trzecie spotkanie uważam za najciekawsze, a jest nim prezentowana tutaj płyta „Montreal Parade”. Na krążek składają się dwa utwory solidnie rozbudowane: dwadzieścia i czterdzieści dwie minuty. Obydwa tworzą jednorodną pod względem koncepcji całość muzyczną i w zasadzie mogłoby między nimi nie być przerwy. Dwie perkusje, bez silenia się na indywidualne popisy , tworzą gęstą, zróżnicowaną strukturę rytmiczną, co w połączeniu z masywnością kontrabasu Flatena daje świetny, pulsujący, momentami rozpędzony, momentami wyciszony, uspokojony trans. Rempis - jak zwykle sprawny technicznie i mocno osadzony w tradycji jazzowej lat ’50 i ’60 – momentami gra z werwą, agresywnie i wtedy muzyka mknie wartkim nurtem, ale są i takie momenty, w których muzyk wyraźnie ochładza napięcie, wtedy mamy do czynienia z próbą zbudowania subtelniejszej atmosfery oraz ze wzbogaceniem palety dźwiękowych barw.
W pewnym sensie można powiedzieć, że mamy tu do czynienia z duetem: solista ( Rempis ) kontra sekcja ( Haker Flaten/Daisy/Rosaly ) - mnie się bardziej podoba jedność w trzech osobach…
Drugie to „Cyrillic”, płyta tegoż duetu zrealizowana w 2009 roku przez wytwórnię 482 Music - poznałem ją dopiero teraz i, cóż, bez porywu (definicja pojęcia porywu brzmi: Coltrane/Ali, Hemingway/Butcher, Butcher/Nilssen-Love, McPhee/Nilssen-Love etc., etc.)…
„Do trzech razy sztuka” – powiada porzekadełko i porzekadełko nie kłamie. Trzecie spotkanie uważam za najciekawsze, a jest nim prezentowana tutaj płyta „Montreal Parade”. Na krążek składają się dwa utwory solidnie rozbudowane: dwadzieścia i czterdzieści dwie minuty. Obydwa tworzą jednorodną pod względem koncepcji całość muzyczną i w zasadzie mogłoby między nimi nie być przerwy. Dwie perkusje, bez silenia się na indywidualne popisy , tworzą gęstą, zróżnicowaną strukturę rytmiczną, co w połączeniu z masywnością kontrabasu Flatena daje świetny, pulsujący, momentami rozpędzony, momentami wyciszony, uspokojony trans. Rempis - jak zwykle sprawny technicznie i mocno osadzony w tradycji jazzowej lat ’50 i ’60 – momentami gra z werwą, agresywnie i wtedy muzyka mknie wartkim nurtem, ale są i takie momenty, w których muzyk wyraźnie ochładza napięcie, wtedy mamy do czynienia z próbą zbudowania subtelniejszej atmosfery oraz ze wzbogaceniem palety dźwiękowych barw.
W pewnym sensie można powiedzieć, że mamy tu do czynienia z duetem: solista ( Rempis ) kontra sekcja ( Haker Flaten/Daisy/Rosaly ) - mnie się bardziej podoba jedność w trzech osobach…
Andrzej Podgórski
czwartek, 24 marca 2011
The Resonance Ensemble "Kafka In Flight", Not Two 2011
Magnus Broo - tp; Michael Zerang - dr; Ken Vandermark - ts, bcla; Mikolaj Trzaska - as, bcla; Mark Tokar - b; Steve Swell - tb; Dave Rempis - as, ts; Per-Âke Holmlander - tuba; Tim Daisy - dr; Waclaw Zimpel - Bb & bcla, taragato
Wytwórnia: Not Two
Rok wydania: 2011
„Kafka w locie” to efekt tygodniowego procesu kompozycyjnego przeprowadzonego przez Kena Vandermarka. Atmosfera tych nagrań jest jednak skrajnie odmienna od panującej w literaturze autorstwa tytułowego bohatera. Trzy kompozycje składające się na blisko godzinny album to energetyczna, a przy tym niezwykle wyważona i elegancka muzyka klasycznych big bandów, zaadaptowana dla potrzeb i możliwości współczesnej dziesięcioosobowej supergrupy, w której ważne role odgrywają Mikołaj Trzaska i Wacław Zimpel. Poszczególne ścieżki zbudowane są z dość łatwo wyróżnialnych modułów, choć fakt ten nie odbiera płynności budowanym w ten sposób historiom. W każdym z nich na pierwszy plan wysuwa się wybrana grupa instrumentów, dzięki czemu każdy z muzyków dostaje w swoim czasie sporo miejsca do zagospodarowania. Takie rozwiązanie sprawdza się fantastycznie zwłaszcza tam, gdzie dominują prowadzone solo melodie, akcentowane w odpowiednich momentach przez pozostałych muzyków. Pośród klasycznych rozwiązań jazzowych na płycie znalazło się też miejsce dla współczesnych, nieco bardziej awangardowych formuł: perkusyjnych zabaw brzmieniem, kontrabasowego solo, abstrakcyjnych dronów, czy improwizacji na komplet dęciaków, która otwiera drugą część finałowej kompozycji. Zarejestrowane podczas gdańskiego koncertu z października 2009 roku popisy międzynarodowego zespołu wirtuozów charakteryzuje rozmach adekwatny do potencjału tej orkiestry. Podporządkowane skrupulatnie przemyślanym przez jej szefa schematom stanowią świetne podsumowanie jazzowych strategii wypracowanych przez ostatnie kilka lat w konfrontacjach sceny polskiej z chicagowską.
Mateusz Krawczyk
(Screenagers.pl)
wtorek, 18 stycznia 2011
Ken Vandermark / Predella Group "Strade de'Acqua / Roads of Water", Multikulti, 2010
Jeb Bishop: trombone
Jaimie Branch: trumpet
Tim Daisy: drums, percussion
Fred Lonberg-Holm: cello
Nate McBride: bass
Jeff Parker: guitar
Ken Vandermark: reeds
Wytwórnia: Multikulti
Rok wydania: 2011
Pierwszy soundtrack Kena Vandermarka to dla mnie niebywałe wydarzenie. Bynajmniej nie z powodu filmu, którego nie widziałem i pewnie nie dane mi będzie zobaczyć, tylko ze względu na konceptualizm całego albumu, przekładający się na klimat niespotykany wcześniej na jego płytach. Nie będzie to chyba przesadą, jeśli stwierdzę, że "Roads of Water" to pierwszy album, na którym Ken Vandermark jest kompozytorem. Bo nie chodzi mi tu o kompozytora jazzowego - tę rolę przyjmował niejednokrotnie, tylko o kompozytora szeroko pojętej muzyki współczesnej. I znów nie chciałbym być źle zrozumiany. "Roads of Water" to muzyka oscylująca między jazzem, którego jest dużo, a współczesną kameralistyką. To co jest jednak nowe, to wyczuwalny autorytaryzm lidera, który jeszcze mocniej niż kiedykolwiek dookreślił ramy, w których muszą poruszać się muzycy Predella Group. Zakładam, że będzie to powód do pewnych kontrowersji, ale zawężenie wolności i "wyciągnięcie batuty" wyszło tej płycie bardzo na korzyść.
Jeśli chodzi o muzykę, mamy do czynienia z bardzo zróżnicowanym zjawiskiem. Z jednej strony ma się wrażenie, że dominują tu ballady, będące niejako kontynuacją melodyki znanej z jednej z najbardziej udanych płyt Kena - Tripleplay "Gambit". Kołysankowy nastrój jest jednak przeplatany przez bardzo klimatyczne ambientoidalne pejzaże, budowane przez smyki i różnego rodzaju sonorystykę dęciaków, uzupełnione transowo wybijanymi rytmami Daisy'iego. Jest też żwawszy utwór "Blue Over Green" z funkowym groovem sekcji i zgrabnymi solówkami Jeffa Parkera w dwóch wersjach: bardziej jazzową i rockową. Absolutną perełką jest utwór "Signal", który mógłby stanowić swego rodzaju tribute to Deep Listening Band. Nie wiem, jak muzycy uzyskali taki efekt - czy współczesne studio daje takie możliwości, bo zespół brzmi, jakby nagrywał wzorem Pauline Oliveros i reszty, w pustej cysternie.
Nie ma sensu streszczać utworu po utworze, ponieważ najważniejsze jest, iż płyta ta tworzy niezwykle złożoną, ale spójną całość. Podobnie jak na płytach V5, kompozycje są mocno eklektyczne i często drastycznie zmieniają bieg wydarzeń, tyle że o ile w V5 bardzo często działanie to jest lekko nachalne i niepotrzebne, a momentami wręcz pretensjonalne, tak na tej płycie odniosłem wrażenie absolutnej harmonii. Muzyka sączy się niczym opowieść z określoną liczbą bohaterów i planów. Wszystko ma swój logiczny powód i konsekwencje, a co ważniejsze wyczuwa się intrygę, która wciąga.
Na koniec warto dodać, że sztywność kompozycji stawia muzyków w troszeczkę nowym kontekście i zmusza ich do odejścia od pewnych rutynowych zagrań, które - chcąc nie chcąc - powtarzają się wielokrotnie w czasie ich improwizacji w sytuacjach zupełnie wolnych. Tu czuć pracę nad materiałem przy jednoczesnej rezygnacji z własnej osobowości scenicznej. Osobowość na tej płycie jest jedna - Ken Vandermark i to ona jest pryzmatem, przez który pozostali muzycy patrzą na niedookreślone partie partytury.
Marcin Kiciński
Jaimie Branch: trumpet
Tim Daisy: drums, percussion
Fred Lonberg-Holm: cello
Nate McBride: bass
Jeff Parker: guitar
Ken Vandermark: reeds
Wytwórnia: Multikulti
Rok wydania: 2011
Pierwszy soundtrack Kena Vandermarka to dla mnie niebywałe wydarzenie. Bynajmniej nie z powodu filmu, którego nie widziałem i pewnie nie dane mi będzie zobaczyć, tylko ze względu na konceptualizm całego albumu, przekładający się na klimat niespotykany wcześniej na jego płytach. Nie będzie to chyba przesadą, jeśli stwierdzę, że "Roads of Water" to pierwszy album, na którym Ken Vandermark jest kompozytorem. Bo nie chodzi mi tu o kompozytora jazzowego - tę rolę przyjmował niejednokrotnie, tylko o kompozytora szeroko pojętej muzyki współczesnej. I znów nie chciałbym być źle zrozumiany. "Roads of Water" to muzyka oscylująca między jazzem, którego jest dużo, a współczesną kameralistyką. To co jest jednak nowe, to wyczuwalny autorytaryzm lidera, który jeszcze mocniej niż kiedykolwiek dookreślił ramy, w których muszą poruszać się muzycy Predella Group. Zakładam, że będzie to powód do pewnych kontrowersji, ale zawężenie wolności i "wyciągnięcie batuty" wyszło tej płycie bardzo na korzyść.
Jeśli chodzi o muzykę, mamy do czynienia z bardzo zróżnicowanym zjawiskiem. Z jednej strony ma się wrażenie, że dominują tu ballady, będące niejako kontynuacją melodyki znanej z jednej z najbardziej udanych płyt Kena - Tripleplay "Gambit". Kołysankowy nastrój jest jednak przeplatany przez bardzo klimatyczne ambientoidalne pejzaże, budowane przez smyki i różnego rodzaju sonorystykę dęciaków, uzupełnione transowo wybijanymi rytmami Daisy'iego. Jest też żwawszy utwór "Blue Over Green" z funkowym groovem sekcji i zgrabnymi solówkami Jeffa Parkera w dwóch wersjach: bardziej jazzową i rockową. Absolutną perełką jest utwór "Signal", który mógłby stanowić swego rodzaju tribute to Deep Listening Band. Nie wiem, jak muzycy uzyskali taki efekt - czy współczesne studio daje takie możliwości, bo zespół brzmi, jakby nagrywał wzorem Pauline Oliveros i reszty, w pustej cysternie.
Nie ma sensu streszczać utworu po utworze, ponieważ najważniejsze jest, iż płyta ta tworzy niezwykle złożoną, ale spójną całość. Podobnie jak na płytach V5, kompozycje są mocno eklektyczne i często drastycznie zmieniają bieg wydarzeń, tyle że o ile w V5 bardzo często działanie to jest lekko nachalne i niepotrzebne, a momentami wręcz pretensjonalne, tak na tej płycie odniosłem wrażenie absolutnej harmonii. Muzyka sączy się niczym opowieść z określoną liczbą bohaterów i planów. Wszystko ma swój logiczny powód i konsekwencje, a co ważniejsze wyczuwa się intrygę, która wciąga.
Na koniec warto dodać, że sztywność kompozycji stawia muzyków w troszeczkę nowym kontekście i zmusza ich do odejścia od pewnych rutynowych zagrań, które - chcąc nie chcąc - powtarzają się wielokrotnie w czasie ich improwizacji w sytuacjach zupełnie wolnych. Tu czuć pracę nad materiałem przy jednoczesnej rezygnacji z własnej osobowości scenicznej. Osobowość na tej płycie jest jedna - Ken Vandermark i to ona jest pryzmatem, przez który pozostali muzycy patrzą na niedookreślone partie partytury.
Marcin Kiciński
środa, 24 listopada 2010
Vandermark 5 Special Edition - The Horse Jumps and The Ship is Gone, Not Two, 2010
Ken Vandermark - tenor saxophone & Bb clarinetTim Daisy - drums
Kent Kessler - bass
Fred Lonberg-Holm - cello
Dave Rempis - alto & baritone saxophone
Magnus Broo - trumpet
Havard Wiik - piano
Wytwórnia: Not Two
Rok wydania: 2010
The Horse Jumps and The Ship is Gone to drugi album sygnowany przez formację Vandermark V odkąd zespół ten związał się na stałe z krakowską Not Two Records. A jednocześnie kolejny (po monumentalnym boksie Alchemia i winylowym Four Sides of the Story) album live dla tejże wytwórni.
Oto mamy dwie płyty pełne muzyki zagranej na setkę, w poszerzonym składzie czyli Vandermark 5 Special Edition – z gościnnym udziałem Magnusa Broo i Havarda Wiika znanych przede wszystkim ze skandynawskiego Atomic. Przypomnieć może warto, że określenie Annular Gift (poprzednia album zespołu) płytą „studyjną” jest bardzo umowne – materiał, który się na niej znalazł, został wybrany z dwóch koncertów w krakowskiej Alchemii, kończących całą trasę z premierowym materiałem. Podobna formuła nagrania towarzyszy i temu wydawnictwu – wykonania pochodzą z dwóch koncertów, które miały miejsce 19 i 20 czerwca 2009 roku w klubie Green Mill w Chicago.
„Premierowość”, a właściwie jej brak jest kluczowa w odbiorze tego materiału. Vandermark V to formacja w jazzowym światku dość niezwykła. Działa, regularnie nagrywa i koncertuje od kilkunastu już lat, niewzruszona drobnymi zmianami personalnymi. Jest to jednocześnie zespół repertuarowy, tzn. wykonujący w znakomitej większości (obok okazjonalnych coverów z free-jazzowej tradycji) kompozycje jej lidera Kena Vandermarka. Dodając do tego wszystkiego charakter muzyki, bardzo dynamicznej i często opartej na riffowej strukturze oraz rockowym groovie oraz niesamowity żywioł na koncertach, otrzymujemy status, który bliższy jest zespołom rockowym, a nie jazzowym, a już na pewno nie tym związanym ze światem awangardy.
I tak jak w przypadku wielu rockowych gwiazd, album live to zawsze frajda wielka. Znamy już te utwory, ale oto ukazuje nam się ich nowa twarz, dynamiczniejsza, drapieżniejsza, pełna energii, mniej tu dbałości o szczegóły, więcej ognia. Zestaw to swoisty „best off” z ostatnich lat działalności zespołu (tzn. z płyt na których grał Fred Lonberg-Holm). Cztery utwory z najnowszej Annular Gift, dwa z poprzedniej Beat Reader, jeden z wcześniejszej Discontinous Lines, po jednym utworze przyniesionym przez każdego z gości i wreszcie jeden utwór premierowy – Nameless kończący płytę. Wszystkie wybrane numery to właśnie kompozycje groovowe, z absolutnie zabójczą pracą sekcji i ciągła wymianą riffów. Obecność Magnusa Broo to miły powrót do brzmienia dęciaków w zespole (Jeb Bishop – puzonista, odszedł z zespołu kilka lat temu, zastąpiony przez Freda – wiolonczelistę). Gitarowe przestery na wiolonczeli to również powrót to korzeni (Jeb na pierwszych płytach grał też często na gitarze). Haward Wiik uzupełnia brzmienie grupy o dźwięki instrumentu, wcześniej obce tym kompozycjom, rzucając na nie nowe światło, doskonały też w partiach solistycznych i duetowych.
Oczywiście mamy do czynienia ze świetną aranżerską robotą Kena, który wprowadził nowe instrumenty w partie skomponowane (choć, w moim odczuciu, o wiele lepiej poradził sobie z trąbką w tej kwestii, a może po prostu piano brzmi mi obco w tej formacji?). Mamy do czynienia z potężnym brzmieniem (siedmioosobowy skład to już nie są przelewki), ogromną dawką energii i żonglerki formą utworu, jak i formacją instrumentalną (od duetu trąbka – perkusja, do septetu all-inclusive). Ale nie to jest najważniejsze.
Najważniejsze są sola! Bo to jest właśnie album koncertowy, bo w składzie mamy instrumentalistów fantastycznych, którzy na scenie żyją i odnajdują tam niespożyte zapasy energii. Każdy ma tutaj miejsce na odrobinę szaleństwa i każdy, solówka za solówką, duet za duetem itd., z tego miejsca bardziej niż skrzętnie korzysta. W tym żywiole i gąszczu kompozycji Vandermarka muzycy odnajdą w sobie sceniczne bestie i rozrywają powietrze kaskaderskimi wręcz popisami na instrumentach. I frajda to niezwykła słuchać jak to robią, bo to sama elita i grupa „the best of the best of the best”.
Jeśli więc lubicie formacje Vandermark V, to zapewne już tę płytę macie lub niedługo mieć będziecie w swojej kolekcji, nie znajdziecie tu nic nowego, ale znajdziecie to, za co cenicie ten zespół (a zwłaszcza jego rockowe oblicze). Jeśli jeszcze nie wiecie czy ich lubicie, a chcecie posłuchać otwartego grania i dynamicznego jazzu, pełnego porywających kompozycji i solowych popisów, zagranego z przytupem, od którego wasza noga mimowolnie zacznie wybijać rytm, a głowie udzieli się ruch typu headbanging, to powinniście tego albumu wysłuchać. A jeśli ich nie lubicie, to zapewne nie dotrwaliście to tego zdania tak czy siak.
Bartek Adamczak
Jazzowy Alchemik
Tekst został napisany i ukazał się oryginalnie na portalu poświęconym muzyce alternatywnej magnetoffon.info
Autor zaprasza na pisany po angielsku blog jazzowyalchemik.blogspot.com i profil "jazzowy alchemik" na facebook.com oraz na audycje Jazzowy Alchemik w każdy poniedziałek o 20.00 www.radiofrycz.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)



