piątek, 1 listopada 2013

Kuba Stankiewicz "Kilar", Vertigo Jazz, 2013




Kuba Stankiewicz - p

Wytwórnia: Vertigo Jazz
Rok wydania: 2013







Nie znałem Kuby Stankiewicza. Mało tego, pewnie nigdy nie kupiłbym jego płyty - po prostu, tak z przyzwyczajenia. Dostałem ją jednak jako promo od wydawcy i nagle się okazało, że jest to jedna z najczęściej słuchanych przeze mnie płyt w tym roku. Sam byłem zaskoczony, gdy jednak się nad tym zastanowiłem, okazało się, że powód jest niezwykle prosty - Stankiewicz gra po prostu pięknie.

Wybór Kilara niektórzy potraktują jako pójście na łatwiznę, bo sięga się do gotowej bazy melodycznych pewniaków. Gdy się jednak nad tym mocniej zastanowić, okazuje się, że trzeba mieć nie lada jaja, by z tymi gotowcami się zmierzyć. Kilar jest jednym z najlepszych kompozytorów muzyki filmowej, ponieważ posiada niezwykły talent ubierania emocji w dźwięki. Czasem mają one wyprzedzić to co wydarzy się na ekranie, czasem je spotęgować. Czasem dźwięki te, nie mają nieść ze sobą konkretnej treści, tylko zbudować stosowny klimat do tego by emocje z ekranu miały gdzie w nas wykiełkować. Zawsze jednak mamy do czynienia z muzyką tak mocno intencjonalną, tak zaplanowaną i wpisaną w określony kontekst, że jakiekolwiek grzebanie przy niej, jakakolwiek ingerencja niesie za sobą ogromne ryzyko wywołania dysonansu poznawczego, tym bardziej, że przecież te melodie (a przynajmniej znaczną ich część) znamy. Tylko osoby pewne siebie z tytułu własnej kompetencji mogą mierzyć się z takim zadaniem i wygląda na to, że Stankiewicz do nich należy.
Słuchając tego ujazzowienia Kilara urzeka mnie przede wszystkim absolutne doprecyzowanie najdrobniejszego dźwięku. Stankiewicz podchodzi do materii z wielkim pietyzmem. Nie ma tu miejsca na wielką spontaniczność - utwory Kilara by tego nie wytrzymały. Zamiast tego mamy doprecyzowany pomysł na każdy utwór, który Stankiewicz nie tylko szlifuje do uzyskania absolutnej perfekcji, lecz także uzupełnia o improwizowane wstawki, dbając przy tym przede wszystkim o homogeniczność całości. Na płycie na pewno są utwory, których brak nikomu by nie zaszkodził (szczególnie pod koniec płyty), nie da się jednak znaleźć nigdzie ani jednego fałszywego ruchu. Ta harmoniczna perfekcja, połączona z najwyższej jakości smakiem w zakresie dynamiki i dramaturgii naprawdę imponuje.
W pierwszej kolejności zwracają na siebie uwagę utwory "Trędowata, część 2" i "Cwał". Ich wyjątkowość polega nie tylko na przełamaniu dominującej - balladowej konwencji, Stankiewicz, dzięki synkopowaniu lewej ręki, uchwycił przede wszystkim to, co także w muzyce Kilara jest bardzo ważne - swoisty nerw. Nienachalność tej kilarowskiej cechy można wyczytać w jej przełożeniu na wyczucie z jakim pianista korzysta z nietuzinkowego, rwanego akcentowania akordami, wykonuje on ruchy niezwykle lekko.
Po wielu odsłuchach na największy aplauz z mojej strony zasłużyły jednak utwory, może i mniej efektowne, ale tak genialne w swoim założeniu i realizacji, że nie sposób tego nie zauważyć. "Zazdrość i Medycyna" oraz "Ziemia obiecana" najlepiej bowiem oddają filmowy charakter muzyki Kilara. Nie chodzi jednak o bezpośrednie przełożenie pierwotnych założeń kompozytora - raczej o ich umiejętne zastąpienie. W tych dwóch utworach zdołał Stankiewicz jak nigdzie napisać swój własny scenariusz, okrasić je dramaturgią - zbudować niejako własną dźwiękową historię, serwując zmienność nastroju oraz grę konwencjami.

Niewiele znam albumów na solo piano, po których wysłuchaniu nie miałem odczucia, że z korzyścią dla nich byłoby włączenie sekcji rytmicznej. "Kilar" Stankiewicza do nich należy. Powiem więcej - nie widzę możliwości, że muzykę tę można by było zagrać inaczej, w tym lepiej. Poczucie harmonii w tym najbardziej dla nas pierwotnym rozumieniu tego słowa towarzyszy odsłuchowi tej płyty od pierwszego do ostatniego dźwięku. Jest to piękno dostępne dla każdego słuchacza, co czyni tę płytę na poletku jazzowym absolutnie wyjątkową.

Marcin Kiciński

wtorek, 29 października 2013

MoE, Wrocław, Pod Pałacykiem 10.11.2013


10 listopada 2013, g. 20.00
Pod Pałacykiem
ul. Kościuszki 34
50-017 Wrocław

Bilety: 15zł

MoE 

Norweski zespół MoE to trójka muzyków z Oslo. Grając razem od dawna przekraczają muzyczne granice - od noise'u, przez noise-rock do muzyki improwizowanej. Jak sami o sobie piszą, trudne jest jednoznaczne określenie ich muzyki, ale jeśli 
słuchacz potrzebuje drogowskazów, to będą nimi Sonic Youth (z okolic płyty Evil), Noxagt, gatunki jak noise jazz punk czy black metal na kwasie. 
Historia MoE rozpoczęła się w 2008 roku. Od tego czasu wydali pięć albumów, zagrali dziesiątki koncertów Europie i Meksyku. Trio współpracowało z takimi artystami jak Frode Gjerstad, Hild Sofie Tajford czy Lene Grenager. Członkowie 
zespołu są również zaangażowani w prowadzenie własnego labelu conradsound.com oraz animują norweskie festiwale: All 
Ears oraz Høyt&Lavt. 

Dyskografia:

- Lies (7", 2009)
- It Pictures (LP, 2011)
- Left to swallow (12", 2012)
- MoE/The Observatory (split, 2013)

Skład:

Håvard Skaset - gitara
Joakim Heibø - perkusja
Guro Skumsnes Moe - bas / wokal

Linki: 


Link do wydarzenia na Facebook'u:

poniedziałek, 21 października 2013

Tatvamasi "Parts of the Entirety", Cuneiform Records, 2013


Grzegorz Lesiak - g
Tomasz Piątek - ts
Łukasz Downar - b
Krzysztof Redas - dr

Wydawnictwo: Cuneiform Records
Rok wydania: 2013






Po Cuneiform Records spodziewam się maksimum "poli". Polifonii, polirytmii, polimetrii... Oczywiście ma być rockowo, gitary niech rzężą, perkusja ma tłuc, metrum ustalmy nieparzyste. Tatvamasi wzięło sobie te założenia do serca i nagrało płytę, która spokojnie kosi sporą część konkurencji pod tym zacnym i zasłużonym szyldem.

Pierwszy utwór "Unsettled Cyclists Peleton", zaczyna się przyjemną polimetrią między saksofonem i gitarą. Od razu słychać, że chłopcom postdisciplinowskie King Crimson obce nie jest. Gitara Lesiaka dość szybko ujawnia jednak skłonność do brzmienia soybelmanowskiego. Słychać analogie do Kletki Red, czy Ne Zhdali. Blisko 8-minutowa kompozycja przechodzi od wątku do wątku, zdradzając kolejne inspiracje i łatwość do ich klamrowania. Powtarzające się momenty wyciszenia oparte na prostej repetycji basu stanowią doskonałe tło dla popisów Piątka.
W "Collapse of Time" zwraca uwagę brzmieniowa wrażliwość Redasa. Z dużą dbałością o detal cyzeluje on każdy ruch pałeczkami, modyfikując sposób i miejsce uderzenia w werbel. Względnie prosty rytm nabiera w ten sposób pełni. Z pomocą Downara partie sekcji rytmicznej stopniowo się zagęszczają i nabierają pędu. Na takim tle ma miejsce dwójkowa improwizacja obu solistów. Od spokojnego przygrywania długimi dźwiękami, wchodzi Lesiak w coraz intensywniejszy dialog z Piątkiem, aż do finałowej kulminacji. Słucha się tego naprawdę przyjemnie.
"Shape Suggestion" atakuje tematem, w którym ponownie pojawia się duch Soybelmana. Zarówno melodycznie, jak i brzmieniowo lider Kletki Red wywiera silny wpływ na to, co gra Tatvamasi. Choć inspiracja jest nader czytelna, nie spotka się zespół z mojej strony z żadnym afrontem. Uwielbiam takie granie.
Utwory 5 i 6 to dwie długie suity, które w mojej ocenie dość niefortunnie znalazły się obok siebie. Wspólnie tworzą 25-minutowy konglomerat przeróżnych koncepcji, które choć dość zgrabnie przeplatane, w pewnym momencie zaczynają już ciążyć. Osobiście postawiłbym na "An Eccentric Introvert in a Study Filled with Broken Mirrors" z fajnym crimsonowskim (a może bardziej projekctowym?) wątkiem i sympatycznym duetem perkusyjno-saksofonowym w środku, a "Astroepos" bym wywalił.
Trzecie "Rhubanabarb" i wieńczące płytę "Buy 2, Take 3" wzbogacają płytę o odpowiednio funkowe i jazzowe (m-base'owe) klimaty.

Za wszystkie kompozycje odpowiada Grzegorz Lesiak, więc to chyba przede wszystkim jemu należą się gratulacje. Założenia Cuneiformu, o których pisałem we wstępie są bowiem tyleż intrygujące, co niebezpieczne. Idąc ich tropem, bardzo łatwo jest doprowadzić do absolutnego odhumanizowania muzyki. Spora część współczesnego katalogu (pamiętamy o archiwalnej misji Cuneiformu) wypełniona jest kompletnie sterylnymi, niczym wytwory komputerów i brzmiącymi niejednokrotnie jak midi, dźwiękami, które choć ułożone w skomplikowane struktury, przez swą bezduszność jedynie nudzą.
Tatvamasi ma w sobie lekkość i dba o utrzymanie feelingu. Lesiak na szczęście nie postawił na szukanie za wszelką cenę oryginalności, tylko na umiejętne wykorzystanie bogatego osłuchania. Przemyślana kompilacja inspiracji, dobrze dobrane towarzystwo i zdrowe relacje zostawiające miejsce dla inwencji wszystkich członków zespołu dają dobry rezultat.
Jedyny minusik to brzmienie basu. Muszę zaznaczyć, że jestem na tym tle przewrażliwiony, więc może i niewiarygodny, obecnie jest ono jednak dla mnie zdecydowanie zbyt syntetyczne. Wydaje mi się, że przy tym jak brzmi gitara lidera oraz w towarzystwie akustycznych instrumentów, powinno się je troszkę przybrudzić i ożywić. Najlepszy byłby bas a'la Luc Ex...


Marcin Kiciński

niedziela, 20 października 2013

Friv Festival - Poznań-Oslo, 24-27.10.2013

Czwarta edycja festiwalu FRIV ma na celu skonfrontowanie ze sobą środowisk muzyki artystycznej Poznania i Oslo. Stolica Norwegii jest obecnie jednym z najprężniejszych na świecie ośrodków innowacyjnej muzyki, w wielu jej odmianach jak free improvisation, noise, free jazz, muzyka elektroniczna i współczesna kompozycja. Ośmiu muzyków z Poznania i ośmiu muzyków z Oslo zagra 12 koncertów. Przyjadą do nas: Kristoffer Alberts, John Hegre, Espen Jørgensen, Njål Kiese, Dyre Magnus Korssjøen, Kristin Norderval, Håvard Skaset i Anders Tveit. Poznań reprezentować będą: Michał J. Biel, Patryk Daszkiewicz, Agnieszka Kowalczyk, Patryk Lichota, Fryderyk Lisek, Karolina Ossowska, Witold Oleszak i Piotr Tkacz.

Ideą festiwalu jest prezentowanie składów muzycznych duetu, trio, kwartetu i kwintetu wyłanianych w drodze losowania. Dzięki temu publiczność obserwuje spotkania muzyków grających ze sobą po raz pierwszy, co z uwagi na specjalizację artystów w dziedzinie improwizacji, ich stojące na bardzo wysokim poziomie przygotowanie, zapewnia niezwykle wciągające, wielopłaszczyznowe zdarzenie muzyczne.
Program wzbogacą projekcje filmowe, dające wgląd w scenę muzyki eksperymentalnej Norwegii, przede wszystkim ze studia Pastiche Films (m.in. "Nornoise" Toma Hovinbøle). Festiwal uzupełni panel teoretyczny organizowany przez Centrum Badawcze Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza HAT Center wraz ze zaproszonymi specjalistami z Polski.


Wydarzenia odbywają się w Pawilonie Nowa Gazownia (ul. Ewangelicka 1), wstęp na nie jest wolny.

24.10
18:00 pokaz filmu "Nornoise" reż. Tom Hovinbøle
20:00 losowanie składów koncertowych
21:00 pokaz krótkich metraży Toma Hovinbøle z cyklu "Remembrance" i "FilmDans"

25.10
20:00 koncerty

26.10
20:00 koncerty
23:00 after party: Eiliyas, w klubie festiwalowym Cafe Mięsna

27.10
17:00 pokaz filmu "People Who Do Noise" reż. Adam Cornelius

18:00 panel teoretyczny poświęcony improwizacji
20:00 koncerty

wtorek, 15 października 2013

LEO RECORDS - NOWOŚCI PŁYTOWE



 GRID MESH
LIVE IN MADRID
Frank Paul Schubert - alto & soprano saxophones
Johannes Bauer - trombone
Andreas Willers - electric guitar & devices
Willi Kellers - drums & remote piano

 MIKE NORD / GEORG HOFMANN / MAKOTO MATSUSHIMA 
MUSIC OF NORU KA SORU KA
Mike Nord - guitar, electronics
Georg Hofmann - drums, percussion
Makoto Matsushima - voice

 IVO PERELMAN / MATTHEW SHIPP / MAT MANERI 
A VIOLENT DOSE OF ANYTHING
Ivo Perelman - tenor sax
Matthew Shipp - piano 
Mat Maneri - viola

 GOAT'S NOTES 
WILD NATURE EXECUTIVES
Grigory Sandomirsky (piano)
Vladimir Kudryavtsev (bass)
Maria Logofet (violin, voice)
Piotr Talalay (drums)
Andrey Bessonov (clarinet)
Ilya Vilkov (trombone)

 PERELMAN / SHIPP / DICKEY / CLEAVER
ENIGMA
Ivo Perelman - tenor sax
Matthew Shipp - piano 
Whit Dickey - drums 
Gerald Cleaver - drums

ANTHONY BRAXTON
ENSEMBLE MONTAIGNE (BAU 4) 2013
Roland Dahinden (conductor) 
Claudia Kienzler - (violin)
David Sonton Caflisch (violin)
Markus Wieser (viola)
Celine-Giulia Voser (cello)
Kaspar Wirz (double bass)
Julianna Wetzel (flutes, piccolo)
Peter Vogeli (oboe, english horn)
Maurus Conte (bassoon)
Martin Huber (french horn)

piątek, 27 września 2013

Wyrockowany cz. 2 - The Doors

Strasznie trudno uwolnić się spod wpływu sentymentu. Jeśli wałkowało się pewne płyty za młodu do znudzenia, każdy powrót po latach naznaczony jest uderzeniem tych samych emocji, które tak mocno szarpały nami onegdaj. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że potrafią one być na tyle determinujące odsłuch, że mimo upływających lat i ewidentnej zmiany naszego postrzegania, nie jesteśmy w stanie spojrzeć na nie na nowo, ciągle tkwimy w tych samych ramach kontekstu naznaczonego przez wspomnienia i wdrukowane skojarzenia. Jest też druga strona tego samego medalu. Pierwotne opinie. Wtarte głęboko w naszą świadomość oceny danych albumów. Znamy je przecież, słuchaliśmy, uporządkowaliśmy już wedle określonego klucza naszych preferencji. Styrany mój umysł degenerujący się już powoli zdecydowanie unika niepotrzebnej pracy. Skorośmy już kiedyś coś ustalili, to przecież nie ma sensu tego podważać...

Jak większość moich rockowych zrywów, znów wszystko wzięło się od J.D. i wieczoru, który spędziliśmy u S.H. To w czasie wybornego, egzotycznego posiłku zaserwowanego nam przez S. dowiedziałem się, że The Doors nagrało jeszcze dwie płyty po śmierci Morrisona jako trio. Nie wiem jak Wy, ja byłem mocno zaskoczony. "Other Voices" i "Full Circle" trzeba było więc posłuchać, choćby z czystej ciekawości. Okazało się, że pierwszy z nich to całkiem przyzwoity album, który zwrócił uwagę na jedną rzecz dotychczas przyćmioną charyzmą Morrisona - Krieger, Manzarek i Densmore to bardzo dobrzy muzycy. Sam profesjonalizm tych instrumentalistów, to jedno, drugie to ich zdolności piosenko-twórcze. Okazuje się, że nie bez powodu zdecydowaną większość swoich utworów (z wyjątkiem Soft Parade podzielonej między Kriegera i Morrisona) Doorsi podpisywali razem, jako dzieło zespołowe..

Wyłączmy więc starego poczciwego Jima i posłuchajmy The Doors na nowo. Żeby ułatwić sobie zadanie poszedłem tropem płyt, które zaszufladkowałem niegdyś jako te, które można pominąć gdy zapała się ochotą na brzmienie The Doors. Jakże się zdziwiłem sięgając po "Waiting for the Sun" i "The Soft Parade". Toż to są albumy wyborne. Nie ma tam narkotycznych jazd jak z "The End" czy "When The Music's Over", jest za to potężna porcja doskonałych piosenek, niebagatelnie oryginalnych, świetnie zaaranżowanych i zupełnie się nie starzejących. Pomińmy oczywiste hity, które nie bez powodu znajdziemy na każdym "Greatest Hits" i sięgnijmy np. po takie "Wintertime Love" - barokowy pochód klawiszy wymieszany z weill'owskim zaśpiewem, podkręcony przechodzeniem z walcu w jazzowe synkopowanie Densmore'a.



Następnie mamy "Spanish Caravan" - najpierw pogratulujmy produkcji, ale znów pomysł na wymieszanie hiszpańskiej gitary z modulowanymi syntezatorami pachnącymi barokiem na bazie walca jest czymś, przyznacie, niespotykanym.



Teraz balladowo - "Yes, the River Knows" - czy w sferze instrumentalnej, to co wyrabiają dłuższymi momentami Doorsi, nie przypomina Wam najlepszych wczesnych ballad King Crimson, lub Emerson. Lake and Palmer?




Przejdźmy do rzekomo najsłabszej płyty The Doors "The Soft Parade". Nie wiem skąd niechęć krytyków do tego wybitnego albumu. Konsekwentnie pomijamy "Touch me" jako największy hicior z płyty i skupiamy się na pozostałych. Wpierw "Shaman's Blues". Transowy rytm, cudownie zagęszczona warstwa klawiszy i basu, przekornie punktowana bezbłędną gitarą Kriegera. Przemyślana gra pauzami i wyciszeniami. Mamy tu absolutnie trzy równouprawnione instrumenty grające proste frazy, ale w tak mądry sposób nałożone na siebie, że efekt jest piorunujący. Znów kłania się doskonała produkcja, tak czy inaczej pomysł w poprocku rzadki, oj rzadki.



Kolejne dwa utwory budują Doorsi na podobnej zasadzie, dbając o wypełnienie muzycznej przestrzeni w każdym paśmie. Zdradzają tym samym niespotykaną pedanterię brzmieniową i aranżacyjną. Gdy spora część długowłosych równolatków sięgała po proste bluesy, które miały wystarczyć jako podstawa do eksponowania rzekomej charyzmy swoich liderów - onanistycznych gitarzystów i charczących lub skrzeczących wokalistów, zespół The Doors mając potencjalnie rozleniwiającego pewniaka w postaci Morrisona, dba o każdy niuans muzycznego tła, równouprawnienie instrumentalne i eksperymentuje. Ja kupuję orkiestrację "Wishful Sinful", czy estradowość "Tell all the People" na równi z postmoderną "Runnin' Blue" i jego freejazzowymi wstawkami wymieszanymi z partiami country.

Na koniec kilka słów o charyzmie. Wokalne fajerwerki Morrisona, jego emocjonalny ekshibicjonizm z dwóch pierwszych płyt są wartością niepodważalną i to właśnie ich brak zdeterminował pewnie taką a nie inną moją pierwotną ocenę "Waiting for the sun" i "Soft Parade". Kiedyś patrzyłem na The Doors wyłącznie poprzez kondycję Morrisona - tymczasem teraz to w jego rzekomej słabości tkwi moim zdaniem cały urok obu albumów. To przecież właśnie dzięki temu pozostali muzycy mogli rozwinąć skrzydła i bezskutecznie zawalczyć o aplauz publiczności z tytułu lepszych kompozycji i doskonałego wykonawstwa. Jednocześnie, paradoksalnie to właśnie w tym też upatruję świadectwa niebywałej charyzmy samego Morrisona. Śpiewa on tu wybornie - lekko, leniwie i nawet jeśli bywa drapieżny, czuć w tym więcej wyrachowanego aktorstwa niż infantylnego przejęcia. Na początku bardzo się starał, walczył jak lew o swoją pozycję, kreował swój wizerunek w pocie czoła i ze zdartym gardłem. Na trójce i czwórce w jego głosie słychać już głównie gwiazdorstwo i pewność siebie w określonej roli, połączone ze skrajnym poczuciem własnej społecznej dysfunkcyjności i przeczuciem niechybnej porażki poza tą rolą. Wszystko to zalane wyjątkowo solidną porcją wódy. Mniam.

Marcin Kiciński

poniedziałek, 23 września 2013

Wyrockowany cz. 1

Jednak uległem i wróciłem do płyty Jacka Bruce'a "Songs for a Tailor". Słyszałem ją już naturalnie wcześniej, ale jej nie kupiłem. Wydała mi się nierówna i piosenkowo w przeważającej części do pięt nie dorównująca hitom Cream. Podzieliłem się swoją opinią z J.D., który, co dla niego typowe, z precyzją chirurga uderzył dokładnie w tę strunę, której rezonans musiał mnie zmotywować do ponownego odsłuchu. "To bardzo dobre piosenki" - powiedział krótko i jakby mimowolnie, lecz jednocześnie z takim przekonaniem, że natychmiast zwątpiłem w swój pierwotny osąd tej płyty. J.D. to absolutny mistrz manipulacji. Wiedział, że gdyby zaczął coś o solówkach i jazzrockowym drive'ie, natychmiast parsknąłbym śmiechem i na jego oczach, z sadystyczną frajdą wcisnąłbym shift+delete - enter, ale dobre piosenki? Musiałem wrócić.
Zdarzało się już, że odszczekiwałem, więc nie boję się tego zrobić i teraz. Płyta jest bardzo dobra i gdyby nie dwa bluesjazzrockowe gnioty "Never Tell Your Mother She's Out of Tune" (który rozpoczyna płytę i psuje na dzień dobry świetną aranżację bluesowym zawodzeniem) i "The Ministry of Bag"- kwalifikowałaby się do miana wybitnej. Utwory takie jak "Theme from an Imaginary Western", "Weird in Hermiston", czy najszlachetniejsze ze wszystkich "Rope Ladder To the Moon" wwiercają się w pamięć i każą do siebie wracać. To bardzo rzadkie.



Tak zacząłem swoją wycieczkę po świecie rocka. Jak się okazało, drogą nie tyle wyboistą, co górzystą, wiodącą po szczytach mego sentymentu i dolinach skrajnej indolencji, zakręcającej czasem w zakamarki cudownej niszy.

Po pierwsze ruszyłem tropem Chrisa Speddinga. Słuchając "Songs for a Tailor" nie sposób nie zwrócić uwagi na gitarę. To ona przy kolejnych odsłuchach mnie szczególnie pobudzała, zwłaszcza, że brzmiała znajomo. Speddinga jednak od razu nie skojarzyłem, dopiero gdy sprawdziłem skład płyty wyszło coś, co mocno mnie zaskoczyło. Jak to możliwe, że będąc absolutnym, odwiecznym fanem dwóch pierwszych płyt Nucleusa "We'll talk about it later" i "Elastic Rock", płyt na których to właśnie wyjątkowa gitara Speddinga odpowiada za niesamowity feeling i charyzmę tych unikalnych jazzrockowych albumów, nigdy nie zainteresowałem się co ten gitarzysta zdziałał poza Nucleusem.



Jak się okazało, robił bardzo dużo, ale po dość dogłębnym zbadaniu jego dorobku, szczerze zarekomendowałbym raptem jeden album wydany pod jego nazwiskiem. Na płycie pojawiło się doborowe towarzystwo Paula Rutheforda na puzonie i Johna Marschalla na bębnach. Skład uzupełniają pianista John Mitchell i basista Butch Potter. Nosi ona tytuł "Songs without words" i została nagrana w 1970 najprawdopodobniej gdzieś w tak zwanym międzyczasie działań Speddinga w ramach Nucleusa.
Jeśli mnie intuicja nie myli, w połowie przypadnie ona do gustu wszystkim fanom płyt "Islands" i "Lizard" King Crimson, w drugiej połowie fanom Nucleusa. Ponieważ zazwyczaj to ci sami ludzie, nie obawiam się jakichkolwiek reklamacji. Sposób w jaki Mitchell gra na fortepianie w pierwszym utworze, do złudzenia przypomina momentami to miał zwyczaj wyrabiać w tamtym czasie Tippett, a i Potter w wielu miejscach "Station Song" i "Plain Song" swoim basowym stylem, przypomina późniejsze, doskonałe "Formentera Lady" w wykonaniu Harry'ego Millera. Utwory "Song of the Deep", "New Song of Experience" i "I Thought I Heard Robert Johnson Say" to już ukłon w kierunku swoich kolegów z Nucleusa. Podtrzymują tradycję fenomenalnego feelingu, lekkości w transie i swobody wyrazu.



Jeśli chodzi o gitarę Spedding osiągnął tu chyba absolutne maksimum swoich możliwości, oscylując gdzieś między tkliwą perfekcją uderzeń, oraz brudem i szorstkością bliską Barretta, czy Keitha Rowe. Szkoda, że zarówno ten epizod, jak i swój udział w Nucleusie, w swojej biografii podsumował, jako porażkę, a wybujały gitarowy styl, jako dziwactwa, o które nie chodzi w muzyce. Widział się bardziej na piedestale gwiazd grających prosto i wysoko opłacanych, a nie tłukących dziwne figury za browara w pomniejszych spelunach dla przyćpanej hipsterki. Na sukces nie musiał wcale aż tak długo czekać. Jak widać gdy się czegoś bardzo chce i wytrwale się do tego dąży, można to osiągnąć. Utwór "Motor Bikin'" z 1975 znalazł się na szczytach top list przebojów. Gratulacje.

Spedding jako muzyk sesyjny wystąpił na niebywałej liczbie mniej lub bardziej kasowych produkcji. Na liście znajdują się John Cale, Roy Harper, Roxy Music a nawet ostatnio tak przecież kochany, a przez to kasowy po latach, Rodriguez. Z listy najbogatszych pracodawców moją uwagę zwrócił jednak jeden - zupełnie mi wcześniej nieznany z nazwiska Harry Nilsson. Ten Amerykaniec nagrał jedną z najlepszych, znanych mi płyt piosenkowych - "Nilsson Schmilsson". Wyobrażam sobie, co wtedy, czyli w 1971 roku, biedny Chris, wynajęty do zamiatania wiosłem u boku prawdziwej gwiazdy, musiał sobie myśleć. Zostawmy jednak na chwilę Speddinga. "Nilsson Schmilsson" to zbiór zupełnie przedziwnych pomysłów, które w nieprawdopodobny sposób sklejają się w bardzo składny album. Czuć lekką hipisówkę, ale opatrzono ją taką produkcją, aranżacjami, orkiestracjami, chórkami i innymi bajerami, że powstało coś, co należałoby ustawiać gdzieś między Białym Albumem Beatlesów, a najlepszymi dokonaniami Donovana.


(po tym utworze następuje doskonale Wam znane z wykonania Mariah Carrey "Without You", a następnie genialne i równie znane "Coconut". Co za miszmasz!)

Kończąc wątek Speddinga - na jego fali powróciłem do płyty, którą znałem doskonale, ale bladego pojęcia nie miałem o jego uczestnictwie. Nick Mason Fictitious Sports. Kojarzycie? Nie? Tak to ten Mason z Pink Floyd. Jego znacie, ale album? Ha! Jest rok 1979. Cholera wie, dlaczego Carla Bley zgadza się, żeby jej kompozycje opakować w pudełeczko z podpisem Nick Mason. Podejrzewam, że Masona było na to po prostu stać, a Carli nie było stać na to, żeby odmówić. Śmiem twierdzić, że jest to jedna z lepszych rzeczy, jaką Carla wypuściła na świat. Ironia losu? Jaki jest jednak motyw Masona? Słyszałem o plotce (bo choć uwielbiam Floydów, nie jestem floydologiem), że stary poczciwy Nick dawał ciała podczas nagrywania utworu "Mother" na "The Wall", więc trzeba było go wymienić tymczasowo na kogoś bardziej kompetentnego - najlepiej sesyjnego fachowca Jeffa Porcaro. Może Nick nie poradził sobie z tym zdarzeniem? Nie powinien mieć problemu, bo tylko wybitna wyobraźnia mogłaby go uczynić wybitnym bębniarzem. Zakładając jednak, że takową posiadał, tyci, tyci podmianka do jakiej doszło, mogła zachwiać jego dobrym samopoczuciem i zadziałać jak potwarz, prawda?  Gdzie się zatem schować? Najlepiej za wybitną płytą. I chwała mu za jego kompleksy i niekompetencję. "Fictitious Sports" to album wyjątkowy, bardzo awangardowy, choć przy tym absolutnie komunikatywny. Bogaty brzmieniowo i aranżacyjnie, a do tego, co chyba najważniejsze - piosenkowy!
Na marginesie dodam, że album został wydany dopiero w 1981 roku - pewnie niełatwo było przekonać kolesi z branży, że to się sprzeda podobnie do płyt Floydów?



cdn.
Marcin Kiciński

niedziela, 25 sierpnia 2013

piątek, 23 sierpnia 2013

Ostatnio strasznie dużo nie napisałem - ze specjalną dedykacją dla W. Sz.

Ostatnio strasznie dużo nie napisałem. Wyrzuty sumienia mam tym większe, że minione trzy miesiące to nie był czas posuchy. Począwszy od Art Of Improvisation, którego nota bene Impropozycja była 'partnerem medialnym', nie skomentowałem ani słowem. Oczywiście wytłumaczenia są, że przeprowadzka, że dzieci coraz bardziej wrzaskliwe i roszczeniowe, ale prawda jest taka, że duetu Fernandeza z Parkerem nie powinienem był pomijać. Grali fenomenalnie. Dużo potem myślałem o zjawisku emisji dźwięku poszczególnych muzyków i drastycznej przepaści jaka dzieli starych mistrzów i 'wschodzące gwiazdy'. Nie napisałem jednak nic.
Podobnie miała się sprawa z nowym, podwójnym albumem Scoolptures "Please Drive-by Carefully", który jak żadne tegoroczne wydawnictwo na prawdę mnie urzekł. Znów Włosi zaproponowali idealnie zbalansowaną wersję mocno planowanej improwizacji, ze świetnym, bardzo subtelnym, nienachalnym zastosowaniem elektroniki. Temat finalnie przemilczałem. Może dlatego, że nowościami staram się już z powodzeniem nie zajmować.
Później mieliśmy we Wrocławiu Nowe Horyzonty. Kupiłem sobie karnet muzyczny i filmową "dziesiątkę", rodzinę wywiozłem, zrobiłem sobie urlop, więc byłem pewien, że coś napiszę. Nic takiego się nie stało. Duży wpływ na tę sytuację miał pewnie fakt, że już na wstępie p. Gutek mnie nieźle wystrychnął na dudka. Mając w garści karnet muzyczny, co nie kosztował przecież tyle co nic, w pełni przekonany, że wchodzę na wszystkie wydarzenia muzyczne, już w pierwszy dzień mojego festiwalowego uczestnictwa odbiłem się od zamkniętych drzwi prowadzących do Tibora Szemzo. Drzwi chronione były przez jedną z tych bardzo ładnych, młodych pełnoustych wolontariuszek. Cóż mi jednak było po jej ustach, skoro doszła mnie z nich jedynie treść przesmutna, że owszem karnet dotyczy wszystkich wydarzeń muzycznych, ale tylko tych w Arsenale (klubie festiwalowym), a my jesteśmy w kinie, Tibor gra do filmów. Ja na to, że strona w internecie mówiła co innego - był dział "muzyka" a w nim Tibor, tu dzierżę karnet muzyczny, nigdzie nie pisali, że tylko Arsenał... Zawijaj się gościu - usłyszałem - bo pewnie nie zauważyłeś, ale mam tu obok siebie równie młodego, co gibkiego i nieźle umięśnionego, wolontariusza, który do mych ust jest zdecydowanie bardziej uprawniony. Z natury mej choleryczno-histerycznej jestem dość wrażliwy, zniewagę tę przeżyłem więc boleśnie, a jako osoba ze skłonnością do alkoholu, ujście swego cierpienia znalazłem w szeregu libacji czasem przerywanych tylko filmami i muzyką. Pod wpływem więc oglądałem Mike'a Pattona i Tomahawka, zupełnie nie na trzeźwo oglądałem Trzaskę i niestety za bardzo na trzeźwo Diamandę Galas.
Co do Tomahawka sprawa ma się tak, że jestem fanem, więc parę gruszkówek i pierdolnięcie całego zespołu złagodziło mocno fakt, że Mike niedomagał. Do Wrocławia przyjechał chyba ze Słowacji, więc gardło miał po słowiańsku przepłukane bynajmniej nie surowym jajkiem, troszkę chrypiał i nie wyciągał góry na miarę swoich możliwości, bawiłem się jednak zacnie i nawet surowy komentarz L.G. wyciągniętego na ten koncert za uszy, "nie spodziewałem się będzie to tak słabe", nie popsuł mi imprezy.
Spore zaskoczenie zafundował za to Trzaska. W towarzystwie Bauera, Sandersa, Brice'a i Holmlandera zaprezentował nam swoje tematy do filmów Smarzowskiego w wersji, która zapadła w pamięć. Dojrzałość Trzaski już ogłosiłem kiedyś, ale i tak poczułem narodową dumę, gdy z godną lidera siłą poprowadził ten międzynarodowy, gwiazdorski projekt, znajdując tak pożądaną przeze mnie równowagę między improwizacją, a kompozycją.
Na Diamandzie "jak świnia trzeźwy" byłem. Ponieważ towarzyszył mi K.Ź. stanąłem razem z nim w sektorze wyznaczonym dla posiadaczy aparatów tzw. cyfrowych lustrzanek. Blisko siebie miałem więc sporo fascynatów wielkich obiektywów i głośnych migawek. Diamanda zaprezentowała się w dwóch pozach - starsza pani przed mikrofonem, i starsza pani za fortepianem. Nie wiem ile prób należy wykonać by znaleźć to jedno upragnione ujęcie, ale chłopcy i dziewczyny tłukli zdjęć jak na sesji Vogue'a, mimo że organizator wyraźnie określił czas, porę i miejsce dokonywania tej fotograficznej rzezi. 10 min w drugiej części koncertu to jednak za mało. Migawki strzelały cały czas jak z karabinu, a ja zastanawiałem się, zamiast słuchać, czy powinienem mieć jaja i wyrwać jednemu ze stojących za blisko dwóch bliźniaków wyposażonych w, zapewne odwrotnie-proporcjonalnie do wielkości jego "wyposażenia", gigantyczny obiektyw i miotnąć go o ziemię. Wizualizowałem sobie w głowie ich reakcję - taki słodki miks niedowierzania i furii - i choć nic nie ćwiczyłem i nie mam na koncie za wiele niekomputerowych doświadczeń w tej kwestii, widziałem oczami wyobraźni jak wymierzam obu bliźniakom sprawiedliwe i uśmierzające ich smutny, kompulsywny byt - ciosy z półobrotu. Czy powinienem o tym się rozpisywać? Chyba nie, sami przyznacie.

Marcin Kiciński
PS. Czasy się zmieniły, Aśka nie ma czasu na korektę moich tekstów. Od dziś będzie z błędami, szczególnie tymi interpunkcyjnymi. Wybaczcie.

wtorek, 6 sierpnia 2013

Carla Kihlstedt & Matthias Bossi "Rabbit Rabbit Radio, Vol. 1"

wtorek, 16 lipca 2013

YOKO ONO & THURSTON MOORE - Koncert 7.08.2013 - TRANSATLANTYK FESTIVAL w Poznaniu


7 sierpnia, na zaproszenie TRANSATALANTYK Festiwal Poznań, w Auli UAM wystąpi dwójka artystów: Yoko Ono i Thurston Moore, spotkają się, by razem improwizować. Yoko Ono będzie eksperymentować ze swoim głosem na różne sposoby: mówić, krzyczeć, jęczeć, ale też śpiewać. Thurston Moore znany jest ze swojego innowacyjnego podejścia do gitary, którego ważnym elementem jest granie przy użyciu przedmiotów (np. noży, śrubokrętów). Pewne pojęcie o tym, co wydarzy się na scenie może dać zeszłoroczna płyta "Yokokimthurston", nagrana razem z Kim Gordon. Jednak koncert, z racji swojego improwizowanego charakteru, będzie wydarzeniem wyjątkowym i niepowtarzalnym. Muzyce będą towarzyszyły eksperymentalne filmy Yoko Ono z lat 60.

Miejsce: Aula Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu
Data: 7 sierpnia 2013

Bilety: www.eBilet.pl
Ceny biletów: od 59 zł do 150 zł.

niedziela, 16 czerwca 2013

ART OF IMPROVISATION Creative Festival 21-23 czerwca 2013 / CK AGORA / Wrocław

ART OF IMPROVISATION Creative Festival 21-23 czerwca 2013 / CK AGORA / Wrocław

ART OF IMPROVISATION Creative Festival to międzynarodowy, interdyscyplinarny projekt, poświęcony sztuce improwizowanej (głównie muzyce), podkreślający jej różnorodność, a przede wszystkim otwartość na zmianę i eksperymenty. Festiwal prezentuje niezwykłych artystów, dla których kreatywność jest podstawą twórczego rozwoju. Wyjątkowość sztuk improwizowanych w połączeniu z talentem, kreacją, wiedzą i umiejętnościami zapraszanych artystów, tworzą znaczącą wartość. Skupiający się na muzyce projekt poszerza swoją formułę o działania performerskie, taneczne i teatralne oparte o improwizacje. Tym, co odróżnia festiwal od innych tego typu projektów jest fakt, że taką samą wagę przykłada się do prezentacji oraz promocji młodych, rozwijających się twórców, jak i uznanych artystów, stwarzając im przestrzeń do spotkania.


Już w czerwcu nowoczesne wnętrza CK AGORA staną się przestrzenią skupiającą najciekawsze zjawiska współczesnych sztuk improwizowanych. ART OF IMPROVISATION Creative Festival zaprezentuje nowatorskich muzyków, performerów, artystów posługujących się szeroko rozumianą improwizacją. Wśród gwiazd znajdą się m.in. jeden z najwspanialszych saksofonistów wszechczasów  Evan Parker w duecie z genialnym pianistą Agustí Fernándezem, charyzmatyczna wokalistka Saadet Türköz w towarzystwie Zlatko Kaučiča i Giovanniego Maiera, a także dwie wyjątkowe improwizatorki z Japonii: Aki Takase i Yui Kawaguchi. Niezwykle ważną częścią wydarzenia są KREACJE, prezentacje najbardziej utalentowanych młodych improwizatorów.

Podczas ART OF IMPROVISATION Creative Festival duży nacisk kładziony jest również na jego edukacyjny i integracyjny aspekt. Improwizacyjne Warsztaty Integracyjne poprowadzi niesłysząca perkusjonistka,  laureatka nagrody Grammy - Evelyn Glennie, a także  japońska tancerka i choreografka Yui Kawaguchi oraz  turecka wokalistka  Saadet  Türköz. Główną ideą warsztatów jest stworzenie wspólnej przestrzeni porozumienia artystycznego twórców niepełnosprawnych z pełnosprawnymi oraz integracja obu grup.

Projekt dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

PROGRAM:

20 czerwca/czwartek/imprezy towarzyszące

14.00 INTERDYSCYPLINARNE WARSZTATY DLA DZIECI "IMPROWIZACJA W PROCESIE TWÓRCZYM" (wstęp wolny)
19.00 OTWARCIE INTERAKTYWNEJ WYSTAWY "METAMORFOZY" G.M.K  (wstęp wolny)

------------------------------------------------------
21 czerwca/piątek

10.00  IMPROWIZACYJNE WARSZTATY INTEGRACYJNE Z EVELYN GLENNIE  (otwarte dla publiczności)
18.00  KREACJE/PRZEGLĄD część 1 (wstęp wolny)
21.30  performance YUI KAWAGUCHI & AKI TAKASE  „CADENZA - DIE STADT IM KLAVIER V" (14/19 PLN)
23.30  JAM SESSION (wstęp wolny)

--------------------------------------------------------

22 czerwca/sobota

11.00  IMPROWIZACYJNE WARSZTATY INTEGRACYJNE Z YUI KAWAGUCHI (otwarte dla publiczności)
13.00  projekcja filmu „RISING TONES CROSS" (wstęp wolny)
15.00  projekcja filmu „TOUCH THE SOUND: A JOURNEY WITH EVELYN GLENNIE" (wstęp wolny)
17.00  KREACJE/PRZEGLĄD część 2 (wstęp wolny)
20.30  koncert POSTAREMCZAK/SZPURA/TOKAR/CIERLIŃSKI (11/15 PLN)
22.00  koncert SAADET TÜRKÖZ/GIOVANNI MAIER/ZLATKO KAUČIČ (14/19 PLN)
23.30  JAM SESSION (wstęp wolny)

----------------------------------------------------------

23 czerwca 2013/niedziela

13.00  IMPROWIZACYJNE WARSZTATY INTEGRACYJNE Z SAADET TÜRKÖZ (otwarte dla publiczności)
16.00  KREACJE/ZDERZENIA (wstęp wolny)
19.00  koncert MAŁGORZATA BOGUSZ & HYBRIDA CONCLUSIO (wstęp wolny)
20.30  koncert AGUSTÍ FERNÁNDEZ/EVAN PARKER (14/19 PLN)


KARNETY: 39/49 PLN
PRZEDSPRZEDAŻ: TICKETPRO/EMPIK/MEDIA MARKT/SATURN
SPRZEDAŻ PODCZAS FESTIWALU: CK AGORA

ORGANIZATOR: Centrum kultury AGORA, ul. Serbska 5a, 51- 111 Wrocław, 71 – 324 14 83, www.ckagora.pl

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Ojcostwo muzycznie.

Muzycznie jestem głęboko rozczarowany moim ojcostwem. Muszę tak zacząć, żeby nie powiedzieć, że jestem poważnie zaniepokojony moimi dziećmi. K.Ź. opowiadał mi wielokrotnie, jak to jego potomstwo zaprzecza wszelkim standardom, jakoby dzieci lubiły te wszystkie naiwne melodyjki, prostackie hity i żenujące motywy, jak to spokojnie raczy je Mezbowami i innymi Bargeldami, czasem ocieplając klimat soczystym free, a jego dzieci, może bez ciągłego entuzjazmu, ale reagują zupełnie neutralnie, z werwą odnajdując motywy rytmiczne i natychmiast wdrażając pląs. Wobec takiego dictum żyłem w błogim przekonaniu, że przy moich, jakże lekkostrawnych preferencjach, dzieci moje z łatwością przyjmą stare bluenote'y, które rozkołyszą je i wprawią w taneczny nastrój. I faktycznie wyglądało na to, że będzie ok. Tłem naszej pielęgnacyjnej codzienności były płyty Blakeya, Morgana, Davisa, Webstera, Greena i wielu innych, co bardziej kołyszących. Czasem wrzucałem jakąś nowość, która wydawała się przystępna, a w ocenie tej pomagała mi moja partnerka, która średnio znosi współczesny jazz, nawet jak jest mocno wyspana.
Minęły miesiące, a moja dziatwa zaczęła stopniowo sygnalizować pewne preferencje nie tylko dotyczące suchości pieluchy i jakości podanego pokarmu, lecz także, niestety, kwestii oferowanego przez tatusia repertuaru. Wnioski z - jakże radosnych - początków naszej komunikacji? Bluenote'om powiedziały stanowcze nie! Na wygłupy współczesnych reagują chwytaniem się za głowy i histerycznym płaczem, a każde rzężenie gitarowe, nawet bardzo melodyjnych avantrockowców, komentują pełnym zaniepokojenia spojrzeniem, które niechybnie zwiastuje nadchodzący lament.
Są tego jednak plusy. Sytuacja głuchej ciszy, przerywanej ich mniej lub bardziej radosnymi okrzykami, tatusiowi średnio odpowiada, więc musieliśmy poszukać kompromisu. Zafundowaliśmy sobie szereg odsłuchów, w czasie których moje nieletnie jury, niczym Cezar ruchem palca, swoją krzywą miną lub rozkosznym bujaniem się na boki sygnalizowało aplauz lub jego brak dla konkretnych muzycznych zjawisk.
Czego zatem słuchamy? Przełom baroku i klasycyzmu akceptują, bo pewnie gdzieś podskórnie czują, że służy ich rozwojowi. Trudno jednak oczekiwać by przy tym tańczyły. Romantyzm odpada. Właściwie wszystko co późniejsze odpada, z jednym wyjątkiem: "Bolero" je zaczarowało. Reszta współcześniejszych na śmietnik. Przejdźmy do muzyki popularnej: oczywiście Beatlesi, stary blues, a od niedawna odkrywany soul. Motown Records wzbudzało ich uśmiech, ale niestety w znacznej większości (z wyjątkiem Wondera), tatusiowi robiło się słabo. Zbyt cukierkowo, zbyt oczywiste te wszędobylskie orkiestracje. Świetnie wspólnie reagujemy za to na Otisa Reddinga, Billa Withersa czy Bobby Womacka. Z nowszych rzeczy sytuację ratuje Devendra Banhart czy cała scena małych instrumentów z Pascalem Comelade, Klimperei i Małymi Instrumentami na czele, czasem obroni się Kihlstedt...
Wiecie, co jest jednak najgorsze? Babcia kupiła mojej dwójeczce takie multimedialne gówniączko - coś a'la klawiaturę, tyle że zamiast liter można po wciśnięciu usłyszeć syntezatorowe wersje znanych hitów, kolęd czy Marsylianki. Gdy widzę entuzjazm, z jakim witają ten syntetyczny badziew, te radosne okrzyki i podwójne bujanie się w skupieniu, mam wrażenie, że nie będzie dobrze.

Marcin Kiciński
PS. podziękowanie dla soul-jazz.blogspot.com oraz J.D. za pomoc w ogarnianiu zjawiska soul, funk i r&b.

niedziela, 2 czerwca 2013

Carla Kihlstedt & Matthias Bossi "Niagara Falling: Tales for the Stage, III"

sobota, 1 czerwca 2013

LEO RECORDS - NOWOŚCI


ANTO PETT / CHRISTOPH BAUMANN
NORTHWIND BOOGY
Anto Pett - p
Christoph Baumann - p 

 ARRIGO CAPPELLETTI QUINTET
HOT MUSIC
Giulio Martino (tenor&soprano sax),
Sergio Orlandi (trumpet),
Adrian Myhr (double Bass)
Tore Sandbakken (drums)

SCOOLPTURES
PLEASE DRIVE-BY CAREFULLY
Nicola Negrini (doublebass, ubass, metallophone and live electronics),
Achille Succi (alto sax, bass clarinet and shakuhachi),
Philippe "Pipon" Garcia (drums, prepared guitar and live electronics)
Antonio Della Martina (sinewaves and live electronics) 
2CD

SWEDISH MOBILIA + LUCA AQUINO
DID YOU HEAR SOMETHING?
Andrea Bolzoni - guitar + live electronics
Dario Miranda - bass + live electronics
Daniele Frati - drums + percussion
Luca Aquino - tp

czwartek, 9 maja 2013

Trupa Trupa "++", Wydawnictwo niezależne, 2013 - czyli dlaczego nienawidzę gadać z muzykami

Grzegorz Kwiatkowski – gitara, wokal
Wojciech Juchniewicz – bas, gitara, wokal
Rafał Wojczal – organy, gitara, wokal
Tomek Pawluczuk – perkusja
+
Adam Witkowski – mikrofony, przestrzeń, miks
+
Mikołaj Trzaska – saksofon, klarnet (Dei, Influence)
Tomasz Ziętek – trąbka (I hate, Over)

Rok wydania: 2013


Oto, dlaczego nienawidzę gadać z muzykami.
Dostałem maila od Grzegorza Kwiatkowskiego, z prośbą o zamieszczenie informacji o premierze nowej płyty jego zespołu Trupa Trupa. W mailu znalazł się link do empetrójek - ściągnąłem. Zanim jednak włączyłem, zainteresowałem się kto zacz, bo zespołu nie znałem. Długo nie trzeba było szukać, by natrafić na ich poprzednie dokonania udostępnione na bandcampie. Posłuchałem pierwszego longplaya i zwariowałem. Dawno nie słyszałem tak dobrego i nowoczesnego britpopu. Czasem postpunkowe ("Good days are gone", "Marmalade sky"), czasem albarnowskie ("Did you", "Nearness of you", "Don't go away") melodie, niby garażowe, szorstkie, zbuntowane, ale też niezwykle lekkie, pomysłowe, chwytliwe, wciągające i na długo zapadające w pamięć. Kilka z nich jest na prawdę bardzo oryginalnych - moją faworytą jest "Porn Actress". Ogólnie pierwszy album to 28 minut samych petard. Żadnych uwag. To rzadkie w polskiej muzyce - pewnie się Cieślak nieźle wkurwił - se pomyślałem.
Wchodzę w drugą płytę i słyszę psychodelię. Cieszę się, bo lubię - cieszę się tym bardziej, bo płytę otwierają doskonałe cztery kompozycje, które choć sążnie umaczane w końcówce lat sześćdziesiątych, kontynuują zacną tradycję z pierwszego albumu - unikania schematów, szukania wielobarwności. Im bliżej końca płyty, tym bardziej odczuwam jednak lekkie znużenie. Piszę więc do Kwiatkowskiego:
"Strasznie mi się podoba Wasze pierwsze LP. Z drugim jest chyba trochę (podkreślam "trochę") gorzej, ale dopiero raz przesłuchałem. Wydaje mi się, że za bardzo poszliście w postwczesnofloydowską psychodelię. Jest kilka świetnych utworów, ale pojawiły się chwile wrażenia przesytu i archaiczności... Chyba zabrakło cudownej lekkości, która urzekła mnie na "Jedynce"." Czyż nie jest to kwintesencja delikatnej krytyki? W odpowiedzi dostaję między innymi następujące słowa: "ja nie lubię Floydów, lubię Beatelsów i wszędzie ich tam słyszę - tylko że z różnych okresów, ale Floydów i psychodelii w ogóle nie lubię".
Jak to nie lubi Floydów, skoro ja słyszę wszędzie Floydów? Gdzie tam Beatlesi? Słucham więc płyty kolejny raz i kolejny i kolejny... Dobrze mi z tym kolejnym słuchaniem, "I hate" znam już na pamięć, "Over" nucę na okrągło, lecz ciągle "Felicy", "Miracle", "Here and then", "Dei" brzmią mi jak niemal żywcem wyciągnięte z pierwszych dwóch LPków Floydów, a "Influence" niczym z solowego Barretta.
Średnio mi to przeszkadza - przecież już napisałem, że tej stylizacji, której - jak autor twierdzi - wcale nie ma, tylko mi się wydaje, jest tylko trochę za dużo, że album jest świetny.
Jest jednak jakaś prawda, której powinniśmy się trzymać? Czy nie ma?

Marcin Kiciński


niedziela, 5 maja 2013

Wacław Zimpel Quartet "Stone Fog", 2013, ForTune Records vs koncert we wrocławskim Colloseum 23.04.2013


Wacław Zimpel – klarnet
Krzysztof Dys – fortepian
Sydney Christian Ramond – kontrabas
Klaus Kugel – perkusja

Wytwórnia: ForTune Records
Rok wydania: 2013






Drugi raz podchodzę do recenzji tej płyty. Wcześniej napisałem o tym, jak to Zimpel najwyraźniej dojrzał i jak pięknie podsumowuje swoje dotychczasowe doświadczenia. Wspomniałem, że świetnie dobrał skład pod kątem realizowania założeń europejskiej muzyki, niekoniecznie improwizowanej, i o tym, jak w tym doskonale dobranym towarzystwie z łatwością pokazuje nam oblicze osoby, która jednak pokaźną część swojego życia spędziła na akademii, a w jej krwi płyną ciągle tysiące nut etiud i zaliczonych koncertów klarnetowych. Cieszyło mnie to pisanie, bo czułem swą tezę. Po koncercie we wrocławskim Colloseum całą spłodzoną treść skasowałem i musiałem zacząć na nowo.

Koncert zadziwił jeszcze pod nieobecność muzyków, gdy na scenie wśród rozstawionych instrumentów dało się zobaczyć piano Fender Rhodes zamiast klasycznego fortepianu czy pianina. W żaden sposób nie wyobrażałem sobie, jak kwartet zamierza oddać ducha znanej mi już wtedy płyty z użyciem tego instrumentu i  zacząłem się lekko niepokoić. Mój niepokój wzrósł tym mocniej, gdy na scenie pojawili się już muzycy i zamiast klejenia onirycznych wstępów, uderzyli z animuszem iście freejazzowym. Wzrósł jednak tylko na chwilę i tylko po to, by zamienić się w równie intensywny, absolutny zachwyt.

Mój główny zarzut do Zimpla dotyczył braku umiejętności oszacowania własnych możliwości w kontekście określonej stylistyki. Chodziło głównie o spiritual, który choć zaraźliwy i kuszący, moim zdaniem nie jest pisany współczesnym. W moim odczuciu jest to etap zamknięty w określonych ramach czasowych z jasnym i niepowtarzalnym duchem epoki jako w pełni determinującym kontekstem. Zimpel improwizować jednak umie świetnie i udowodnił to niejednokrotnie, nigdy jednak dotąd nie czułem się do tej improwizacji w pełni przekonany. Zawsze miała ona bowiem znamiona osobistego eksperymentu, jakichś poszukiwań, przełamywania granic. Owszem, pewnie dla wielu zarówno muzyków, jak i słuchaczy o to właśnie chodzi - mnie to jednak zazwyczaj nudzi. Uwodzić mnie potrafi za to ten muzyk, który nie szuka już poza sobą, nie eksploruje terenów dla siebie grząskich i niepewnych, lecz twardo stąpając po ubitej glebie własnego doświadczenia, potrafi tworzyć genialne i niepowtarzalne wariacje, będące interakcją z pozostałymi - sobie podobnymi kolegami po fachu. Takim muzykiem staje się na naszych oczach Wacław Zimpel.

A płyta jest swego rodzaju podsumowaniem jego dotychczasowej pracy. Na szczęście nie ma na niej już pseudocoltrane'owskiego transu czy nakręcania - tak zgubnych w tym kontekście - nieokiełznanych ekspresji, których sztampowy przebieg stanowi zazwyczaj dla muzyka pokroju Zimpla raczej ograniczenie niż uwolnienie, jest za to wszystko to, za co Zimpla lubię, czyli zderzanie dwóch tkwiących w nim wrażliwości: akademickiej i folkowej. Na płycie słychać też echa żydowskich melodii, ale tym razem stanowią one już tylko piękne niuanse i ozdobniki - nie dominują, nie determinują - zaznaczają jednak w sposób adekwatny kulturową tożsamość autora, która przestaje być znakiem zapytania, a staje się deklaracją. Płyta jest wyciszona, w wielu miejscach wręcz oniryczna, kilkukrotnie się jednak dość zgrabnie rozkręca i zaskakuje bardzo wyważonym uderzeniem. Jest przykładem pracy przemyślanej i zaplanowanej.

Zupełnie odwrotnie przebiegał koncert, w czasie którego doświadczaliśmy spontanicznej, radosnej, bardzo dynamicznej ekspresji - w znacznej mierze dyktowanej dość wybuchowym tego dnia charakterem gry Klausa Kugela. Miałem wrażenie, że występ był na tyle wolny od jakichkolwiek założeń, że już sama zmiana brzmienia instrumentu klawiszowego wpłynęła znacząco na wewnątrzzespołową interakcję. Wynikiem tego była muzyka, która ewidentnie odpłynęła gdzieś na drugą stronę Atlantyku, a momentami cechowała się nawet lekko psychodelicznym smaczkiem.
Wspaniale było patrzeć na Zimpla na żywo. Był to bodaj jego trzeci występ, który miałem okazję oglądać na przełomie ostatnich sześciu już chyba lat. Nigdy do tej pory nie widziałem go tak pewnego siebie, spokojnego i skoncentrowanego. Pewnie dlatego też ten występ, podobnie jak płytę, cechowała niesamowita wielobarwność.

W obu przypadkach sprzyjała temu na pewno idealnie dobrana kompania. Krzysztof Dys wydaje się być w tym projekcie kimś więcej niż tylko sidemanem. Równie dobrze wykształcony i sprawny, podobnie stojący gdzieś okrakiem między akademią a wolną muzyką. Świetna kooperacja między oboma panami wyraźnie się zaznacza na płycie. W utworach: pierwszym i siódmym (moim zdaniem najlepszych na albumie) to właśnie Dys wytwarza genialną atmosferę, w którą wpisują się pozostali. Co do Kugela i Ramonda - należy podkreślić ich instrumentalny uniwersalizm, który cechuje muzyków najwyższej klasy. Kugel jest z tego znany od lat, uzupełniając składy projektów o kompletnie różnej, muzycznej charakterystyce. Ramonda dotąd nie znałem. Ale łatwość poruszania się między stylistykami: tą narzuconą na płycie i tą współtworzoną na koncercie wskazuje, że jest gościem z tej samej, co Kugel, ligi.

Dlaczego musiałem wywalić napisaną wcześniej recenzję? Pierwotnie wydawało mi się, że wraz z pierwszymi odsłuchami "Stone Fog" dostrzegłem ten wyjątkowy moment, kiedy Wacław Zimpel stał się muzykiem dojrzałym, który nareszcie może pokazać nam pełnię swoich walorów. Po koncercie okazało się, że on już nim jest raczej od jakiegoś czasu, a ja ten moment po prostu przegapiłem.

Marcin Kiciński


Aaron Novik "Hanks Piperaceous vs. Millicent Ruckdeschel", 2013

niedziela, 21 kwietnia 2013

niedziela, 7 kwietnia 2013

Tomasz Stańko "Wisława", ECM, 2013 - czyli polemika z Maciejem Nowotnym


Tomasz Stańko - tp
David Virelles - p
Thomas Morgan - b
Gerald Cleaver - dr

Wytwórnia: ECM
Rok wydania: 2013




Drogi Macieju,

Muszę się odezwać, ponieważ zupełnie nie rozumiem zarzutów dotyczących niniejszej płyty, które umieszczasz w kolejnych portalach, z którymi współpracujesz (mam na myśli tekst dla Jazzarium, oraz fragment podsumowania pierwszego, płytowego kwartału tego roku dla Jazzpressu pt. "Wiosna w polskim jazzie"). Naturalnie daleki jestem od wdawania się w dysputę na temat Twoich odczuć związanych z płytą "Wisława". Nie mogę jednak milczeć, gdy stawiasz tezy zupełnie niezgodne z kwestiami obiektywnymi.

Na wstępie muszę przypomnieć, że obcujemy z płytą wydaną przez oficynę ECM, która jako jedna z nielicznych od długiego już czasu narzuca artystom swego rodzaju ograniczenia - określa ramy, zadaje zadanie. Jest to pewne status quo, którego podważanie jest zupełnie irracjonalne, a dysputa nad sensownością postępowania Eichera skazana na niepowodzenie, tym bardziej, jeśli weźmiemy pod uwagę  powstające dookoła, jak grzyby po deszczu, wytwórnie - koguciki, wydające - nie wiedzieć po co - setki (łącznie) rejestracji nieudanych prób improwizacji, spaprane koncerty, całą masę nudnej, mimo że hałaśliwej i wtórnej, choć niesamowicie gęstej, freeimprovovej bądź freejazzowej młócki.  ECM jest jak monolit, a jego koncepcja wtłaczania całych pokoleń muzyków o przeróżnej narodowości , wrażliwości i stylistycznej proweniencji w określone estetyczne ramy, jest nader potrzebna, gdy wokół wszystko się od tej bezgranicznej wolności degeneruje. ECM oferuje jakość, ponieważ tylko muzyk utalentowany i świadomy, a do tego dysponujący odpowiednim warsztatem, sprosta zadaniu i przejdzie eicherowską próbę. Dostajemy dzieło twórcy zweryfikowanego i naprawdę nieważne, czy  znajdzie się ono w pierwszej trójce najlepszych albumów w jego dyskografii. Może dlatego pewnie każdy szanujący się muzyk z pocałowaniem ręki podjąłby eicherowską rękawicę i pewnie dlatego biedny Eicher, lub raczej jego świta, konsekwentnie odsyła rocznie dziesiątki, jak nie setki nadsyłanych płyt, z kurtuazyjnym "odezwiemy się".

Wracając jednak do "Wisławy" i Twoich zarzutów. Piszesz: "Po prostu cudowny, czarodziejski sound jego trąbki średnio się klei z grą sekcji rytmicznej skądinąd zjawiskowej. Nie chodzi tu oczywiście o brak umiejętności, a raczej o zupełnie inny język jakim posługują się młodzi muzycy, których zaprosił Stańko do współpracy. Ten język jest zakorzeniony w bopie i nieprzerwaną tradycją przekazany przez pokolenia tym właśnie młodym mistrzom nowojorskiej sceny. Ich linia rytmiczna tańczy, unosi nas w przestworza, uwalnia od ciężaru ciała i zmienia w zmierzające ku słońcu i księżycowi ciało niebieskie. Lecz trąbka Stańki jakże często jest obok tego zjawiskowego rytmu. Zwalnia go, jest kamieniem u nogi, ciężarem." Jak napisałem we wstępie, to czy trąbka Stańki się komuś klei z całością czy nie, to sprawa indywidualna i subiektywna, lecz doszukiwanie się bopowej proweniencji, czy raczej bopowych aspiracji w grze Morgana, Virellesa czy nawet Cleavera (na tej płycie) to już solidne nadużycie. Tym bardziej, jeśli chwilę później piszesz: "Jakże zupełnie inaczej brzmiała ta trąbka na tle snutym przez polską sekcję rytmiczną nieodżałowanego kwartetu z Miśkiewiczem, Kurkiewiczem i Wasilewskim. Inaczej niż Amerykanie, którzy jak dobry mustang na prerii gonią do przodu i pożerają czas z szybkością rasowej Corvetty, polska sekcja szukała raczej głębi i znajdowała ją we wzajemnym zrozumieniu, w bezprecedensowej empatii, we współbrzmieniu.". Macieju, otóż ja uważam, że jest dokładnie odwrotnie. W skali mikro, w tej przestrzeni ograniczonej wizją Stańki, to właśnie każdy z polskich muzyków jest bardziej przywiązany do jazzowej tradycji niż muzycy obecnego kwartetu. Ciągoty Wasilewskiego ku dur/molowym harmoniom są równie silne, jak ciągoty Virellesa ku wyrwaniu się z ich ram. Podobnie sprawa ma się z pozostałą dwójką. Dużo częściej wyrywa się do trzydziestek Miśkiewicz, znacznie chętniej wraz z Kurkiewiczem kołyszą lub nadają swingujący rytm, nasuwający (bardzo luźne) skojarzenia bopowe. To Stańko zmuszą ich do gry w przestrzeni lub z przestrzenią, zabawy dźwiękiem i ciszą, delikatnego brudzenia czy ucieczki od tradycyjnych harmonii - czyli wszystkiego, co - mam wrażenie - nowojorczycy mają we krwi i do czego faktycznie się rwą, gdyby nie tonujące ich zapędy melodie, tkwiące na papierach wręczonych przez lidera.

Na koniec jeszcze dwie uwagi. Po pierwsze: naprawdę niewielu jest jeszcze realnych mistrzów fachu, jakim jest uprawianie jazzu. Stańko bezwarunkowo należy do tej grupy, dlatego zniechęcanie do słuchania jego kolejnych płyt będzie dla mnie zawsze czynem spod znaku, opisanego w moim wcześniejszym tekście, "syndromu Woody'ego Allena". Obojętnie, czy uważamy płytę Stańki za lepszą czy gorszą od poprzednich, tak naprawdę jedyną realną miarą, którą możemy się posłużyć, jest jego własna dyskografia. Stańko to już osobne jazzowe mikrouniwersum, z którym obcowanie dostarczy nam zawsze znacznie więcej muzycznych wartości, niż dziesiątki odsłuchów wydanych w danym roku płyt. Po drugie: ostatnia płyta Stańki jest usypiająca chyba tylko dla tych, którzy są mocno senni lub padają przy niej ze zmęczenia. Już dawno nie słyszałem płyty tak wymagającej skupienia, trudnej i bogatej.

Marcin Kiciński
PS. wisisz mi Macieju konia z rzędem



LEO RECORDS - NOWOŚCI



 V. GUYVORONSKY / N. AHSAN / D. KUCHEROV 
Around Silence
V. Guyvoronsky - tp, fl
N. Ahsan - voc, swarmandal
D. Kucherov - tabla, perc


 RUSSIAN FOLKSOGS IN THE KEY OF NEW JAZZ
Anastasia Masloboeva - voice, cymbalo; 
Evgeny Masloboev - drums, percussion, metal objects, 
Alexey Kruglov - all sorts of saxophones; 
Sergey Starostin - Russian folk wind instruments; 
Arkady Shilkloper - French horn, Alpine horn, 
Renat Gataulin - piano, synth; 
Anton Kolosov - bass guitar; 
Vitaly Labutin - el. guitar

 EVGENY MASLOBOEV / ANASTASIA MASLOBOEVA 
Your Beautiful Face Makes Me Cry
Evgeny Masloboev - multi instruments
Anastasia Masloboeva - voc

 JOHN WOLF BRENNAN / MARCO JENCARELLI / TONY MAJDALANI 
Pilgrims
John Wolf Brennan - piano (and 10 other instruments)
Marco Jencarelli - acoustic and electric guitars 
Tony Majdalani - voice, percussion (and 10 other instruments)

 YANG JING / CHRISTY DORAN 
N. 9
Yang Jing - pipa
Christy Doran - g

 GOAT'S NOTES 
Fuzzy Wonder
Grigory Sandomirsky - piano, melodica, 
Vladimir Kudryavtsev - bass, 
Maria Logofet - violin, 
Piotr Talalay - drums, 
Andrey Bessonov - clarinet, 
Ilya Vilkov - trombone.

 IVO PERELMAN / MATTHEW SHIPP 
The Art of the Duet Vol. 1
Ivo Perelman - sax
Matthew Shipp - piano

 IVO PERELMAN / MATTHEW SHIPP / WILLIAM PARKER / GERALD CLEAVER 
Serendipity
Ivo Perelman - ts
Matthew Shipp - p
William Parker - b
Gerald Cleaver - dr

IVO PERELMAN / MATTHEW SHIPP / MICHAEL BISIO / WHIT DICKEY 
The Edge
Ivo Perelman - ts
Matthew Shipp - p
Michael Bisio - b
Whit Dickey - dr

wtorek, 5 marca 2013

Nick Cave & the Bad Seeds "Push The Sky Away" i Tomahawk "Oddfellows" - czyli płyty do orania


Ze sporą częścią płyt dzieje się tak, że po fenomenalnym pierwszym odsłuchu  każdy kolejny dostarcza coraz więcej znaków zapytania aż do momentu, kiedy wolimy je odłożyć w bezpieczne miejsce i już do nich nie wracać, zamiast brutalnie odrzucić, przyznając jednocześnie, że daliśmy się zwieść, że zostaliśmy zrobieni w konia, a płyta jest tandetnie oczywista, efekciarska, po prostu nieznośna, ergo - straciliśmy kolejne cenne godziny naszego krótkiego życia.
Z nieliczną grupą artystów działa to jednak dokładnie odwrotnie. Wpierw słuchamy z niepokojem. Mamy wrażenie, że chyba coś się nie udało. Nie wierzymy jednak - nazwisko przecież pewne, więc, na szczęście, dajemy kolejne szanse. Słuchamy i słuchamy pokornie, entuzjazm stopniowo narasta, aż w pewnym momencie jesteśmy bliscy okrzyknięcia płyty genialną, gdyby tylko zdrowy rozsądek i osłuchanie nie zawetowały tej nieuprawnionej oceny.
Warto też zwrócić uwagę na inne zjawisko, które można by nazwać "syndromem Woody'ego Allena". Gość kręci 1-2 filmy rocznie, a od kiedy zaczął się parać tematyką europejską, musi się borykać z zarzutem wtórności, bylejakości. Truje się, że jego filmy nic nie wnoszą, że są infantylne, że och "Manhattan", ach "Mężowie i żony", nawet "Jej wysokość Afrodyta" była jeszcze w dobrej formie, ale to, co jest teraz, to jakieś takie do dupy w porównaniu... Zawsze czytając tego typu recenzje, zastanawiam się, o co chodzi. Moje podstawowe pytanie brzmi: czy Allena naprawdę może być za dużo? Czy te dwa filmy rocznie to ponad miarę nadprodukcja, która nas może zmęczyć? I przede wszystkim- po co te ciągłe porównania? Czy naprawdę lepiej piąty raz zaserwować sobie "Annie Hall" niż pójść do kina na "Zakochanych w Rzymie"? Śmiem twierdzić, że o ile w ogóle lubi się jego manierę, to najgorszy Allenowski nowy film dostarcza zazwyczaj więcej intelektualnej przyjemności od dziesiątek produkcji rekomendowanych przez te same krytyczne redakcje wszelakich, mniej lub bardziej, nobliwych czasopism.
Nie czytałem żadnych recenzji poniższych płyt, ale podejrzewam, że będą musiały się biedne obie borykać z tego typu recenzenckim podejściem. Cave pewnie mniej, bo większy, trudniej mu przywalić. Patton oberwie, ale od czego ma się wiernych fanów?




TOMAHAWK "Oddfellows"

Mike Patton - voc
Trevor Dunn - b
Duane Denison - g
John Stanier - dr

Wytwórnia: Ipecac
Rok wydania: 2013




Najpierw się ucieszyłem, że wrócił bas. (Żebyśmy się dobrze zrozumieli, uważam "Anonymous" za bardzo dobrą płytę, uruchomienie indiańskich stylistyk udało się na niej wyjątkowo dobrze i w sumie brak basu jej wielce nie zaszkodził. Nie wyobrażałem sobie jednak kontynuacji pracy Tomahawka, poza tym jednorazowym koncept-albumem bez tego znaczącego dla rocka instrumentu.) Chwilę później jednak wydał mi się"Oddfellows", jako całość, albumem nachalnie próbującym powrócić do przerwanej formuły z pierwszych dwóch płyt. Przez chwilę pomyślałem nawet, że może jest to leniwe wskrzeszenie jakichś odrzutów z poprzednich sesji.
Stopniowo zacząłem jednak ulegać. Od początku uwiódł mnie utwór "I. O. U.". Cudowna balladowa melodyka, prostacki bas, klawisze ala melotron w tle i przerysowane patetyczno-romantyczne pierdolnięcie w finale - to lubię. Później zaraził mnie utwór "Rise Up Dirty Waters", który, gdyby się znalazł na "Californii" Mr Bungle, nikogo by nie zaskoczył - Patton ewidentnie zatęsknił za postmodernistyczną mieszanką, którą serwował z powodzeniem namiętnie lata temu. Odniesień do Mr Bungle’a jest na tym albumie więcej. "Choke Neck" ma natomiast w sobie coś z filmowego Fantomasa, a tytułowe "Oddfellows" urzeka fantastycznie zestawionym riffem względem linii wokalu. Można by wymieniać utwór po utworze i z kilkoma słabszymi wyjątkami cieszyć się nimi na różne sposoby.
Zanim pojawił się ten album podobną konsternację zafundowała mi jedna z najlepszych płyt Mike'a - jego duet z Kaadą pt. "Romances". Długo go wałkowałem, zanim dochrapał się w moim rankingu tak wysokiej pozycji - zdobył ją jednak na trwałe. Nie sądzę, by którakolwiek z płyt Tomahawka mogła stanąć w szranki z tymi najważniejszymi pod względem artystycznym, każda z nich jednak, a "Oddfellows" na równi z "Mit Gas" i "Tomahawk" będzie mogła walczyć o berło uznania w kategorii bezpretensjonalnej rockowej przyjemności. Oczywista przewaga nowości polega na jej dziewiczości, dwie staruszki są już niestety totalnie zdeflorowane.




 


NICK CAVE AND THE BAD SEEDS "Push The Sky Away"


Nick Cave – voc, keyb, g; Warren Ellis – viol, mandolin, g, voc; Ed Kuepper – g; Conway Savage – keyb, voc; Martyn P. Casey – b; Barry Adamson – dr, perc, keyb; Jim Sclavunos – dr, perc

Wytwórnia: Bad Seeds Ltd.
Rok wydania: 2013


To nie ja snułem się po korytarzach liceum z walkmanem na uszach i dołującym wokalem Cave'owskich ballad morderców, potęgującym werterowską nastoletnią niedolę. Oczywiście ja też się snułem, ale zamiast wyć do Cave'a wybierałem raczej takie "Memories" Soft Machine, "Since I've Been Loving You" Led Zeppelin czy "Walking on Air" King Crimson.
W Bad Seeds, a także Birthday Party wszedłem nie tak dawno  - może trzy, góra cztery lata temu. Wsiąkłem jednak we wczesny okres Cave'a bez reszty. Howardowska sprzęgająca gitara, wymieniona później na zdecydowanie bardziej wysublimowaną w swojej kąśliwości gitarę Bargelda,  połączone z wiecznie wkurwionym wokalem lidera. Oj, wierzę w to jego wkurwienie... Zaraża mnie ono. Uwalnia.
Trochę gorzej było z późnymi płytami Bad Seeds. Po odejściu Bargelda piosenki stały się bardziej oczywiste, wygładzone i paradoksalnie, wbrew uspokojeniu wokalu - bardziej egzaltowane. Zwrot stylistyczny i ożywienie, na nierównym "Abbatoir Blues", lepszym "Dig, Lazarus, Dig!!!" oraz hardrockowym Grindermanie, dał miły powiew, ale raczej ciągle czegoś brakowało, by wszystkie te płyty na dłużej zadomowiły się w moim odtwarzaczu.
Inaczej ma się sprawa z najnowszą produkcją "Push The Sky Away". Szczerze mówiąc, nie do końca wiem, gdzie jest pies pogrzebany, ale już dawno nie byłem pod tak silnym wpływem jakiejkolwiek płyty. Słucham jej prawie codziennie od blisko trzech tygodni i każdy kontakt z tymi cudownymi piosenkami potwornie mnie wciąga. Cave nie jest wkurwiony, brak mu egzaltacji, nie jest to też próba pokazania, jaki to z niego ciągle żwawy dziadek. Są to piosenki starszego, doświadczonego i znającego już swoje miejsce na świecie gościa, co niejedno przeżył, niejedno widział, po latach szarpaniny zaznał spokoju i niejedno ma do powiedzenia.
Tak jak w przypadku płyty Tomahawka, tu także zaczęło się od faworyty. Utwór "Jubilee Street”, którego prostotę i chwytliwość melodii stopniowo przegryza narastający - niczym w "Heroin" Velvet Underground - niepokój, jest genialny. Chwyt z crescendo na końcu jest co prawda stary jak świat, a zestawienie szorstkich riffów z gęstniejącymi smyczkami też się już słyszało, działa to jednak wyjątkowo mocno. Równie wybornie mają się sprawy z "Water's Edge", "We real cool" czy "Higgs Boson Blues".
Cave świetnie wprowadza w nastrój  tekstami i mam tu  na myśli nawet bardziej ich brzmienie niż sens. Blues, który zawsze go inspirował, lecz którego do końca nie rozumiał, ponieważ złość i bunt stanowiły bardziej barierę niż wsparcie, teraz eksplodował w nim, przez co jego śpiew w swej białej wersji tchnie tą samą pokorą, którą czuje się w nagraniach najstarszych z najczarniejszych.





Obie te płyty nie są wybitne, ale są na pewno wybitnie potrzebne. Są to płyty do orania, które gdybyśmy mieli na analogach (co w obu przypadkach jest możliwe) i tłukli je z nieprzyzwoitego patefonu, wystrugalibyśmy do ostatniego dźwięku. Porządne muzyczne rzemiosło, które przywraca wiarę, że pewne rzeczy nie muszą być nowe, oryginalne, inne, a  mogą fantastycznie służyć naszej przyjemności, łechcąc stosowne ośrodki swoją artystyczną dojrzałością, rzetelnym wykonaniem i produkcją. Profesjonalne podejście do muzyki w tych kulturalnie "made in China" czasach jest nader wartościowe.

Marcin Kiciński

niedziela, 17 lutego 2013

sobota, 9 lutego 2013

Wiem, że nic nie wiem.


Pamiętam taką sytuację z jednej imprezy. Było to z 9 lat temu. Pojawił się w mieszkaniu gość, którego nie znałem, a J.D. opisał mi go jako klienta zainteresowanego mocno jazzem. Oczywistym było, że szybko musieliśmy się zderzyć, ponieważ towarzystwo, kulturalnie używkowe i używkowo kulturalne, do jazzu podchodziło raczej tak, jak do mocniejszych dragów - czyli z pełną świadomością istnienia głównych przedstawicieli i ich wpływu na rzeczywistość, sporadycznie jednak korzystało i tematu raczej zbyt dogłębnie nie badało. Tym samym nie stanowiło stosownego grona dyskusyjnego dla takiego wytrawnego słuchacza jak ja. Gdy więc pojawił się właściwy "Egzemplarz", musiał natychmiast wysłuchać jednego z moich butnych elaboratów na temat tego czy innego współczesnego zespołu (np. Vandermark 5 czy AALY Trio) oraz wyższości Tima Daisy nad Timem Mulvenną. Ku memu zaskoczeniu facet zupełnie beznamiętnie spuentował moją egzaltację opinią, że nie zna obu wymienionych, a dla niego najlepszym jazzowym perkusistą był i będzie po wsze czasy Philly Joe Jones.
 - Kto? - spytałem (naprawdę!)
 - Grał w latach 50-60 - wyjaśnił - m.in. u Davisa.- Facet obrócił się na pięcie, napełnił swój osuszony kieliszek winem, zmoczył usta i ruszył w kierunku jakiejś interesująco  roznegliżowanej dzierlatki bujającej się w rytm "Raining on The Moon".
Złapałem za wszarz J.D. i z trudnym do ukrycia poruszeniem stwierdziłem, że koleś tkwi w przeszłości, w nudnych jak psie gówno "trzydziestkach", w tym męczącym walkingu kontrabasu, czyli kompletnie nie wie, o co chodzi.

Z jaką niebywałą łatwością przekreślało się wtedy całe gatunki muzyczne. Jedne z mniejszym, inne z większym szacunkiem, czasem zaznaczając, że owszem to może mnie kiedyś zainteresować, ale na razie trzymam się z dala, innym razem zbywając tysiące potencjalnych odsłuchów autorytatywnym prychnięciem. Szło się od płyty do płyty w jakiś taki prosty sposób, przeglądając jeden po drugim katalogi XLS ze spisanymi zbiorami płyt kolejnych internetowych muzycznych forumowiczów, tak namiętnie przecież uprawiających zbiorowy gwałt na prawach autorskich, bez cienia wątpliwości i wyrzutów sumienia tonami przetapiających swoje CDR-y na ich kolejne i kolejne odbicia i rozsyłających je na zasadzie "jeden za jeden", odstając przy tym dziesiątki, setki minut w kolejkach na poczcie. Jak to jednak ułatwiało komunikację. Jak scalało Towarzystwo. Przecież w pewnym momencie wszyscy mieliśmy nie tylko ten sam pień - wspólny zestaw kilkuset czasem tytułów, na temat których można było swobodnie polemizować, lecz przede wszystkim dzieliliśmy tę samą niedolę - błędnych rycerzy z foliopisami podpisujących swoje eRki wedle określonego klucza i czym prędzej aktualizujących swoje katalogi cyfrowe. Trudno było wyjść z tej koleiny, bo i przede wszystkim po co? Miało się tony muzyki, której i tak nie dało się ogarnąć i grupę ludzi, z którymi można było to wszystko omówić. I co z tego, że wszyscy szliśmy tym samym torem od nowo zdobytej Okka Disk  do kolejnego FMP, jakimś ReR czy Ambiances Magnetiques urozmaicając swoją mozolną podróż. Wszyscy szliśmy, ramię w ramię, dlatego chyba nikt się nie przejmował, że o niczym de facto nie mamy pojęcia.

Minęło wiele lat, mam za sobą kolejne tysiące przesłuchanych płyt. Towarzystwa już dawno nie ma, a to, co wypełniło powstałą po nim pustkę, to rosnąca niczym rak uciążliwa świadomość, że gówno wiem. Nie wiedzieć po co nagle się muzycznie otworzyłem, a bezpieczny, wąski tor moich zainteresowań, który przy odpowiednim stopniu konsekwencji pewnie byłby bliski ogarnięcia, nagle zamieniłem na nie do poznania basen muzycznego morza, w którym ja ze swoim doświadczeniem wyglądam jak rozbitek na tratwie smutno smażący się  na nieustępliwym słońcu realnej niewiedzy i muzykologicznych braków.
Co gorsza, świadom swoich nikłych możliwości czasowych, zamiast spojrzeć prawdzie w oczy, z durną nadzieją zerkam na kupowane w stanie jakichś chwilowych manii kolejne pozycje książkowe i gdzieś tam sobie w duchu niepotrzebnie powtarzam, że tak, jest szansa by to wszystko nadrobić, by się dowiedzieć, uporządkować, że to się stanie, choćby na emeryturze...
Stanie się? Może. Na razie słucham, zarażony kiedyś przez Radiową Dwójkę Benjaminem Brittenem, jego koncertu skrzypcowego i czuję się nagi i bezbronny.

Marcin Kiciński