wtorek, 5 kwietnia 2011

Weasel Walter, Sheik Anorak i Mario Rechtern - Wrocław, CRK, 1.04.2011


Weasel Walter - dr
Sheik Anorak - g
Mario Rechtern - as, ss, bs

O pójściu na ten koncert zadecydowała obecność perkusisty Weasela Waltera, znanego z dzikiego Flying Luttenbachers - projektu, po którego płyty rzadko sięgam, będąc jednocześnie w pełni świadomym jego koncertowego potencjału. Ostatnio w ręce wpadł mi także tegoroczny album tego muzyka pt."Electric Fruit", nagrany z dwiema młodymi gwiazdami improwizowanego grania: Mary Halvorson i Peterem Evansem. Materiał wydał mi się na tyle interesujący, że mimo wymiany personalnej na dwa zupełnie nieznane mi nazwiska: Sheika Anoraka i Mario Rechterna, koncert zdawał się być obiecujący.
CRK - znane we Wrocławiu z promocji punkowej i noisowej estetyki - okazało się być idealne dla Walteraa i jego kolegów. Sala wypełniła się po brzegi młodymi - gniewnymi, którzy z masochistyczną przyjemnością gotowi byli przyjąć dawkę niecodziennego muzycznego terroru i dostali chyba to, czego oczekiwali. Ja najwyraźniej też powinienem kupić sobie glany.
Walter uprawia mocno garażowy, totalny styl gry na perkusji. Podwójna stopa i gęste przejścia, wykorzystywane w bardzo wyzwolony sposób, stanowiły doskonały szkielet dla noisowych popisów pozostałych dwóch panów. Gitara podłączona do licznych przetworników była idealnym narzędziem do generowania różnych hałasów, choć trzeba przyznać, że Anorak miał najwięcej skłonności do porządkowania całego zajścia. Kilkakrotnie przejmował inicjatywę, wprowadzając motywy, które podłapywali pozostali, budując coś na kształt bardziej avantrockowej niż noisowej improwizacji. Były też krótkie chwile wyciszenia, podczas których muzycy konstruowali wielowarstwowy, szorstki ambient pozwalający odpocząć bezlitośnie atakowanym uszom.

Ciekawy asortyment przywiózł ze sobą Mario Rechtern. Z trzech saksofonów najbardziej wyróżniał się alt, wyposażony dodatkowo w kilka strun, rozciągniętych między pierwszym zagięciem "zaustnikowym" a ujściem rury (widać na zdjęciach). Dodatkowo wart uwagi był amplifikowany pulpit rozstawiony przed muzykiem. Styl gry tego saksofonisty był niczym kalejdoskop zasłyszanych już wcześniej brzmień. Świetnie radził sobie z preferowanym przez Flying Luttenbachers agresywnym stylem Hala Russella, naśladując lekko jego zadęcie. Sięgając po sopran grał gęsto, wysoko i bezkompromisowo, a w barytonie potrafił wymienić ustnik i grać na nim jak na puzonie. Najwięcej było jednak altu, którego używał naprzemiennie: w sposób konwencjonalny lub jako parawiolonczelowego generatora hałasów.

 
Ten koncert można potraktować stricte muzycznie, choć bez problemu da się go zakwalifikować  jako performance. Walter ma lekko demoniczny, obłąkany styl obcowania z instrumentem, choć wyczuwa się w tym delikatną ironię i poczucie humoru. Obserwowanie go na scenie dodaje całości teatralnego smaczku. Całość, z założenia w brzmieniu mocno garażowa, z pewnością mieści się w kryteriach zupełnie swobodnej improwizacji. Widać było wyraźnie wsłuchiwanie się w sygnały wypływające od poszczególnych muzyków oraz umiejętne, momentami błyskotliwe reagowanie na siebie nawzajem.

Dzień po koncercie naszła mnie refleksja, że brałem udział w wydarzeniu mocno subkulturowym i bardzo dobrze, że Walter z kolegami znaleźli odbiorców pośród młodzieży obracającej się przy squaterskim CRK. Zastanawiam się, czy to nie właśnie wśród tego zbuntowanego towarzystwa publiki powinni szukać inni przedstawiciele free improv, z Peterem Brotzmannem i Matsem Gustafssonem na czele. Na pewno łatwiej byłoby o aplauz i zrozumienie w CRK, niż w środowiskach jazzowych.

tekst: Marcin Kiciński
zdjęcia: Kazimierz Ździebło

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza