niedziela, 1 kwietnia 2012

Koniec


Dałem sobie trochę czasu, dochodzę jednak do wniosku, że nie mam najmniejszych szans. To, że jednoczesne pojawienie się w moim życiu dwójki malutkich melomanów totalnie wywróci moje priorytety - oczywiście zakładałem, ale czy na Impropozycję czasu i sił starczy - chciałem sprawdzić. Zabrakło i brakować będzie. Dlatego zamiast stwarzać pozory sporadycznymi tekstami, chyba lepiej spauzować.
Zastanawiam się tylko, czy po tej, hipotetycznie około półrocznej, pauzie wrócę do Impropozycyjnych założeń. Biorąc pod uwagę występujące we mnie od dłuższego czasu (i wyrażane przecież w kilku ostatnich wywodach) wątpliwości co do kondycji współczesnego jazzu oraz ich nieustępliwy charakter, na ten moment raczej wątpię. Może to więc być moje, w tej dziedzinie, definitywne pożegnanie.
Dziękuję zatem wszystkim czytelnikom, komentatorom za ich na Impropozycji obecność oraz aktywność. Dziękuję wszystkim autorom Impropozycji, którzy wspierali ten niedoszły serwis muzyki improwizowanej swoim piórem, opiniami i informacjami. Dziękuję wszystkim muzykom i wytwórniom za podesłane płyty oraz organizatorom koncertów za ofiarowane wejściówki. Dziękuję wreszcie mojej ukochanej narzeczonej Asi za trud włożony w korygowanie większości tekstów na Impropozycji.

Marcin Kiciński

piątek, 9 marca 2012

LEO RECORDS - PREMIERY


STEFANO MANGIA / ADOLFO LA VOLPE / STEFANIA LADISA / ANGELO URSO
ULYSSES

Stefano Mangia (voice, alto sax) and
Adolfo La Volpe (guitars, harmonium, voice)
Stefania Ladisa (violin, voice)
Angelo Urso (bass, voice) 

SIMON NABATOV
SPINNING SONGS BY HERBIE NICHOLS

Simon Nabatov - solo Piano 

4TET - DIFFERENT SONG
STEP IN TO THE FUTURE

Yang Jing - pipa
Michel Wintsch - p
Banz Oester - b
Norbert Pfammatter - dr

LAPSLAP 
GRANITA 
Michael Edwards - ts, ss, laptop, midi wind controller 
Martin Parker - flugel horn, french horn, laptop 
Karin Schistek - p, clavia nord synth

niedziela, 4 marca 2012

Szilárd Mezei Vocal Ensemble "Fújj szél, Zenta, visshangozz szél", Not Two, 2012


Kinga Mezei - voc, Ervin Malina - b, Kornél Pápista - tuba, Milan Aleksić - p, Branislav Aksin - tb, Béla Burány - bs, ss, Péter Bede - ts, cla, Bogdan Ranković - as, bcla, Szilard Mezei - viola, István Csík - dr

Wytwórnia: Not Two
Rok wydania: 2012




Staram się śledzić poczynania Szilárda Mezeia od czasu poznania jego bardzo dobrej płyty pt. „Draught”. Kolejne wydawnictwa rzadko jednak wzbudzały moją ekscytację i chociaż zniechęcenie było już naprawdę blisko, w końcu pojawiła się petarda, doczekałem się. „Fújj szél, Zenta, visshangozz szél” jest genialna! Doskonała konceptualnie, rewelacyjnie skomponowana, świetnie zagrana i zaśpiewana.

wtorek, 28 lutego 2012

Xavier Charles / Terrie Ex “Addis”, Terp Records, 2011



Xavier Charles - clarinet
Terrie Ex - guitar

Wytwórnia: Terp Records
Rok wydania: 2011






Zespół The Ex przy okazji muzycznych wypraw do Etiopii zabiera ze sobą różnych znajomych muzyków. W 2009 zaprosili Silent Block - projekt, w którym Xavier Charles gra m.in. przy użyciu przedmiotów układanych na membranach głośników. Ten zestaw może być znany polskiej publiczności, bowiem Charles wykorzystywał go podczas koncertów z Robertem Piotrowiczem. Jednak Francuz gra także na klarnecie, m.in. w Corkestra Cora Fuhlera oraz trio z Johnem Butcherem i Axelem Dörnerem. Na “Addis” słyszymy go w duecie z gitarzystą Terriem Exem, ostatnim z założycieli, który do teraz udziela się w The Ex, który ma też na koncie albumy z Hanem Benninkiem i Abem Baarsem.
Równorzędnym partnerem dla klarnetu i gitary na “Addis” jest przestrzeń, w której duet improwizował i którą słychać bardzo dobrze (zwłaszcza na słuchawkach). Pomysł oczywiście nienowy, znany choćby z “Schwarzwaldfahrt” Brötzmanna i Benninka właśnie, czy “Danziger Straßenmusik” Trzaski z Olesiami, ale nadal przyjemny i intrygujący. Tym bardziej, że dźwięki otoczenia są nie tylko otoczką, ale też inspiracją dla muzyków. To pewnie po części zasługa tytułów, ale dzięki ich wskazaniom zastanawiam się na ile Charles wzorował się na klaksonie (“The Horn”) i ptasim świergocie (“The Bird”). Albo jak bardzo inspirowało dwójkę improwizatorów skrzypienie drzwi (“The Door”). Ten utwór to w ogóle jeden z najlepszych fragmentów płyty, bo w idealnych proporcjach łączy powtarzane struktury z ekspresyjnymi frazami. Zwłaszcza Ex celuje w lekko zmienianych repetycjach, choć jego gitara też potrafi zerwać się ze smyczy, żeby dogonić drapieżny klarnet Charlesa. Jednak równie ciekawe są silnie zredukowane momenty, gdy muzycy wycofują się tak bardzo, że wtapiają się w krajobraz, a ich instrumenty ujawniają swoje kameleońskie zdolności upodabniania się do otoczenia.

Piotr Tkacz

piątek, 24 lutego 2012

Dorota (Somló Dávid / Makkai Dániel / Porteleki Áron) "Dorota", S10 Records, 2011



Somló Dávid - guitar
Makkai Dániel - bass
Porteleki Áron - drums

Wytwórnia: S10 Records
Rok wydania: 2011





Znowu podłożę się wszystkim tym, którzy uważają, że Impropozycja nie istniałaby bez bloga Stefa, ale co mi tam. (http://freejazz-stef.blogspot.com/2012/01/dorota-dorota-2011-s10-records.html)
Po pierwsze zakładam, że propozycja ta mogła umknąć Waszej uwadze, a szkoda by było, żeby przeszła niezauważona, tym bardziej gdy można ją pobrać bezpośrednio ze strony zespołu i to w wersji WAV (http://dorota.hu/album) . Po drugie jakoś trudno mi się podpisać pod porównaniami użytymi przez autora tekstu - Anantha Krishnana. A po trzecie, szukając jakichkolwiek informacji, natknąłem się na nazwisko, które powyższemu recenzentowi spokojnie mogło nic nie mówić, a dla nas- Polaków- powinno mieć znaczenie, szczególnie gdy zespół otwarcie powołuje się na inspiracje wolnością kreacji i poetyckością lektury „Wojny polsko-ruskiej” Doroty Masłowskiej.
Rezultat tych inspiracji to zadziwiająca mieszanka stylistyczna czerpiąca bardzo swobodnie, a jednocześnie wyjątkowo spójnie z różnych avantrockowych przedsięwzięć ostatnich trzech dekad. Miejscami słychać folkowe zacięcie znane z Kletka Red czy Ne Zhdali Leonida Soybelmana, miejscami czuć atmosferę Shellaca, gdzie indziej sekcja wprowadza rytmikę znaną z Tortoise. Ale to nie wszystko. Są chwile, gdy gitarzysta próbuje odtworzyć brzmieniowo niesamowity klimat „Big Gundown” Zorna, by w innym utworze złożyć delikatny hołd Massacre. By postawić kropkę nad „i”, należy jeszcze wyłowić unowocześnioną wersję przyćpanych improwizacji Grateful Dead oraz utwór inspirowany „indiańskim” Tomahawkiem „Anonymous”.
Absolutną perełką jest utwór siódmy, w którym panowie wychodzą od swobodnego improwizowania, by z olbrzymim wyczuciem przejść do wywołującej dreszcz  kompozycji, jednocześnie prostej i niesamowicie przejmującej.
Muzyków charakteryzuje rzadka umiejętność grania rocka alternatywnego z niebywałym feelingiem, przez co zamiast bezładnego zlepku przeróżnych nawiązań dostajemy dojrzałą i bardzo konsekwentną formułę. Zupełnie rezygnują z indywidualnych eskapad, czy niepotrzebnego hałasowania na rzecz szukania miejsca na wtrącenie subtelnego zdobnictwa.
Słychać, że Węgrzy starają się przełożyć założenia najlepszego zespołowego freeimprovu na grunt muzyki avantrockowej i udaje im się to bez najmniejszych wątpliwości.

Marcin Kiciński


poniedziałek, 13 lutego 2012

Marc Hannaford / Tim Berne / Scott Tinkler / Simon Barker / Philip Rex "Ordinary Madness", 2012

Marc Hannaford - piano
Tim Berne - alto saxophone
Scott Tinkler - trumpet
Simon Barker - drums
Philip Rex - double bass 

niedziela, 12 lutego 2012

Tomek Chołoniewski "Un" Mathka, 2012 - posłuchajmy

środa, 8 lutego 2012

Koniec muzyki?


Musiałbym być durny, żeby wyskoczyć z taką tezą w sensie ogólnym. Ale już na płaszczyźnie jednostkowej, osobistej chyba mogę sobie pozwolić na drastyczne sądy?
Olśnienie pojawiło się wczoraj rano, gdy w skrzynce mailowej znalazłem poniższego maila od mojego przyjaciela J.D.:
„Zadecydowałem. Sprzedaję swoje płyty i sprzęt, aby rozpocząć życie od nowa. Zamówiłem już najnowszy model iRivera do odtwarzania plików i zaczynam tworzenie wirtualnej kolekcji od początku. Tym razem jednak żadnej nekrofilii - koniec z jazzem, rockiem, bluesem, soulem i całą resztą cmentarzyska historii muzyki.
Panowie, tego już nikt nie słucha, a ja mam dosyć uchodzenia za jakąś skamielinę, która słucha albo staroci, albo pojebanych dźwięków. Chcę, idąc na imprezę, móc włączyć swoją muzykę, być zrozumianym i móc pogadać o nowych odkryciach. Dziś prawie nikogo nie interesują dźwięki grane przez żywych muzyków na przedpotopowych instrumentach. I dobrze, bo gdyby świat miał stać w miejscu, to wszyscy słuchalibyśmy oper albo, co gorzej,
jakiegoś wiejskiego rzępolenia.
Dość stania w miejscu i udawania, że "kiedyś to się grało". Powiedzmy sobie szczerze - cała ta XX-wieczna muzyka dziś trąci myszką, o współczesnych epigonach i niestrudzonych emerytach nie wspominając. Dzisiejsza epoka otwiera przed muzykami możliwości, których kiedyś nie było i nowi, nieobciążeni przeszłością twórcy potrafią już z nich korzystać. Zamiast na nowo uczyć się miętolić przez długie lata te same instrumenty w celu produkcji tych samych dźwięków, twórczo wykorzystują nieprzebrane pokłady muzycznego kompostu zarejestrowane podczas kilkudziesięciu lat znojnej pracy dawnych muzycznych rzemieślników.
Tak Panowie, każdy możliwy dźwięk i każdy możliwy rytm zostały już zagrane i nagrane w nieprzebranej ilości kombinacji. Nie potrzebujemy więcej. To, czego nam potrzeba, to zdolnych operatorów, twórczych kompilatorów, genialnych inżynierów dźwięku, którzy otworzą przed nami nowe wrota percepcji. Tacy artyści już są wśród nas, komponują nową, świeżą muzykę, łącząc i nakładając na siebie nowo zaprogramowane dźwięki z tymi  z nieprzebranego zbioru archiwalnych nagrań. Ilość potencjalnych kombinacji jest oszałamiająca i nieograniczona ślamazarnymi, wytrenowanymi interakcjami pomiędzy spoconymi muzykami. To jest przyszłość muzyki, nadciągające królestwo Free(dom)-Music!
Nazwiska? Proszę bardzo: Ariel Pink, William Basinski, Oneohtrix Point Never, Danger Mouse, Gonjasufi, James Kirby, Girl Talk, Quasimoto albo Focus Group. A to tylko wierzchołek góry lodowej!
Jestem u progu nowej wspanialej muzycznej przygody! A Wy, retro-maniacy, czy starczy Wam odwagi na odcięcie kotwicy?”

Abstrahując od entuzjazmu, z jakim kolega J.D. podchodzi do wynalazków przyszłości, którego ja zupełnie nie podzielam, oraz tego, że nie znam ani jednego z wymienionych powyżej nazwisk, ostatnie pytanie, które zadał, kazało mi - paradoksalnie - zastanowić się nad jego odwrotnością. Czy skoro to, co tu i teraz, ciągle jakoś mi kuleje, prorokowane programowanie emocji jakoś mi nie w smak, a ich kompletny brak też jest trudny do zaakceptowania, czy jestem w stanie odciąć się od tego, co nowe i skupić głównie na tym, co było?
Prawda jest taka, że im intensywniej śledzę to, co dzieje się aktualnie w muzyce jazzowej, tym częściej i mocniej przeżywam to, co znajduję, grzebiąc w historii tego gatunku. Dziś, jadąc samochodem, słuchałem kolejnej nowości - Cartel Carnage „Incorporated”. „Zaczęło się dobrze” – pomyślałem. „Fajnie nawiązują do Doctor Nerve” – przeszło mi przez myśl, „o! a to brzmi trochę jak Lost Tribe” - skojarzyłem… Po około dwudziestu minutach mój kciuk zupełnie bezwiednie znalazł się na gałce sterującej odtwarzacza. „Następny folder” – przełączyłem. I oto Dizzy Reese „Asia Minor”: „Kurwa, co za ulga” – odetchnąłem. Wtedy to do mnie dotarło. Od dłuższego czasu toczę wewnętrzną walkę z „utylitarnym” (bo chyba głównie na potrzeby tego bloga) poznawaniem muzyki aktualnej,  bo odbywa się ono kosztem dźwięków, które faktycznie mnie cieszą. Ostatnio łza mi się zakręciła przy „Nokturnach” Chopina, dlaczego zatem tak mało słucham muzyki klasycznej? W ten weekend, po wybornej whiskey, trzepałem łbem przy dźwiękach starego, dobrego Deep Purple. „No No No!” - śpiewałem. Sentyment podgrzewał mi łepetynę, aż się dymiło. Dlaczego zatem tak rzadko odgrzewam tego kotleta, który, jak widać, ciągle mi smakuje? Mam wrażenie, że moment w percepcji muzyki, który charakteryzuje się tym, że więcej znajduję wartościowych („dla mnie” - należy dodać) rzeczy w przeszłości niż w teraźniejszości, przy jednoczesnym olbrzymim sceptycyzmie, co do rozwoju nowych form wyrazu, można określić osiągnięciem granicy muzyki – dotarciem do jej końca (albo może raczej mojego w niej końca). Cóż jednak z tego, jeśli jednocześnie spojrzenie wstecz jest niczym poszukiwanie punktu, w którym kończy się widnokrąg? Nawet jeśli wydaje nam się, że to tam, tam za tą ostatnią górą, wiadomo przecież, że za nią ciągle jest jeszcze niesamowita i zróżnicowana przestrzeń.
W opublikowanym na łamach Jazzpressu wywiadzie Maćka Nowotnego z Wacławem Zimplem znalazłem taką oto wypowiedź tego muzyka, którą mnie w pełni przekonuje:
„Myślę, że pierwiastek intelektualny zawładnął w dużej mierze sztuką, nadając wartość głównie rzeczom nowym. Muszę przyznać, że nowości najmniej mnie interesują. Zgadzam się z Lutosławskim, który powiedział, że to, co w sztuce nowe, jest tym, co się najszybciej starzeje. Pojęcie awangardy nastręcza dużo problemów i często odciąga od meritum. Myślę, że zachwiała się proporcja pomiędzy wyrażaniem treści w sztuce, a nowymi środkami wyrazu. Mam wrażenie, że w większości środowisk twórczych właśnie nowe środki wyrazu stają się istotą, a nie treść.”
Problem jednak w tym, że to nasze współdzielone przekonanie każe mi odwrócić od tego, co ma mi do zaoferowania W.Z. i na spokojnie, ponownie przesłuchać to wszystko, co niedostatecznie poznałem w wydaniu J.C., O.C., D.C., D.G., C.P., A.H., A.A., J.M., C.M., D.E., B.M., M.D., J.G., J.H., L.M., M.R., A.B., R.K., Y.L., … Można wymieniać i wymieniać, a to przecież tylko jazz…

Marcin Kiciński

wtorek, 7 lutego 2012

Premiera - Oleś Brothers with Theo Jörgensmann & Christopher Dell - Fragment & Moments

niedziela, 5 lutego 2012

Moje podsumowanie roku 2011 dla serwisu El Intruso

Kilka dni temu serwis El Intruso ogłosił wyniki podsumowania roku 2011. To drugi raz, kiedy dostałem zaproszenie do tej zabawy i jeśli nic się w mojej głowie nie zmieni, prawdopodobnie ostatnie, na które odpowiedziałem. Już podczas wysyłania swoich typów, miałem bowiem poważne obawy, co do sensowności takiego plebiscytu, które po zderzeniu z wynikami zamieniły się w pewność, co do jego braku. Mamy tu do czynienia z zestawieniem powstałym na podstawie opinii krytyków (włączając mnie, oczywiście), którzy w znacznej mierze rozmijają się między sobą, nie tylko poprzez różnice w subiektywnej ocenie, co w znacznym stopniu ze względu na mały zbiór wspólny przesłuchanych płyt. Abstrahując od tego, czy możliwe jest całoroczne ogarnięcie tej, jakże płodnej, sceny współczesnego jazzu, zbudowanie sensownego podsumowania musiałoby się odbywać w oparciu o płyty do takiego podsumowania zgłaszane już od początku roku i dystrybuowane między wybranych krytyków tak, aby wszyscy mieli wspólną bazę dla późniejszego wyróżniania. Takie muzyczne Oscary.
Sensowne czy nie, podsumowanie jest (może powinniśmy to wzorem Mariusza Hermy nazywać po prostu "Podpowiedziami 2011"), a ponieważ El Intruso nie daje możliwości argumentowania, a Impropozycja tak - tam gdzie wybór albumu / muzyka nie jest podparty recenzją, pozwolę sobie na kilka słów wyjaśnienia.

Muzyk roku: 

Pewnie zastanawiacie według jakiego klucza będę wyróżniał. Otóż jest on bardzo prosty: według liczby płyt dobrych i bardzo dobrych w stosunku do wszystkich wydanych w roku 2011 autorstwa lub przy udziale danego muzyka.

1. Thomas Heberer.
W taki sposób licząc, skuteczność Heberera jest niesamowita - dwa albumy nagrane w 2011 z udziałem tego trębacza:
Thomas Heberer's Clarino "Klippe", Clean Feed
Joe Hertenstein 4tet "Polylemma", Red Toucan
są bardzo dobre i warte rekomendacji. Szczególnie "Klippe" z ciążeniem ku kameralistyce przypadła mi do gustu. Momentami, estetycznie ten album kojarzył mi się ze świetną "hatologią" - François Raulin Trio "Trois Plans Sur La Comète" z 2002 roku. Ostatnio rzadko tak się grywa.

2. Aram Shelton
Aram Shelton Arrive (Jason Roebke, Jason Adasiewicz, Tim Daisy) "There Was..., Clean Feed
Aram Shelton/ Kjell Nordeson "Incline", Singlespeedmusic

Darren Johnston "Cylinder", Clean Feed

Dwa pierwsze bardzo dobre, a i do poznania trzeciego raczej bym zachęcał. Dwa gole i asysta. Takiej skuteczności nie powstydziłby się nawet Christiano Ronaldo.

3. Andrzej Przybielski
Andrzej Przybielski with Oleś Brothers "De Profundis", Fenommedia
Andrzej Przybielski / Yuriy Ovsyannikov / Nadolny Grzegorz / Daroń Grzegorz "Sesja Open", MOKB

Debiut roku (pojedynczy instrumentalista):

Miałem spore problemy w tym zakresie - strasznie mało debiutantów wpadło mi w ręce.
1. Susana Santos Silva
(Nawet nie jestem pewien, czy był to jej wydawniczy debiut)

2. Robert Kusiolek
Płyta "Nuntium", raczej średnio udana, ale obrany kierunek na pewno właściwy - instrument rzadki i pożądany, youtube'owe publikacje duetów (m.in.z Wójcińskim  i Postaremczakiem) - bardzo obiecujące.

Grupa Roku
1. Levity
Levity (Jacek Kita, Piotr Domagalski, Jerzy Rogiewicz) "Afternoon Delights", Lado ABC

2. Scoolptures
Scoolptures (Nicola Negrini / Achille Succi / Philippe "Pipon" Garcia / Antonio Della Marina) "White Sickness", Leo Records

3. Swedish Azz
Swedish Azz [Mats Gustafsson / Per-Ake Holmlander / Kjell Nordeson / Dieb13 / Erik Carlsson] "Azz Appeal"
Gustafssona zawsze będę miał na oku i choć w tym roku zdarzyły mu się wpadki, LP Swedish Azz jest moim zdaniem jednym z najjaśniejszych punktów w całej jego karierze.

Debiut roku (grupa)
Lama
Lama "Oneiros" z Clean Feedu wypełniła w zeszłym roku lukę, którą pozostawiło po sobie Aeroplane Trio - komunikatywny, pomysłowy jazz z pogranicza gatunków w intelektualnej, wycyzelowanej a jednocześnie lekkiej formie.


Album roku

Levity (Jacek Kita, Piotr Domagalski, Jerzy Rogiewicz) "Afternoon Delights", Lado ABC
Swedish Azz (Mats Gustafsson / Per Ake Holmlander / Kjell Nordeson / Dieb13 / Erik Carlson) "Azz Appeal" Not Two Records

Kompozytor roku

Mało się ostatnio komponuje, dlatego każdy przejaw bardziej rozbudowanego konceptu kompozycyjnego zasługuje na wyróżnienie.
 

1. Matana Roberts
Matana Roberts "Coin Coin Chapter One: Gens de Couleur Libres", Constellation Records

2. Lisa Mezzacappa
Lisa Mezzacappa / Nightshade "Cosmic Rift" Leo Records

Perkusista

1. Zlatko Kaucic
Obie płyty dla Not Two: "Emigrants" oraz duet z Evanem Parkerem "Round about one o'clock" wyraźnie pokazują, że perkusjonalista ten zasługuje na znacznie większą uwagę.

2. Kjell Nordeson
Za współpracę z Sheltonem, Johnstonem i Swedish Azz.

Bas

1. Pascal Niggenkemper
Kolega Heberera - doskonały basista podtrzymujący tradycję europejskiego basu spod znaku Dietera Manderscheida czy Bruno Chevillona.

2. Mark Dresser
Każdą z poznanych trzech poniższych płyt przesłuchiwałem z olbrzymią przyjemnością i nie ma co ukrywać, była to głównie zasługa Marka Dressera
Bobby Bradford, Mark Dresser, Glenn Ferris "Live In La" Clean Feed
Trio M (Myra Melford, Mark Dresser, Matt Wilson) "The Guest House" Enja
Jen Shyu / Mark Dresser "Synastry" Pi Recordings


3. Liza Mezzacappa
Lisa Mezzacappa / Nightshade "Cosmic Rift" Leo Records
Darren Johnston "Cylinder", Clean Feed

Klawisze
Jacek Kita
Za przełamanie melodyczno-harmonicznego charakteru instrumentu i wykorzystanie go do zbudowania niespotykanego, wielobarwnego klimatu.
Levity (Jacek Kita, Piotr Domagalski, Jerzy Rogiewicz) "Afternoon Delights", Lado ABC

Saksofon
1. Aram Shelton
Za konsekwentne rozwijanie się w ramach stworzonego przez siebie unikatowego, lirycznego języka.


2. Colin Stetson
Colin Stetson "New History Warfare vol.2: Judges", Constellation Records

Trąbka / Kornet
Thomas Heberer
Andrzej Przybielski
Susana Santos Silva

Pewnie natychmiast zaskakuje nieobecność Petera Evansa - faktycznie chyba przesadziłem. Nie znałem wtedy jednak doskonałego albumu "Beyond Primitive and Civilized", który ustawia Evansa bardzo wysoko w rankingu, a przyznać muszę, że jednocześnie nie podzielam hiperentuzjazmu wokół sporej części owoców pracy tego, skądinąd pracowitego, muzyka.

Klarnet
Joachim Badenhorst
Kolejny kolega Heberera.

Nie ma Wacława Zimpla? Nie ma! Głównie ze względu na instrumentalny regres ostatniej Hery względem debiutu. Warto jednak docenić Reed Trio [Ken Vandermark / Mikołaj Trzaska / Wacław Zimpel] "Last Train to the First Station", 1 Kilogram Records.

Puzon
1. Johannes Bauer
Volume (Mikołaj Trzaska / Johannes Bauer / Peter Friis Nielsen / Peter Ole Jorgensen) "Tungt Vand", Ninth Wolrd
Kris Wanders Outfit (Johannes Bauer / Mark Sanders / Peter Jacquemyn) "In Remembrence of the Human Race", Not Two


2. Samuel Blaser
Kliknijcie sobie recenzję Macieja Karłowskiego na Jazzarium płyty "Consort In Motion" pod którą podpisuję się wszystkimi kończynami.

Wibrafon
Jason Adasiewicz
Aram Shelton Arrive (Jason Roebke, Jason Adasiewicz, Tim Daisy) "There Was..., Clean Feed 
Na uwagę zasługuje także album jego trio: Jason Adasiewicz's Sun Rooms "Spacer" z Delmarku

Kobiecy wokal
Carla Kihlstedt
Prawda jest taka, że w ogóle nie powinienem się wypowiadać w kwestii kobiecego wokalu. Znam potwornie mało śpiewaczek. Carlę jednak ubóstwiam.

Wytwórnia roku 
Multikulti
To był dobry rok poznańskiej wytwórni. Z wyjątkiem niezrozumiałego wybryku, jakim był Tfaruk "Love Communication", oraz niepotrzebnego, kolejnego duetu Vandermark/Daisy, po większość tytułów można lub należy sięgnąć. Na pewno trzeba posłuchać:
Fred Lonberg-Holm / Piotr Mełech “Coarse Day”
Ken Vandermark / Predella Group "Strade de'Acqua / Roads of Water"

Constellation Records
Dziwna to wytwórnia, która nie zamyka się w ramach określonej niszy, serwując szeroko pojętą wielogatunkową muzykę alternatywną. Obie zeszłoroczne, około jazzowe pozycje są jednak płytami, których pominięcie jest zrobieniem sobie krzywdy.
Colin Stetson "New History Warfare vol.2: Judges", Constellation Records
Matana Roberts "Coin Coin Chapter One: Gens de Couleur Libres", Constellation Records 

Not Two
Niezły bilans. Polecam:
Swedish Azz (Mats Gustafsson / Per Ake Holmlander / Kjell Nordeson / Dieb13 / Erik Carlson) "Azz Appeal" Not Two Records
Avram Fefer / Eric Revis / Chad Taylor "Eliyahu", Not Two
Kris Wanders Outfit (Johannes Bauer / Mark Sanders / Peter Jacquemyn) "In Remembrence of the Human Race", Not Two
The Fonda/Stevens Group Trio + 2 "Live in Katowice"
Evan Parker, Zlatko Kaučič "Round About One O'clock"

Little Worlds "Book One" - warto posłuchać!

Co prawda nie znam "Mikrokosmosu" w oryginale, ale nawiązanie do Bartoka wydaje się być dość czytelne, a całość brzmi na prawdę dobrze.

wtorek, 31 stycznia 2012

Tonbruket (Dan Berglund, Johan Lindström , Martin Hederos, Andreas Werliin) "Dig It To The End", ACT 2011


Dan Berglund  - b
Johan Lindström - g, lap- and pedalsteel
Martin Hederos - p, pumporgan, keyb, violin
Andreas Werliin - dr, perc

Wytwórnia: ACT
Rok wydania: 2011





Jest to jedna z tych płyt, po której przesłuchaniu od razu wiedziałem, że będę chciał ją polecić. I chociaż regularnie do niej wracałem, za każdym razem, gdy miałem już usiąść do komputera, pojawiało się wahanie. Bo wiem, co mi się w niej podoba, co smyra mój ośrodek przyjemności i obawiam się, że niewielu z Was - drogich czytelników i czytelniczek Impropozycji może moją radość podzielić. Chodzi bowiem o sentyment do muzyki, której słuchałem jako nastolatek i która dostarczała mi pierwszych prawdziwych uniesień, a która znajduje się w świecie raczej dość odległym estetycznie względem pojawiających na Impropozycji przykładów: jest to mianowicie sentyment do starego rocka.
Słuchanie tej płyty przypomina zabawę w kalambury. Większość kompozycji uruchamia skojarzenia. Raz słyszę gitarę i frazę niczym żywcem wyjętą z płyt Led Zeppelin, innym razem motyw i nastrój Pink Floyd, czasem zaś zabrzmi Hammond, którego nie powstydziłby się żaden z trzepiących długimi piórami wirtuozów tego instrumentu z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. I nie znaczy to wcale, że jest to płyta rockowa, choć trudno byłoby ją umieścić i w jazzowej działce. Sporo miejsca zajmują fragmenty w lekko frisellowskim klimacie - gitara nabiera tych samych country’owych smaczków. Najważniejszą zaletą jest lekkość „Dig It To The End”. Kompozycje są mocno zróżnicowane, zarówno pod względem stylistycznym jak i dynamicznym, udało się jednak utrzymać ten sam klimat. Obojętnie, czy Tonbruket zabiera nas w easylisteningową przestrzeń podobną do tego, co znamy z twórczości Combustible Edison, czy też buduje aranżację, która mogłaby spokojnie stanowić akompaniament dla wokalu Waitsa i - co najlepsze - bez względu na to,  czy przejścia między stylami są płynne, czy też drastyczne, nie ma efektu nachalności czy chaotyczności – wręcz przeciwnie: wyraźnie słychać dobitne i pewne siebie realizowanie dobrze przemyślanej i z detalami rozpisanej kompozycji.
Na płytę natrafiłem przeglądając dyskografię nowego bębniarza współpracującego z Fire! Matsa Gustafssona – Andreasa Werliina. Nie tylko on jest jednak ozdobą tej płyty (właściwie to jest on nawet mniej wyróżniającym się, aczkolwiek bardzo rzetelnie wypełniającym swoją funkcję, ogniwem). Za jej wyjątkową elastyczność stylistyczną odpowiadają głównie gitarzysta Johan Lindström i klawiszowiec Martin Hederos, z łatwością zmieniający zarówno brzmienia instrumentów, jak i charakter swoich solówek. Lider zespołu, Dan Berglund, swoje walory instrumentalne objawia głównie w bardziej wyciszonych fragmentach, gdzie pozwala sobie na więcej indywidualizmu. Większą część czasu zajmuje mu jednak, jak na „rockmana” przystało, budowanie z Werliinem stabilnej, silnej, rytmicznej podstawy.

Marcin Kiciński

czwartek, 26 stycznia 2012

Nowość, wznowienie i free download wytwórni Bruce's Fingers

Pominięta przeze mnie nowość wytwórni Engine!

Premiera nowej polskiej niezależnej wytwórnii - Export Label

wtorek, 24 stycznia 2012

LEO RECORDS - NOWOŚCI



BASS X 3
TRANSATLANTIC

Gebhard Ullmann – bcla, bass flute
Chris Dahlgren – b, objects
Clayton Thomas – b, objects

ANDREA BUFFA / CARLO ACTIS DATO / FIORENZO BODRATO / DARIO MAZZUCCO
30 YEARS ISLAND

Andrea Buffa – as, ts, bcla
Carlo Actis Dato – ts, bs, bcla
Fiorenzo Bodrato – b, cello
Dario Mazzucco - dr

FRANCOIS CARRIER / MICHEL LAMBERT / ALEXEY LAPIN
IN MOTION

Francois Carrier - as
Michel Lambert - dr
Alexey Lapin - p

THE CLARINET TRIO
4

Gebhard Ullmann - bcla
Jurgen Kupke - cla
Michael Thieke – acla, cla

IVO PERELMAN / JOE MORRIS / GERALD CLEAVER
FAMILY TIES

Ivo Perelman – ts, kazoo, mouthpiece
Joe Morris - b
Gerald Cleaver – dr

ANTO PETT / BART VAN ROSMALEN
PLAYWORK

Anto Pett – p, prepared piano
Bart van Rosmalen - cello

SWEDISH MOBILIA
KNIFE, FORK AND SPOON

Andrea Bolzoni – g + live electronics
Dario Miranda – b + live electronics
Daniele Frati – dr, perc

MATTHIAS ZIEGLER
LA RUSNA; MUSIC FOR FLUTES

Matthias Ziegler – afl, bfl, contrabass fl

środa, 18 stycznia 2012

Maarten Altena "Cities & Streets", HatArt, 1991 - czyli bardziej pretekst niż recenzja

Michael Moore - as, cla, bcla
Michael Vatcher - perc
Michiel Scheen - p
Peter Van Bergen - ts, bcla
Wolter Wierbos - tb
Marc Charig - tp, alto horn
Christel Postma - viol
Maarten Altena - b

Wytwórnia: HatArt
Rok wydania: 1991



Wydaje mi się, że każdy dysponuje raptem kilkoma, góra kilkunastoma płytami, które realnie wywróciły jego muzyczny światopogląd. W moim przypadku jedną z nich jest właśnie „Cities & Streets” holenderskiego kontrabasisty, choć dla mnie głównie kompozytora – Maartena Alteny. Prawdopodobnie postać ta częściej jest kojarzona jako instrumentalista – improwizator ze względu na to, że był filarem powstawania sceny freeimprov, zasilając tak szlachetne i ważne projekty, jak ICP Orchestra, Willem Breuker Kollektief czy baileyowskie Company, dla mnie jednak na zawsze pozostanie osobą, która zbudowała wzór swego rodzaju współczesnego trzeciego nurtu, strukturalnej improwizacji czy modern composition i ani Braxton, ani nawet Barry Guy go z tego podium zrzucić nie może. Kluczem jest chyba balans między realną kompozycją (piszę realną, aby zbudować opozycję wobec wszelkiego rodzaju przejawów nowatorskiej kompozycji, w postaci interpretowanych układów graficznych itp.) a swobodą zaangażowanych muzyków. Pod bacznym okiem Alteny, a raczej pod wpływem rzetelnej partytury, mogą oni prezentować swoją indywidualność w bardzo, ale to bardzo ograniczonym zakresie. Nie znaczy to jednak, że ogranicza się ich inwencję, raczej wystawia się ją na próbę, wskazując pewne doprecyzowane kanały, którymi może się ona poruszać. Altena autorytarnie ogarnia wszystkie te kanały, budując w ten sposób doskonały system powiązań zarówno melodycznych, jak i brzmieniowych – nie ma bowiem wielu płyt, na których z taką świadomością angażuje się zaawansowaną sonorystykę.
Tu rządzi kompozycja i przyznam szczerze, że zawsze gdy wracam do tej płyty, zastanawiam się nad opozycją intencja – intuicja, w której - mam wrażenie - od ostatniej dekady prym wiedzie raczej ta druga. Dziwne jest to tym bardziej, że przecież wolnościową rewoltę, której pochodną jest ruch wolnej improwizacji, powinniśmy uznać za zakończoną. Żyjemy w czasach skrajnie intelektualnych, dlaczego zatem w muzyce zaangażowanej tak często intencja, przejawiająca się w „realnej kompozycji”, jest traktowana marginalnie? Dlaczego muzycy, zazwyczaj wykształceni systemowo – a zatem w oparciu o background wszelkich zdobyczy kompozycyjnych, w finale uciekają od zdobytych doświadczeń i unikają pola niejako im przypisanego?
Oczywiście nie jest to odejście kompletne. Na scenie holenderskiej istnieją postaci regularnie wracające do swojej tradycji, płyty Michiela Braama już dwukrotnie starałem się na Impropozycji zasugerować. Predella Group Vandermarka też udanie zmaga się z tą materią. Nawet na naszym rodzimym podwórku pojawiła się ostatnio próba przypomnienia colemanowskiej koncepcji z „Chappaqua Suite”: na płycie Piotra Damasiewicza „Hadrony”, o której w dość wyczerpujący sposób pisze Adam Domagała na swoim blogu. Nie zmienia to faktu, że jest to koncepcja, po którą w środowisku tak zwanego współczesnego, kreatywnego jazzu, sięga się bardzo rzadko.
A szkoda, bo prawdę mówiąc, o ile coraz częściej odczuwam przesyt bezgraniczną instrumentalną wolnością, która sprowadza się do kolejnych zestawień jednego pana z drugim panem – nierzadko po raz pierwszy, a mimo to przewidywalnych, tak w świecie modern composition o jazzowej proweniencji jest wielka dziura, którą można ciągle wypełniać.

Marcin Kiciński

wtorek, 17 stycznia 2012

Aram Shelton Arrive (Jason Roebke, Jason Adasiewicz, Tim Daisy) "There Was..." Clean Feed, 2011


Aram Shelton - as
Jason Roebke - b
Jason Adasiewicz - vib
Tim Daisy - dr

Wytwórnia: Clean Feed
Rok wydania: 2011





Długo zbierałem się do napisania o tej płycie, mimo że jest ona jednym z nielicznych tegorocznych wydawnictw, do którego wracam regularnie i z niesłabnącym zachwytem. Shelton zwrócił moją uwagę swoim unikalnym, bardzo lirycznym językiem już w trio Dragons 1976. O ile jednak tamten zespół miał lekko „garażowy” charakter, tak kwartet Arrive tchnie dojrzałością i dopracowanym brzmieniem. Wyraźnie słychać także, że muzyk ten rozwinął się kompozycyjnie. Prostota i melodyjność tematów, uzupełniona nienachalnymi zwrotami dynamiki, pozostawia dużo miejsca dla swobodnej wypowiedzi zarówno samego lidera, jak i pozostałych członków zespołu. Nie ma tu żadnych napięć, raczej skupiona współpraca, która udaje się zazwyczaj, gdy zebraną grupkę osób cechuje podobna, w tym wypadku dość złożona osobowość. Przeważa liryczna zaduma, która chwilami przeradza się w lekko freejazzowe partie. Moją uwagę zwraca wibrafonista Jason Adasiewicz, który ze swojego - do niedawna uważanego przeze mnie za bezduszny (do czasu zanurzenia się w cudowny świat Bobby Hutchersona czy Walta Dickersona) - instrumentu potrafi z odpowiednią delikatnością wydobyć partie, decydujące w głównej mierze o onirycznym charakterze większości kompozycji, spośród których wyróżnia sie utwór „Frosted” - zachwycająca ballada, łącząca cudowne wybrzmiewanie instrumentów z lekką, melancholijną melodią.
Na „There Was…”  doskonale pracuje sekcja. Pamiętam swój zachwyt nad Timem Daisy, gdy wraz ze swoim pojawieniem się w szeregach Vandermark 5 wniósł sporo brzmieniowej lekkości i inwencji. Od tego czasu pojawiło się wiele płyt z jego udziałem, płyt lepszych i gorszych, i po czasie zacząłem odnosić wrażenie, że powoli bębniarz ten popada w słyszalną, niestety, rutynę. Wyjątkiem była jego współpraca Sheltonem i tym razem również nie zawodzi. Już dawno nie słyszałem go w takiej formie, mimo że porusza się tu w bardzo stonowanych rejestrach. Jason Roebke może niczym nie zaskakuje, ale jest to też muzyk, którego najmniej znam. Na pewno jednak dobrze się wkomponowuje w obraną stylistykę i uzupełnia zespół dość oszczędnym, lecz bardzo trafionym basem.
„There Was…” jest płytą szczególną - mimo że w kilku miejscach wyraźnie nawiązuje do klasycznych rozwiązań,  to robi to w sposób intelektualnie i emocjonalnie koherentny z teraźniejszością. Wyraźnie słyszalny sentyment nie wyraża tęsknoty za czymś konkretnym, przez co bardziej stanowi deklarację własnego umiejscowienia we współczesności, opartego na zrozumianym i zaakceptowanym niedopasowaniu.

Marcin Kiciński
P.S. Warto zwrócić uwagę na pozostałe tegoroczne płyty Sheltona i z jego udziałem– duet z Kjellem Nordesonem „Incline” (Singlespeed Music), a także album „gwiazdorskiego” kwartetu Darrena Johnstona „Cylinder”, nagrany dla Clean Feedu.


wtorek, 10 stycznia 2012

Na Alexa Warda warto zwrócić uwagę!