poniedziałek, 31 stycznia 2011

Rafal Mazur / Keir Neuringer "Unison Lines", Not Two, 2010




Rafal Mazur - acoustic bass guitar
Keir Neuringer - alto saxophone

Wytwórnia: Not Two
Rok wydania: 2010





Kiedy miałem jakieś 10 lat, ojciec zabrał mnie do kina na film fantastycznonaukowy zatytułowany „Spotkanie na Kasjopei”. Oto fabuła: grupa radzieckich pionierów leci w kosmos , aby udzielić internacjonalistycznej pomocy kasjopejczykom. Kiedy docierają na miejsce, zamiast nich spotykają jednak tylko roboty przypominające nieco hippisów w spodniach z rozszerzanymi nogawkami i metalowym afro na głowach, które - jak się okazało - przejęły w międzyczasie władzę nad globem. Jak udało im się tego dokonać? Otóż wybudowały na planecie coś w rodzaju pułapek mamiących tubylców muzyką. Kto raz jej posłuchał, nie był w stanie jej się oprzeć i ginął przepojony złudnym poczuciem szczęścia. „Co to za muzyka?” – zadałem szeptem pytanie ojcu. „To jazz” - odpowiedział.
Skąd te wszystkie skojarzenia? Z powodu płyty amerykańskiego saksofonisty Keira Neuringera i polskiego basisty Rafała Mazura, zatytułowanej „Unison Lines”. Mam ją od początku grudnia zeszłego roku, ale zamiast przesłuchać i od razu napisać recenzję, wpadłem w Czarną Dziurę. Podzieliłem los mieszkańców Kasjopei, muzyka przejęła nade mną władzę, weszła ze mną w relację na tyle  głęboką, że nie chciałem się nią z nikim dzielić. Kiedy największym wysiłkiem woli oderwałem się w końcu od niej (być może mam jednak w sobie coś z radzieckiego pioniera!), postanowiłem jakoś odnotować fakt istnienia tak niezwykłej płyty.
Kiedyś zadano Billowi Evansowi pytanie: co to jest jazz? Na co ten odparł, że szukając odpowiedzi nie trzeba pytać, „czym jest jazz” tylko „jak się go tworzy”. Z punktu widzenia „jak” muzyka grana przez Neuringera i Mazura to bez wątpienia jazz: świeża, kreatywna, stanowiąca wyzwanie dla słuchacza, a przede wszystkim ich własna. To free jazz ostry jak skalpel, równie jak on bezkompromisowy i wymagający, którym twórcy tej płyty, niczym para chirurgów-czarnoskiężników ze słynnej książki Jurgena Thorwalda, błądzą po ludzkim ciele w poszukiwaniu duszy. I odsłaniają w nas to, co najpiękniejsze: wewnętrzne światło, dzięki któremu każdy człowiek może nawiązać bezpośrednią więź z niematerialnym, duchowym, transcendentnym. Muzyka ta wpisuje się doskonale w tradycję wielkich mistycznych polskich płyt, takich jak  kiedyś „Matka Joanna Od Aniołów” Tomasza Stańki, „Salve Regina” Piotra Barona czy niedawno „The Passion” Undivided czy „Hera” Wacława Zimpela.
Z poziomem muzycznym koresponduje rewelacyjny design artystyczny wydawnictwa autorstwa Piotra Jakubowicza z RedBoxDesign i mecenat Marka Winiarskiego z dumy polskiego jazzu jaką stało się wydawnictwo Not Two. Krótko mówiąc, obowiązkowa płyta w katalogu każdego wielbiciela free jazzu.

Maciej Nowotny
(kochamjazz.blox.pl)

niedziela, 30 stycznia 2011

Gerald Cleaver "Be It As I See It" - PREMIERA


  GERALD CLEAVER
BE IT AS I SEE IT
Gerald Cleaver, drums, voice;
Jean Carla Rodea, voice,
John Cleaver, voice;
Andrew Bishop, flute, sop. & bass clarinet, sop. & ten. sax;
Tony Malaby, sop. & ten. sax;
Mat Maneri, viola;
Craig Taborn, piano & keyboards,
Drew Gress, bass;
Ryan Mackstaller, guitar; 
Andy Taub, banjo

DIGITAL DOWNLOAD (mp3/FLAC)




Jason Moran "Ten", Blue Note 2010


Jason Moran: piano;
Tarus Mateen: bass;
Nasheet Waits : drums

Wytwórnia: Blue Note
Rok wydania: 2010






Jak pokazały praktycznie wszystkie jazzowe podsumowania, miniony rok miał jedną twarz: Jasona Morana. Nie tylko jego autorska płyta "Ten" triumfowała w zestawieniach niezliczoną ilość razy (m.in. NY Times, LA Times, JazzTimes, The Village Voice) ale w rankingu tego ostatniego płyty z udziałem młodego pianisty zajęły  miejsca 1, 2, 4 i 10.
Choć rodzice Morana katowali go jazzem w samochodzie, a nawet, na dwa dni przed rozwiązaniem, zabrali go (jeszcze w fazie płodowej) na koncert Pharoah Sandersa, naturalnym językiem chłopaka z Houston przełomu lat 80/90 był rap. Stąd też cytowana już przeze mnie historia opowiedziana Maciejowi Karłowskiemu (Jazz Forum) przez Macieja Obarę:
"JF: Miałeś z nim zajęcia?
MO: Tak, z jego zespołem. I powiem szczerze, były to zajęcia, po których można dostać zawrotu głowy. Zaczęły się trochę nietypowo i zaskakująco, jak dla mnie. Moran przyniósł ze sobą kilka płyt. Zagrał fragmenty każdej, po czym wyłączył sprzęt i powiedział jasno „To jest moja kultura! W otoczeniu takiej muzyki się wychowałem. Taka muzyka jest dla mnie ważna. Jest ona częścią mnie i reprezentuje moim zdaniem to, co dzisiaj jest żywe w muzyce Afroamerykanów”. Z głośników popłynęły natomiast nagrania jego kolegów raperów, którzy przeklinali siarczyście i opowiadali w swoich tekstach bardzo groźne rzeczy. O większości nie słyszałem nigdy i pewnie nigdy więcej nie usłyszę. To było trochę szokujące.

JF: To, że przyznał się otwarcie, że hip-hop jest dla niego ważny?
MO: Nie to, choć po części też. My, znając go z płyt czy koncertów, zwykliśmy postrzegać go jako bardzo utytułowanego, bardzo ważnego i wyśmienitego pianistę jazzowego. A tu słowo jazz przez dłuższy czas wcale nie padło. Szokujące najbardziej było to, że ani przez chwilę w ustach Morana nie pojawiło się zwątpienie, że najważniejsze jest być w muzyce jak najbardziej uczciwym wobec siebie. Wychowałeś się na Bronksie, to nie udawaj, że to nie twoja muzyka i nie twoja kultura.”

Moran szybko jednak zasłuchał się także w  muzyce Theloniousa Monka. Uznał, że to właśnie w jego grze wszystko jest tak, jak być powinno. Ponieważ zaś wychowywał się w domu, w którym sztuka i artyści pojawiali się na porządku dziennym, równolegle do jazzu zajmowało go XX wieczne malarstwo. Chociaż mówi o sobie: uzależniony od komputera Teksańczyk, który gra na pianinie, obie pasje pozostały w nim do dziś. Na jego kolejnych płytach znaleźć można nawiązania do dzieł Basquiata (utwór "JAMO meets SAMO" z płyty "Soundtrack for a Human Motion"), Egona Schiele czy teorii amerykańskiego artysty interdyscyplinarnego Roberta Rauchenberga (kolażowa konstrukcja albumu "Black Star").
Jego trio, z którym gra do dziś pod szyldem "The Bandwagon" (Tarus Mateen na basie i Nasheet Waits na perkusji) zadebiutowało na rynku płytą "Soundtrack to Human Motion" w 1999 roku. Zespół z miejsca stał się jednym z najgorętszych składów amerykańskiej sceny. Przez kolejne dwa lata powstały "Facing left" i "Black Star" z udziałem legendarnego multiinstrumentalisty free jazowego Sama Riversa.  Liczba nagród jakie zebrały te nagrania (Stowarzyszenia jazzowych krytyków amerykańskich JJA, opiniotwórczych gazet) jest zbyt długa by ją tu cytować. Wspomnę tylko o jednym wyróżnieniu: przyznanym Moranowi MacArthur Fellowship, zwanym Genius Award - to mówi samo za siebie.
Konsekwencją tych sukcesów były zaproszenia płynące pod adresem pianisty z najróżniejszych instytucji. Kilkakrotnie gościł już np. w legendarnym MoMA (Museum of Modern Arts, NYC). Ostatnio wspólnie z Glennem Ligonem stworzył film "Śmierć Toma" w ramach wystawy poświęconej pionierom amerykańskiej kinematografii. Obraz z muzyką Morana nawiązuje do końcowych scen filmu Thomasa Eddisona "Chata wuja Toma" z 1901 roku. Ostatnio "The Bandwagon" nagrał ścieżkę dźwiękową do filmu dokumentalnego, opisujcego wizytę Roberta Kennedyego w RPA w czasie apartheidu. Film nosi tytuł "Szmer Nadziei". Innym, mniej politycznie zaangażowanym przedsięwzięciem, do którego zaproszono młodego pianistę było "In My Mind: Monk at Town Hall, 1959" - multimedialny projekt nawiązujący do słynnej płyty Theloniousa Monka. W swoim dorobku ma także Moran muzykę do przedstawienia baletowego pt. "Refractions", wielu instalacji wideo a w tym roku powinna objawić się światu jego wspólna praca z Mshell Ndgeochello poświęcona muzyce Fatsa Wallera.
W przerwie od studyjnego grania z trio Moran nagrał albumy: solowy pt. "Modernistic", studium nad bluesem pt. "Same mother" (bo jazz i blues mają wspólną matkę, ale różnych ojców), "Artist in Residence"  zbierającą jego "prace zlecone", będące często ponad-gatunkowymi, multimedialnymi eksperymentami a także zarejestrował koncertowy album swego trio "The Bandwagon life at Village Vanguard". Obok pracy jako leader, przez ostatnie lata Moran zasilał swoim talentem zespoły wielu mistrzów, takich jak Charles Lloyd ("Rabo de Nube", "Mirror", wspólnie wystąpili w zeszłym roku we Wrocławiu), Rudresh Mahanthappa i Bunky Green ("Apex"), Paul Motian ("Lost in dream"), Christian McBride ("Live at Tonic"), Steve Coleman, Lee Konitz, Don Byron czy Cassandra Wilson.
Po pracy Moran wraca do pięknej żona sopranistki Alice Hall Moran (z którą czasem spotyka się również na scenie) oraz do dwóch, małych jeszcze, bliźniaków. W wolnym czasie dokupuje kolejne okazy do swojej kolekcji dizajnerskich mebli. W trasę zabiera ze sobą zawsze, stołeczek do fortepianu, wymyślony specjalnie dla niego przez duńską projektantkę Susanne Forsgreen.

"TEN"
Płyta "Ten" czyli dziesięć, nazywa się tak dla uczczenia dekady wspólnego grania Morana, Mateena i Waitsa, a za razem jest to ich powrót do studia po ośmiu latach od "Black Star".
Okładka albumu nawiązuje do prostych, oszczędnych wydań nagrań Blue Note sprzed lat.  Zaprojektował ją Adam Pendelton. 10 kropek w ruchu, skierowanych w określonym kierunku. Z boku napis "Jason Moran". Bez zbędnych wariacji, nawet bez tytułu płyty.
Na krążku zaś 13 kompozycji. Jak na płytę "jubileuszową" przystało, istotną część albumu stanowią hołdy złożone wielkim nauczycielom Morana - Andrew Hillowi ("Play to live"), Theloniousowi Monkowi ("Crepuscule With Nellie") czy mniej znanemu kompozytorowi Conlonowi Nancarrowowi ("Study no. 6"), który jako jeden z pierwszych pisał utwory na pianolę, wykorzystując potencjał maszyny jako wykonawcy, w miejsce żywego pianisty. Poza tym na płycie znaleźć można temat z wspomnianego już filmu dokumentalnego "RFK in the Land of Apartheid", utwór napisany do przedstawienia baletowego ("Pas De Deux-Lines Ballet"), do tego znany z wcześniejszych albumów basquiat'owski "Gangsterism" a także garść zupełnie nowych kompozycji. Jak powiedział w jednym z wywiadów sam Moran o kluczu repertuarowym "Ten" "Czasami najlepiej jest po prostu grać".
Trudno do płyty tak obsypanej nagrodami nie podejść z wielkimi oczekiwaniami. Moran jednak nie stara się tu wcale wymyślić cudów. To rzeczywiście zbiór jego imponującego dorobku artystycznego i mapa muzycznych poszukiwań. Album jest wręcz zaskakująco przystępny i melodyjny, jednak pod tą powierzchnią znajduje się wirtuozeria i polot świetnie rozumiejących się muzyków. Do tego Moran wie, że może sobie pozwolić np. na wstęp do utworu "Old Babies" wykonany przez niego na fortepianie oraz jego śpiewająco-podgadujące, niemówiące jeszcze bliźniaki.

Wydaje się, że topowi pianiści amerykańscy tacy jak Moran czy Vijay Iyer idą w pewien sposób podobną drogą - bardzo świadomi pochodzenia i historii muzyki improwizowanej (obaj są uczniami Andrew Hilla), przetwarzają ją, wzbogacając język jazzu o swój, czy to południowy akcent i miłość do hip hopu Morana czy to hinduskie korzenie i muzyczne dorastanie przy Michaelu Jacksonie Iyera. Na swoich płytach opowiadają jednak odrębne, osobiste, autobiograficzne historię.

Kajetan Prochyra
(http://klimatumiarkowanycieply.blogspot.com/)

czwartek, 27 stycznia 2011

Foton Quartet "Zomo Hall", Not Two, 2010


Gerard Lebik - ts, contra alto clarinet
Artur Majewski - tp
Jakub Cywiński - b
Wojciech Romanowski - dr

Wydawnictwo: Not Two
Rok wydania: 2010





Już dawno żadna płyta nie sprawiła mi tylu problemów. Słucham jej namiętnie, wracam regularnie, zachwycam się notorycznie, ale zupełnie nie wiem, co napisać. Recenzencka niemoc jest dla mnie samego konsternująca, ale dla płyty stanowi nie lada pochwałę, bo przecież jeśli nie wiem, co z czego, to może znaczyć, że mamy z czymś nowym do czynienia. I choć to trudne do przełknięcia, bo przecież z naszego to podwórka, mimo nieładu w mojej głowie, chyba zaryzykuję i pokłonię się przed Foton Quartet.
Bo grają tak, jak się powinno opowiadać. Snują historie, pełne dygresji i ozdobników. Wyobraźnia podsuwa kolejne anegdoty, ale warsztat językowy pilnuje równowagi, co by z tego elaboratu zamiast bełkotu i nudy wyszła wzorowa wypowiedź. Więc pojawia się temat za tematem, jest akcja i jej zwroty - te gwałtowne i subtelne, i mnóstwo się dzieje wokół tych tematów, zwłaszcza że mówców jest czterech, a czas jeden. Ale nikt się specjalnie czasem nie przejmuje, wręcz drwi z niego. Opowieść zaprzecza czasowi i przeciąga chwile, lub zwalniając hamulec, uruchamia lawinę zdarzeń...
I gdy już tak siedzę i słucham po raz kolejny tego wielogłosu, to znowu stwierdzam, że mimo iż już coś rozpoznaję, to ciągle nie czuję, że jestem bliski poznania. Piszę "znowu", choć bywało różnie, czyli właściwie też zupełnie odwrotnie: kolejny raz słuchałem, a zupełnie inne wątki mnie pochłaniały i od tematu odwodziły, przez co tym bardziej obco się czułem, ale przy tym bardziej zaciekawiony. Pytanie, co wygra: poznanie i pewność czy obcość i zaciekawienie. Jeśli Foton Quartet jest tak dobry, jak mi się wydaję, to w tej walce nie będzie rozstrzygnięcia.

Marcin Kiciński

wtorek, 25 stycznia 2011

NOBUISINESS RECORDS - PREMIERY


 


TERRENCE MCMANUS, MARK HELIAS, GERRY HEMINGWAY
TRANSCENDENTAL NUMBERS

Terrence McManus - guitar
Mark Helias - bass
Gerry Hemingway - drums
 


 
HOWARD RILEY
THE COMPLETE SHORT STORIES 1998-2010

Howard Riley – piano

6CD

poniedziałek, 24 stycznia 2011

BETWEEN THE LINES - PREMIERY



 


 KONTRA TRIO
JEUX CIRCULAIRES

Leo Bachmann tuba,
Madeleine Bischof contrabass-flute,
Thomas K.J. Mejer contrabass-saxophone 
 




YITZHAK YEDID
THROUGH THE WINDOE OF MARC CHAGALL

Yitzhak Yedid p

AMBIANCES MAGNETIQUES - PREMIERY



 

VERTICAL SQUIRRELS
HOLD TRUE (ACCROCHE-TOI)

Ajay Heble-piano, melodica, percussion
Daniel Fischlin-guitars, effects, percussion, flute, provencale
Lewis Melville-bass, baritone, banjo bass, percussion, radio frequencies, grand organ
 


NOUS PERÇONS LES OREILLES
SHAMAN

Jean Derome-alto saxophone, flute, objects, voice
Joane Hetu-alto saxophone, voice
 


DANIELLE PALARDY ROGER
PINTA, NIÑA & MARIA

Ensemble contemporain de Montréal + (ECM+) • Ensemble SuperMusique • Grand groupe régional d’improvisation libre (GGRIL)
m.in.
Michael F Cote-electronic percussions
Diane Labrosse-sampler
Pierre Tanguay-drums
Joane Hetu-alto saxophone, voice
Jean Derome-saxophones
 

PIERRE LABBÉ
TREMBLEMENT DE FER

Pierre Labbe-compositions;
Andre Leroux-ts, ss, bcla; Jean Derome- as, bs, fl; Aaron Doyle-tp;
Jean-Nicolas Trottier-tb; Josiane Laberge-viol; Melanie de Bonville-viol.; Jean Rene-viol.; Emilie Girard-Charest, viola; Bernard Falaise-g.; Guillaume Dostaler-p; Clinton Ryder-b; Pierre Tanguay-perc, derbucka
 

ISAIAH CECCARELLI
BRÉVIAIRE D’ÉPUISEMENTS

Isaiah Ceccarelli-percussion, compositions
Emilie Laforest-voice
Josee Lalonde-voice
Lori Freedman-bass clarinet
Philippe Lauzier-bass clarinet
Pierre-Yves Martel-basse de viole
Marie Deschenes-texts
 

JOANE HÉTU
RÉCITS DE NEIGE

Jean Derome-ss, fl, objects, voice
Joane Hetu-voice, as
Diane Labrosse-sampler, acc, voice
Pierre Tanguay-dr, objects, voice
Scott Thomson-tb, voice
Alexandre St-Onge-b, electronics, voice
 


TIM BRADY, MARTIN MESSIER
24 FRAMES — TRANCE

Tim Brady-compositions, electric guitar, electronics
Martin Messier-video

CD/DVD

THIRSTY EAR - PREMIERA


 


WALTER - HALVORSON - EVANS
ELECTRIC FRUIT

Mary Halvorson: guitar
Peter Evans: trumpet
Weasel Walter: drums

Weasel Walter, Mary Halvorson and Peter Evans - Electric Fruit by Thirsty Ear Recordings

niedziela, 23 stycznia 2011

Marcin Masecki “John”, Lado ABC, 2010



Marcin Masecki - piano

Wytwórnia: Lado ABC
Rok wydania: 2010







Marcin Masecki to jedna z najbardziej barwnych postaci stołecznej sceny improwizowanej. Ten wykształcony pianista, który doskonalił swoją grę na studiach w Bostonie, umiejętnie porusza się na granicy sztuki wysokiej i niskiej. Albo inaczej: poddaje w wątpliwość podział, który wielu już mierzi, drażni albo uznaje za sztuczny i wymuszony; coś, co jest kwestionowane także przez wielu innych artystów. W wywiadach opowiada o tym, że woli grać dla ludzi z otwartymi głowami, zwolenników braku istotnych granic między stylami, konwencjami, muzyką gorszą czy lepszą. A do tego nie wybiera sobie ciepłej posadki nadwornego pianisty wszystkich Polaków, a przecież mógłby - umiejętnościami nie odbiega od Leszka Możdżera. Masecki ma jednak inna wizję: godną szacunku i nieustannego wspierania. „John” uwypukla zresztą ten obraz: wskazuje, że mamy do czynienia z klasycznym instrumentalistą, który na koncertach gra muzykę niemiecką z XVIII wieku i fascynuje się Bachem. Nie jest jednak mentalnym ramolem, którego krępują konwenanse. Na następcy „Boba” pomysłowość, twórcze podejście do zabawy dźwiękiem i odpowiednie mieszanie konwencjami, biorą górę nad chłodną kalkulacją. Masecki wyznaje zasadę lo-fi - na płycie zamieszcza impresje, mniej lub bardziej domknięte formy, schodzi z trajektorii wytyczonych przez daną linię melodyczną, by celowo zaskoczyć dysonansem rozstrojonego fortepianu. Mógłby nagrać ten album w filharmonii, przy udziale nadętych elegancików w długich frakach. Wybiera jednak inną drogę. I pokazuje przy okazji, że jeszcze wiele dobrego możemy się po nim spodziewać.

Piotr Wojdat

ALEKSANDRÓW KUJAWSKI - KONCERTY

Klub Fado, ul. Narutowicza 29,

04.03.2011, godz 20.00, bilety: 7zł
JAZZPOSPOLITA
Stefan Nowakowski - acoustic and electric bass
Wojtek Oleksiak - drums
Michał Przerwa-Tetmajer - guitar
Michał Załęski - keyboards, synthetizers

SZCZAWNICA-JAWORKI - KONCERTY

Muzyczna Owczarnia, Szczawnica-Jaworki 18a

17.02.2011
FUTURETHNO
Roman Bardun - piano
Mr.Krime - turntables
Filip Szymaniak - violin
Łukasz Owczynnikow - double bass
Dominik Jaske - drums

18.02.2011
JAZZPOSPOLITA
Stefan Nowakowski - acoustic and electric bass
Wojtek Oleksiak - drums
Michał Przerwa-Tetmajer - guitar
Michał Załęski - keyboards, synthetizers




25.02.2011
JERZY MAŁEK QUARTET
Jerzy Małek trabka,flugelhorn
Tomasz Grzegorski sax
Jan Smoczyński hammond
Krzysztof Dziedzic perkusja

SZKLARSKA PORĘBA - KONCERTY

Klub Jazgot, ul. Objazdowa 1

BEŁCHATÓW - KONCERTY

Klub Gościniec, Plac Narutowicza 6

RYBNIK - KONCERTY

Kulturalny Club, Rynek 3

WAŁBRZYCH - KONCERTY

A Propos Club, ul. Wieniawskiego 82

26.02.2011, godz. 20:00
WOJTEK MAZOLEWSKI QUINTET
Oscar Torok - trąbka
Marek Pospieszalski - saksofon
Joanna Duda - fortepian
Jerzy Rogiewicz - perkusja
Wojtek Mazolewski - bass

sobota, 22 stycznia 2011

Polska młodzież śpiewa polskie piosenki – Chłopcy Kontra Basia duo, Eszeweria 20.01.2011

Chłopcy Kontra Basia Duo, Kraków, Eszeweria 20.01.2011

Barbara Derlak – śpiew, klarnet
Marcin Nenko – kontrabas


W maleńkiej salce Eszewerii maleńki zespół – duet kontrabas i śpiew (okazjonalnie też klarnet), połączenie całkiem obiecujące i niecodzienne (skład pozostaje niecodziennym nawet kiedy jest pełny, obecnie brak perkusji). To Chłopcy Kontra Basia w wersji duo.

No i w tej kameralnej, chciałoby się rzec sielskiej atmosferze, rozbrzmiewają sobie piosenki. Jazzowy groove (prosty i skuteczny), folkowe melodie (modniej można by powiedzieć – etniczne), literackie wariacje na tematy ludowe (raz refleksyjnie, raz frywolnie, częściej frywolnie) no i jeszcze piosenka mocno aktorska – kuriozalny gatunek, który chyba tylko w Polsce istnieje (tak jak i ‘poezja śpiewana’) i - mówiąc ogólnikowo i delikatnie - nie cieszy się moją sympatią.

Bas gra rytmicznie i melodycznie, z nutą lekko funkową (wysoki czynnik foot-tapping), współbrzmi to zaskakująco dobrze z folkowymi liniami i od czasu do czasu jazzująca frazą wokalną, wszystko z przymrużeniem oka, bezpretensjonalnie i świeżo, raz skocznie, tanecznie, innym razem etnicznie, transowo. A piosenki opowiadają rożne historie z puentami: o tym jak Kasia ratuje Jasia przed Kostuchą, o Kacprze co wpada w kobiece sidła, o pchełkach, o Aniele Stróżu – piosenka, która rozpoczyna się jak modlitwa, a kończy skargą, że śpi (pijany), kiedy właśnie w nocy czuwać był powinien i przed lubym strzec. Zrymowane wszystko dowcipnie i wypełnione całą masą muzyczno-poetyckich smaczków, pełne tych naszych polskich, pięknie szeleszczących dźwięków („No wpuszczę Cię Kacprze”) i rytmicznych zabaw ze słowami (cykających, tykających).

Aspekt aktorski mnie rozprasza, ale nie sposób odmówić mu scenicznego wyrazu, wokal i ruch sceniczny raz pełen dziewczęcego wdzięku, raz zmysłowego seksapilu (okazuję się, że piosenka ludowa może być sexy). Zresztą, urok zespołu rozbrajający (uśmiech wokalistki i ciemne okulary kontrabasisty), całkowicie rekompensuje wszelkie ewentualne wpadki (gdzieniegdzie nie utrzymane tempo, co przekłada się choćby na problemy ze złapaniem oddechu w trakcie śpiewu i na nienajlepszą intonację na klarnecie). Te nieliczne potknięcia łatwo wytłumaczyć beztroską atmosferą, niepełnym składem czy pewnymi problemami z nagłośnieniem. Nie psują one bynajmniej ogólnego pozytywnego wrażenia. Stanowią jedynie sygnał, że ten zespół, młody stażem i składem, czeka jeszcze dużo pracy.

Najważniejsze, że dobre samopoczucie przenosi się z wykonawców na słuchaczy i pozostaje na sali, muzyka jest świeża i zaskakująca (rozrywkowy highlight wieczoru – wymiana jazzowych „czwórek” na kontrabas i beatbox). Jeśli szukać porównań, to kojarzy mi się z niektórymi albumami Ivy Bittovy (być może na wyrost), dostrzegam podobny poziom zespolenia gatunków - nie jest to jakaś tam ‘ujazzowiona’ wersja folku, tak jak często ‘ujazzawia’ się klasykę – dodając synkopkę na talerzu i szczotki na werblu.

A zamiast dywagować, najlepiej zajrzeć na stronę MySpace zespołu (.myspace.com/chlopcykontrabasia) i pojawić się na ich koncercie (następny będzie 12 lutego 2011 roku w Klubie Lokator w Krakowie, tym razem już w trio). Ja polecam – piosenka jest dobra na wszystko.


Bartek Adamczak

(autor zaprasza na angielskojęzyczny blog – jazzalchemist.blogspot.com oraz na audycję „jazzowy alchemik” na radiofrycz.pl w poniedziałki o 20.00)

TZADIK - PREMIERY






GYAN RILEY
STREAM OF GRATITUDE

Gyan Riley: Guitar


BANQUET OF THE SPIRITS
CAYM: THE BOOK OF ANGELS VOLUME 17

Cyro Baptista: Perc, Voc
Shanir Ezra Blumenkranz: Oud, Bass, Gimbri, Voc.
Tim Keiper: Drum Set, Perc., Kamel Ngoni, Voc.
Brian Marsella: Piano, Harpsichord, Pump Organ, Voc.

Hop Frog w OPT, 14.01.2011

HOP FROG, Ośrodek Postaw Twórczych, 14.01.2011

Pierre Borel - alto saxophone
Joel Grip - double bass
Hannes Lingens - drums

 
Doprawdy, w naszym miasteczku, nazbyt szumnie przez niektórych nazywanym metropolią, w dziedzinie muzyki improwizowanej dzieje się niewiele. Tym bardziej dziwi fakt, iż na piątkowy koncert w Ośrodku Postaw Twórczych przybyło ledwie kilkanaście osób. Mój bilecik, opatrzony ręcznie wypisanym „agenturalnym” numerkiem 007, był jednym z ostatnich, jakie tego wieczoru sprzedano. Cóż, zapewne mecz naszych szczypiornistów etc., etc… Tym bardziej chwała Dawidowi, że z uporem maniaka wciąż organizuje tego rodzaju przedsięwzięcia! Na szczęście są tacy, którzy potrafią to docenić.
    Hop Frog to formacja składająca się z trzech nikomu niemalże nieznanych muzyków: Pierre Borel na alcie (wyraźnie słyszalny francuski zaśpiew ), Joel Grip na kontrabasie ( szkółka Kowald-Guy-Thomas ) oraz Hannes Lingens na perkusji. Francuz, Szwed i Niemiec czyli Europa. Takie też (europejskie) w swoim charakterze było granie owego tria. Pierwszy secik zagrany w prawdzie dość asekuracyjnie, bez porywu aczkolwiek w sposób interesujący, szczególnie w tych partiach, w których muzyka odchodziła od tak zwanego free zmierzając w kierunku delikatnych, sonorystycznych poszukiwań a muzycy słyszeli się – takie odniosłem wrażenie – lepiej. Po dobrze przyjętym przez publikę pierwszym secie chłopaki chyba troszeczkę rozluźnili się, bo w drugim muzyka nabrała animuszu, co z kolei zaowocowało mocniejszym uderzeniem, większą dynamiką i jednocześnie gra stała się swobodniejsza. Perkusista rozgrzał się, saksofonista nabrał odwagi a basista pokazał parę sztuczek niekonwencjonalnej gry za pomocą dwóch smyków – pierwszy „na nożycorękiego” czyli dwa smyki w jednej dłoni oraz drugi: po jednym smyku w każdej. Odniosłem wrażenie, że Grip to najbardziej kreatywny członek grupy; może po prostu najlepiej poradził sobie z tremą, której uporczywa obecność była dość mocno odczuwalna, szczególnie na początku koncertu. Nie ma w tym oczywiście nic złego, pamiętajmy, że to bardzo młodzi jeszcze muzycy, że to początek ich muzycznej drogi, którą – miejmy nadzieję – z czasem rozwiną w całkiem solidną autostradę…

Andrzej Podgórski

wtorek, 18 stycznia 2011

Ken Vandermark / Predella Group "Strade de'Acqua / Roads of Water", Multikulti, 2010

Jeb Bishop: trombone
Jaimie Branch: trumpet
Tim Daisy: drums, percussion
Fred Lonberg-Holm: cello
Nate McBride: bass
Jeff Parker: guitar
Ken Vandermark: reeds

Wytwórnia: Multikulti
Rok wydania: 2011



Pierwszy soundtrack Kena Vandermarka to dla mnie niebywałe wydarzenie. Bynajmniej nie z powodu filmu, którego  nie widziałem i pewnie nie dane mi będzie zobaczyć, tylko ze względu na konceptualizm całego albumu, przekładający się na klimat niespotykany wcześniej na jego płytach. Nie będzie to chyba przesadą, jeśli stwierdzę, że "Roads of Water" to pierwszy album, na którym Ken Vandermark jest kompozytorem. Bo nie chodzi mi tu o kompozytora jazzowego - tę rolę przyjmował niejednokrotnie, tylko o kompozytora szeroko pojętej muzyki współczesnej. I znów nie chciałbym być źle zrozumiany. "Roads of Water" to muzyka oscylująca między jazzem, którego jest dużo, a współczesną kameralistyką. To co jest jednak nowe, to wyczuwalny autorytaryzm lidera, który jeszcze mocniej niż kiedykolwiek dookreślił ramy, w których muszą poruszać się muzycy Predella Group. Zakładam, że będzie to powód do pewnych kontrowersji, ale zawężenie wolności i "wyciągnięcie batuty" wyszło tej płycie bardzo na korzyść.
Jeśli chodzi o muzykę, mamy do czynienia z bardzo zróżnicowanym zjawiskiem. Z jednej strony ma się wrażenie, że dominują tu ballady, będące niejako kontynuacją melodyki znanej z jednej z najbardziej udanych płyt Kena - Tripleplay "Gambit". Kołysankowy nastrój jest jednak przeplatany przez bardzo klimatyczne ambientoidalne pejzaże, budowane przez smyki i różnego rodzaju sonorystykę dęciaków, uzupełnione transowo wybijanymi rytmami Daisy'iego. Jest też żwawszy utwór "Blue Over Green" z funkowym groovem sekcji i zgrabnymi solówkami Jeffa Parkera w dwóch wersjach: bardziej jazzową i rockową. Absolutną perełką jest utwór "Signal", który mógłby stanowić swego rodzaju tribute to Deep Listening Band. Nie wiem, jak muzycy uzyskali taki efekt - czy współczesne studio daje takie możliwości, bo zespół brzmi, jakby nagrywał wzorem Pauline Oliveros i reszty, w pustej cysternie.
Nie ma sensu streszczać utworu po utworze, ponieważ najważniejsze jest, iż płyta ta tworzy niezwykle złożoną, ale spójną całość. Podobnie jak na płytach V5, kompozycje są mocno eklektyczne i często drastycznie zmieniają bieg wydarzeń, tyle że o ile w V5 bardzo często działanie to jest lekko nachalne i niepotrzebne, a momentami wręcz pretensjonalne, tak na tej płycie odniosłem wrażenie absolutnej harmonii. Muzyka sączy się niczym opowieść z określoną liczbą bohaterów i planów. Wszystko ma swój logiczny powód i konsekwencje, a co ważniejsze wyczuwa się intrygę, która wciąga.
Na koniec warto dodać, że sztywność kompozycji stawia muzyków w troszeczkę nowym kontekście i zmusza ich do odejścia od pewnych rutynowych zagrań, które - chcąc nie chcąc - powtarzają się wielokrotnie w czasie ich improwizacji w sytuacjach zupełnie wolnych. Tu czuć pracę nad materiałem przy jednoczesnej rezygnacji z własnej osobowości scenicznej. Osobowość na tej płycie jest jedna - Ken Vandermark i to ona jest pryzmatem, przez który pozostali muzycy patrzą na niedookreślone partie partytury.

Marcin Kiciński

Mulatu Astatke "Mulatu Steps Ahead", Strut, 2010




Mulatu Astatke
"Mulatu Steps Ahead"

Wytwórnia: Strut
Rok wydania: 2010








Eteryczny temat otwierającego „Radcliffe” snuje się przez niemal osiem minut, pozostawiając słuchacza w otępieniu, któremu daleko do uczucia błogości; na zbudowanej z brzmienia fletu podstawie, leniwa trąbka wygrywa niezorganizowaną melodię. Niby wszystko jest tu senne, niekonkretne i rozmyte do postaci egzotycznej halucynacji, ale już od pierwszych nut „Mulatu Steps Ahead” wyraźnie słychać, że etiopski muzyk tym razem postawił na maksymalnie skoncentrowany materiał, który stawia go w pierwszym rzędzie współczesnych kompozytorów z pogranicza jazzu i Bóg-wie-czego-jeszcze. Wierzcie lub nie, ale ten 67-letni cwaniak naprawdę dokonał znakomitego samorozwoju.
Astatke, legenda afrykańskiej muzyki ostatniego półwiecza, bardziej doceniany niż znany, po zeszłorocznym, doskonałym albumie nagranym w towarzystwie Heliocentrics, w końcu ma szanse wyłożyć swoje najlepsze karty. Oczywiście już „Inspiration Information” potwierdziła, że artysta jest w formie, która pozwala mu bez trudu dyskontować dokonania młodości, ale dopiero „Mulatu Steps Ahead” wydaje się w pełni świadomym i opanowanym etapem tej nowej drogi twórczej. Tam, gdzie „Inspiration…” porażała świeżością i odwagą, „Mulatu Steps Ahead” paradoksalnie wykonuje krok w tył – etiopski kompozytor sięga do swoich korzeni. Z jednej strony przywołuje ducha nagrań, które odkryły go dla świata (dziś można ich posłuchać za pośrednictwem przeglądowego wydawnictwa „New York-Addis-London: The Story of Ethio Jazz 1965-1975”, również z 2009 r.), z drugiej odstępuje od hermetycznego języka etio-jazzu i zapuszcza się głęboko w gąszcz współczesnej muzyki ilustracyjnej. Astatke, który przez pół wieku zwiedził znaczną część świata, teraz w pełni oddaje potencjał wypełniających go inspiracji.
Historia Mulatu Astatke i muzyki Etiopii w ogóle jest kluczem niezbędnym dla zrozumienia fenomenu „Mulatu Steps Ahead” i wcześniejszych, zapomnianych albumów kompozytora z Addis Abeby. Miles Cleret w swoim eseju poświęconym twórczości Astatke, zwracając uwagę na kulturalną i cywilizacyjną izolację kraju Hajle Selasje, pisze: Żadna z wielkich egzotycznych, współczesnych form nie wykształciła się w pełni autonomicznie (…) Aczkolwiek transatlantyckie, muzyczne szlaki, które transportowały pomysły w tę i z powrotem, nie sięgały wyżyn Etiopii (…). Gdy w tym samym czasie w innych, kolonialnych państwach Afryki, obsługujące białą klientelę, czarne jazzbandy powstawały jeden za drugim, Etiopia pozostawała w znacznej mierze nieskażona popkulturowym pierwiastkiem. Dlatego rola Mulatu Astatke w rozwoju muzyki swojego kraju jest tak ogromna; Astatke opuścił Afrykę w wieku lat 16, by przez Europę trafić do Ameryki. Szybko porzucił zaplanowaną dla niego ścieżkę edukacji i oszołomiony światem jazzu, który poznał w londyńskim Soho, rozpoczął eksperymenty nad autorskim stylem – etio-jazzem – opartym o tradycyjne etiopskie melodie i zachodnią harmonikę oraz instrumentację. Gdy wypróbowawszy w Nowym Jorku swój fascynujący pomysł, powrócił do ojczyzny, z miejsca stanął na czele nowej (pop)kulturowej rewolucji ostatnich lat reżimu Selasje. I choć był dla swojego kraju kimś takim jak Antonio Carlos Jobim dla Brazylii, Mulatu Astatke aż do ponownego odkrycia go za pośrednictwem słynnych już składanek „Ethiopiques”, zdołał zrealizować przez lata ledwie kilka zapomnianych albumów i napisać garść popularnych w Etiopii piosenek.
„Mulatu Steps Ahead” jest zatem płytą, na której nagranie Astatke czekał całe swoje artystyczne życie (a przynajmniej od czasu „Yekatit” z ’74 r.). Ukazuje tego muzycznego wagabundę jako niezwykle kompetentnego kompozytora u szczytu twórczych możliwości. Uszyta z gęstych melodii, pozornie nieprzystępna powłoka albumu jest wysoce ornamentowanym dziełem zapatrzonym w dokonania tuzów jazzowej orkiestracji – od Ellingtona, przez Mingusa, na tych „prostszych” (Badalamenti?) skończywszy. Mulatu sięga po klasyczne, archaiczne nawet środki wyrazu, ale jego muzyka ani na chwilę nie traci waloru dzieła uniwersalnego, zawieszonego poza modą i czasem (pochodzące z 1966 r., a nagrane tu na nowo „I Faram Gami I Faram” wciąż brzmi jak nic, co dotąd mieliście okazję słyszeć). Jest to skomplikowana struktura, która na pozór może wydać się nieprzenikalną – tym bardziej, że w porównaniu z silnie zrytmizowanym „Inspiration Information, „Mulatu…” jest albumem sennym i otępiającym – jednak, gdy porzucić oczekiwanie prostych, zażerających fraz, a w ich miejsce przyjąć powolny rozwój akcji charakterystyczny dla jazzu spod znaku „Kind Of Blue”, nowa płyta Astatke ma wiele do zaoferowania. Gdy młody Etiopczyk w Nowym Jorku zakładał swój pierwszy zespół, przyświecała mu szczytna idea równoprawnego zestawienia ze sobą dwóch zupełnie obcych kultur. 40 lat później, „Mulatu Steps Ahead” zdaje się być kontynuacją pomysłu, że kultury ucierać można na równych prawach, nie traktując żadnej z nich jako pretekstu, ale obie jako okazję.

Paweł Sajewicz
(Screenagers.pl)

Chris Lightcap's Bigmouth "Deluxe", Clean Feed, 2010

Andrew D'Angelo (as),
Chris Cheek (ts),
Chris Lightcap (b),
Craig Taborn (p),
Gerald Cleaver (d),
Tony Malaby (ts),

Wytwórnia: Clean Feed
Rok wydania: 2010




Zarówno nastawione na awangardę rankingi europejskich blogerów jak i zupełnie mainstreamowe amerykańskie zestawienia Village Voice czy AllAboutJazz uznały, że miniony rok należał w dużej mierze do artystów związanych z wytwórnią Clean Feed. Albumy ze znakiem tego portugalskiego wydawnictwa, choć prawie nad Wisłą niedostępne, mają u nas coraz większe grono miłośników, by nie powiedzieć "wyznawców". Długo zastanawiałem się który tytuł z ich katalogu wybrać (na początek) na naszą płytę tygodnia. Fenomenalny koncert grupy Angles pt. "Epileptical West" czy też wielokrotnie oklaskiwany dwupłytowy album Adam Lane's Full Throttle Orchestra pt. "Ashcan Rantings". W końcu zdecydowałem się na papierek lakmusowy nowej amerykańskiej sceny jazzowej: Chris Lightcap's Bigmouth i album "Deluxe".

Dlaczego papierek lakmusowy?
Choć może nazwisko leadera - kontrabasisty Chrisa Lightcapa - nie budzi jeszcze zbyt wielu skojarzeń, to jego koledzy - Craig Taborn i Gerald Cleaver już powoli powinni. Pierwszy jest za oceanem nowym, choć już nie takim bardzo młodym, talentem jazzowego fortepianu (tradycyjnego a częściej elektrycznego). Miarą jego potencjału mogą być chociażby wspólne płyty z Roscoe Mitchellem (na ostatniej, "Far side", grał na klawiszach obok Vijay'a Iyera). W tym roku nakładem ECMu ukaże się jego pierwsza płyta solo.W międzyczasie pracuje z Tomaszem Stańko i jego nowym, arcyciekawym zespołem (jeden Fender-Rhodes Taborn, drugi Dominik Wania, Sławomir Kurkiewicz na kontrabasie, Joey Baron na perkusji i Stańko.. na trąbce). Gerald Cleaver to częsty towarzysz Taborna za zestawem perkusyjnym, ogromnie lubiany przez muzycznych cudownych szaleńców takich jak Marilyn Crispell, David Torn, Henry Threadgil czy William Parker. .
Skład Bigomuth dominują jednak saksofony: dwa tenorowe - Chris'a Cheeka i Tony'ego Malaby'ego oraz alt Andrew D'Angelo. Pierwszy z nich pojawił się na przeszło 60 albumach, m.in. Paula Motiana czy Charlie Haden Liberation Music Orchestra. Wydał także trzy autorskie albumy dla Fresh Sound. Malaby to doświadczony muzyk, jedna z gwiazd Clean Feed, w minionym roku wydał studyjny i koncertowy album swojego trio Tamarindo z Williamem Parkerem na kontrabasie i Nasheetem Waitsem na bębnach (tym samym, z którym Maciej Obara nagrał album "Four").
Sam Lightcap grywał wcześniej z muzykami od Reginy Carter po Marca Ribota i Anthony Colemana.
Panowie w tym składzie wydali wcześniej album pod tytułem "Bigmouth" w ekstraklasie juniorów, czyli serii wydawniczej Fresh Sound New Talent (tej samej, w której dwa lata temu ukazał się krążek "Children's Episode" tria Piotra Wyleżoła). Obecnie jego zespół można usłyszeć w klubie "The Stone" Johna Zorna.

Zagęszczenie nazwisk, tytułów płyt i wydawnictw na jeden akapit jest oczywiście absurdalnie duże, z drugiej jednak strony kolejne odsłony wydawnicze Clean Feed zdają się zachęcać do googlowania i szukania wzajemnych muzycznych powiązań artystów. Portugalczycy przedstawiają fascynujący świat brzmień, absolutnie poza obiegiem głównego nurtu, odsłaniający prawdziwe muzyczne życie Nowego Jorku, USA, Europy i reszty świata...

Co znajdziemy na "Deluxe"?
Przede wszystkim melodie, bogate brzmienie i energię. Fantastycznie współbrzmi ze sobą sekcja rytmiczna wraz z organami Taborna wespół z trzema, raz przeplatającymi się, raz przekrzykującymi, a raz grającymi jak orkiestra saksofonami. Właściwie każdy utwór jest świetny - od otwierającego płytę elektrycznego, nu-jazzowego "Platform", przez kapitalną balladę "Silvertone", której ostatnia część to pierwszorzędny koncert na trzy saksofony, melodyjny "Ting", nastrojowy, oszczędny "Year of the Rooster" czy w zupełnie inny sposób nostaligiczny "The Clutch" lub improwizowany, krzykliwy "Fuzz".

Trudno jasno uznać kto nadaje ton tej małej orkiestrze, tak świetnie uzupełniają się ze sobą muzycy: czy to otwierający groovowym pochodem Lightcup z Cleaverem, czy elektryzujący Taborn, czy fenomenalni saksofoniści. Płyta jest z jednej strony bardzo łagodna, miła i przyjemna, z drugiej na każdym rogu czai się porządny jazzowy pazur. Album z charakterem.

Kajetan Prochyra
http://klimatumiarkowanycieply.blogspot.com/

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Angles "Epileptical West: Live in Coimbra", Clean Feed, 2010


Mattias Ståhl – vibraphone
Magnuss Broo – trumpet
Mats Äleklint – trombone
Martin Küchen – alto saxophone
Kjell Nordeson – drums
Johan Berthling – double bass

Wytwórnia: Clean Feed
Rok wydania: 2010



Angles. Łatwo pomylić się w pisowni tej nazwy. Tym bardziej, że słuchając tak wyśmienitej muzyki pokusa przemianowania ich na anioły jest trudna do odparcia. Zawarte na „Epileptical West” dźwięki są jednak nie tyle niebiańskie, co mocno zakorzenione w często bolesnej rzeczywistości. We wkładce do albumu, Martin Küchen przywołuje świadectwa z terenów ogarniętych wojną, przypominające o ogromie ludzkiego cierpienia na świecie. Sama muzyka również posiada siłę i intensywność płynące tylko z autentycznego zaangażowania w bieżące wydarzenia. Saksofon lidera na przemian ciska gniewnie gromy lub refleksyjnie pogrąża się w zadumie; słuchając jego gry w duchu myślę sobie: on naprawdę się przejmuje…

Küchen należy przy tym do najbardziej aktywnych muzyków obecnych czasów, co roku wydając po kilka płyt, zarówno w tradycji jazzowej (Exploding Customer, Trespass Trio), jak i w ramach nurtu free-improv (solo oraz w rozmaitych kolaboracjach). Nie wszystkie soniczne eksploracje w jego wykonaniu jestem w stanie przyswoić, ale dokonania jazzowe bez wyjątku uwielbiam. W szczególności właśnie Angles, które – z trzema dęciakami na przedzie oraz sekcją rytmiczną wzbogaconą o wibrafon – osiąga niesamowity poziom energii i mocy. Drugi album formacji, nagrany podczas trzech koncertów w ramach festiwalu Jazz ao Centro w Portugalii, doskonale to ilustruje. Całości brak może trochę zwartości i skupienia znanych z pierwszego krążka, ale spontaniczny charakter występów pozwala zaprezentować się grupie w bardziej zróżnicowanym repertuarze niż na studyjnym debiucie. Zaczynają od długiego i niezwykle transowego kawałka zatytułowanego „Present Absentees/Pygmi”, by następnie przejść do przejmującego „Today is better than tomorrow”. To jeden z najmocniejszych numerów na płycie. Muzycy przechwytują od siebie grane frazy i przedłużają je, potęgując napięcie i emocjonalną intensywność utworu niemal do granic wytrzymałości! Po tym smutnym, ale nader pięknym momencie muzyka nabiera większej lekkości, momentami stając się wręcz zabawowa: w „Epileptical West” niespodziewanie przeskakuje pomiędzy gwałtownym atakiem dźwięków a wyluzowanym groove, natomiast w „En Svensk Brownie” prosty temat staje się punktem wyjścia do budowanych wokół niego wariancji. Dynamiczny utwór tytułowy z poprzedniej płyty, w rozbudowanej wersji koncertowej robi potężne wrażenie, całość kończy zaś epicki „Let’s tear the threads of trust”, stanowiący godne zwieńczenie tego wyśmienitego albumu.

W ubiegłym roku wyszło sporo bardzo dobrych płyt, ale „Epileptical West” jest dla mnie poza wszelką konkurencją. Nad całością unosi się rebeliancki duch lat 60., kolejne utwory  zarażają swą energią, pasją, politycznym gniewem, ale również melodyką, liryzmem, wrażliwością. Küchen posiada zdolność pisania świetnych i wpadających w ucho tematów, natomiast doborowy skład muzyków jest gwarancją wysokiego poziomu interakcji i improwizacji. Muzyka zaangażowana i angażująca – to właśnie w jazzie cenię najbardziej.

Artur Szarecki

Ishmael Wadada Leo Smith "Abbey Road Quartet", Treader, 2009


Ishmael Wadada Leo Smith – trumpet
John Coxon – electric guitar
Pat Thomas – piano, synthesizer
Mark Sanders – drums

Wytwórnia: Treader
Rok wydania: 2009





Wadada Leo Smith należy do grona tych muzyków, których płyty warto śledzić ze szczególną uwagą. Mimo, że w ciągu roku potrafi ich wydać kilka, praktycznie każda utrzymana jest na zaskakująco wysokim poziomie. Nie inaczej jest z „Abbey Road Quartet”, która nie zdobyła co prawda takiego rozgłosu, jak również pochodzące z 2009 roku „Spiritual Dimensions” i „America”, ale chyba tylko dlatego, że opatrzona jest logiem mniej znanej wytwórni niż Cuneiform czy Tzadik. Muzycznie bowiem jest to materiał najwyższej próby.

Nagraną w słynnym londyńskim studio płytę wyróżnia nie tylko krystalicznie czyste, ale także silnie zelektryfikowane brzmienie. Zarówno klawiszowiec Pat Thomas, jak i gitarzysta John Coxon, generują za pomocą swoich instrumentów mnóstwo zgrzytów, trzasków, szmerów i innego rodzaju krańcowo przetworzonych dźwięków, które w dużym stopniu określają specyfikę tego wydawnictwa. Skojarzenia z Supersilent nasuwają się same, jednakże wyłącznie w zakresie spektrum wykorzystanych brzmień, bowiem organizacja materiału znacznie bliższa jest tradycji jazzowej. Nie bez przyczyny całość została wydana pod nazwiskiem Wadady Leo Smitha. Zresztą zasiadający za bębnami Mark Sanders również dwoi się i troi by zachować żywy, nieustannie fluktuujący przepływ dźwięków. Być może więc lepszym punktem odniesienia byłaby pierwsza płyta Crimetime Orchestra, gdzie obydwa żywioły – elektroniczny i jazzowy – złączone są w podobny sposób, choć zaaranżowane na  nieco większy skład.

Niezależnie jednak od skojarzeń, na „Abbey Road Quartet” mamy do czynienia z absorbującą organiczną muzyką opartą w równej mierze na kompozycji, jak i improwizacji. Całość oscyluje pomiędzy wyciszonymi partiami quasi-jazzowej kameralistyki a skomasowanymi atakami elektronicznie przetworzonego hałasu. Muszę przyznać, że charakterystyczny, oszczędny styl gry Smitha idealnie współbrzmi z tego typu estetyką i na tej płycie często słucha się go z jeszcze większą przyjemnością niż zwykle (o ile to w ogóle możliwe). Gdy tylko czysty i chłodny ton trąbki przebija się przez gęstwiny szorstkich, industrialnych dźwięków lub gdy maluje impresjonistyczne frazy na tle przestrzennych ambientowych podkładów, z pozoru nieprzyjazna muzyka nabiera zupełnie odmiennego charakteru. Mimo że jestem zdecydowanym zwolennikiem jazzu akustycznego, ta płyta niezmiernie mi się podoba. Muzycy naprzemiennie budują intymny nastrój i operują kontrastem, przy czym całość jest bardzo wyważona, udanie łącząc ze sobą dwie często mało kompatybilne estetyki. 

Artur Szarecki

PORTER RECORDS - PREMIERY




JESSICA PAVONE
ARMY OF STRANGERS

Pete Fitzpatrick, guitar;
Jonti Siman, bass guitar;
Harris Eisenstadt, drums
Jessica Pavone, viola/violin


ODEAN POPE
UNIVERSAL SOUNDS

Odean Pope - ts
Marshall Allen on alto saxophone and EWI,
Lee Smith - bass
Craig McIver - dr,
Jim Hamilton - dr
Warren Smith - dr

Jessica Pavone "Cast of Characters" by Porter Records
Jessica Pavone "Tired Soul" by Porter Records

Odean Pope "CUSTODY OF THE AMERICAN SPIRIT" by Porter Records

CLEAN FEED - PREMIERY




TIM BERNE
INSOMNIA

Baikida Carroll (t), Chris Speed (cl), Dominique Pifarély (v), Erik Friedlander (cel), Jim Black (d), Marc Ducret (g), Michael Formanek (b), Tim Berne (as),



MOSTLY OTHER PEOPLE DO THE KILLING
THE COIMBRA CONCERT

Jon Irabagon (ts),
Kevin Shea (d),
Moppa Elliott (b),
Peter Evans (t),




SCOTT FIELDS / MATTHIAS SCHUBERT
MINARET MINUETS

Matthias Schubert (ts),
Scott Fields (g),



DANIEL LEVIN QUARTET
ORGANIC MODERNISM

Daniel Levin (cel),
Matt Moran (vib),
Nate Wooley (t),
Peter Bitenc (b),




ANGELICA SANCHEZ
A LITTLE HOUSE

Angelica Sanchez (p)

BIELSKO - BIAŁA - KONCERTY

Bielskie Centrum Kultury, ul. Słowackiego 27

środa, 12 stycznia 2011

Free Fall (Ken Vandermark / Ingebright Haker-Flaten / Havard Wiik) "Grey Scale", Smalltown Superjazz 2010


Ken Vandermark - cla
Ingebrigt Haker-Flaten - b
Havard Wiik - p

Wytwórnia: Smalltown Superjazz
Rok wydania: 2010






Jeśli spojrzeć na jakąś ciecz pod mikroskopem, okaże się, że cząsteczki wody przemieszczają się w niej z ogromną prędkością we wszystkich kierunkach. Gwałtowność tych ruchów wyznacza temperatura danej cieczy, im ona wyższa tym szybszy ruch cząstek. Tę aktywność nazywa się „ruchami Browna” i mam wrażenie, że Ken Vandermark, amerykański saksofonista free jazzowy, jest właśnie takim czynnikiem podnoszącym poziom entropii w jazzowym światku. Po zetknięciu z niemal każdą jego płytą, wyobraźnia słuchaczy nabiera dodatkowej energii niczym cząstki elementarne w podgenewskim zderzaczu hadronów, i wraz z nim odkrywa nowe muzyczne światy i tajemnice.
Tak przynajmniej było w moim przypadku, bo chociaż Vandermark kojarzy się głównie z muskularnym, asertywnym i nieokiełznanym improwizowaniem na saksofonie (najczęściej tenorowym), to tym razem zabiera on nas w podróż w zupełnie innym kierunku. Cofamy się do roku 1962 i płyty „Free Fall” innego trio w składzie Jimmy Giuffre (klarnet), Paul Bley (fortepian) i Steve Swallow (kontrabas). Co jest w tym albumie na tyle wyjątkowego, że tak wybitni muzycy jak Ken Vandermark (klarnet, klarnet basowy), Havard Vikk (fortepian) i Ingebrit Haken Flaken (kontrabas) postanowili nadać stworzonemu przez siebie w roku 2001 zespołowi nazwę zaczerpniętą z jego tytułu?
Żeby w pełni docenić „Free Fall” Giuffrego warto sięgnąć do wcześniejszej o rok, wydanej dla ECM płyty „1961”. Większa jest przepaść między tymi wydanymi rok po roku albumami niż między „Free Fall” nagranym w 1962 a „Gray Scale” w 2010. Jeśli chcecie na własne uszy usłyszeć, jak elegancki i dyskretny cool jazz zrzucał skórę, by stać się free jazzem, nie ma lepszego sposobu niż wysłuchać tych płyt, jedna po drugiej. Na „1961” Giuffre, Bley, Swallow raczą nas muzyką elegancką i wytworną jak kieliszek schłodzonego Martini serwowany pośrodku rozbuchanej gorącem Sahary. A na „Free Fall” muzycy rozwiązują sobie ręce, odpinają liny zabezpieczające i kontynuują marsz na jazzowy Everest tylko z przypiętymi do ramion skrzydłami. Ich improwizacje są lekkie jak płatki śniegu, tak samo chłodne i tak samo niepowtarzalne. Jedyny mankament tej płyty był taki, że jej doskonałość nie zostawiała wiele miejsca dla naśladowców, zatem wyznaczony przez nią kierunek niewielu miał kontynuatorów.
Tym większa wdzięczność dla Vandermarka oraz jego kolegów, którzy kolejnymi płytami trio Free Fall („Furnace” nagrana w 2002, „Amsterdam Funk” w 2004 i „The Point in a Line” w 2006) kierują naszą uwagę ku tej cennej, a nieco pominiętej tradycji rozkwitającego free jazzu. Zresztą podróż w głąb nie kończy się bynajmniej na samym Giuffrem. Jeśli chcemy ją kontynuować po to, by odkryć europejskie korzenie awangardy, to możemy, a może i powinniśmy po wyżej wspomnianych płytach sięgnąć po utwory na klarnet autorstwa Schoenberga i Weberna. 
Zacząłem od ruchów Browna, rosnącej temperatury i chaosu. Jednak po przesłuchaniu wyżej wymienionych płyt ogarnia mnie poczucie wielkiej harmonii, towarzyszącej zwykle obcowaniu z dziełami najwyższej jakości. Tekst zbliża się do swojej puenty i nie muszę się już wysilać, by rozumieć i oceniać,  poddaję się grawitacji, uspokajam oddech, patrzę w dal. Muzyka wywołuje skojarzenia związane ze swobodnym lotem, szybowaniem, nieważkością i wyobrażam sobie, że jestem astronautą zagubionym w ciszy na odległej okołoziemskiej orbicie (mam nadzieję, że pamiętacie wspaniały utwór E.S.T. zatytułowany ”From Gagarin Points of View”).  Z tamtej perspektywy wszystkie doczesne hałasy i zmartwienia układają się we wzór tyleż  nieuporządkowany, co piękny jak ta muzyka…


Maciej Nowotny
kochamjazz.blox.pl
kochamjazz.blogspot.com

POGUS RECORDS - PREMIERY



ALVIN LUCIER
ALMOST NEW YORK

Charles Curtis, cello
Joseph Kubera, piano
 Robert Dick, flutes
Danny Tunick, vibraphone
Robin Hayward, tuba

2CD

Jason Stein's Locksmith Isidore "Three Kinds of Happiness", Not Two, 2010



Jason Stein - bass clarinet
Jason Roebke - bass
Mike Pride - drums

Wytwórnia: Not Two
Rok wydania: 2010





Jasona Steina pamiętam z koncertu Bridge 61 (Vandermark/Stein/McBride/Daisy) w Poznaniu. Pamiętam, bo - ten jeszcze zupełnie nieznany mi muzyk - zrobił na mnie spore wrażenie jako doskonały partner dla Vandermarka. Minęło pięć lat, a ja w tym czasie nie sięgnąłem po żadną płytę tego pana. Bynajmniej nie dlatego, że nie chciałem. Chyba po prostu się nie złożyło. Tym bardziej ucieszyłem się na widok premier płytowych 2010, wśród których Stein zadebiutował na łamach naszego rodzimego wydawnictwa. Radość tym większa, że format tercetu z dęciakiem, basem i perkusją, który wybrał dla tej płyty, należy do moich ulubionych zestawień instrumentalnych.
Jazzowe tria dzielę na te, gdzie instrument melodyczny prowadzi utwór, a sekcja próbuje za nim nadążać, oraz te, w których występuje absolutnie równouprawnienie mocno osadzone w zdrowym podziale ról, wynikającym często z samej kompozycji lub może przede wszystkim z mentalności muzyków. W obu wariantach dęciak jest na pierwszym planie, ale zasadnicza różnica pojawia się w ilości miejsca, które pozostawia on pozostałym instrumentom. Chodzi o przestrzeń, o narzucone tempo, dzięki którym zarówno basista, jak i perkusista, mogą się wykazać nie tylko na polu wynikającym ze swojej podstawowej - rytmicznej roli, ale także w mikroświecie każdego pojedynczego dźwięku.
Zarówno Pride jak i Roebke idealnie wpasowali się w wysublimowany wariant uważnego wielogłosu i to bez względu na to, czy dialog toczył się według względnie sztywnego scenariusza, czy też przypominał swego rodzaju burzę mózgów. Przyznać jednak należy, że zdecydowanie więcej znajduje się na tej płycie uporządkowanych form.
Stein postawił na melodie osadzone w tradycji, blues i niesamowity feeling, który na prawdę rzadko są w stanie zaserwować nam biali jazzmani. Momentami muzyka przypomina holenderskie podejście do free, o którym pisałem przy okazji recenzji trio BraamDeJoodeVatcher, czasem przebija się bardziej chicagowska stylistyka spod znaku Dragons 1976. Zdecydowana większość utworów nie przekracza granicy komunikatywności, która tak często dzieli poprawnych wyznawców żelaznego mainstreamu i chorobliwych maniaków świata muzyki improwizowanej. Moim zdaniem jest to jedna z tych płyt, która znalazła swój przyczółek dokładnie w strefie granicznej, co z jednej strony może jej przysporzyć rzeszy fanów z obu skłóconych obozów, z drugiej może skazać na obustronną wrogość i wieczne zapomnienie.
Ja zdecydowanie rzucam się w wir poszukiwań kolejnych albumów Jasona Steina, a jak się okazało, sam projekt Locksmith Isidore wydał wcześniej już dwa.

Marcin Kiciński

Veronique Dubois / Francois Carrier "Beeing with", Leo Records, 2010


Veronique Dubois - głos
Francois Carrier - saksofon

Wytwórnia: Leo Records
Rok wydania: 2010








"Being with” to kolejny duet wokalno-instrumentalny zrealizowany dla Leo Records w 2010 roku. Tym razem wokaliza współpracuje głównie z saksofonami altowym i sopranowym oraz z tak zwanymi obiektami – efekt niezmiernie interesujący. O pani Weronice do tej pory nie wiedziałem nic – teraz wiem, że to niezwykle utalentowana, dowcipna i kreatywna wokalistka obdarzona pięknym, momentami groźnym brzmieniem głosu. Obrazowo rzecz ujmując: ustawmy Namtchylak z jednej, P. Mintona z drugiej strony a w środku, po uporczywym wpatrywaniu się, zobaczymy ( usłyszymy ) Veronique Dubois – towarzystwo pierwsza klasa. Saksofonista Francois Carrier to postać znana ze współpracy z takimi muzykami jak Paul Bley, Gary Peacock, Mat Maneri, Jean-Jacques Avenel, Dewey Redman… - by wymienić tylko tych szerzej znanych. Brzmienie jego saksofonów, bardzo liryczne, niejako otula swym ciepłem wokalizę od czasu do czasu wchodząc z nią w pełne wrażliwości dialogi. Wiele tu poetyckiego snucia się, mnóstwo powietrza, przestrzeni, momentami tylko muzyka nabiera zadziornej chropowatości, mocniejszych akcentów, delikatnych przedęć itp. Na płytę składa się trzynaście całkowicie improwizowanych utworów autorstwa duetu. Słucha się tego wybornie, oczywiście pod warunkiem, że tego rodzaju eksperymenty leżą w orbicie naszych zainteresowań – ja, po kilkukrotnym wysłuchaniu tego materiału wciąż jestem zauroczony. Serdecznie polecam.

Andrzej Podgórski

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Rekomendacje z roku 2010 od Jazzowego Alchemika

Rok 2010 należy uznać muzycznie za bardzo udany, na blogu (jazzalchemist.blogspot.com) pojawi się w najbliższym czasie również lista innego rodzaju, bardziej szczegółowa (z podziałem na kategorie instrumentalne, płyta, zespół, kompozytor itd.) gdzie, o zgrozo, (lista pisana na zaproszenie portalu El Intruso) musiałem ograniczyć się do trzech wpisów przy każdej pozycji. Tu chciałem zacząć od Top 10, potem stwierdziłem, że to za mało, zacząłem dopisywać top 15 ale nie chcąc zrezygnować z żadnej pozycji wyszło mi top 17 i tak już zostało (bo na siłę nie ma co dopisywać, choć pozycji jeszcze nad wyraz udanych by się kilka znalazło), kolejność przypadkowa poza, subiektywnym bardzo, pogrupowaniem:


Po-Prostu-Jazz : Soczysty, żywiołowy, dynamiczny, z kapitalnymi tematami i aranżami, energicznymi solówkami (wyjątkiem, w kwestii tematów i aranży, improwizowane i w mniejszym składzie „Searching For Amado”). I jeszcze jedna uwaga – fantastycznie grające sekcje na tych płytach.
Angles - "Epileptical West - Live in Coimbra" (Clean Feed)
Adam Lane Full Throttle Orchestra - "Aschan Rantings" (Clean Feed)
Rodrigo Amado "Searching For Adam" (Not Two
Atomic - "Theater Tilters vol. 1 & 2" (Jazzland)


Pięknie i lirycznie
Augusti Fernandez / Barry Guy / Ramon Lopez - "Morning Glory" (Maya)

Pięknie i drapieżnie i z pełnymi kontrastów kompozycjami
Satoko Fujii Ma-Do Quartet - "Desert Ship" (Not Two)

Magia duetów:
Jeden lekki i pełen gracji (ach jak ta Afryka gra u Blackwella!), drugi pełen energii i przytupu. Oba powalające.
Wadada Leo Smith / Ed Blackwell - "The Blue Mountain's Sun Drummer" (Kaballa)
Ken Vandermark / Paal Nilssen-Love - "Milwaukee Volume"; "Chicago Volume" (Smalltown)


Dwa kapitalne projekty i dwie wyśmienite płyty, budzący podziw zamysł kompozycyjny i porywające wykonania pod wodzą Wacława Zimpla
Hera - "Hera" (Multikulti)
Undivided - "Passion" (Multikulti)

Nowe dźwięki na nowe dziesięciolecie, od Wonderland po Japonie
Vijay Anderson - "Hardboiled Wonderland" (Not Two)
Oirtrio - "Kanata" (Not Two)
Harris Eisenstadt "Woodblock Prints"
Kirk Knuffke - "Amnesia Brown"


Oto co się dzieje gdy dwa tria, legendy swojego gatunku zapraszają w swoje szeregi młodych. Niech żyje międzypokoleniowy dyskurs!
Joe McPhee / Mikolaj Trzaska / Dominic Duval / Jay Rosen - "Magic” (Not Two)
Evan Parker / Barry Guy / Paul Lytton + Peter Evans - "Scenes in the House of Music" (Clean Feed)

Zjawiskowe brzmienie i rozwinięcie koncepji
Exploding Star Orchestra - "Stars Have Shapes" (Delmark)

Reedycje roku
Muntu, Commitments, Amalgam (NoBusiness)
Boksy "complete remastered recordings" Henry'ego Threadgilla i Billa Dixona (Soul Note i Black Saint)

Wytwórnie roku 2010
Not Two
Clean Feed
NoBusiness


Wydarzenie koncertowe
tygodniowy cykl koncertów Barry Guy w Krakowie w ramach Krakowskiej Jesieni Jazzowej (w ramach „przeżyjmy to jeszcze raz” linki do pierwszych postów bloga)
Dzień 1 (http://jazzalchemist.blogspot.com/2010/11/barry-guy-new-orchestra-day-1-small.html) (http://impropozycja.blogspot.com/2010/11/barry-guy-new-orchestra-w-krakowskiej.html)
Dzień 2 (http://jazzalchemist.blogspot.com/2010/11/barry-guy-new-orchestra-day-2-small.html)
Dzień 3 (http://jazzalchemist.blogspot.com/2010/11/barry-guy-new-orchestra-day-3-small.html)
Dzień 4 (http://jazzalchemist.blogspot.com/2010/11/barry-guy-new-orchestra-day-4-small.html)
Dzień 5 ostatni (http://jazzalchemist.blogspot.com/2010/11/barry-guy-new-orchestra-day-5-final.html)
Podsumowanie 1: (http://impropozycja.blogspot.com/2010/11/bary-guy-new-orchestra-czyli-wiele.html)
Podsumowanie 2: (http://impropozycja.blogspot.com/2010/11/barry-guy-new-orchestra-krakow-2010.html)

Bartosz Adamczak
Autor tradycyjnie zaprasza na blog anglojęzyczny jazzalchemist.blogspot.com.

środa, 5 stycznia 2011

Fight the Big Bull "All is Gladness in the Kingdom", Clean Feed 2010


J.C. Kuhl (ts), Bob Miller (t), Brian Jones (perc), Bryan Hooten (tb), Cameron Ralston (b), Matt White (g), Pinson Chanselle (Trap Kit)
+ Steven Bernstein (tp)

Wytwórnia: Clean Feed
Rok wydania: 2010





Nieco już się do tego przyzwyczaiłem, ale pewnie jeszcze z dwadzieścia lat temu, gdybym słuchał takiej płyty nie mógłbym wyjść z podziwu. Otóż od kilku ładnych już lat stosunkowo mniejsze zespoły osiągnęły intensywność brzmienia niegdysiejszych big bandów. W czasach świetności Ellingtona, czy Basiego, by grać muzykę tak pełnym brzmieniem trzeba było sięgnąć po cały arsenał muzyków. Potem - ponoć głównie z przyczyn ekonomicznych wielkie zespoły przestały być już popularne. Potem jeszcze były lata, kiedy to orkiestry jazzowe służyły eksperymentom. Tak, czy inaczej osiągnąć wrażenie, że gra zespół o wiele większy niż w rzeczywistości udaje się - myślę - od mniej więcej połowy lat 90, kiedy to zmieniło się podejście niektórych muzyków do kompozycji i aranżacji jazzowej.

W przypadku Fight the Big Bull wrażenie mam dokładnie właśnie takie. Inna sprawa, że zespół jest tu całkiem spory. Trudno jednak powiedzieć, by był to big band. A brzmi!
No właśnie. Pierwsze, co po którymś już przecież przesłuchaniu w dalszym ciągu mnie w tej muzyce absorbuje, to brzmienie. Olbrzymia kapela, potężne brzmienia dęciaków, osadzone na rytmicznej maszynie. No, fakt - trudno zapomnieć, że pojawia się tu jeszcze gitara lidera. Potężne, wielkie brzmienie, jakie towarzyszyło moim najmłodszym latom, kiedy - chcąc, nie chcąc - słuchałem właśnie wspomnianych wcześniej orkiestr swingowych.

Dopiero dziś przyszła druga refleksja. Ta muzyka nie tylko potęgą brzmienia nawiązuje do tamtych wielkich orkiestr. W tamtej muzyce była też wielka witalność i olbrzymia komunikatywność. Fakt, przecież była to - jeśli już w późniejszym okresie nie wprost - to na pewno u swego początku muzyka taneczna. Musiała porywać i serca i dusze i przede wszystkim nogi. Te, w rytm połamańców Krupy, czy Bellsona musiały się po prostu do tańca rwać. W zalewie różnych intelektualnych łamigłówek serwowanych nam z wielu miejsc, muzyka Fight the Big Bull jest właśnie bardzo komunikatywna. Trudno mi byłoby jednak twierdzić, że jest ona na wzór swingowych big bandów muzyką taneczną. Tak daleko nie idę w swych sądach. Na stronie Clean Feed, która tę płytę (podobnie zresztą jak poprzednią) wydała pojawia się odniesienie do "The Black Saint and the Sinner Lady" Mingusa. Osobiście w większym stopniu, być może z uwagi na brzmienie trąbki Bernsteina, nagrania te przywołują w mej pamięci to, co przez wiele lat ów trębacz wraz z Johnem Lurie czynili w The Lounge Lizards. Być może po wycofaniu się tego ostatniego z grania muzyki, pojawiła się właśnie grupa, w której koncepcje The Lounge Lizards jednak odżyją? Piszę to z pewną nadzieją, bowiem - według mnie - brakuje współczesnych zespołów, grających jazz, który byłby z jednej strony niebanalny, z drugiej zaś na tyle witalny, komunikatywny, że przyciągnąć by do siebie mógł znaczną ilość słuchaczy.

Świetna, witalna muzyka, skrząca się pomysłami, z masą trąbek, dowcipnych solówek, mocno oparta rytmicznie. Dla wszystkich, którzy w jazzie nie tylko szukają ekspresji i intelektualnej podniety, ale i dla tych, którzy chcą po prostu posłuchać muzyki dającej wiele przyjemności dla niej samej.

Cóż... karnawał czas zacząć!

Paweł Baranowski
pavbaranov.blogspot.com