wtorek, 30 sierpnia 2011

Fred Lonberg-Holm / Piotr Mełech “Coarse Day”, Multikulti, 2011



Fred Lonberg-Holm – cello, electronics
Piotr Mełech – clarinets

Wytwórnia: Multikulti
Rok wydania: 2011





„Coarse Day” to historia opowiadana przez dwa intrygujące głosy, które tworzą niezwykły duet. Tym bardziej znanym jest z pewnością wiolonczela Freda Longberg-Holma, obecna również w największych współczesnych bandach jazzowych (Vandermark 5, Chicago Tentet). Chicagowski muzyk, który szlifował warsztat pod okiem m.in. Mortona Feldmana i Pauline Oliveros, swą popularność zawdzięcza szerokiemu wachlarzowi brzmień, które wydobywa z instrumentu, dodatkowo modyfikując je elektronicznie. Tworzy w ten sposób oryginalne dźwięki, często bliskie laptopowym preparacjom, znacznie poszerzające spektrum możliwości zespołów, w których występuje. Na „Coarse Day” tak produkowane efekty specjalne schowane są raczej w tle, robiąc miejsce dla melodii, które prowadzi głównie grający na klarnecie Piotr Mełech, były członek Yazzbot Mazut.

Znakomita współpraca obu muzyków owocuje wyjątkowo sugestywną ścieżką dźwiękową do nieistniejącego czarno-białego thrillera. Swoboda improwizacji idzie w parze z konsekwentnym podążaniem po ścieżce podjętej narracji. Duet umiejętnie zestawia krótkie frazy melodyczne, dzięki czemu miejsce twórczego chaosu zajmuje precyzyjny przekaz jasno określonego zestawu emocji.
Otwierające album mocne szarpnięcia smyczkiem wyraźnie przywołują na myśl dokonania Apocalyptiki. Zresztą cały pierwszy utwór brzmi, jakby muzycy próbowali na swoich akustykach zagrać numer avant-metalowy. To oczywiście jedynie luźne skojarzenie, bowiem poruszają się poza wszelkimi stylistykami, koncentrując się na tworzeniu atmosfery, choć występują tu fragmenty wyraźnie balladowe, noisowe, zapożyczenia z bluesa czy kreskówkowe melodyjki. Ewenementem w tym zestawie, pod względem formy jak i treści, jest zamykający płytę (nie licząc kilkusekundowego skitu na ostatnim indeksie) „Mildrew Gourmets”, w którym zapętlone, falujące melodie przeplatają się spokojnie w postaci ambientowej, morskiej kołysanki. To nieco przydługi happy end, scena pożegnania bohaterów, gdy napięcie zostaje rozładowane. Wcześniej zostajemy wciągnięci w pełen zwrotów akcji suspens, w którym wątek tajemnicy podany jest lekko i przewrotnie lecz intrygująco zarazem, a emocje są pięknie i wyraźnie obrazowane.

Mateusz Krawczyk
(Screenagers.pl)

1 komentarz: