wtorek, 18 stycznia 2011

Ken Vandermark / Predella Group "Strade de'Acqua / Roads of Water", Multikulti, 2010

Jeb Bishop: trombone
Jaimie Branch: trumpet
Tim Daisy: drums, percussion
Fred Lonberg-Holm: cello
Nate McBride: bass
Jeff Parker: guitar
Ken Vandermark: reeds

Wytwórnia: Multikulti
Rok wydania: 2011



Pierwszy soundtrack Kena Vandermarka to dla mnie niebywałe wydarzenie. Bynajmniej nie z powodu filmu, którego  nie widziałem i pewnie nie dane mi będzie zobaczyć, tylko ze względu na konceptualizm całego albumu, przekładający się na klimat niespotykany wcześniej na jego płytach. Nie będzie to chyba przesadą, jeśli stwierdzę, że "Roads of Water" to pierwszy album, na którym Ken Vandermark jest kompozytorem. Bo nie chodzi mi tu o kompozytora jazzowego - tę rolę przyjmował niejednokrotnie, tylko o kompozytora szeroko pojętej muzyki współczesnej. I znów nie chciałbym być źle zrozumiany. "Roads of Water" to muzyka oscylująca między jazzem, którego jest dużo, a współczesną kameralistyką. To co jest jednak nowe, to wyczuwalny autorytaryzm lidera, który jeszcze mocniej niż kiedykolwiek dookreślił ramy, w których muszą poruszać się muzycy Predella Group. Zakładam, że będzie to powód do pewnych kontrowersji, ale zawężenie wolności i "wyciągnięcie batuty" wyszło tej płycie bardzo na korzyść.
Jeśli chodzi o muzykę, mamy do czynienia z bardzo zróżnicowanym zjawiskiem. Z jednej strony ma się wrażenie, że dominują tu ballady, będące niejako kontynuacją melodyki znanej z jednej z najbardziej udanych płyt Kena - Tripleplay "Gambit". Kołysankowy nastrój jest jednak przeplatany przez bardzo klimatyczne ambientoidalne pejzaże, budowane przez smyki i różnego rodzaju sonorystykę dęciaków, uzupełnione transowo wybijanymi rytmami Daisy'iego. Jest też żwawszy utwór "Blue Over Green" z funkowym groovem sekcji i zgrabnymi solówkami Jeffa Parkera w dwóch wersjach: bardziej jazzową i rockową. Absolutną perełką jest utwór "Signal", który mógłby stanowić swego rodzaju tribute to Deep Listening Band. Nie wiem, jak muzycy uzyskali taki efekt - czy współczesne studio daje takie możliwości, bo zespół brzmi, jakby nagrywał wzorem Pauline Oliveros i reszty, w pustej cysternie.
Nie ma sensu streszczać utworu po utworze, ponieważ najważniejsze jest, iż płyta ta tworzy niezwykle złożoną, ale spójną całość. Podobnie jak na płytach V5, kompozycje są mocno eklektyczne i często drastycznie zmieniają bieg wydarzeń, tyle że o ile w V5 bardzo często działanie to jest lekko nachalne i niepotrzebne, a momentami wręcz pretensjonalne, tak na tej płycie odniosłem wrażenie absolutnej harmonii. Muzyka sączy się niczym opowieść z określoną liczbą bohaterów i planów. Wszystko ma swój logiczny powód i konsekwencje, a co ważniejsze wyczuwa się intrygę, która wciąga.
Na koniec warto dodać, że sztywność kompozycji stawia muzyków w troszeczkę nowym kontekście i zmusza ich do odejścia od pewnych rutynowych zagrań, które - chcąc nie chcąc - powtarzają się wielokrotnie w czasie ich improwizacji w sytuacjach zupełnie wolnych. Tu czuć pracę nad materiałem przy jednoczesnej rezygnacji z własnej osobowości scenicznej. Osobowość na tej płycie jest jedna - Ken Vandermark i to ona jest pryzmatem, przez który pozostali muzycy patrzą na niedookreślone partie partytury.

Marcin Kiciński

4 komentarze:

  1. Film legalnie - trzeba niestety klikać na rozdziały (następny, następny, następny).
    http://www.cineacqua.com/film/film.html

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo mi się ta płyta podoba. Kolejne z wcieleń Vandermarka i w każdym potrafi powiedzieć coś od siebie :-)

    OdpowiedzUsuń