Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Broo Magnus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Broo Magnus. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 marca 2011

The Resonance Ensemble "Kafka In Flight", Not Two 2011


Magnus Broo - tp; Michael Zerang - dr; Ken Vandermark - ts, bcla; Mikolaj Trzaska - as, bcla; Mark Tokar - b; Steve Swell - tb; Dave Rempis - as, ts; Per-Âke Holmlander - tuba; Tim Daisy - dr; Waclaw Zimpel - Bb & bcla, taragato

Wytwórnia: Not Two
Rok wydania: 2011




„Kafka w locie” to efekt tygodniowego procesu kompozycyjnego przeprowadzonego przez Kena Vandermarka. Atmosfera tych nagrań jest jednak skrajnie odmienna od panującej w literaturze autorstwa tytułowego bohatera. Trzy kompozycje składające się na blisko godzinny album to energetyczna, a przy tym niezwykle wyważona i elegancka muzyka klasycznych big bandów, zaadaptowana dla potrzeb i możliwości współczesnej dziesięcioosobowej supergrupy, w której ważne role odgrywają Mikołaj Trzaska i Wacław Zimpel. Poszczególne ścieżki zbudowane są z dość łatwo wyróżnialnych modułów, choć fakt ten nie odbiera płynności budowanym w ten sposób historiom. W każdym z nich na pierwszy plan wysuwa się wybrana grupa instrumentów, dzięki czemu każdy z muzyków dostaje w swoim czasie sporo miejsca do zagospodarowania. Takie rozwiązanie sprawdza się fantastycznie zwłaszcza tam, gdzie dominują prowadzone solo melodie, akcentowane w odpowiednich momentach przez pozostałych muzyków. Pośród klasycznych rozwiązań jazzowych na płycie znalazło się też miejsce dla współczesnych, nieco bardziej awangardowych formuł: perkusyjnych zabaw brzmieniem, kontrabasowego solo, abstrakcyjnych dronów, czy improwizacji na komplet dęciaków, która otwiera drugą część finałowej kompozycji. Zarejestrowane podczas gdańskiego koncertu z października 2009 roku popisy międzynarodowego zespołu wirtuozów charakteryzuje rozmach adekwatny do potencjału tej orkiestry. Podporządkowane skrupulatnie przemyślanym przez jej szefa schematom stanowią świetne podsumowanie jazzowych strategii wypracowanych przez ostatnie kilka lat w konfrontacjach sceny polskiej z chicagowską.

Mateusz Krawczyk
(Screenagers.pl)

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Angles "Epileptical West: Live in Coimbra", Clean Feed, 2010


Mattias Ståhl – vibraphone
Magnuss Broo – trumpet
Mats Äleklint – trombone
Martin Küchen – alto saxophone
Kjell Nordeson – drums
Johan Berthling – double bass

Wytwórnia: Clean Feed
Rok wydania: 2010



Angles. Łatwo pomylić się w pisowni tej nazwy. Tym bardziej, że słuchając tak wyśmienitej muzyki pokusa przemianowania ich na anioły jest trudna do odparcia. Zawarte na „Epileptical West” dźwięki są jednak nie tyle niebiańskie, co mocno zakorzenione w często bolesnej rzeczywistości. We wkładce do albumu, Martin Küchen przywołuje świadectwa z terenów ogarniętych wojną, przypominające o ogromie ludzkiego cierpienia na świecie. Sama muzyka również posiada siłę i intensywność płynące tylko z autentycznego zaangażowania w bieżące wydarzenia. Saksofon lidera na przemian ciska gniewnie gromy lub refleksyjnie pogrąża się w zadumie; słuchając jego gry w duchu myślę sobie: on naprawdę się przejmuje…

Küchen należy przy tym do najbardziej aktywnych muzyków obecnych czasów, co roku wydając po kilka płyt, zarówno w tradycji jazzowej (Exploding Customer, Trespass Trio), jak i w ramach nurtu free-improv (solo oraz w rozmaitych kolaboracjach). Nie wszystkie soniczne eksploracje w jego wykonaniu jestem w stanie przyswoić, ale dokonania jazzowe bez wyjątku uwielbiam. W szczególności właśnie Angles, które – z trzema dęciakami na przedzie oraz sekcją rytmiczną wzbogaconą o wibrafon – osiąga niesamowity poziom energii i mocy. Drugi album formacji, nagrany podczas trzech koncertów w ramach festiwalu Jazz ao Centro w Portugalii, doskonale to ilustruje. Całości brak może trochę zwartości i skupienia znanych z pierwszego krążka, ale spontaniczny charakter występów pozwala zaprezentować się grupie w bardziej zróżnicowanym repertuarze niż na studyjnym debiucie. Zaczynają od długiego i niezwykle transowego kawałka zatytułowanego „Present Absentees/Pygmi”, by następnie przejść do przejmującego „Today is better than tomorrow”. To jeden z najmocniejszych numerów na płycie. Muzycy przechwytują od siebie grane frazy i przedłużają je, potęgując napięcie i emocjonalną intensywność utworu niemal do granic wytrzymałości! Po tym smutnym, ale nader pięknym momencie muzyka nabiera większej lekkości, momentami stając się wręcz zabawowa: w „Epileptical West” niespodziewanie przeskakuje pomiędzy gwałtownym atakiem dźwięków a wyluzowanym groove, natomiast w „En Svensk Brownie” prosty temat staje się punktem wyjścia do budowanych wokół niego wariancji. Dynamiczny utwór tytułowy z poprzedniej płyty, w rozbudowanej wersji koncertowej robi potężne wrażenie, całość kończy zaś epicki „Let’s tear the threads of trust”, stanowiący godne zwieńczenie tego wyśmienitego albumu.

W ubiegłym roku wyszło sporo bardzo dobrych płyt, ale „Epileptical West” jest dla mnie poza wszelką konkurencją. Nad całością unosi się rebeliancki duch lat 60., kolejne utwory  zarażają swą energią, pasją, politycznym gniewem, ale również melodyką, liryzmem, wrażliwością. Küchen posiada zdolność pisania świetnych i wpadających w ucho tematów, natomiast doborowy skład muzyków jest gwarancją wysokiego poziomu interakcji i improwizacji. Muzyka zaangażowana i angażująca – to właśnie w jazzie cenię najbardziej.

Artur Szarecki

czwartek, 16 grudnia 2010

Angles "Every Woman is a Tree", Clean Feed, 2008


Johan Berthling (b),
Kjell Nordeson (d),
Magnus Broo (t),
Martin Küchen  (as),
Mats Äleklint (tb),
Mattias Ståhl (vib),

Wytwórnia: Clean Feed
Rok wydania: 2008



Absolutnie rewelacyjna płyta utwierdzająca mnie jedynie w przekonaniu, że wszelkie plebiscyty na płytę roku są bez sensu. Gdybym ją znał w roku 2008, to ani chybi byłaby ona jednym z moich absolutnie pewnych typów do płyty roku. Nie znałem. Znam dzisiaj. Jest rok 2010, w dodatku kończący się. Czy coś to dla tej płyty zmienia? Nic. Jedynie można, mając tę dwuletnią perspektywę, stwierdzić, że ani na jotę, muzyka tu zawarta nie zestarzała się.

Sprawcami całego "zamieszania" jest szóstka skandynawów, spośród których polskiej publiczności, najbardziej znanym może być Magnus Broo, albowiem w naszym kraju bywał. Czy pozostali - tego już nie pomnę. Szóstka owa ukryła się pod Aniołami z iście anielską - jak na moje uszy - muzyką. Być może to nie jest istotne, bo etykietek nie lubimy (ponoć, ponoć w dobrym tonie tak twierdzić ;)), niemniej jednak w pewien sposób ułatwiają one życie, a w zasadzie komunikację, być może zatem nie jest to istotne, ale zaprezentowaną tu muzykę, prawdopodobnie wielu ze słuchaczy odbierać będzie jako free jazz.

Niech i tak będzie. Grunt, że w muzyce tej, pomimo wielu elementów ją strukturyzujących jest otwartość i swoboda. Free? Jeśli tak, to to, które za swego ojca chrzestnego ma Ornette Colemana, a nie Evana Parkera. Są tu zatem i melodie (choć trudno by mi było pewnie je zanucić), skądinąd bardzo piękne, co tym bardziej do tradycji twórcy Lenely Woman muzykę tę zbliża. Są też wspaniałe sola, głównie dęciaków: Magnusa Broo, Martina Küchena oraz Matsa Äleklinta. Trrąbka, saksofon i puzon. Zestaw zupełnie wystarczający jak na moje uszy i bodaj jeden z najlepszych we współbrzmieniu. Jednakże, choć owych dęciaków mnóstwo, charakter brzmieniu tego zespołu nadaje wibrafonista - Mattias Ståhl. To dzięki niemu muzyka stała się ulotna, niemal zwiewna, pomimo absolutnej mocy kreowanej przez pozostały kwintet (dla porządku, skład uzupełnia sekcja Johan Berthling - kontabas i Kjell Nordeson - perkusja; sekcja mocna, o kolorycie nieco zbliżonym np. do tego jaki reprezentowany jest w zespołach Vandermarka).

Dużo by można mówić, uwierzcie mi jedynie, że dla tych skrzących się wielu barwami dźwięków warto jest pokłonić się nad nazwiskami niekoniecznie (przynajmniej u nas) z pierwszych stron gazet.

Paweł Baranowski
http://pavbaranov.blogspot.com/

środa, 24 listopada 2010

Vandermark 5 Special Edition - The Horse Jumps and The Ship is Gone, Not Two, 2010

Ken Vandermark - tenor saxophone & Bb clarinet
Tim Daisy - drums
Kent Kessler - bass
Fred Lonberg-Holm - cello
Dave Rempis - alto & baritone saxophone
Magnus Broo - trumpet
Havard Wiik - piano

Wytwórnia: Not Two
Rok wydania: 2010


The Horse Jumps and The Ship is Gone to drugi album sygnowany przez formację Vandermark V odkąd zespół ten związał się na stałe z krakowską Not Two Records. A jednocześnie kolejny (po monumentalnym boksie Alchemia i winylowym Four Sides of the Story) album live dla tejże wytwórni.

Oto mamy dwie płyty pełne muzyki zagranej na setkę, w poszerzonym składzie czyli Vandermark 5 Special Edition – z gościnnym udziałem Magnusa Broo i Havarda Wiika znanych przede wszystkim ze skandynawskiego Atomic. Przypomnieć może warto, że określenie Annular Gift (poprzednia album zespołu) płytą „studyjną” jest bardzo umowne – materiał, który się na niej znalazł, został wybrany z dwóch koncertów w krakowskiej Alchemii, kończących całą trasę z premierowym materiałem. Podobna formuła nagrania towarzyszy i temu wydawnictwu – wykonania pochodzą z dwóch koncertów, które miały miejsce 19 i 20 czerwca 2009 roku w klubie Green Mill w Chicago.

„Premierowość”, a właściwie jej brak jest kluczowa w odbiorze tego materiału. Vandermark V to formacja w jazzowym światku dość niezwykła. Działa, regularnie nagrywa i koncertuje od kilkunastu już lat, niewzruszona drobnymi zmianami personalnymi. Jest to jednocześnie zespół repertuarowy, tzn. wykonujący w znakomitej większości (obok okazjonalnych coverów z free-jazzowej tradycji) kompozycje jej lidera Kena Vandermarka. Dodając do tego wszystkiego charakter muzyki, bardzo dynamicznej i często opartej na riffowej strukturze oraz rockowym groovie oraz niesamowity żywioł na koncertach, otrzymujemy status, który bliższy jest zespołom rockowym, a nie jazzowym, a już na pewno nie tym związanym ze światem awangardy.

I tak jak w przypadku wielu rockowych gwiazd, album live to zawsze frajda wielka. Znamy już te utwory, ale oto ukazuje nam się ich nowa twarz, dynamiczniejsza, drapieżniejsza, pełna energii, mniej tu dbałości o szczegóły, więcej ognia. Zestaw to swoisty „best off” z ostatnich lat działalności zespołu (tzn. z płyt na których grał Fred Lonberg-Holm). Cztery utwory z najnowszej Annular Gift, dwa z poprzedniej Beat Reader, jeden z wcześniejszej Discontinous Lines, po jednym utworze przyniesionym przez każdego z gości i wreszcie jeden utwór premierowy – Nameless kończący płytę. Wszystkie wybrane numery to właśnie kompozycje groovowe, z absolutnie zabójczą pracą sekcji i ciągła wymianą riffów. Obecność Magnusa Broo to miły powrót do brzmienia dęciaków w zespole (Jeb Bishop – puzonista, odszedł z zespołu kilka lat temu, zastąpiony przez Freda – wiolonczelistę). Gitarowe przestery na wiolonczeli to również powrót to korzeni (Jeb na pierwszych płytach grał też często na gitarze). Haward Wiik uzupełnia brzmienie grupy o dźwięki instrumentu, wcześniej obce tym kompozycjom, rzucając na nie nowe światło, doskonały też w partiach solistycznych i duetowych.

Oczywiście mamy do czynienia ze świetną aranżerską robotą Kena, który wprowadził nowe instrumenty w partie skomponowane (choć, w moim odczuciu, o wiele lepiej poradził sobie z trąbką w tej kwestii, a może po prostu piano brzmi mi obco w tej formacji?). Mamy do czynienia z potężnym brzmieniem (siedmioosobowy skład to już nie są przelewki), ogromną dawką energii i żonglerki formą utworu, jak i formacją instrumentalną (od duetu trąbka – perkusja, do septetu all-inclusive). Ale nie to jest najważniejsze.

Najważniejsze są sola! Bo to jest właśnie album koncertowy, bo w składzie mamy instrumentalistów fantastycznych, którzy na scenie żyją i odnajdują tam niespożyte zapasy energii. Każdy ma tutaj miejsce na odrobinę szaleństwa i każdy, solówka za solówką, duet za duetem itd., z tego miejsca bardziej niż skrzętnie korzysta. W tym żywiole i gąszczu kompozycji Vandermarka muzycy odnajdą w sobie sceniczne bestie i rozrywają powietrze kaskaderskimi wręcz popisami na instrumentach. I frajda to niezwykła słuchać jak to robią, bo to sama elita i grupa „the best of the best of the best”.

Jeśli więc lubicie formacje Vandermark V, to zapewne już tę płytę macie lub niedługo mieć będziecie w swojej kolekcji, nie znajdziecie tu nic nowego, ale znajdziecie to, za co cenicie ten zespół (a zwłaszcza jego rockowe oblicze). Jeśli jeszcze nie wiecie czy ich lubicie, a chcecie posłuchać otwartego grania i dynamicznego jazzu, pełnego porywających kompozycji i solowych popisów, zagranego z przytupem, od którego wasza noga mimowolnie zacznie wybijać rytm, a głowie udzieli się ruch typu headbanging, to powinniście tego albumu wysłuchać. A jeśli ich nie lubicie, to zapewne nie dotrwaliście to tego zdania tak czy siak.

Bartek Adamczak
Jazzowy Alchemik

Tekst został napisany i ukazał się oryginalnie na portalu poświęconym muzyce alternatywnej magnetoffon.info
Autor zaprasza na pisany po angielsku blog jazzowyalchemik.blogspot.com i profil "jazzowy alchemik" na facebook.com oraz na audycje Jazzowy Alchemik w każdy poniedziałek o 20.00 www.radiofrycz.pl